Bez żaluTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bez żalu
Bez żalu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Bez żalu
Tekst
Bez żalu
E-book
27,90  19,53 
Szczegóły
Bez żalu
Audio
Bez żalu
Audiobook
Czyta Alicja Pietruszka
33,90  24,75 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

CZĘŚĆ PIERWSZA

Mamy tylko jedno życie i powinniśmy je przeżyć w zgodzie z tym, w co wierzymy. Zaprzeczenie temu, kim się jest, oraz życie pozbawione wiary są czymś znacznie straszniejszym niż śmierć.

Joanna d’Arc

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dziesięć lat później

Callen

Wychyliłem kieliszek tequili i skrzywiłem się, czując w przełyku palący ogień. Nie przepadałem za tequilą, ale mój agent zamówił kolejkę i nie bardzo wypadało mi odmówić. Oczywiście mogłem to zrobić. Mogłem robić co tylko, kurwa, chciałem. Tylko dlaczego miałbym rezygnować z całkiem dobrego alkoholu?

Podniosłem plasterek limonki do ust i wgryzłem się w niego; kwaśny smak owocu złagodził palący posmak tequili. Na moment straciłem ostrość widzenia. Już i tak za dużo wypiłem, ale ogarnęło mnie ciepło i przyjemne odrętwienie, rozsiadłem się więc na krześle, rozkoszując znajomym uczuciem. Ostatnio trochę zbyt znajomym –odezwał się cichy głos w mojej głowie, zanim zdołałem go uciszyć.

Nie śledziłem rozmów prowadzonych przy moim stoliku; wolałem się rozejrzeć po barze, zatrzymując wzrok na ciemnowłosej kelnerce, która stała przy sąsiednim stoliku z tacą w dłoni. Postawiła kieliszek wina przed starszym mężczyzną, a chwilę później nasze spojrzenia się skrzyżowały. Otworzyła szerzej oczy, widząc, że się jej przyglądam, po czym szybko odeszła. Serce podskoczyło mi do gardła i poczułem dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Zmarszczyłem brwi, zaskoczony swoją reakcją. Dziewczyna powiedziała coś do pary siedzącej przy następnym stoliku, wywołując ich uśmiech, a następnie odwróciła się i odeszła, nie zaszczycając mnie więcej spojrzeniem. Patrzyłem, jak idzie w stronę baru, nie bardzo rozumiejąc własne oszołomienie. Była ładna, owszem, ale nie do końca w moim typie. Miałem słabość do wysokich, smukłych blondynek… prawda? Przez chwilę siedziałem skołowany. Nagle nie potrafiłem sobie przypomnieć, co właściwie lubię w kobietach. Nie umiałem wymienić swoich preferencji, poza jedną: mają być „łatwo dostępne”.

Rozmasowałem skronie, czując nadciągający ból głowy i wciąż nie mogąc oderwać oczu od tej dziewczyny. Z całą pewnością nie była smukła. Ani też nie miała blond włosów. Była średniego wzrostu, włosy związała w niedbały kucyk, nie zauważyłem na jej twarzy śladu makijażu i miała na sobie niezbyt seksowny uniform, a mimo to… Boże, nie mogłem przestać się na nią gapić.

– Dokąd odpłynąłeś? – Charlène, wysoka, smukła blondynka zamruczała mi do ucha, przesuwając dłonią po wewnętrznej stronie mojego uda. Mówiła z mocnym francuskim akcentem, ale nie tak mocnym jak mdlący zapach jej perfum.

Posłałem jej rozleniwiony uśmiech.

– Jestem tutaj, skarbie.

– Na pewno nie myślami. – Przesunęła rękę w górę, zatrzymując się milimetry od mojego krocza, i poczułem, że coś tam drgnęło. Może i nie myślałem o Charlène, lecz moje ciało było zwarte i gotowe.

Oderwałem wzrok od dziewczyny, która pochylała się teraz nad barem, rozmawiając z barmanem, i skoncentrowałem się na Charlène. Uderzył mnie kontrast pomiędzy nieskazitelnie czystą urodą dziewczyny, na którą się gapiłem, z wyrafinowanym pięknem Charlène i byłem zdumiony tym, że mam ochotę przenieść spojrzenie z powrotem na kelnerkę. Stłumiłem w sobie tę pokusę i patrzyłem, jak Charlène krzyżuje nogi, a spod rozcięcia w jej czarnej wieczorowej sukni wystają gładkie, opalone uda.

Uniosłem wzrok, uśmiechnąłem się i ponownie skupiłem uwagę na naszej rozmowie. Wiedziałem, że Charlène nie pozwoli mi się później zerżnąć, jeśli nie wykrzeszę z siebie choć odrobiny wysiłku.

– Widziałeś to? – zapytała, podając mi swój telefon. Rozpoznałem logo serwisu plotkarskiego, na którym widniało nasze zdjęcie zrobione wcześniej tego wieczoru podczas bankietu po ceremonii wręczania nagród, na którym się poznaliśmy. – Przeczytaj, jak cię nazwali – dodała z cichym śmiechem, wskazując podpis pod zdjęciem.

Przysunąłem wyświetlacz bliżej oczu, uśmiechnąłem się chytrze i oddałem jej telefon.

– Gorzej mnie już nazywali.

– Myślałam, że akurat to określenie ci się spodoba.

Nawet mnie nie znasz, pomyślałem. Skąd, u diabła, miałabyś wiedzieć, co mi się podoba?

Rozejrzałem się po lokalu, czując się nagle jak w klatce.

Idiota. Dupek. Dureń.

– Jasne – wymamrotałem.

Charlène westchnęła, przygładzając sobie włosy.

– Niełatwo cię rozgryźć, Callenie Haysie. Każdy facet chciałby zostać nazwany „najseksowniejszym mężczyzną w branży muzycznej”.

Przy stoliku zjawił się kelner z następną kolejką. Postawił przed każdym z nas kieliszek czegoś bursztynowego. Czułem dla niego wdzięczność, że odwrócił uwagę Charlène od rozmowy.

– O rany, jeszcze po jednym? – odezwał się mój agent, Larry, ale skwapliwie sięgnął po kieliszek, powąchał zawartość i uśmiechnął się z uznaniem. Z boku nozdrza została mu resztka białego proszku, ślad po wizycie w łazience. Zastanawiałem się, czy mu o tym dyskretnie nie powiedzieć, ale postanowiłem tego nie robić. Tu i tak nikt nie zwracał na takie rzeczy uwagi.

– Nie codziennie kompozytor współczesnej muzyki klasycznej otrzymuje Nagrodę Poiriera – odezwała się Annette, żona Larry’ego, posyłając mi cierpki uśmiech. Następnie spojrzała lodowato na Charlène i sięgnęła po swój kieliszek. – Za Callena, który jest… très bon we wszystkim, co robi. – Uśmiechnęła się do mnie znacząco, uniosła kieliszek i jednym haustem wychyliła jego zawartość; jej smukłe, eleganckie gardło poruszyło się podczas przełykania. Spojrzałem na Larry’ego, lecz ten akurat śmiał się z czegoś, co powiedział siedzący obok niego facet.

Uniosłem brew i skinąłem głową w stronę Annette, po czym wypiłem swojego szota. Poluzowałem krawat i spróbowałem głębiej zaczerpnąć powietrza, chyba pierwszy raz od wielu godzin. Kolacja była nużąca, ceremonia rozdania nagród sztywna, a siedzenie z tymi przymilnymi, powierzchownymi ludźmi wysysało ze mnie całą energię. Sęk w tym, że byłem jednym z nich. Wcale nie zachowywałem się lepiej. Cholera, jedyne, na co miałem teraz ochotę, to rzucić to wszystko w diabły i wrócić do pokoju hotelowego. Myśl o tym była jednocześnie kusząca i przerażająca. Musiałem zacząć tworzyć nowe kompozycje, za które mi zapłacono, do tej pory nie wydusiłem ani jednej nuty.

Odsunąłem od siebie lęki jak najdalej, w czym bardzo pomocny okazał się wypity przeze mnie alkohol. Później tę samą funkcję spełni seks. Przynajmniej przez jakiś czas nie będę pamiętał jego słów. Może zdołam coś przelać na papier. Boże, dopomóż. Do tej pory Bóg nie odpowiedział na żadną z moich modlitw, nie przypuszczałem więc, że uczyni to teraz. Nie, sam będę musiał uciszyć swoje demony. Jak zawsze.

A muzyka wciąż będzie grać.

Trzy lata temu sprzedałem swój utwór niewielkiej francuskiej wytwórni filmów niezależnych, a ona wykorzystała go w czołówce jednej ze swoich produkcji. Zyskał on tak wielką popularność, że większe studio filmowe z Hollywood zatrudniło mnie do napisania kilku piosenek do filmu, który stał się kasowym hitem. Krótko po tym sukcesie wydałem album z kompozycjami, który zyskał całkiem spore uznanie środowiska, a później jeszcze jeden, przyjęty już mniej entuzjastycznie, lecz mimo to nagle stałem się kimś w rodzaju gwiazdy. Ludzie robili mi zdjęcia w restauracjach i na ulicy, znane stacje telewizyjne chciały ze mną przeprowadzać wywiady. Istne szaleństwo. Nie zawsze dobrze sobie radziłem z ciągłym naruszaniem mojej prywatności.

Jak się okazało, dzięki temu stałem się jeszcze bardziej pożądany; okrzyknięto mnie mianem „niegrzecznego kompozytora”. Ludzie widzieli we mnie posępnego geniusza, który siedział sam w mieszkaniu, rwał włosy z głowy i w napadzie twórczego szału przelewał nuty na papier, po czym wskakiwał do łóżka z trzema supermodelkami i zaspokajał swoje wybujałe seksualne żądze. Mieli trochę racji, choć ostatnio więcej czasu poświęcałem pracy niż nieokiełznanemu seksowi.

Dawniej seks i alkohol rzeczywiście pozwalały mi o wszystkim zapomnieć; dzięki nim dźwięki nabierały odpowiedniej formy. Mogłem się wyłączyć i komponować przez wiele dni – a czasami tygodni – podczas gdy teraz mogłem liczyć co najwyżej na kilka godzin kreatywności. Kiepsko się składało, bo podpisałem kontrakt na napisanie ścieżki dźwiękowej i miałem dostarczyć największej hollywoodzkiej wytwórni genialny materiał do filmu zaplanowanego na przyszły rok. Musiałem stworzyć coś znakomitego, co nie da krytykom powodu do wypisywania, że mój talent się wyczerpuje, a poprzedni sukces był zwykłym fuksem. Oczywiście sam tworzyłem tę presję, co wcale nie umniejszało jej ciężaru.

– Opowiedz nam, Callenie, o swoich planach, skoro już okrzyknięto cię sensacją na międzynarodową skalę – odezwał się facet, który chwilę wcześniej rozmawiał z Larrym.

Spiorunowałem go spojrzeniem. „Sensacja na międzynarodową skalę”? Na litość boską, kto tak w ogóle mówi? Owszem, dostałem tę przeklętą nagrodę i byłem z niej dumny. Ale dlaczego wszyscy wokół zachowywali się tak, jakby przeprowadzali ze mną wywiad?

– Grégoire pracuje dla „Le Célébrité” – wyjaśnił Larry, wskazując na mężczyznę, który właśnie wyjął telefon i wycelował nim w dłoń Charlène nadal spoczywającą na moim udzie. Zerknąłem na nią, a ona posłała reporterowi kapryśny uśmiech, doskonale wiedząc, że właśnie robi zdjęcie do jednego z francuskich tabloidów.

Wstałem, potrącając Charlène, która pisnęła z niezadowolenia.

– Właśnie planuję się wybrać do kibelka.

– We Francji nazywamy to miejsce toaletą – podpowiedziała mi Annette.

Zignorowałem ją, patrząc na reportera, któremu jakoś się udało dołączyć do naszej grupy. Nie żeby wymagało to wielkiego wysiłku. Najczęściej nie miałem pojęcia, kim są ludzie kręcący się wokół mnie.

 

– Może pójdziesz ze mną i zrobisz zdjęcie mojemu sikającemu fiutowi?

Przez moment reporter miał minę, jakby zastanawiał się nad moją propozycją, lecz w końcu pokręcił głową. Wydałem z siebie zniesmaczone prychnięcie, zachwiałem się, po czym ruszyłem w stronę ciemnego korytarza na tyłach baru.

Jezu. Upiłem się. Ledwo się trzymam na nogach.

Poczułem wibrowanie telefonu w kieszeni i przez chwilę się z nim mocowałem. W końcu udało mi się go wyjąć. Na wyświetlaczu mignęło zdjęcie Nicka, lecz dokładnie w tym samym momencie połączenie zostało przekierowane na pocztę głosową i jego uśmiechnięta twarz zniknęła. Pewnie dzwonił, żeby mi pogratulować nagrody. Stałem w korytarzu, wpatrując się w telefon, dopóki nie dostałem powiadomienia o nowej wiadomości głosowej. Kiedy nacisnąłem „odtwórz”, moje ucho wypełnił znajomy głos Nicka.

Hej, stary. Właśnie przeczytałem w internecie, że dostałeś tę nagrodę. Cholernie dobra robota. Jestem z ciebie dumny. (Pauza) Dbaj o siebie, Cal. I zadzwoń do mnie, kiedy będziesz mógł.

Schowałem telefon z powrotem do kieszeni, obiecując sobie, że później na pewno do niego zadzwonię. Wiedziałem, że byłby rozczarowany, widząc, jak rozbijam się po pijaku w ciemnym korytarzu, próbując uciec przed bandą pozerów. Ludzi, którzy zajmowali w moim życiu więcej miejsca niż on, mój najbliższy przyjaciel i jedyna osoba, której naprawdę mogłem zaufać.

„To nie twoja wina, Cal”powiedziałby mi. Tylko że to była moja wina.

Otworzyłem jakieś drzwi, ale zorientowałem się, że jest to schowek pełen środków czyszczących i papierowych ręczników. Szybko je zamknąłem, rozglądając się za innymi drzwiami albo tabliczką informującą o tym, gdzie znajdę tę cholerną łazienkę, ale niczego takiego nie zauważyłem. Skręciłem za róg, wypatrzyłem na końcu korytarza kolejne drzwi i przez nie wyszedłem. Znalazłem się na pustym zewnętrznym patio, które albo było zamknięte poza sezonem, albo tylko na ten jeden wieczór. Już miałem wrócić do środka, lecz postanowiłem na moment odciąć się od sztucznego śmiechu i czczej paplaniny i po prostu pooddychać.

Dbaj o siebie, Cal, westchnąłem w duchu.

Dlaczego ostatnio miałem wrażenie, że to zadanie ponad moje siły? Podszedłem do murku otaczającego patio, oparłem na nim łokcie, schyliłem głowę i przeczesałem palcami włosy, wciągając do płuc rześkie powietrze. Poczułem się lepiej, trochę mniej pijany, mniej… rozdrażniony, zły. Sam już nie wiedziałem, jak się czuję. Od dawna przestałem się nad tym zastanawiać. Wiedziałem tylko, że nie jestem szczęśliwy.

Usłyszałem jakiś dźwięk za swoimi plecami, odwróciłem się i zobaczyłem ciemnowłosą kelnerkę stojącą w wejściu na patio; drzwi wolno się za nią zamykały. Miała szeroko otwarte oczy i usta rozchylone ze zdziwienia, jakby nie spodziewała się tu kogokolwiek zastać. Kiedy drzwi uderzyły ją w tyłek, cicho krzyknęła i zrobiła krok do przodu.

Przez chwilę tylko na siebie patrzyliśmy. Robiłem wszystko, żeby się nie zachwiać.

– Ja… przepraszam. Chyba skręciłem nie tam, gdzie trzeba. – Uniosłem rękę, wskazując na taras, na którym wcale nie miałem zamiaru się znaleźć. Miałem nadzieję, że mówi po angielsku. Mój francuski nie był najlepszy. A w zasadzie był okropny.

Otworzyła usta, żeby się odezwać, ale później jakby zmieniła zdanie. Przyglądała mi się jeszcze przez chwilę, zanim powiedziała miękkim głosem:

– Przybywam ci na ratunek.

Zmarszczyłem brwi, opierając się o ścianę, bo jej słowa skojarzyły mi się z czymś bliżej nieokreślonym. Dziewczyna przygryzła wyczekująco wargę, aż w końcu dotarło do mnie, że żartuje. Najwyraźniej była nieśmiała, a ja wprawiłem ją w skrępowanie. Uśmiechnąłem się i wreszcie roześmiałem, unosząc brew.

– Doceniam to. Obawiam się jednak, że nie można mnie już uratować, skarbie.

Westchnęła, lecz na jej twarzy zamiast wyrazu ulgi, że krępujący moment wreszcie minął, odmalowało się… rozczarowanie.

– Nie zauważyłeś tabliczki? – skinęła głową w stronę drzwi.

Owszem, wisiała tam jakaś tabliczka.

– Nie czytam po francusku.

Kąciki jej ust się uniosły.

– Napis jest po francusku i po angielsku.

– Musiałem nie zauważyć.

Leciutko ściągnęła brwi, a ja podszedłem do niej, czując dziwne przyciąganie.

Nie poruszyła się, nie cofnęła, nie wyglądała nawet na zaskoczoną, a gdy znalazłem się naprzeciw niej, uniosła głowę do góry, by na mnie spojrzeć. Na jej twarzy nie było już rozczarowania; wyglądała, jakby na coś czekała.

– Jesteś Amerykanką – powiedziałem, uzmysłowiwszy sobie, że nie usłyszałem w jej głosie śladu akcentu. Kiwnęła głową.

Prześliznąłem się wzrokiem po jej twarzy. Z tak bliskiej odległości okazała się więcej niż tylko ładna. Miała gładką, kremową skórę i nos obsypany jasnymi piegami. Pragnąłem całować te piegi, każdy z osobna, dotknąć ich językiem i dowiedzieć się, czy smakują niewinnością. Ledwie się powstrzymałem od śmiechu. Niewinność. Odkąd to pociągały mnie takie rzeczy?

Jej wielkie oczy koloru orzecha otaczała firana ciemnych rzęs. Górna warga była pełniejsza niż dolna, a kąciki ust opuszczone, czemu zawdzięczały lekko nadąsany wyraz. Chryste, z miejsca, w którym wcześniej siedziałem, nie byłem w stanie dostrzec, jak miękkie i kuszące są jej usta. Nagle zamarzyło mi się, żeby te różowe rozchylone wargi dotknęły moich ust, mojej skóry; od dawna niczego tak mocno nie pragnąłem.

Nachyliłem się, spodziewając się, że mnie powstrzyma, lecz tego nie zrobiła. Nasze usta się zetknęły, a z gardła dziewczyny wyrwał się zduszony jęk, który trafił wprost do mojego fiuta. Stwardniałem, przesuwając językiem między jej wargami, smakując ją, eksplorując. Nieśmiało dotknęła językiem mojego języka i choć wyraźnie brakowało jej wprawy, jej pocałunek rozpalił mi krew jak żaden inny od bardzo dawna, może nawet nigdy wcześniej. Boże, ależ ona słodko smakowała, tak świeżo i czysto.

Mój penis całkiem już nabrzmiał i zaczął napierać na rozporek. Jęknąłem, przysuwając się bliżej i wsunąłem dłoń we włosy dziewczyny. Czułem, jak jej kucyk się rozwiązuje, a włosy przesypują mi się przez palce. Delikatny zapach szamponu wypełnił mi nozdrza, lekki i czysty.

Lekki i czysty.

Pożądałem jej. Pragnąłem tak rozpaczliwie, że cały się trząsłem. Co u diabła? Miałem ochotę przenieść ją do jednego z tych pustych stołów, przewiesić ją przez niego i ulżyć pulsującemu bólowi między nogami. Mój zamulony, pijany mózg uroił sobie wręcz, że ta dziewczyna zdoła dotrzeć do najmroczniejszych, obolałych zakamarków mojej duszy, do których sam nie miałem dostępu.

Tylko w tę noc – jedną przeklętą noc – chciałem się zatracić w słodyczy, którą widziałem w oczach tej dziewczyny; emanującej z niej, nieskażonej niewinności.

W moim życiu nie było miejsca na słodycz. A już na pewno nie na niewinność.

Mimo to rozpaczliwie jej pragnąłem. Tamtej chłodnej paryskiej nocy, pod niebem usianym gwiazdami, w końcu się do tego przyznałem, chociaż tylko przed samym sobą. Dziewczyna kusiła mnie niczym rozespana kochanka. Muza obiecująca, że zostanie ze mną dłużej niż przez chwilę czy dwie. Nie zasługiwałem na nią, lecz się tym nie przejmowałem.

Przerwałem pocałunek, wodząc ustami po jej policzkach i piegach – pocałunkach anioła – delikatnie rozsianych na jej skórze.

– Chodź ze mną do pokoju – szepnąłem, nie umiejąc zamaskować żądzy w swoim głosie.

– Jesteś pijany – odszepnęła. – Obserwowałam cię przez cały wieczór.

– Tak – przyznałem. – Ale to nie wpłynie na moje umiejętności w łóżku. Nigdy nie wpływa.

Zastygła w moich ramionach i wtedy dotarło do mnie, jak chamsko musiały zabrzmieć moje słowa, jak pospolicie musiała się przez nie poczuć. Lecz czy nie była pospolita? Czy nie chciałem jej sprowadzić do roli jednej z wielu? Czy rzeczywiście mogłem udawać, że różni się od reszty? Od tabunu kobiet, z którymi spędziłem tylko jedną noc? Nie miałem nic do zaoferowania dziewczynie takiej jak ona, więc dlaczego czułem, że to, co przed chwilą we mnie rozkwitło, właśnie uschło? Nie miałem pojęcia, co to mogło być, ale na pewno coś. Poczułem…

– Jesteś inny – powiedziała ze smutkiem.

Minęło dużo czasu, odkąd ktoś smucił się z mojego powodu. I co niby miała na myśli, mówiąc, że jestem „inny”? Ach, wiedziała, kim jestem. Rozpoznała mnie. Być może fantazjowała o tym, że Callen Hayes okaże się inny, niż piszą w gazetach. Może myślała, że zostałem po prostu źle zrozumiany. Przez jedną szaloną sekundę, gdy patrzyłem w jej smutne oczy, chciałem uwierzyć w to, że faktycznie tak jest. Wiedziałem jednak, że nie. Otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, spróbować naprawić swój błąd albo tylko ją przeprosić, gdy nagle otworzyły się drzwi za nami. Puściłem dziewczynę i oboje odwróciliśmy się jak na komendę.

Charlène stała w drzwiach z ramionami skrzyżowanymi na wysokości drobnych krągłych piersi, z uniesioną brwią i sardonicznym uśmiechem na błyszczących czerwonych ustach.

– Jeśli skończyłeś już obmacywać kelnerkę, to czy możemy iść? Zaprosiłeś mnie przecież do siebie, oui?

Skrzywiłem się wewnętrznie, widząc smętnie zwieszone ramiona dziewczyny. O Chryste! Powiedziałem jej dokładnie to samo co Charlène. Spojrzała na mnie – jej śliczne usta były opuchnięte od pocałunku, włosy spływały luźno na ramiona – i zobaczyłem malujące się na jej twarzy rozczarowanie. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu spojrzałem na siebie cudzymi oczami i potwornie nie spodobało mi się to, co ujrzałem. Kelnerka wyprostowała się, odsunęła ode mnie, minęła Charlène i wyszła z tarasu. W jednej sekundzie już jej nie było.

ROZDZIAŁ DRUGI

Jessica

Jak poszło? – zapytała moja współlokatorka, Francesca, gdy tylko stanęłam w drzwiach.

Rzuciłam torebkę i skierowałam się w stronę lodówki znajdującej się tuż za naszym salonem. Wyjęłam z niej butelkę wody i upiłam spory łyk.

– Dobrze, jeśli brak pracy to powód do radości. – Posłałam Frankie smutny uśmiech i znów napiłam się wody. W mieszkaniu było duszno i czułam, jak po plecach spływa mi kropla potu. – Przebiorę się i zaraz wracam.

Poszłam do swojego maleńkiego pokoju, ściągnęłam z siebie spódnicę oraz bluzkę, po czym starannie odwiesiłam je do szafy. Nie miałam zbyt wielu eleganckich strojów i musiałam o nie dbać, zwłaszcza teraz, gdy czekało mnie szukanie nowej pracy.

Po włożeniu pary bawełnianych szortów, luźnego topu i zebraniu włosów w kucyk ochłonęłam na tyle, że mogłam wrócić do salonu.

Usłyszałam wystrzał korka. Roześmiałam się na widok Frankie otwierającej butelkę szampana i wlewającej go do dwóch smukłych kieliszków.

Santé, mon ami – zanuciła, podając mi jeden z kieliszków, i uniosła własny. Uśmiechnęłam się i upiłam łyk taniego sikacza z bąbelkami. – To twój pierwszy krok na drodze do wspaniałej kariery.

Merci. –Klapnęłam na kanapę, odstawiłam kieliszek na stolik kawowy i podwinęłam pod siebie nogi. Frankie usiadła na drugim końcu kanapy, skosztowała szampana i skrzywiła się.

– Na lepszego nie było mnie stać – dodała tonem wyjaśnienia.

– Gdy tylko znajdę pracę, sama kupię szampana. Miejmy nadzieję, że wreszcie będę mogła sobie pozwolić na coś porządnego.

Uśmiechnęła się do mnie.

– Na pewno. Jestem z ciebie dumna, że zdecydowałaś się na ten krok.

– Tak, tak. Ale jeśli wyląduję w przytułku, będę za to winić ciebie.

– W porządku. Chociaż z tego, co wiem, nie ma już przytułków. Wylądujesz więc samotnie na zimnej ulicy, moja kapustko.

– Świetnie. – Uśmiechnęłam się na dźwięk tego pieszczotliwego określenia. Frankie usłyszała gdzieś wyrażenie ma choupette i zapytała mnie, co ono oznacza, a ja przetłumaczyłam je dosłownie. Od tej pory uwielbiała mnie nazywać „kapustką”. Pomimo włoskiego imienia moja współlokatorka nie posługiwała się biegle żadnym z języków romańskich, a gdy się poznałyśmy, znała ledwie parę słów po francusku. Spotkałam ją w kafejce internetowej tuż po przyjeździe do Paryża, usłyszałam, jak próbuje zamówić kawę z croissantem i postanowiłam jej pomóc. Gdy zaczęłyśmy rozmawiać, szybko się okazało, że nadajemy na podobnych falach. Obie szukałyśmy współlokatorki, więc było to istne zrządzenie losu. Na szczęście mieszkanie i praca we Francji pozwoliły jej podszlifować język. Frankie zatrudniła się w salonie znanej projektantki Clémence Maillard. Uwielbiała swoją pracę, chociaż zarabiała niewiele więcej niż ja.

 

Właściwie każdy zarabiał teraz lepiej ode mnie, uprzytomniłam sobie. Nie dostawałam już przecież pensji.

– Jak Vincenzo przyjął twoją rezygnację?

Westchnęłam.

– W porządku. Raczej nie będzie miał problemu ze znalezieniem kogoś nowego na moje miejsce. – Sięgnęłam po swój kieliszek i upiłam łyk. Vincenzo pewnie już mnie kimś zastąpił. Lounge La Vue był jednym z najbardziej popularnych i naj­elegantszych barów hotelowych w Paryżu, z zazwyczaj świetnymi napiwkami. Miałam już jednak dość pracy kelnerki na niepełny etat.

Rok temu skończyłam studia romanistyczne ze specjalizacją francuska sztuka średniowieczna, przeniosłam się do Paryża i zaczęłam szukać pracy. Kiedy jedyną ofertą, jaką dostałam, był etat w niewielkiej gazecie z pensją niewystarczającą nawet na trzy posiłki dziennie, przyjęłam pracę kelnerki w Lounge La Vue i odbywałam krótkie (nieodpłatne) staże w muzeach, które dostarczały mi strawy intelektualnej. Mój ostatni staż właśnie się skończył, a porzucenie pracy w barze miało mnie zmusić do poszukania sobie porządnej pracy zgodnej z moim wykształceniem. Frankie miała rację – nadszedł czas, bym w końcu w siebie uwierzyła.

Na studiach odkryłam, że mam prawdziwy talent i smykałkę do tłumaczenia języka starofrancuskiego. Gdyby udało mi się znaleźć pracę, w której mogłabym wykorzystywać tę umiejętność, byłoby to spełnienie moich marzeń.

Mogłabym poprosić ojca o pomoc i zacząć karierę o wiele szybciej, ale byłam zdeterminowana, żeby tego nie robić. To on zdecydował, że francuska szkoła w moim rodzinnym mieście zapewni mi najlepsze wykształcenie, i to tam odkryłam swoją miłość do języka i wszystkiego, co francuskie. Byłam mu za to wdzięczna; i właściwie tylko za to. Matka zmarła na raka, kiedy miałam dwadzieścia lat, a ponieważ usłyszała diagnozę, gdy choroba była już w bardzo zaawansowanym stadium, odeszła od nas po niedługim czasie. Cztery lata później wciąż opłakiwałam jej stratę, ale współczułam jej przede wszystkim życia, na które przystała. Żyła zaledwie czterdzieści osiem lat, z czego ponad połowę spędziła u boku człowieka, który wcale jej nie szanował. Pragnęłam dla siebie czegoś więcej. Nigdy nie zaakceptowałabym podobnego życia. Mój ojciec szybko znalazł sobie drugą żonę, dziewczynę starszą ode mnie o rok. Byłam pewna, że ją też zdradzał. Oczywiście nie zapytałam go o to. Ani się tym nie przejmowałam. Nigdy nie byliśmy blisko związani, a teraz prawie przestaliśmy ze sobą rozmawiać.

Na szczęście miałam Frankie. W Paryżu nawiązałam niewiele znajomości – głównie z dziewczynami poznanymi w Lounge La Vue – ale Frankie była dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam. We Francji stworzyłam sobie nową rodzinę.

Położyłam głowę na oparciu kanapy. Nie miałam nic w ustach od śniadania, a wypity szampan sprawił, że zaczęła mnie ogarniać błoga senność.

– Nie wrócił więcej do baru, prawda? – zapytała Frankie, uważnie mi się przyglądając. Już miałam udać, że nie wiem, o kogo jej chodzi, ale znała mnie zbyt dobrze, żeby w to uwierzyć.

– Nie.

Minęły dwa miesiące, odkąd Callen Hayes przyszedł do Lounge La Vue, wycałował mnie do nieprzytomności, po czym opuścił lokal z inną kobietą. Oczywiście miał do tego prawo… W końcu to z nią przyszedł do baru. Widziałam, jak siedzą razem przy zatłoczonym stoliku, ale to mnie się przyglądał, więc miałam nadzieję…

Cóż, łudziłam się, że mnie przynajmniej rozpozna. Ale tak się nie stało. Nie miał zielonego pojęcia, kim jestem, widział we mnie tylko kelnerkę, która – jak mu się pewnie wydawało – przez cały wieczór się na niego gapiła. Rzeczywiście tak było, ale przyglądałam mu się raczej z niedowierzaniem. Po tylu latach Callen ponownie zjawił się w moim życiu. Choć to nigdy nie był mój Callen. I… no cóż, nigdy nie będzie.

W tamtej chwili nie potrafiłam jednak opanować podniecenia, które zapłonęło we mnie na myśl o tym, że rozpozna we mnie dziewczynkę, z którą przed laty przesiadywał w starym wagonie. Dziewczynkę, z którą przeżywał przygody, bawił się w różne gry i cierpliwie znosił wszelkie pomysły, jakie podpowiadała jej nadmiernie rozbudzona wyobraźnia.

Pocałował mnie wtedy na patio, lecz wcale nie smakował ciepłem ani nadzieją, jak to sobie zapamiętałam, tylko alkoholem i grzechem. Nie był już tamtym chłopcem – w najmniejszym stopniu – co troszeczkę złamało mi serce. Wróciłam do domu i wypłakałam się na ramieniu Frankie, opowiadając jej całą tę historię od początku. Był to już drugi raz, kiedy ten człowiek mnie pocałował, a potem zostawił. I nigdy więcej nie wrócił.

Oczywiście wiedziałam, kim jest Callen Hayes, jak chyba każda kobieta w wieku od piętnastu do pięćdziesięciu lat. Po raz pierwszy zobaczyłam go w programie Entertainment Tonighti prawie zemdlałam. Na początku byłam zauroczona tym olśniewającym mężczyzną na szklanym ekranie i chociaż wydał mi się znajomy w bliżej nieokreślony sposób, zorientowałam się, kim jest, dopiero wtedy, gdy usłyszałam jego nazwisko. Przyłożyłam rękę do ust, by zdławić cisnący się na nie okrzyk, i padłam na kanapę, patrząc w oszołomieniu, jak bez najmniejszego trudu oczarowuje gospodynię programu.

Ten jego uśmiech. Był urodziwym chłopcem, który wyrósł na porażająco przystojnego mężczyznę.

Wyjęłam starą, pożółkłą kartkę papieru z egzemplarza Króla Artura i rycerzy Okrągłego Stołui przesunęłam palcami po wyblakłych nutach, nie posiadając się ze zdumienia, że ten sławny człowiek w telewizji był tym samym chłopcem, który je niegdyś napisał. Ściągnęłam wszystkie jego kompozycje i rozpoznałam kawałek utworu wymyślony przez niego wtedy w wagonie – melodię, którą wreszcie udało mu się dokończyć. Słuchałam jej bez przerwy na iPodzie, ze słuchawkami w uszach; zamykałam oczy i przenosiłam się w czasie. Przysięgam, że czułam dotyk jego chłopięcej, naznaczonej odciskami dłoni na swojej skórze. Ależ to było głupie. I jakie prawdziwe.

Od tamtej pory śledziłam jego karierę, obserwowałam, jak wspina się na sam szczyt, zyskuje popularność i… pękałam z dumy. Chciałam go zapytać, dlaczego wtedy zniknął bez pożegnania, lecz nie mogłam sobie odmówić dumy, która napełniała moje serce za każdym razem, gdy czytałam pochlebny artykuł na jego temat. Oczywiście widziałam też opisy jego wybryków w tabloidach. Wyrobił sobie reputację, która mediom wydawała się fascynująca, kobietom zaś – pociągająca. Zastanawiałam się, ile z tego wszystkiego było prawdą, a ile dziennikarskim wymysłem, lecz po jego wizycie w Lounge La Vue znałam już odpowiedź. Był dokładnie taki, jak o nim pisano, a przynajmniej bardzo podobny. Pił, balował i… obcałowywał naiwne dziewczyny na patio, ponieważ mógł sobie na to pozwolić. Ponieważ ja – one – mu na to pozwalały.

Dlaczego niby miałabym z tego powodu mieć złamane serce? Niczego mi przecież nie obiecywał. Znałam go krótko, wiele lat temu, gdy oboje byliśmy dziećmi. Wyrósł na zarozumiałego babiarza – szaleńczo utalentowanego, zarozumiałego babiarza, który odniósł wielki sukces. Mogłam mu co najwyżej pogratulować. I cieszyć się, że tamtego wieczoru wyszedł z baru z tamtą francuską blondynką. To, że zostawił swoją dziewczynę i po trzech minutach zaczął się całować z nieznajomą kelnerką, dobitnie świadczyło o charakterze dorosłego Callena Hayesa.

Musiałam mieć niewesołą minę, bo Frankie posłała mi współczujące spojrzenie. Wysączyłam ostatni łyk szampana i uniosłam kieliszek, prosząc o dolewkę. Frankie sięgnęła po butelkę i ponownie napełniła mój kieliszek.

– Myślałaś o tym, czy się z nim nie skontaktować?

– Chryste, nie. Po co miałabym to robić?

Wzruszyła ramionami.

– Nawet mu nie powiedziałaś, kim jesteś. Nie sądzisz, że mógłby…

– Co takiego? Zaoferować mi numerek na jedną noc, z których najwyraźniej słynie?

Frankie wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

– A czy to by było takie złe?

Przewróciłam oczami. W przeciwieństwie do mnie Frankie zawsze miała chłopaka albo przynajmniej się w kimś podkochiwała. Skakała z kwiatka na kwiatek, bez przerwy się zakochując i odkochując. Miłość nie miała jednak nic wspólnego z tym, co oferował mi tamtego wieczoru Callen Hayes, jeśli w ogóle miał mi coś do zaoferowania.