Bez żaluTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bez żalu
Bez żalu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Bez żalu
Tekst
Bez żalu
E-book
27,90  19,53 
Szczegóły
Bez żalu
Audio
Bez żalu
Audiobook
Czyta Alicja Pietruszka
33,90  24,75 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Miałabym być jedną z wielu? Nie, dziękuję. Poza tym ja… nie chciałam mu mówić, kim jestem. Chciałam, żeby sam mnie sobie przypomniał.

Pragnęłam wierzyć, że rozpoznałby mnie wszędzie, że cenił wspomnienia naszego wspólnie spędzonego – choć krótkiego – czasu. Że miał dobry powód, aby do mnie nie wracać, odejść bez pożegnania, i że żałował tego przez te wszystkie lata. Jęknęłam. Cóż to za głupie, dziecinne, romantyczne brednie.

Frankie uniosła brew.

– Widziałam twoje zdjęcia jako trzynastolatki, Jess, i nie obraź się, ale miałaś szczęście, że cię nie poznał.

Parsknęłam śmiechem, krztusząc się szampanem. Otarłam wargę kciukiem.

– Rety, dzięki.

Też się roześmiała, puszczając do mnie oczko.

– Tylko żartowałam. Trochę.

Pokazałam przyjaciółce język i ponownie zaniosłam się śmiechem, lecz w końcu westchnęłam.

– Nic już dla siebie nie znaczymy – powiedziałam – i może nigdy nie znaczyliśmy. Czy raczej on kiedyś coś dla mnie znaczył, ale bez wzajemności. W każdym razie mogłam mu powiedzieć, kim jestem, tylko po co? Jesteśmy teraz zupełnie innymi ludźmi, nie znamy się, a nasze drogi nigdy więcej się nie przetną.

Frankie nachyliła się do mnie i poklepała mnie po kolanie.

– W porządku – odparła. – A skoro mowa o nieznajomych, może poszłybyśmy wieczorem potańczyć i poznały paru przystojniaków?

Byłam śpiąca i lekko wstawiona po wypiciu dwóch kieliszków szampana, więc tylko jęknęłam i pokręciłam głową.

– Nie ma mowy. Zrobię kolację, a później kładę się do łóżka. Muszę zacząć rozsyłać swoje CV, bo inaczej nie będę miała z czego zapłacić czynszu.

– W porządku. Ale z ciebie nudziara. Zadzwonię do Amelie. – Wstała, sięgnęła po pilota, włączyła telewizję i dopiła ostatni łyk szampana. Tymczasem ze mnie wyparowała cała energia i poczułam nadciągający ból głowy.

W telewizji puszczali akurat jakiś talk show i kiedy na ekranie pojawiła się twarz Callena – malujące się na niej zamyślenie wydało mi się jednocześnie seksowne i denerwujące – mruknęłam z niezadowoleniem i szybko wyłączyłam odbiornik.

– Dobry Boże, co jeszcze? – jęknęłam.

Wstałam i potarłam o siebie dłońmi, zdecydowana pożegnać Callena Hayesa po raz drugi w swoim życiu. Szkoda, że ani razu nie było mi dane tego zrobić osobiście.

ROZDZIAŁ TRZECI

Callen

Obudziłem się i jęknąłem; głowa mi pulsowała, a mięśnie miałem tak obolałe, że nie byłem pewien, czy zdołam się ruszyć. Przeciągnąłem się i poczułem na plecach ciepły dotyk. O nie. Tylko nie to. Zaczynałem mieć już tego dość – konfrontacji z błędami popełnionymi wieczór wcześniej.

– Dzień dobry – usłyszałem znajomy głos i zamarłem. Chryste, jest jeszcze gorzej niż myślałem.Przekręciłem się na drugi bok i ostrożnie uchyliłem jedno oko.

– Wydawało mi się, że mieliśmy nigdy więcej tego nie robić.

Annette spulchniła poduszkę i znów się na niej położyła, z kwaśną miną krzyżując ramiona na swoich nagich piersiach.

– Wiedziałam, że nie mówisz poważnie.

Dźwignąłem się do pozycji siedzącej i ponownie opadłem na poduszki, kiedy w czaszkę wbił mi się ostry nóż.

– Kurwa, ile ja wczoraj wypiłem?

– Sądząc po liczbie pustych butelek w twoim salonie, powiedziałabym, że sporo.

– Cóż, to tłumaczy twoją obecność tutaj. Byłem tak pijany, że nie wiedziałem, co robię.

Wydała z siebie rozzłoszczone prychnięcie i trzepnęła mnie w ramię. Uderzenie jeszcze wzmogło ból głowy, ale przynajmniej udało mi się wypędzić ją z łóżka. Przerzuciła nogi przez jego krawędź, wstała, odwróciła się niespiesznie i oparła dłonie na biodrach. Leniwie prześliznąłem się wzrokiem po jej nagim ciele i przez ułamek sekundy zastanawiałem nad drugą rundą – choć kompletnie nie pamiętałem pierwszej – ale z doświadczenia wiedziałem, że Annette lubi to robić ostro i głośno, a mnie za bardzo bolała głowa, żeby fundować sobie nagie zapasy. Szybki rzut oka na moją klatkę piersiową wystarczył, by stwierdzić, że zrobiła w nocy użytek z paznokci i zębów. Ogarnęło mnie obrzydzenie do siebie i coś na kształt depresji.

– Gdzie Larry myśli, że jesteś?

– A jeśli powiedziałam mu, że jadę do ciebie?

– Szczerze w to wątpię. Mogę łatwo znaleźć nowego agenta, ale tobie byłoby o wiele trudniej przygruchać sobie równie bogatego i łatwowiernego męża.

Zacisnęła gniewnie usta.

– Skoro jest taki głupi, to po co z nim trzymasz?

– Jego głupota ogranicza się wyłącznie do ciebie – odparłem z ziewnięciem.

– Myślisz, że Larry nie ma żadnych… interesów na boku?

Zignorowałem ją. Miałem w głębokim poważaniu szczegóły ich małżeństwa, a tym bardziej prowadzone na boku przez Larry’ego interesy. Dobrze wiedziałem, że mój agent nie byłby zachwycony tym, że posuwałem jego żonę. I to wielokrotnie. To nie miało być nic długotrwałego – Annette okazała się bardziej zawzięta niż większość kobiet i potrafiła wyczuć momenty mojej słabości.

Odwróciła się do mnie i przesunęła dłońmi po swoich wielkich, sterczących piersiach. Pieściła się po sutkach, obserwując mnie spod półprzymkniętych powiek.

– Mmm – zamruczała.

Jej pokaz ani trochę mnie nie podniecił. Widziałem stertę notesów w pięciolinię leżących na biurku przy oknie i w tym momencie tylko one mnie interesowały. Proszę, proszę, proszę, obym znalazł w nich coś dobrego.

– Wracaj do domu, Annette. Skończyłem z tobą i mam pilną robotę.

Zdjęła ręce z piersi, prychnęła z oburzeniem, po czym złapała poduszkę i nią we mnie rzuciła. Uchyliłem się, a kiedy na nią spojrzałem, miotała się po sypialni, zbierając swoje ubrania.

– Wczoraj w nocy wcale ze mną nie skończyłeś! – Zaczęła się ubierać tak gwałtownie, że byłem zdumiony tym, że przy okazji nie podarła żadnego ze swoich ciuchów. – Jesteś pieprzonym dupkiem i żałosnym pijaczkiem.

– Pochlebstwa tym razem nie zadziałają – rzuciłem lekko.

Spiorunowała mnie wzrokiem, a gdy posłałem jej złośliwy uśmieszek, okręciła się na pięcie i szybko wyszła z mojej sypialni.

Podniosłem się, stanąłem w drzwiach i patrzyłem, jak podnosi torebkę z kanapy i idzie w stronę wyjścia.

– Dzięki za miłe wspomnienia! – zawołałem za nią sarkastycznie.

Odwróciła się sztywno, kipiąc gniewem, sięgnęła po pustą butelkę po whisky stojącą na stoliku przy drzwiach i cisnęła nią we mnie. Ledwo zdołałem się uchylić; butelka poszybowała nad moją głową i roztrzaskała się o ścianę za łóżkiem. Jednocześnie usłyszałem trzaśnięcie frontowych drzwi. Roześmiałem się. Nie za dużo tego dramatyzmu?

Uśmiech szybko spełzł z mojej twarzy, kiedy wróciłem do łóżka i sięgnąłem po stertę papierów leżących na moim biurku; pospiesznie je przejrzałem. Serce podeszło mi do gardła, gdy zobaczyłem, co w nich jest. Nic. Nie napisałem kompletnie nic, ani jednej cholernej nuty. Z wściekłości rozrzuciłem papiery po całym pokoju.

– Kurwa! – wrzasnąłem, padając na fotel, oparłem łokcie o biurko i złapałem się za głowę. – Kurwa – powtórzyłem ciszej, czując ogarniający mnie smutek. – Niech to szlag.

„Jesteś bezwartościowym idiotą. Wstyd mi, że jesteś moim synem”.

Miał rację.

„Bezwartościowy idiota. Wstydzę się być twoim ojcem”.

Kto by się nie wstydził?

Siedziałem przez chwilę, pławiąc się we własnym nieszczęściu i użalając nad sobą, a potem wstałem i poszedłem do łazienki. Wrzuciłem do ust kilka tabletek tylenolu, rozgryzłem je i wszedłem pod prysznic. Z niesmakiem przełknąłem gorzki, grudkowaty proszek, zmywając z ciała zapach seksu i alkoholu. Niestety, nie mogłem zrobić nic, żeby oczyścić swoją duszę.

* * *

Goście zaproszeni na muzyczny bal charytatywny bawili się już na całego, kiedy wszedłem na salę. Łagodne dźwięki jazzu płynęły ze sceny na drugim jej końcu. Pary tańczyły na parkiecie, wieczorowe suknie wirowały kobietom wokół kostek strumieniami czerwieni, błękitu i fioletu. Żyrandole migotały nad głowami gości, a w powietrzu unosił się zapach egzotycznych kwiatów.

Przez chwilę stałem w wejściu, rozglądając się bez celu, gdy nagle zobaczyłem gładki brązowy kucyk. Serce zatrzymało mi się na ułamek sekundy, a potem kobieta się odwróciła i dopiero wtedy wypuściłem powietrze z płuc. Dlaczego wspomnienie tamtej dziewczyny, którą pocałowałem w Paryżu, wracało do mnie w najdziwniejszych momentach? Niesamowite. Rzadko kiedy myślałem o kobietach, z którymi lądowałem w łóżku, a przecież tylko pocałowałem tę dziewczynę. Ledwie pamiętałem, jak wyglądała. Może właśnie w tym rzecz. Może po prostu pragnąłem więcej, ale tego nie dostałem i dlatego wciąż dręczyło mnie poczucie żalu. Westchnąłem. To wyjaśnienie było równie dobre jak każde inne.

A może chodziło o Paryż, całą tę romantyczną otoczkę wokół Miasta Świateł? Najwyraźniej nie byłem na nią uodporniony.

Obok mnie przechodziła kelnerka z tacą pełną kieliszków szampana. Chwyciłem dwa i szybko je opróżniłem. Cholera, nie mam ochoty tu być.Dochód z balu miał jednak posłużyć badaniom nad nowotworami u dzieci, więc zmusiłem się, żeby jednak tam przyjść i przypomnieć sobie, że świat nie kręci się wyłącznie wokół mnie ani moich idiotycznych problemów. Odstawiłem puste kieliszki na stolik za swoimi plecami i ponownie rozejrzałem się po sali. Wypatrzyłem w tłumie Larry’ego i Annette stojących obok dwóch mężczyzn, z których jeden był ubrany w jaskrawy, okropnie brzydki garnitur, i ruszyłem w ich stronę.

– Callen – przywitał się ze mną Larry, odsuwając się na bok, żeby zrobić mi miejsce w kręgu. – Jak dobrze, że jesteś.

– Wiesz, że uwielbiam eleganckie przyjęcia, Larry – odparłem ironicznie, sięgając po kolejny kieliszek szampana z tacy mijającego mnie kelnera.

 

Larry zarechotał.

– Takie życie. Znasz Andersa Hansona, prawda? – zapytał, wskazując na stojącego obok mężczyznę. Anders miał na sobie dopasowany garnitur w kolorze złamanej bieli, z podwiniętymi rękawami, a do tego jaskrawoniebieską koszulę i kwiecistą muszkę. – A to jego asystent, Ralph. – Spojrzałem na Ralpha, skinąłem głową, po czym skupiłem uwagę na Andersie. Znałem to nazwisko. Był krytykiem muzycznym w jednym z popularnych czasopism poświęconych muzyce klasycznej. Nigdy nie poznałem go osobiście, ale sporo o nim słyszałem. Był znany ze swej brutalnej szczerości i nieszablonowego podejścia do mody.

Anders pozdrowił mnie skinieniem podbródka, które wydało mi się jednocześnie aroganckie i znudzone, a później rozejrzał się ponad moim ramieniem, jakby w poszukiwaniu bardziej interesującego partnera do rozmowy. Pretensjonalny palant.

Spojrzałem na Annette, która uniosła brew, fałszywie się przy tym uśmiechając. Najwyraźniej wciąż nie wybaczyła mi mojego porannego zachowania. Wiedziałem, że i tak będzie do mnie lgnęła. Musiałem przestać tyle pić i otwierać drzwi byle komu.

Popatrzyłem na nią obojętnie, unosząc kieliszek. Uśmiech Annette na moment zamienił się w nieprzyjemny grymas, lecz szybko odzyskała panowanie nad sobą. To wszystko było grą.

– Dziwię się, że nie przyprowadziłeś żadnej partnerki, Callenie.

– Och, znasz mnie, Annette. Na pewno nie dotrwam do końca wieczoru samotnie.

Zmrużyła oczy i odwróciła wzrok, udając nagły brak zainteresowania rozmową.

– W każdym razie, jak już mówiłem – odezwał się Anders – kompozycja Brentona Conrada była tak kiepska, że zasługiwała co najwyżej na to, bym podtarł nią sobie tyłek. – Roześmiał się serdecznie z własnego żartu. – To był jego pierwszy album i powiedziałem mu, że dla dobra ludzkości powinien na tym poprzestać. Zatytułowałem swoją recenzję – uniósł dłonie, jakby jego słowa zasługiwały na oprawienie w ramkę – Rodem z piekła: okropny, przyprawiający o mdłości krzyk desperacji.

Brenton Conrad był młodym kompozytorem, w moim odczuciu dość obiecującym. Jego pierwsza kompozycja była średnia, to prawda, lecz mimo to poczułem dreszcz gniewu spływający mi po kręgosłupie – poczułem obrzydzenie w stosunku do człowieka, który uważał mieszanie ludzi z błotem za zabawne. Nachyliłem się do niego, robiąc zdziwioną minę.

– Krzyk desperacji? Przepraszam, miałeś na myśli tytuł swojej recenzji czy opis dzisiejszego stroju? – Obciąłem go spojrzeniem z góry na dół, prześlizgując się wzrokiem po zwężających się nogawkach spodni i zatrzymując go na nagich kostkach. Anders nie miał na sobie skarpetek.

Oczy krytyka rozpalił błysk wściekłego niedowierzania. Po chwili jednak rozciągnął wargi w szerokim uśmiechu.

– Nie mówiłeś, że jest taki zabawny, Larry.

Mój agent otworzył usta, żeby coś powiedzieć, lecz mu na to nie pozwoliłem.

– Och, wcale nie starałem się być zabawny, Anders. Twój strój naprawdę przyprawia o mdłości.

– Rany boskie, Callen – wymamrotał pod nosem Larry.

– A zatem, Callenie – odezwał się lękliwie asystent Andersa, starając się zmienić temat w obawie przed tym, do czego mogłoby dojść w wymianie zdań między mną a jego dupkowatym szefem. – Słyszałem, że piszesz ścieżkę dźwiękową do filmu Odkrywając Harta.

Żołądek mi się zacisnął, ale przeniosłem wzrok z rozzłoszczonej twarzy Andersa na podenerwowaną twarz jego asystenta.

– To prawda – odparłem z uśmiechem.

Ralph uniósł ramiona i wydał z siebie podekscytowany pisk.

– Wprost uwielbiam Marlona McDermotta. – Miał on być gwiazdą tego filmu. – Jak ci idzie?

Upiłem łyk szampana.

– Świetnie. Mam już mniej więcej połowę – kłamstwo gładko wypłynęło z moich ust. Chciałem, żeby to była prawda. Może jeśli skłamię w tej sprawie, dodatkowe ciśnienie pozwoli mi wreszcie zacząć. Jakbym nie miał go już wystarczająco dużo.

– To świetnie, Callenie. Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? – zapytał Larry.

Posłałem mu blady uśmiech, dopiłem szampana i rozejrzałem się za kelnerem z drinkami. Gdy ostatnio o tym rozmawialiśmy, poprosiłem Larry’ego, żeby wynegocjował ze studiem przedłużenie terminu i zwierzyłem mu się z chwilowego braku weny. Było to pieprzone niedopowiedzenie roku.

– Nie chciałem zapeszać. – Chwyciłem z tacy kolejny kieliszek.

Anders się roześmiał.

– Ech, wy, artyści i te wasze idiotyczne przesądy.

Idiotyczne.

Idiotyczne.

„Niczego nie umiesz zrobić jak należy. Jesteś idiotą”.

Czuję rozlewające się po skórze ciepło. W sali nagle zrobiło się duszno. Pociągam za muszkę; brakuje mi powietrza, muszę się jak najszybciej uwolnić od tych ludzi.

– Nie tak idiotyczne jak wiara w to, że wszyscy się przejmują twoimi bezwartościowymi opiniami. – Zanim zdążył zareagować, odwróciłem się i odszedłem w kierunku baru.

Dwadzieścia minut i dwa drinki później, gdy już zaczęło mnie ogarniać przyjemne odrętwienie, podszedł do mnie Larry i oparł się o bar.

– Humorzastych artystów toleruje się tylko do czasu. Musisz przystopować z alkoholem, bo po paru głębszych zmieniasz się w dupka.

– Byłem dupkiem, jeszcze zanim zacząłem pić, Larry. I nienawidzę pieprzonych krytyków – wymamrotałem. – Szczególnie takich jak on.

– Wszyscy nienawidzą krytyków, Callenie, ale to zło konieczne. Możliwe, że byłeś dupkiem już wcześniej, ale przynajmniej wiedziałeś, że nie wolno obrażać ludzi, którzy później będą obsmarowywać w gazetach każdy twój utwór, aż do końca świata. Może i nie przepadasz za tym gościem, ale ludzie go słuchają. Przez ciebie obaj stracimy mnóstwo pieniędzy. Co się dzieje?

Zamknąłem oczy, wzdychając. Miał rację. Ten facet był palantem, ale obrażając go, nikomu nie wyświadczyłem przysługi. Zrobiłem sobie tylko wroga. W kwiecistej muszce i bez skarpetek, ale wciąż wroga. Odstawiłem drinka na bar i zwróciłem się w stronę Larry’ego.

– Prawda jest taka, że nie napisałem ani połowy ścieżki dźwiękowej do Odkrywając Harta.

Larry zmarszczył brwi.

– A ile?

– Niewiele. Mniej niż myślałem, że będę miał na tym etapie.

Ani jednej nuty.

Larry zacisnął usta, westchnął i pociągnął długi łyk drinka.

– Posłuchaj, Callenie, może przydałyby ci się wakacje? Pojedź w jakieś egzotyczne miejsce, usiądź na plaży i poukładaj sobie wszystko w głowie. Kiedy poczujesz się zrelaksowany i odstresowany, twórcza blokada zniknie.

Chciałem w to wierzyć. Naprawdę. Ale bałem się mieć nadzieję. Z drugiej strony…

– Jakieś tropikalne miejsce? – mruknąłem.

– Jasne. Albo jeszcze lepiej wróć do Francji. Spędziliśmy tam tylko trzy dni przed ceremonią wręczenia Nagrody Poiriera, a ty narzekałeś, że nie zdążyłeś niczego zobaczyć. Pojedź na Lazurowe Wybrzeże, jest piękne i bardzo luksusowe. Odpoczywają tam sami światowcy. Za parę tygodni moglibyśmy do ciebie dołączyć z Annette i spędzić weekend we trójkę. Co prawda już tam byliśmy, ale to miejsce nigdy się nie nudzi.

– Nigdy nie byłem sam na wakacjach.

Larry westchnął.

– W takim razie zabierz kogoś, byle to nie była kobieta, ani ktoś, kto cię będzie rozpraszał.

Kogoś. Jedyną osobą, którą uważałem za prawdziwego przyjaciela, był Nick, z którym nie kontaktowałem się od dwóch miesięcy. Ale może by mi wybaczył, gdybym zafundował mu luksusowe wakacje we Francji.

Kiedy ostatnio miałem urlop? Pewnie większość ludzi uważała, że całe moje życie było wypełnione świętowaniem, całonocnymi imprezami, spaniem do późna i robieniem tego, co mi się żywnie podoba. Sęk w tym, że straciło to dla mnie cały urok. To, co niegdyś wydawało mi się zabawą, teraz wywoływało we mnie pustkę i depresję. Nienawidziłem udawania. Miałem tego wszystkiego serdecznie dość. A już na pewno nie miałem ochoty, żeby Larry i jego kręcąca na wszystko nosem żonka towarzyszyli mi podczas wakacji.

Francja.

Taras pod niebem roziskrzonym gwiazdami.

Niewinne oczy i anielskie pocałunki.

Może znajdę czas na krótką wycieczkę do Paryża.

To wcale nie był zły pomysł. Kiwnąłem głową.

– Chyba tym razem cię posłucham, Larry.

– Najwyższy czas.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Jessica

Gabinet był pozbawiony okien, ciasny i duszny, a trzy jego ściany zajmowały sięgające od podłogi aż po sufit regały z książkami. Zakurzone na pierwszy rzut oka książki w twardej oprawie zajmowały dosłownie każdy centymetr wolnej przestrzeni; nawet na podłodze leżało kilka stosów. Siedziałam na kulawym krześle przed biurkiem, ze złączonymi kolanami i grzecznie ułożonymi na nich dłońmi, starając się zajmować jak najmniej miejsca, żeby nie przewrócić żadnej ze stert.

Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem. Spojrzałam za siebie i wstałam, uśmiechając się. Starszy mężczyzna pokazał mi gestem, żebym usiadła, ominął kilka stert książek i obszedł dookoła duże rzeźbione biurko.

– Madame Creswell. – Wyciągnął rękę i uścisnął moją dłoń. – Miło mi panią poznać. Jestem doktor Moreau. Doceniam to, że zgodziła się pani ze mną spotkać tak szybko.

– Dziękuję, że dał mi pan szansę i mnie tu zaprosił, doktorze Moreau. – Serce łomotało mi w piersi. Starałam się je uspo­koić, nie ekscytować się za bardzo. Od wymarzonej pracy dzieliła mnie jeszcze długa droga. Doktor Christopher Moreau, kierownik działu języków romańskich w Luwrze, szukał pomocnika do projektu związanego z tłumaczeniem niedawno odnalezionych dokumentów pochodzących ponoć ze średniowiecza. Słyszałam, że lista chętnych kandydatów ciągnęła się na kilometr.

Doktor Moreau przesunął kilka stert papierów i odszukał w teczce moje résumé. Wsunął okulary głębiej na nos i przyjrzał się życiorysowi, unosząc brwi.

– Lista miejsc, w których pani pracowała, jest imponująca, ale z tego, co widzę, jak dotąd odbywała pani wyłącznie bezpłatne staże. Dlaczego?

– No cóż, doktorze Moreau, prawda jest taka, że te staże dały mi więcej niż płatne stanowiska, które proponowano mi po skończeniu college’u.

– Z wyjątkiem pensji.

Roześmiałam się.

– Tak, rzeczywiście. – Zawiesiłam głos. – Zawsze można jakoś zarobić na utrzymanie. Szukam pracy, która byłaby dla mnie wyzwaniem i pozwoliła mi wykorzystać moje mocne strony do tego, żeby coś zmienić.

Doktor Moreau odchylił się na krześle i przyjrzał mi się z uwagą.

– Spore ambicje, szczególnie jak na lingwistkę. Proszę mi powiedzieć, co pani wie na temat Joanny d’Arc.

Joanny d’Arc?

– Cóż, właściwie wiem całkiem sporo. Poza językiem francuskim studiowałam także historię średniowiecznej Francji. – Nie spuszczał ze mnie wzroku, więc się wyprostowałam i mówiłam dalej. – Joanna d’Arc była męczennicą i świętą, która pod bożym przewodnictwem poprowadziła francuską armię do zwycięstwa nad Anglikami podczas wojny stuletniej.

– Wierzy pani w to?

– Że działała pod bożym przewodnictwem?

Oui.Czy wierzy pani, że Bóg do niej przemówił i powierzył jej misję?

Przygryzłam wargę.

– Nie wiem. Wierzę, że ona w to wierzyła.

Profesor się uśmiechnął.

– Dobra odpowiedź. Intelektualiści sądzący, że wszystkiego można się dowiedzieć, to najgorszy typ naukowców. Wbrew pozorom, niczego nowego się nie uczą. – Otworzył dolną szufladę biurka i wyjął z niej jakiś dokument w przezroczystej plastikowej koszulce. – Sześć tygodni temu w jednej z jaskiń w Dolinie Loary znaleziono coś w rodzaju dziennika. Uważamy, że spisał go ktoś blisko związany z Joanną d’Arc i chociaż w większości dokumentuje on życie tej osoby, zawiera także opisy bitew, przywołuje myśli wyrażone przez świętą oraz przeprowadzone z nią rozmowy. Niestety nie wszystkie wpisy się zachowały, ale wiele tak. – Podał mi koszulkę i wtedy zobaczyłam, że w środku znajduje się bardzo stary kawałek pergaminu. – Oto jeden z nich, madame Creswell.

Podniosłam go pod światło, przyjrzałam mu się badawczo i zaczęłam czytać fragment napisany po starofrancusku. Zmarszczyłam brwi, a po chwili odłożyłam zabezpieczony kawałek pergaminu na kolana i spojrzałam na doktora Moreau.

– Przykro mi, doktorze Moreau, ale te zapiski nie mogą pochodzić z piętnastego wieku.

Uniósł pytająco brew.

Non? Pourquoi?

– No cóż… – Wskazałam na jedno ze słów występujących w dokumencie. – Przymiotnik „barokowy” nie mógłby zostać użyty jeszcze przez sto lat po śmierci Joanny d’Arc. Ten styl w sztuce rozwinął się we Francji dopiero w siedemnastym wieku. Osoby znające Joannę d’Arc dawno już wtedy nie żyły.

 

Doktor Moreau się uśmiechnął.

– W rzeczy samej. – Ponownie sięgnął do szuflady i wyjął z niej kolejną przezroczystą plastikową koszulkę, którą mi podał. – Oto kopia jednego z autentycznych dokumentów.

Zamrugałam ze zdumieniem, po czym uważnie przyjrzałam się tekstowi.

– Co może mi pani powiedzieć o autorze tych słów, madame Creswell?

Odpowiedziałam mu dopiero po chwili.

– Napisała je kobieta. Wskazuje na to styl.

Oui.Zgadzam się z panią.

– I to dama z wyższych sfer. Ludzie z gminu niezmiernie rzadko potrafili wtedy czytać i pisać. Szczególnie tak starannie. – Wczytałam się w akapit, wyobrażając sobie pióro delikatnie wprawione w ruch przez piszącą dziewczęcą dłoń. – Tak, z całą pewnością napisała to przedstawicielka szlachty. W tym miejscu żartuje, porównując jednego z generałów do łabędzia. Pisze, że ostatnio widziała tego ptaka na swoim stole i chciałaby zobaczyć generała przyrządzonego w podobny sposób. – Spojrzałam na doktora Moreau, którego kąciki ust uniosły się do góry, podobnie jak brwi. – W średniowieczu wyłącznie najbogatsi jadali takie frykasy jak łabędzie mięso. – Zamilkłam i przeczytałam jeszcze kilka linijek. – A tu wspomina o fronteau, tiarze z koralików noszonej przez szlachetnie urodzone dziewczęta.

Spojrzałam na profesora, który przyglądał mi się z uśmiechem.

– Madame Creswell, chyba znalazłem nową asystentkę. Jeśli nadal interesuje panią to stanowisko.

Serce podskoczyło mi w piersi i ledwo się powstrzymałam od szerokiego uśmiechu. Zamiast tego rozciągnęłam wargi w jego nieco powściągliwszej, profesjonalnej wersji.

– Oczywiście, że interesuje, doktorze Moreau.

* * *

Wbiegłam po schodach do swojego mieszkania na tyle szybko, na ile pozwoliła mi wąska, ołówkowa spódnica, tłumiąc okrzyki radości. Otworzyłam drzwi na oścież, a Frankie, która akurat siedziała na kanapie i jadła płatki, na mój widok aż podskoczyła, oblewając się mlekiem.

– Rany boskie, co się stało?

Zamknęłam drzwi, szeroko się uśmiechając.

– Dostałam pracę.

Odstawiła miseczkę z płatkami na stolik kawowy i poderwała się do góry z radości.

– O rany, jaką?

Rzuciłam swoje portfolio na stolik przy drzwiach, pospiesznie uścisnęłam przyjaciółkę i podekscytowana usiadłam na jednym z krzeseł stojących naprzeciwko kanapy. Frankie również usiadła i popatrzyła na mnie wyczekująco.

– Niedawno w jednej z jaskiń w Dolinie Loary znaleziono zapiski, które mogą mieć związek z Joanną d’Arc.

– A niech mnie! I co, potrzebują do nich tłumacza?

– Tak. Przeczytali już część z nich, ale te dokumenty są bardzo stare, najprawdopodobniej pochodzą z piętnastego wieku i niektóre ze sformułowań ciężko zrozumieć. Ja się w tym specjalizuję. Trzeba będzie przetłumaczyć wszystkie zapiski, słowo po słowie, zachowując autentyczność tekstu i jednocześnie umożliwiając ich pełne zrozumienie, a następnie umieścić je na zabezpieczonym serwerze. Stworzono zespół, który ma potwierdzić wiek dokumentów oraz to, czy zapiski rzeczywiście mają związek z Joanną d’Arc.

– Mój Boże. Brzmi poważnie.

– Brzmi… niesamowicie. Badaniem tych dokumentów zajmie się zespół złożony z ekspertów i archeologów, którzy wciąż przetrząsają jaskinię w poszukiwaniu kolejnych zapisków do sprawdzenia metodą datowania radiowęglowego. Będę pracować z drugim tłumaczem o odmiennej specjalizacji i pod okiem jednego z najważniejszych językoznawców historycznych w całej Francji.

– Jasny gwint. Dlaczego od razu do mnie nie zadzwoniłaś?

– Byłam w szoku. Nie miałam kiedy tego zrobić. Co prawda to tylko praca tymczasowa, i niezbyt dobrze płatna, ale doktor Moreau powiedział, że jeśli będą ze mnie zadowoleni, być może zaproponują mi coś na stałe.

Frankie zapiszczała z emocji i zakryła dłonią usta.

– Och, to takie ekscytujące. Ale co masz na myśli, mówiąc „tymczasowa”?

– Na razie podpisaliśmy umowę na miesiąc. – Odchyliłam się na krześle i rozprostowałam nogi. – To moja wymarzona praca, Frankie. Będę mogła przeczytać te wszystkie zapiski. Jestem taka podniecona i zdenerwowana, że chce mi się krzyczeć.

– W takim razie pokrzycz sobie w drodze do swojego pokoju i włóż coś eleganckiego. Zapraszam cię na kolację, musimy to oblać.

Posłałam jej szeroki uśmiech.

– Podzielimy się rachunkiem. Nareszcie mogę sobie na to pozwolić. Tak jakby. – Mój uśmiech nieco przygasł. – Jest tylko jeden problem.

– O nie, jaki?

– Będę pracować w Dolinie Loary.

Frankie otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia.

– Dolinie Loary? Quoi? Tu plaisantes?

Co u diabła było zrozumiałą reakcją. Wyprostowałam się i pochyliłam do przodu.

– Wiem. Ale właśnie tam znaleziono zapiski. Zespół ma nad nimi pracować na miejscu. Dokumenty są przechowywane w muzeum w Dolinie Loary, a my będziemy mieszkać i pracować w pobliskim château.

– Na zamku? A niech cię, dziewczyno! Trafiłaś zwycięski los na loterii.

– Jeśli chodzi o sam projekt, to tak. Gorzej z pieniędzmi. Chociaż jeśli dobrze się spiszę i nawiążę odpowiednie znajomości, to może być początek mojej kariery, Frankie. – Poczułam dreszcz podniecenia, po którym szybko ogarnął mnie lęk. Paryż, nasze mieszkanie, Frankie – to była moja strefa bezpieczeństwa, przystań, do której zawsze mogłam wrócić. A teraz miałam to wszystko stracić, choćby tylko na krótki czas.

– Wieczorem zamówimy porządnego szampana, a ty włożysz sukienkę bez pleców od Clémence Maillard.

– Och, nie mogłabym tego zrobić, Frankie. – Był to kawałek marszczonego, jedwabistego materiału z rozciętymi rękawami i spódnicą tak obcisłą, że gdy wisiała na wieszaku, trudno w niej było w ogóle rozpoznać sukienkę. Jednak po włożeniu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zamieniała się w jedną z najbardziej olśniewających kreacji, jakie w życiu widziałam. Była absurdalnie droga, ale Frankie miała szczęście otrzymywać czasem stroje od swojej szefowej i ta sukienka była jednym z nich.

– Dlaczego? Wyglądasz w niej fantastycznie, a to wyjątkowa okazja.

– To twoja ulubiona sukienka.

– A ty jesteś moją ulubioną przyjaciółką, która właśnie znalazła wymarzoną pracę.

Posłałam jej pełen wdzięczności uśmiech.

– Jestem prawdziwą szczęściarą, że cię mam.

Odpowiedziała mi równie szerokim uśmiechem.

– Wiem. A teraz bierz tyłek w troki i zacznij się szykować. Mamy dzisiaj co oblewać.

Roześmiałam się.

– W porządku. Ale daj mi godzinę. Doktor Moreau przekazał mi kopię jednego z zapisków, żebym mogła się zaznajomić ze stylem i sposobem wysławiania się autorki. Nie mogę się już doczekać, żeby rzucić okiem na tekst i poznać go nieco lepiej. – Uśmiechnęłam się do Frankie przepraszająco.

– Niech ci będzie. Idź się zapoznać ze swoją nową przyjaciółką, a później…

– A później wskoczę w sukienkę od Clémence!

Dziesiąty kwietnia Roku Pańskiego 1429

Przestałam być sobą. Od tej pory jestem Philippem, siedemnastolatkiem z plebsu, który będzie pomagał Dziewicy Orleańskiej przygotowywać się do bitew, a przy tym opisywał wszystko, co tylko usłyszy i zobaczy. Podobno nosi ona białą zbroję i jeździ na białym rumaku, próbując zmusić Burgundczyków do wycofania się z Doliny Loary. Właśnie się tam udaję, odesłana z wielkimi fanfarami, jakbym to ja wybierała się na wojnę. Możliwe, że właśnie tak powinnam to odbierać, skoro decyzja nie należała do mnie. Podejrzewam, że cała moja przyszłość okaże się jedną wielką walką, choć sama nie wiem, skąd to przeczucie. Wszak nie będę wyściubiać nosa z obozowiska, tylko służyć dziewczynie, którą nazywają świętą i czekać na jej bezpieczny powrót z pola bitwy. Jednak pomimo zapewnień ze strony ojca i Karola VII, że nic mi nie grozi, w mym sercu gości jednocześnie ekscytacja i niepokój. Gęsie pióro, które trzymam w dłoni, trzepocze na wietrze wpadającym przez okno powozu, gdy rozpoczynam swą podróż. Czuję, jak przeznaczenie wiruje wokół mnie, podobne do zawiei; nie wiem tylko, czy wichry losu okażą się dla mnie złośliwe czy łagodne.