GodzinyTekst

Z serii: Salamandra
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Godziny
Godziny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Godziny
Godziny
E-book
26,90 
Szczegóły
Godziny
Godziny
Audiobook
Czyta Andrzej Ferenc
34,90  25,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Dedykacja

2  ***

3  PROLOG

4  PANI DALLOWAY

5  PANI WOOLF

6  PANI BROWN

7  PANI DALLOWAY

8  PANI WOOLF

9  PANI BROWN

10  PANI WOOLF

11  PANI DALLOWAY

12  PANI BROWN

13  PANI WOOLF

14  PANI DALLOWAY

15  PANI BROWN

16  PANI WOOLF

17  PANI DALLOWAY

18  PANI WOOLF

19  PANI DALLOWAY

20  PANI BROWN

21  PANI DALLOWAY

22  PANI BROWN

23  PANI WOOLF

24  PANI BROWN

25  PANI DALLOWAY

26  PODZIĘKOWANIA

27  INFORMACJA O MATERIAŁACH ŹRÓDŁOWYCH

Tę książkę dedy­kuję Kenowi Cor­bet­towi

Teraz zapo­lu­jemy na trze­ciego tygrysa, lecz podob­nie jak poprzed­nie także ten będzie posta­cią z moich marzeń, struk­turą słowną, a nie tygry­sem z krwi i kości, który ponad wszel­kimi mitami stąpa po ziemi. Mam tego świa­do­mość, a jed­nak jakaś siła cią­gnie mnie na tę mgli­stą, bez­sen­sowną, odwieczną wyprawę i wciąż, prze­mie­rza­jąc godziny, ści­gam kolej­nego tygrysa, bestię wymy­ka­jącą się stro­fie. J. L. Bor­ges, Inny tygrys, 1960

Nie mam czasu, by opi­sy­wać swoje plany. Powin­nam wiele powie­dzieć o Godzi­nach i o swoim odkry­ciu; o tym, jak za moimi posta­ciami wyku­wam piękne groty; sądzę, że wła­śnie w ten spo­sób wyra­żam to, czego pra­gnę: czło­wie­czeń­stwo, humor, głę­bię. W zamy­śle groty powinny się łączyć, a każda wyła­niać na świa­tło dzienne w teraź­niej­szej chwili. Vir­gi­nia Woolf w swoim dzien­niku, 30 sierp­nia 1923

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PRO­LOG

Wycho­dzi pośpiesz­nie z domu, w płasz­czu zbyt cięż­kim jak na tę pogodę. Jest rok 1941. Trwa kolejna wojna. Zosta­wiła list dla Leonarda i drugi – dla Vanessy. Pew­nym kro­kiem kie­ruje się ku rzece, zde­cy­do­wana na to, co za chwilę zrobi, ale nawet teraz nie­mal zachwyca ją widok pagór­ków, kościoła i gro­madki owiec – lśnią­cych punk­ci­ków, jakby z lekka nakra­pia­nych odro­biną siarki – pasą­cych się pod ciem­nie­ją­cym nie­bem. Zatrzy­muje się, patrzy na owce i niebo, po chwili idzie dalej. Sły­szy za sobą pomruk gło­sów; w górze war­czą bom­bowce, szuka więc wzro­kiem samo­lo­tów, lecz nie może ich dostrzec. Mija jed­nego z pra­cow­ni­ków farmy – (czy to nie John?), krzepki męż­czy­zna o małej gło­wie, w kami­zelce koloru ziem­nia­ków – który czy­ści kanał prze­ci­na­jący kępę łoziny. Spo­gląda na nią, kiwa głową i znów patrzy w dół, na brą­zową wodę. Mija­jąc go w dro­dze do rzeki, myśli o tym, że mu się poszczę­ściło – może czy­ścić kanał wśród łozin. Jej się nie powio­dło. Tak naprawdę żadna z niej pisarka; jest zale­d­wie uta­len­to­waną eks­cen­tryczką. Sło­neczne plamy poły­skują w kału­żach, które pozo­stały po noc­nym desz­czu. Jej buty lekko grzę­zną w mięk­kiej ziemi. Jej się nie udało, a teraz powra­cają głosy, mam­ro­czące coś nie­wy­raź­nie poza zasię­giem wzroku, z tyłu, tuż za nią – wystar­czy się odwró­cić, a pierzchną, prze­niosą się w inne miej­sce. Po chwili wra­cają i nie­uchron­nie jak deszcz nad­ciąga ból głowy, który ją obez­władni, uni­ce­stwi, ogar­nia­jąc bez reszty. Ból jest tuż, a jej się wydaje, że na nie­bie znowu poja­wiły się bom­bowce (czy to ona sama je wycza­ro­wała?). Zbliża się do nad­brzeż­nego wału, wspina po nim i scho­dzi nad wodę. W oddali, w górze rzeki, sie­dzi rybak; chyba jej nie zauważy, nie powi­nien. Zaczyna szu­kać kamie­nia. Działa szybko, lecz meto­dycz­nie, jak gdyby postę­po­wała według instruk­cji, któ­rej trzeba skru­pu­lat­nie prze­strze­gać, by przed­się­wzię­cie się udało. Wybiera kamień wiel­ko­ści i kształtu świń­skiej czaszki. Nawet wtedy, gdy go pod­nosi i wci­ska do kie­szeni płasz­cza (futrzany koł­nierz łasko­cze ją w szyję), nie potrafi oprzeć się wra­że­niu chłodu kamie­nia, nie dostrzec jego mlecz­no­brą­zo­wej barwy i zie­lo­nych pla­mek. Zatrzy­muje się tuż nad rzeką; fale z plu­skiem ude­rzają o brzeg, w nie­wiel­kie zagłę­bie­nia w bło­cie wlewa się czy­sta, rzeczna woda, która prze­cież mogłaby się wcale nie róż­nić od żół­to­brą­zo­wej, poora­nej smu­gami sub­stan­cji jak bita droga roz­cią­ga­ją­cej się od brzegu do brzegu. Robi krok naprzód. Nie zdej­muje butów. Woda jest zimna, jed­nak nie aż tak bar­dzo, żeby nie można było wytrzy­mać. Stoi po kolana w zim­nej wodzie. Myśli o Leonar­dzie. O jego rękach i zaro­ście, głę­bo­kich bruz­dach wokół ust. Myśli o Vanes­sie, o jej dzie­ciach, o Vicie i Ethel. Tak wiele osób, a żad­nej się nie udało. Nagle zro­biło jej się ich wszyst­kich ogrom­nie żal. Wyobraża sobie, że się odwraca, wyj­muje kamień z kie­szeni i idzie z powro­tem do domu. Zapewne zdą­ży­łaby jesz­cze wró­cić na czas, znisz­czyć listy. Mogłaby żyć dalej, mogłaby zro­bić tę ostat­nią uprzej­mość. Sto­jąc po kolana w opły­wa­ją­cej ją wodzie, odrzuca tę myśl. Głosy już tu są, nad­ciąga ból głowy, jeśli więc wróci, znowu odda się pod opiekę Leonarda i Vanessy, oni nie pozwolą jej odejść po raz drugi, z pew­no­ścią nie. Posta­na­wia nale­gać, by jed­nak pozwo­lili. Nie­po­rad­nie brnie przed sie­bie (dno jest muli­ste), woda sięga jej już do pasa. Rzuca krót­kie spoj­rze­nie w górę rzeki, w kie­runku rybaka w czer­wo­nej kurtce, który jej nie widzi. W żół­tej powierzchni wody (bar­dziej żół­tej niż brą­zo­wej, kiedy patrzy się z bli­ska) odbija się ponure niebo. To ostatni moment auten­tycz­nej per­cep­cji, męż­czy­zna w czer­wo­nej kurtce łowiący ryby i pokryte chmu­rami niebo widoczne w lustrze wody. Nie­mal mimo woli, machi­nal­nie, robi krok naprzód czy może potyka się, a kamień wciąga ją w głę­binę. Jesz­cze przez chwilę odnosi wra­że­nie, że nic się nie stało, że to kolejna porażka, że to tylko zimna woda, z któ­rej z łatwo­ścią wydo­sta­nie się na brzeg. Jed­nak nurt rzeki ota­cza ją i porywa tak nagle i krzepko, że wydaje jej się, jak gdyby atleta, który nie­spo­dzie­wa­nie powstał z dna, chwy­cił ją za nogi i mocno przy­ci­snął do piersi. Czuje, że to bar­dzo intymny gest.

Ponad godzinę póź­niej jej mąż wraca z ogrodu.

– Pani wyszła – mówi słu­żąca, kle­piąc pod­nisz­czoną poduszkę, z któ­rej unosi się minia­tu­rowy obło­czek pie­rza. – Powie­działa, że nie­ba­wem wróci.

Leonard idzie na górę do salonu, posłu­chać wia­do­mo­ści. Na stole znaj­duje nie­bie­ską kopertę zaadre­so­waną do sie­bie. Wewnątrz jest list.

Naj­droż­szy,

Jestem prze­ko­nana, że znowu

tracę zmy­sły: czuję, że nie uda nam się

przejść przez jesz­cze jeden tak okropny okres.

Tym razem nie wyzdro­wieję. Zaczy­nam

sły­szeć głosy i nie­umiem się skon­cen­tro­wać.

A zatem robię to, co wydaje się naj­lep­sze.

Dałeś mi

szczę­ście naj­więk­sze z moż­li­wych. Byłeś

na mej dro­dze wszyst­kim tym, kim czło­wiek w ogóle

mógłby być. Niewy daje mi się, żeby mogło być dwoje

ludzi bar­dziej szczę­śli­wych, zanim

przy­szła ta okropna cho­roba. Nie­po­tra­fię

już dłu­żej z nią wal­czyć, wiem, że

ruj­no­wa­łam Ci życie, że beze mnie

 

mógł­byś pra­co­wać. I wiem, że będziesz.

Widzisz, że nie­mogę nawet popraw­nie tego napi­sać.

Nie umiem czy­tać. Chcę Ci powie­dzieć, że

całe szczę­ście w życiu zawdzię­czam Tobie.

Byłeś wobec mnie bez­gra­nicz­nie cier­pliwy

i nie­wia­ry­god­nie dobry. Chcę Ci powie­dzieć, że –

wszy­scy o tym wie­dzą. Gdyby kto­kol­wiek potra­fił

mnie oca­lić, tym kimś był­byś Ty.

Wszystko mnie opu­ściło, poza

prze­ko­na­niem o Two­jej dobroci.

Nie­mogę już dłu­żej mar­no­wać Ci życia. Nie­wy­daje

mi się, by mogło być dwoje ludzi

bar­dziej szczę­śli­wych niż my.

V.

Leonard wybiega z pokoju, pędzi po scho­dach.

– Wydaje mi się, że z panią Woolf coś się stało – mówi do słu­żą­cej. – Oba­wiam się, że może pró­bo­wać ode­brać sobie życie. W którą stronę poszła? Czy widzia­łaś, jak wycho­dziła z domu?

Słu­żąca, prze­ra­żona, zaczyna pła­kać. Leonard pośpiesz­nie kie­ruje się w stronę rzeki, mija­jąc kościół, owce i kępy łozin. Nad rzeką znaj­duje tylko męż­czy­znę w czer­wo­nej kurtce, który łowi ryby.

Prąd szybko unosi ją z sobą. Wydaje się, że fru­nie, fan­ta­styczna postać z roz­po­star­tymi ramio­nami, wło­sami uno­szą­cymi się na powierzchni wody i falu­ją­cym za nią płasz­czem. Unosi się z nur­tem, ocię­żale prze­suwa mię­dzy pla­mami bru­nat­nego świa­tła. Nie odpły­nie daleko. Jej stopy (już bez butów) od czasu do czasu ude­rzają o dno, wzbija się wtedy za nimi ciężka chmura mułu i sczer­nia­łych liści, która nie­ru­cho­mieje w wodzie, kiedy ona znika z pola widze­nia. Pasma zie­lo­no­czar­nego ziel­ska przy­le­piają się jej do wło­sów i futra, przez chwilę oczy zakrywa duża kiść wodo­ro­stów, która w końcu odrywa się i pły­nie, raz po raz skrę­ca­jąc się i roz­krę­ca­jąc.

W końcu nad­cho­dzi czas na odpo­czy­nek przy fila­rach mostu przy Southe­ase. Prąd napiera na nią, nie­po­koi, ale ona zwró­cona ple­cami do rzeki, z twa­rzą przy­tu­loną do kamie­nia, trzyma się mocno przy pod­sta­wie masyw­nej, kwa­dra­to­wej kolumny. Pod­daje się fali z jedną ręką przy piersi i drugą uno­szącą się powy­żej wypu­kło­ści bio­der. Nie­zbyt wysoko ponad nią jest jasna, pomarsz­czona powierzch­nia wody. Niebo odbija się w niej, przy­bie­ra­jąc nie­re­gu­larne formy, białe i cięż­kie od chmur, poprze­ci­nane czar­nymi cie­niami syl­we­tek gaw­ro­nów. Samo­chody i cię­ża­rówki dud­nią na moście. Mały chło­piec, naj­wy­żej trzy­letni, prze­cho­dzi z matką przez most, zatrzy­muje się przy porę­czy, kuca i wpy­cha patyk pomię­dzy barierki, sta­ra­jąc się wrzu­cić go do wody. Matka pona­gla go, lecz on się upiera, chce przy­sta­nąć na chwilę i popa­trzeć, jak prąd unie­sie jego patyk.

Oto oni, pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej: chło­piec i jego matka na moście, dry­fu­jący patyk, a na dnie rzeki ciało Vir­gi­nii, która spra­wia wra­że­nie, że śni o powierzchni wody, patyku, chłopcu i jego matce, nie­bie i gaw­ro­nach. Po moście toczy się oliw­ko­wo­szara cię­ża­rówka pełna żoł­nie­rzy w mun­du­rach, macha­ją­cych do chłopca, który wła­śnie wrzu­cił patyk do wody. On także macha w ich stronę. Domaga się, żeby matka wzięła go na ręce, by mógł lepiej zoba­czyć żoł­nie­rzy i dla nich był lepiej widoczny. Wszyst­kie te dźwięki odbi­jają się echem od drew­nia­nych i kamien­nych ele­men­tów mostu, prze­ni­kają ciało Vir­gi­nii. Jej twarz, wci­śnięta bokiem w filar mostu, chło­nie obrazy: cię­ża­rówkę i żoł­nie­rzy, matkę i dziecko.

PANI DAL­LO­WAY

Trzeba jesz­cze kupić kwiaty. Cla­rissa udaje roz­draż­nie­nie (a prze­cież uwiel­bia takie wyprawy), zosta­wia Sally przy sprzą­ta­niu łazienki i wybiega, obie­cu­jąc, że wróci za pół godziny.

Nowy Jork, koniec dwu­dzie­stego wieku.

Drzwi kory­ta­rza otwie­rają się na czerw­cowy pora­nek, tak piękny i czy­sty, że Cla­rissa zatrzy­muje się na progu, jak gdyby przy­sta­nęła na skraju basenu, patrząc na tur­ku­sową wodę plu­ska­jącą na płyt­kach, misterne sieci utkane ze sło­necz­nych pro­mieni, które koły­szą się w błę­kit­nej głę­bi­nie; jak gdyby sto­jąc na brzegu basenu, odwle­kała moment zanu­rze­nia się, gwał­tow­nego uści­sku chłodu, wstrząsu spo­wo­do­wa­nego zetknię­ciem z wodą. W Nowym Jorku, w jego hała­śli­wym, suro­wym, bru­nat­nym roz­kła­dzie, upadku w otchłań bez gra­nic, zawsze zda­rza się kilka takich let­nich poran­ków, kiedy to roi się od prze­ja­wów nowego życia tak peł­nych deter­mi­na­cji, że pra­wie komicz­nych, przy­po­mi­na­ją­cych przy­gody postaci z kre­skó­wek, które potra­fią przejść przez nie­koń­czące się pasmo pod­stęp­nych zasa­dzek i wycho­dzą z nich bez szwanku: bez popa­rzeń, bez ska­le­czeń, zawsze przy­go­to­wane na kolejne ciosy. Znowu, jak każ­dego roku w czerwcu, drzewa przy West Tenth Street wypu­ściły dosko­nałe, minia­tu­rowe pędy wyra­sta­jące z kwa­dra­to­wych skraw­ków ziemi pokry­tej psimi odcho­dami i wie­lo­barw­nymi odpad­kami. I znów w miesz­ka­niu obok zaj­mo­wa­nym przez samotną kobietę w pode­szłym wieku, w skrzynce na oknie, zwy­kle peł­nej czer­wo­nych, wypło­wia­łych pla­sti­ko­wych kwia­tów gera­nium powty­ka­nych w zie­mię, wykieł­ko­wał figlarny mlecz.

Cóż to za emo­cjo­nu­jące dozna­nie, jaka roz­kosz, żyć w taki czerw­cowy pora­nek: dostat­nio, korzy­sta­jąc z nie­mal kom­pro­mi­tu­ją­cej ilo­ści przy­wi­le­jów, mając przed sobą jedy­nie zwy­kłą wyprawę po zakupy. Ona, Cla­rissa Vau­ghan, osoba niczym nie­wy­róż­nia­jąca się (dla­czego, w swoim wieku, mia­łaby pod­jąć choćby naj­mniej­szy wysi­łek, by temu zaprze­czyć?), ma kupić kwiaty i przy­go­to­wać przy­ję­cie. Kiedy prze­kra­cza próg domu, jej but stuka o czer­wo­no­brą­zowy, poły­sku­jący miką kamień pierw­szego schodka. Ma pięć­dzie­siąt dwa lata, zale­d­wie pięć­dzie­siąt dwa, i jest w nie­by­wale dobrej for­mie. W każ­dym calu czuje się tak dobrze jak tam­tego dnia w Wel­l­fleet, gdy miała osiem­na­ście lat i prze­cho­dząc przez prze­szklone drzwi, wkra­czała w dzień bar­dzo podobny do tego, świeży i pra­wie bole­śnie jasny, wybu­jały w swoim roz­kwi­cie. Ważki krą­żyły wśród tymotki. Aro­mat sosno­wej żywicy zaostrzał zapach trawy. Richard wyszedł za nią, poło­żył rękę na jej ramie­niu i powie­dział: „Witaj, pani Dal­lo­way”. To nazwi­sko, pani Dal­lo­way, ten przy­do­mek był jego pomy­słem – kon­cep­cją, która zro­dziła się pew­nej zakra­pia­nej alko­ho­lem nocy w aka­de­miku, kiedy zapew­niał ją, że nazwi­sko, które nosi – Vau­ghan – nie jest dla niej odpo­wied­nie. Powinna, powie­dział wtedy, nosić nazwi­sko wspa­nia­łej postaci lite­rac­kiej, a gdy ona skła­niała się raczej ku Isa­bel Archer lub Annie Kare­ni­nie, Richard upie­rał się, że pani Dal­lo­way jest oczy­wi­stym i jedy­nie słusz­nym wybo­rem. Przede wszyst­kim jej imię, znak aż nazbyt wyraźny, by go igno­ro­wać, a – co wię­cej – znacz­nie waż­niej­sza kwe­stia opatrz­no­ści. Jej, Cla­rissy, prze­zna­cze­niem z pew­no­ścią nie było ani nie­szczę­śliwe mał­żeń­stwo, ani śmierć pod kołami pociągu. Jej w udziale miały przy­paść piękno i dosta­tek. Dla­tego była i powinna zostać panią Dal­lo­way. „Czyż to nie jest piękne”, powie­działa tam­tego ranka pani Dal­lo­way do Richarda. Odpowie­dział: „Piękno jest dziwką, wolę pie­nią­dze”. Nade wszystko przed­kła­dał bły­sko­tli­wość. Cla­rissa, jako naj­młod­sza i jedyna kobieta w jego oto­cze­niu, czuła, że może sobie pozwo­lić na pewien sen­ty­men­ta­lizm. Gdyby to był koniec czerwca, ona i Richard byliby kochan­kami. Minąłby już pra­wie mie­siąc od czasu, gdy Richard opu­ścił łóżko Louisa (Louis – żywy sym­bol zmy­sło­wo­ści, o roz­le­ni­wio­nym wyra­zie oczu, ideał wiej­skiego chłopca) i zna­lazł się w jej sypialni.

„No cóż, tak się składa, że ja kocham piękno”, powie­działa. Zdjęła jego dłoń ze swo­jego ramie­nia, chwy­ta­jąc ją nieco powy­żej czubka palca wska­zu­ją­cego, tro­chę moc­niej, niż zamie­rzała. Miała osiem­na­ście lat, nowe nazwi­sko. Mogła robić to, na co miała ochotę.

Buty Cla­rissy, gdy scho­dzi ze scho­dów, idąc po kwiaty, wydają ciche odgłosy przy­po­mi­na­jące sze­lest papieru ścier­nego. Dla­czego nie odczuwa więk­szego przy­gnę­bie­nia, myśląc o per­wer­syj­nej kom­bi­na­cji suk­cesu Richarda („udrę­czony, pro­ro­czy głos w lite­ra­tu­rze ame­ry­kań­skiej”) i pogar­sza­nia się jego stanu zdro­wia („Nie ma pan lim­fo­cy­tów, nie udało się zna­leźć ani jed­nego”)? Co się z nią dzieje? Kocha Richarda, cią­gle o nim myśli, lecz ten dzień kocha chyba tro­chę bar­dziej. Uwiel­bia West Tenth Street w zwy­kły letni pora­nek. Czuje się jak wdowa-ladacz­nica o świeżo roz­ja­śnio­nych wło­sach ukry­tych pod czarną woalką, czu­wa­jąca przy trum­nie i jed­no­cze­śnie nie­spusz­cza­jąca oczu z męż­czyzn, któ­rzy mogliby zająć miej­sce jej męża. Spo­śród ich trojga – Louisa, Richarda i Cla­rissy – to ona zawsze miała najbar­dziej nie­czułe serce i naj­więk­szą skłon­ność do roman­sów. Przez ponad trzy­dzie­ści lat zno­siła docinki na ten temat; już dawno zde­cy­do­wała się pod­dać i bawić swo­imi zmy­sło­wymi, nie­po­ha­mo­wa­nymi reak­cjami, które, zda­niem Richarda, są rów­nie prze­wrotne i pełne kokie­te­rii jak zacho­wa­nia wyjąt­kowo iry­tu­ją­cego, nad wiek doj­rza­łego dziecka. Ona wie, że poeta taki jak Richard szedłby przez ten pora­nek, reda­gu­jąc go z powagą, wykre­śla­jąc nie­przy­pad­kową brzy­dotę i mimo­wolne piękno, poszu­ku­jąc eko­no­micz­nej i histo­rycz­nej prawdy w sta­rych cegla­nych kamie­ni­cach, nie­re­gu­lar­no­ściach suro­wego kamie­nia, z któ­rego zbu­do­wano kościół epi­sko­palny, i w szczu­płym męż­czyź­nie w śred­nim wieku, prze­cha­dza­ją­cym się z terie­rem rasy Jack Rus­sell (te zaja­dłe psy na wyko­śla­wio­nych nogach stały się nagle wszech­obecne na Fifth Ave­nue), pod­czas gdy ją, Cla­rissę, cał­kiem zwy­czaj­nie wpra­wia w zachwyt widok kamie­nic, kościoła, męż­czyzny i psa. Wie, że to dzie­cinne. Bra­kuje jej ostro­ści spoj­rze­nia. Gdyby przy­szło mówić otwar­cie (teraz, w jej wieku), te sen­ty­menty umie­ści­łyby ją w gro­nie naiw­nych i łatwo­wier­nych, posta­wi­łyby pośród wyznaw­ców Chry­stusa gra­ją­cych na gita­rach lub żon, które zgo­dziły się nie być dokucz­liwe w zamian za utrzy­ma­nie. Jed­nak ona tę wszech­ogar­nia­jącą miłość bez dys­kry­mi­na­cji trak­tuje abso­lut­nie poważ­nie, jak gdyby wszyst­kie przed­mioty na świe­cie były czę­ścią gigan­tycz­nego, nie­zgłę­bio­nego przed­się­wzię­cia, a każdy z nich miał swoją tajemną nazwę, któ­rej nie można wyra­zić w żad­nym języku, a jest ona obra­zem zło­żo­nym z wra­żeń odbie­ra­nych wzro­kiem i doty­kiem. Tę pełną deter­mi­na­cji, ści­śle strze­żoną fascy­na­cję uważa za swoją duszę (słowo wpra­wiające w zakło­po­ta­nie, sen­ty­men­talne, lecz jakie inne okre­śle­nie byłoby tu odpo­wied­nie?), cząstkę, która praw­do­po­dob­nie prze­trwa śmierć cie­le­sną. Cla­rissa ni­gdy z nikim o tym nie roz­ma­wia. Nie roz­wo­dzi się na ten temat, nie roz­pra­wia. Okrzyk zachwytu wydaje tylko na widok nie­za­prze­czal­nych prze­ja­wów piękna, ale nawet wtedy udaje się jej zacho­wać pewien sto­pień doj­rza­łej powścią­gli­wo­ści. Cza­sami mówi, że piękno to dziwka, że woli pie­nią­dze.

Dziś wie­czo­rem wyda przy­ję­cie. Wypełni swoje miesz­ka­nie potra­wami i kwia­tami, dow­cip­nymi i wpły­wo­wymi ludźmi. Prze­pro­wa­dzi przez nie Richarda, dopil­nuje, by za bar­dzo się nie zmę­czył, a potem będzie mu towa­rzy­szyć aż do chwili, gdy on odbie­rze nagrodę.

Sto­jąc na rogu Eighth Street i Fifth Ave­nue, roz­pro­sto­wuje plecy w ocze­ki­wa­niu na zmianę świa­teł. Oto ona, myśli Wil­lie Bass, w nie­które poranki mija­jący ją w tych oko­li­cach. Dawna pięk­ność, stara hip­pi­ska, wciąż z dłu­gimi i pro­wo­ku­jąco siwymi wło­sami, wyszła na poranną prze­chadzkę w dżin­sach, męskiej, baweł­nia­nej koszuli i klap­kach, będą­cych czę­sto uzu­peł­nie­niem stroju typo­wego dla nie­któ­rych regio­nów (Indii? Ame­ryki Środ­ko­wej?). Na­dal jest dość ponętna. Ma w sobie coś z uroku bohemy, wdzięku dobrej wróżki, lecz tego ranka wypro­sto­wana jak struna, w obszer­nej koszuli i egzo­tycz­nych butach, prze­ciw­sta­wia­jąc się sile gra­wi­ta­cji, przed­sta­wia sobą tra­giczny widok. Przy­po­mina samicę mamuta już po kolana grzę­znącą w gęstym mule, a jesz­cze przez chwilę odpo­czy­wa­jącą przed kolejną próbą wydo­sta­nia się z pułapki; masywną i dumną, nie­mal non­sza­lancką w dobrze uda­wa­nej kon­tem­pla­cji mięk­kiej trawy, która czeka na odle­głym brzegu; samicę, która zaczyna rozu­mieć, że już z pew­no­ścią pozo­sta­nie tutaj, uwię­ziona w pułapce i samotna, kiedy zapad­nie zmierzch i poja­wią się sza­kale. Cier­pli­wie czeka na zmianę świa­teł. Dwa­dzie­ścia pięć lat temu była zapewne nie­zwy­kle piękna, nie ulega wąt­pli­wo­ści, że męż­czyźni umie­rali ze szczę­ścia w jej ramio­nach. Wil­lie Bass jest dumny ze swej umie­jęt­no­ści odczy­ty­wa­nia losów z ludz­kich twa­rzy; uświa­da­mia­nia sobie, że ci, któ­rzy dzi­siaj są sta­rzy, byli kie­dyś mło­dzi. Świa­tło zmie­nia się i Wil­lie idzie dalej.

 

Cla­rissa prze­cho­dzi na drugą stronę Eighth Street. Nic nie pora­dzi na to, że zachwyca ją widok zepsu­tego tele­wi­zora porzu­co­nego przy kra­węż­niku obok bia­łego pan­to­felka z lakie­ro­wa­nej skóry. Cudowny wydaje jej się wózek sprze­dawcy, po brzegi wyła­do­wany bro­ku­łami, brzo­skwi­niami i owo­cami mango, które opa­trzono wywiesz­kami z ceną tonącą wśród wybu­ja­łej inter­punk­cji: 1,49$!!, 3 za JED­NEGO dolara!?!, 50 cen­tów SZT.!!!!! Nieco dalej, pod Łukiem, stara kobieta w ciem­nej, sta­ran­nie uszy­tej sukience zdaje się śpie­wać, sto­jąc dokład­nie pośrodku, pomię­dzy bliź­nia­czymi sta­tu­ami Jerzego Waszyng­tona przed­sta­wia­ją­cymi go jako żoł­nie­rza i poli­tyka; ich twa­rze ule­gły znisz­cze­niu pod wpły­wem zmian pogody. To ruch i zgiełk wiel­kiego mia­sta wywo­łują w czło­wieku takie poru­sze­nie; jego skom­pli­ko­wany mecha­nizm; tęt­niące w nie­skoń­czo­ność życie. Każdy dobrze zna histo­ryjkę o Man­hat­ta­nie – skrawku dzi­kiego lądu kupio­nego za sznu­rek pacior­ków, ale nie spo­sób nie uwie­rzyć, że ta wyspa zawsze była mia­stem, że gdyby zacząć kopać, pod zie­mią zna­la­złoby się ruiny jesz­cze star­szego mia­sta, głę­biej kolej­nego i jesz­cze następ­nego. Pod war­stwą betonu i trawą w parku (skręca teraz w jego kie­runku, w stronę, gdzie stara kobieta, odchy­liw­szy głowę do tyłu, nuci jakąś melo­dię) spo­czy­wają ludz­kie szczątki pocho­wane na cmen­ta­rzy­sku dla bie­da­ków, które sto lat temu pokryto bru­kiem, by mógł powstać Washing­ton Squ­are. Gdy Cla­rissa prze­cho­dzi, pod sto­pami mając ciała zmar­łych, męż­czyźni szep­tem ofe­rują nar­ko­tyki (nie jej), trzy czar­no­skóre dziew­czyny prze­my­kają obok na rol­kach, a stara kobieta nuci swoje fał­szy­wie brzmiące iiiiiii. Cla­rissę prze­peł­nia radość, szczę­ście, które stało się jej udzia­łem, uskrzy­dla ją, jest zado­wo­lona z wygod­nych butów (mimo że kupio­nych u Bar­neya na wyprze­daży); to miej­sce jest prze­cież zbio­ro­wi­skiem naj­więk­szej nędzy w całym parku, widocz­nej nawet spod płasz­cza trawy i kwia­tów; roi się tu od han­dla­rzy nar­ko­ty­ków (czy mogliby zabić, gdyby zaist­niała taka koniecz­ność?), sza­leń­ców, zagu­bio­nych i zde­ter­mi­no­wa­nych ludzi, któ­rych opu­ściło szczę­ście, jeśli w ogóle kie­dy­kol­wiek go zaznali. Jed­nak ona kocha świat za to, że jest dra­pieżny i nie­znisz­czalny; wie, że inni z pew­no­ścią także go kochają, zarówno biedni, jak i bogaci, choć ani jedni, ani dru­dzy nie wspo­mi­nają, z jakich pobu­dek. Dla­czego mie­li­by­śmy wal­czyć o zacho­wa­nie życia, godząc się na każdy kom­pro­mis, nie zwa­ża­jąc na żadne cier­pie­nia, gdyby było ina­czej? Nawet jeśli zabrnę­li­śmy dalej niż Richard, jeżeli jeste­śmy nie­mal pozba­wieni ciała, które stało się jedną wielką raną, cho­ciaż robimy pod sie­bie, na­dal despe­racko trzy­mamy się życia. To musi mieć jakiś zwią­zek, myśli Cla­rissa, z tur­ko­tem kół po beto­nie, pędem i wstrzą­sami, które wywo­łują; obło­kami przej­rzy­stej wod­nej mgiełki wydmu­chi­wa­nej z fon­tanny przy każ­dym rzu­cie fris­bee, któ­rym grają mło­dzi męż­czyźni z nagimi tor­sami; ze sprze­daw­cami (z Peru, z Gwa­te­mali) krzą­ta­ją­cymi się przy swo­ich srebr­nych stra­ga­nach na kół­kach, znad któ­rych unosi się dym i draż­niąca woń pie­czo­nego mięsa; kobietą i męż­czy­zną w pode­szłym wieku, któ­rzy sie­dząc na ław­kach, prężą się ku słońcu, roz­ma­wiają pół­gło­sem i kiwają gło­wami; odgło­sami klak­so­nów i pobrzę­ki­wa­niem gitar (czy to moż­liwe, by tamci – gro­madka nie­dbale ubra­nych mło­dych ludzi – trzej chłopcy i dziew­czyna grali Eight Miles High?); drżą­cymi liśćmi na drze­wach; łacia­tym psem, który goni gołę­bie, i melo­dią Always Love You, pły­nącą z radia, które nie­sie przy­pad­kowy prze­cho­dzień, mija­jąc kobietę w ciem­nej sukience sto­jącą pod Łukiem, wła­śnie w chwili, gdy ona nuci swoje iiiii.

Cla­rissa prze­cho­dzi przez plac, czuje na sobie muśnię­cie wil­got­nej mgiełki z fon­tanny. I oto zbliża się Wal­ter Hardy, dobrze zbu­do­wany męż­czy­zna w szor­tach i bia­łej blu­zie, pre­zen­tu­jąc swój sprę­ży­sty, gim­na­styczny krok par­ko­wemu audy­to­rium na Washing­ton Squ­are.

– Hej, Clare – woła rado­śnie i dla obojga nad­cho­dzi nie­zręczny moment waha­nia: jaki poca­łu­nek wymie­nić na powi­ta­nie.

Wal­ter zbliża usta do warg Cla­rissy, a ona instynk­tow­nie uchyla się, nad­sta­wia­jąc w zamian poli­czek. Gdy chwyta się na tym i zwraca jed­nak ku niemu, jest już o pół sekundy za późno i wargi Wal­tera doty­kają tylko kącika jej ust. Jestem taka sztywna, myśli, taka kon­wen­cjo­nalna. Roz­tkli­wiam się nad pięk­nem świata, a mam w sobie tyle nie­chęci – zupeł­nie odru­cho­wej – gdy przyj­dzie poca­ło­wać przy­ja­ciela w usta. Trzy­dzie­ści lat temu Richard powie­dział jej, że pod maską dziew­czyny-pirata w rze­czy­wi­sto­ści ukrywa wszel­kie atry­buty dobrej żony z przed­mie­ścia, a teraz sama odkrywa w sobie osobę ubogą duchem, nazbyt ofi­cjalną, przy­spa­rza­jącą innym wielu cier­pień. Nic dziw­nego, że nawet jej wła­sna córka czuje do niej urazę.

– Cie­szę się, że cię widzę – mówi Wal­ter.

Cla­rissa wie, nie­mal może zoba­czyć, że w tej chwili Wal­ter wysila umysł, aby metodą stop­nio­wych przy­bli­żeń okre­ślić jej toż­sa­mość. Tak, ona jest tą kobietą z książki, boha­terką nie­cier­pli­wie ocze­ki­wa­nej powie­ści autor­stwa nie­mal już legen­dar­nej pisarki, lecz ta powieść oka­zała się prze­cież porażką. Otrzy­mała lako­niczne recen­zje; bez­sze­lest­nie znik­nęła pod grzbie­tami fal. Cla­rissa, docho­dzi do wnio­sku Wal­ter, jest jak zubo­żała ary­sto­kratka, inte­re­su­jąca, mimo że nie jest nikim szcze­gól­nie waż­nym. Cla­rissa dostrzega, że Wal­ter już wie. Uśmie­cha się.

– Co robisz w sobotę w Nowym Jorku? – pyta go.

– W ten week­end zosta­jemy z Eva­nem w domu – odpo­wiada Wal­ter. – Evan czuje się o wiele lepiej po tej nowej mik­stu­rze, twier­dzi nawet, że ma ochotę pójść potań­czyć dziś wie­czór.

– Czy to tro­chę nie za dużo?

– Będę na niego uwa­żał. Nie pozwolę, żeby prze­sa­dził. Ale on chce znowu zoba­czyć tro­chę świata.

– Myślisz, że będzie się czuł na tyle dobrze, by przyjść do nas dziś wie­czo­rem? Orga­ni­zu­jemy małe przy­ję­cie na cześć Richarda, dostał nagrodę Car­ro­uther­sów.

– Och, to wspa­niale.

– Sły­sza­łeś już o tym, prawda?

– Oczy­wi­ście.

– To nie jest jakiś tam coroczny przy­dział. Wcale nie muszą wyko­rzy­stać limi­tów, jak choćby ci od Nobla. Przy­znają nagrodę wtedy, gdy zauważą kogoś, kto ma na swoim kon­cie nie­pod­wa­żalne osią­gnię­cia.

– Naprawdę fan­ta­stycz­nie!

– Tak – mówi Cla­rissa. – Poprzed­nio dostał ją Ash­bery – dodaje po chwili. – A przed nim Mer­rill, Rich i Mer­win.

Przez twarz Wal­tera, sze­roką, o nie­win­nym wyra­zie, prze­myka cień. Czy pró­buje sko­ja­rzyć sobie te nazwi­ska? – zasta­na­wia się Cla­rissa. A może… czyżby był zazdro­sny? Czy wyobraża sobie, że sam mógłby się ubie­gać o taki zaszczyt?

– Prze­pra­szam, że wcze­śniej nic ci nie powie­dzia­łam o przy­ję­ciu – tłu­ma­czy się. – Nie przy­pusz­cza­łam, że będziesz w mie­ście. Ty i Evan zawsze prze­cież wyjeż­dża­cie na week­endy.

Wal­ter mówi, że oczy­wi­ście przyj­dzie i przy­pro­wa­dzi Evana, jeżeli ten będzie się czuł dobrze, choć trudno powie­dzieć, może raczej zechce oszczę­dzać siły na dys­ko­tekę. Richard wpad­nie we wście­kłość, gdy usły­szy, że Wal­ter został zapro­szony, a Sally z pew­no­ścią weź­mie jego stronę. Cla­rissa to rozu­mie. Nie­wiele jest na świe­cie rze­czy mniej zaka­mu­flo­wa­nych niż pogarda, jaką ludzie czę­sto żywią wobec Wal­tera Hardy’ego, który posta­no­wił powi­tać swoje czter­dzie­ste szó­ste uro­dziny w cza­pecz­kach-base­bal­lów­kach i butach spor­to­wych firmy Nike, zara­bia nie­przy­zwo­ite sumy, pisząc czy­ta­dła o miło­snych wzlo­tach i upad­kach dosko­nale umię­śnio­nych mło­dych męż­czyzn, i który może prze­tań­czyć całą noc w takt muzyki house, wnie­bo­wzięty, z nie­spo­ży­tym zapa­sem ener­gii niczym apor­tu­jący owcza­rek nie­miecki. Takich męż­czyzn jak Wal­ter widuje się w Chel­sea i w Vil­lage na każ­dym kroku; męż­czyzn, któ­rzy mając trzy­dzie­ści, czter­dzie­ści czy wię­cej lat, z nie­za­chwia­nym prze­ko­na­niem utrzy­mują, że zawsze byli rado­śni i aktywni, pewni sie­bie, potęż­nie zbu­do­wani i silni; że ni­gdy nie byli wyob­co­wa­nymi dziećmi, nikt z nich nie szy­dził ani nimi nie pogar­dzał. Richard twier­dzi, że tacy wiecz­nie mło­dzi homo­sek­su­ali­ści wyrzą­dzają wię­cej szkody niż ci, któ­rzy depra­wują małych chłop­ców, a prawdą jest, że Wal­ter nie ma w sobie odro­biny iro­nii ani cyni­zmu, nie nadaje nawet głęb­szego sensu swemu zain­te­re­so­wa­niu sławą ani panu­ją­cymi modami na to czy owo, ani nawet restau­ra­cją na cza­sie. Lecz wła­śnie tę jego nie­win­ność Cla­rissa w nim ceni. Czy nie dla­tego, przy­naj­mniej do pew­nego stop­nia, kochamy dzieci, że żyją poza gra­ni­cami cyni­zmu i iro­nii? Co takiego strasz­nego jest w tym, że czło­wiek pra­gnie wię­cej mło­do­ści, wię­cej przy­jem­no­ści? Poza tym Wal­ter nie jest zbla­zo­wany, w każ­dym razie nie do końca. Pisze naj­lep­sze powie­ści, na jakie go stać, pełne miło­ści, poświę­ce­nia i hero­izmu w obli­czu prze­ciw­no­ści losu; z całą pew­no­ścią dla wielu są one praw­dzi­wym pokrze­pie­niem. Jego nazwi­sko nie­prze­rwa­nie poja­wia się na zapro­sze­niach na uro­czy­sto­ści dobro­czynne i pod listami pro­te­sta­cyj­nymi. Pisze żenu­jąco pochlebne recen­zje ksią­żek autor­stwa mło­dych pisa­rzy. Dobrze i ze szcze­rym odda­niem opie­kuje się Eva­nem. Cla­rissa jest prze­ko­nana, że w dzi­siej­szych cza­sach oce­nia się ludzi przede wszyst­kim według ich dobroci i zdol­no­ści do poświę­ceń. Dow­cip i inte­lekt są cza­sem męczące; to powszech­nie spo­ty­kane, nie­wiele zna­czące popisy geniu­szu. Nie zamie­rza rezy­gno­wać ze swej sym­pa­tii dla bez­wstyd­nej pospo­li­to­ści Wal­tera Hardy’ego, nawet jeśli jest to tak iry­tu­jące dla Sally, a Richarda skła­nia do gło­śnego zasta­na­wia­nia się nad tym, czy ona, Cla­rissa, sama nie jest przy­pad­kiem wię­cej niż tylko tro­chę próżna i nie­roz­sądna.