Bez powrotuTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bez powrotu
Bez powrotu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,89  55,91 
Bez powrotu
Bez powrotu
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska
39,99  29,59 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  PROLOG

2  ROZDZIAŁ PIERWSZY

3  ROZDZIAŁ DRUGI

4  ROZDZIAŁ TRZECI

5  ROZDZIAŁ CZWARTY

6  ROZDZIAŁ PIĄTY

7  ROZDZIAŁ SZÓSTY

8  ROZDZIAŁ SIÓDMY

9  ROZDZIAŁ ÓSMY

10  ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

11  ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

12  ROZDZIAŁ JEDENASTY

13  ROZDZIAŁ DWUNASTY

14  ROZDZIAŁ TRZYNASTY

15  ROZDZIAŁ CZTERNASTY

16  ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

17  ROZDZIAŁ SZESNASTY

18  ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

19  ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

20  ODNALEZIENIE

21  PODZIĘKOWANIA

Tytuł oryginału: Seek

Copyright © 2018 Mia Sheridan

Copyright for the Polish Edition © 2020 Wydawnictwo Edipresse Sp. z o.o.

Copyright for the Translation © 2020 Edyta Jaczewska

Wydawnictwo Edipresse Sp. z o.o.

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska

Senior Project Manager: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk

Digital i projekty specjalne: Tatiana Drózdż

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta: Joanna Morawska, Ewdokia Cydejko

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Skopińska

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Biuro Obsługi Klienta

e-mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.-pt. w godz. 8:00-17:00)

facebook.com/edipresseksiazki

facebook.com/pg/edipresseksiazki/shop

instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8164-412-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Wersję cyfrową przygotowano w systemie Zecer firmy Elibri

Dedykuję tę książkę Karmie Montoya.

PROLOG

Masz – rzucił ostro wuj, wciskając mi w dłonie niewiele ważący jutowy worek. Coś w nim było na dnie. – Zajmij się tym.

Tym? Odwinąłem brzeg szorstkiego materiału i zajrzałem do środka. Spojrzała na mnie para okrągłych oczu barwy whiskey.

– Przypomina mi ciebie. Taki sam mały mieszaniec – dodał z nutą pogardy w głosie wuj. Z beczkowatej piersi wyrwał mu się kpiący śmiech.

– Półgłówek – mruknął złośliwie brat cioteczny, mijając mnie i specjalnie szurając nogami, żeby wzbić kurz.

Ogarnęły mnie gniew i poczucie wstydu. Chętnie wytarzałbym w ziemi tę jego pucołowatą gębę. Wiedziałem jednak, co mogłoby się stać, gdybym tak postąpił. Wuj sprałby mnie znów, pewnie dwa razy mocniej i dłużej. Czasem mimo wszystko bywało warto, ale dzisiaj… ręce miałem już zajęte.

Chwyciłem worek nieco inaczej i jego skraj opadł, odsłaniając niewielkiego szczeniaka. Pół pyszczka miał brązowe, drugie pół białe, obie plamy koloru dzieliła wyraźna linia. „Mały mieszaniec”, przypomniałem sobie określenie wuja. Z zaciekawieniem przyjrzałem się pieskowi, a on popatrzył na mnie przejrzystymi ślepkami.

Przykucnąłem i położyłem worek na ziemi. Szczeniak wyskoczył ze środka, machając ogonkiem tak gorliwie i szybko, że tyłeczek bujał mu się z boku na bok. Kąciki ust rozciągnął mi uśmiech.

Kopniak był prędki i mocny. Szczeniak zaskomlał z bólu i potoczył się w tył. Zatrzymał się na ścianie szopy, miękko na niej lądując. Zrobiło mi się żal psiaka, ale zamiast do niego podejść, co już chciałem uczynić, nie ruszyłem się z miejsca.

– Trzeba go będzie trochę zahartować – stwierdził wuj, drapiąc się tam, gdzie koszula podjechała mu w górę, obnażając fałdę otłuszczonego brzucha. Następnie obrócił się na pięcie i odszedł.

Podszedłem do szczeniaka, który przycupnął pod walącą się szopą. Spojrzał na mnie spod nisko trzymanego łebka, najwyraźniej nadal obawiając się kolejnego kopnięcia. Zerkał na mnie przez chwilę i jego mały jak zawiązek kolby kukurydzy ogonek znów zaczął się poruszać i niechcący uderzać o ścianę szopy. Psiak uniósł łebek. Zawahałem się, obejrzałem za siebie w stronę, gdzie znikł wuj i brat cioteczny, i wziąłem szczeniaka na ręce. Wiercił się i lizał mnie po brodzie.

– On ma rację, wiesz – szepnąłem. – Musisz być mężny. Walcz albo zgiń, taka zasada tutaj obowiązuje.

Ogonek szczeniaka zatłukł o mój tors, jego ciepłe pulchne ciałko wiło się z radości, kiedy go do siebie tuliłem.

– Przestań – poinstruowałem psiaka najsurowszym tronem, na jaki mnie było stać. Spojrzałem mu w oczy i pokazałem zęby, a potem cicho warknąłem, chcąc go przestraszyć.

Ogonek zaczął walić jeszcze szybciej i mocniej, psiak zaszczekał słabym piskliwym odgłosem szczenięcej radości. Westchnąłem i skrzywiłem się, bo lizał mnie po ustach i po policzku. Zastanawiałem się, co mam z nim zrobić, i wreszcie zabrałem go ze sobą do szopy, a tam położyłem na moim zatęchłym posłaniu, urządzonym w rogu.

– Tylko się nie przyzwyczajaj – mruknąłem.

W odpowiedzi szczeniak energicznie zamachał ogonkiem, po czym, wyraźnie zmęczony całą tą pracowitą psią radością, przytulił się do mnie i rozdzierająco ziewnął. Patrzyłem, jak przymyka oczy, i zmarszczyłem brwi, bo stało się coś dziwnego: zrobiło mi się ciepło na sercu. Odebrałem to poczucie jako przyjemne, ale i niebezpieczne.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Olivia

Nie sądziłam, że kiedyś poczuję się tak bardzo nie na swoim miejscu. Kolano podrygiwało mi nerwowo i szybko upiłam łyk piwa, próbując nie okazywać zmieszania, wtopić się w otoczenie. Byłam niespokojna i ruchy miałam niezborne, więc piwo chlupnęło i parę kropel osiadło mi na podbródku. Nie ma co, ładnie, pomyślałam. Przesunęłam palcem po brodzie, zlizałam krople i przygryzłam usta. Co ja robię? Przecież nie lubię piwa. Starałam się jednak nie skrzywić w reakcji na jego wodnistą gorycz i ukradkiem zerknęłam na żłopiącą żółty płyn klientelę baru. Upewniłam się, że niepotrzebnie zwróciłabym na siebie jeszcze więcej uwagi, gdybym zamówiła kieliszek białego wina, na które rzeczywiście miałam ochotę.

Powiedział mi, że mam ubrać się na niebiesko, więc wybrałam modry jedwab. Uznałam, że zalecił mi konkretny kolor, aby mnie wyłowić z tłumu. Powinnam była jednak wziąć pod uwagę, że ten żywy odcień niebieskiego sprawi, iż do niektórych lokali będę pasowała jak wół do karety. Na przykład w tej spelunie, gdzie ulubioną barwą zdawała się czerń, a preferowanym materiałem skóra. Cóż, stało się.

Zacisnęłam palce na szklance. Chłodziła je i dawała mi namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Jeszcze raz dyskretnie rozejrzałam się po klientach baru, ale zdawało się, że nikt szczególnie mi się nie przygląda. „Załóż niebieską bluzkę” – powiedział. Odhaczone. „I czekaj przy barze”. Odhaczone. Gdzie on się podziewa? Wygładziłam fałdy spódnicy i założyłam nogę na nogę. Ile czasu czekać, zanim oficjalnie będę mogła uznać, iż wystawił mnie do wiatru?

Boże, to jak historia mojego życia w pigułce. Wystawiona do wiatru, porzucona, pozostawiona samej sobie, puszczona kantem. Zmusiłam się do wyprostowania pleców, niezadowolona, że zaczynam w myślach biadolić.

Moją uwagę zwrócił dochodzący z głębi baru odgłos zbijanych kul bilardowych. Zaczęłam obserwować faceta pochylającego się nad stołem i szykującego do uderzenia. Kiedy znów spojrzałam przed siebie, na stołku barowym obok mnie, przedtem wolnym, siedział mężczyzna w czarnej bejsbolowej czapce, której daszek przesłaniał większość jego twarzy.

– Olivia Barton – raczej stwierdził, niż spytał.

Serce zabiło mi mocniej. Rozpoznałam ten nieco chropawy głos, słyszany dziś wcześniej przez telefon.

 

– Tak. A pan to…?

– Owszem. – Dał znak barmanowi, a ten zareagował skinieniem brody i ruszył w naszą stronę. Mężczyzna w bejsbolówce sięgnął do stojącej na kontuarze miseczki z fistaszkami i wrzuciwszy sobie kilka orzeszków do ust, zaczął je nieśpiesznie żuć.

Zacisnęłam wargi, zirytowana swobodną – niemal nonszalancką – postawą nieznajomego, podczas gdy sama prawie wychodziłam ze skóry.

– Czekałam. Spóźnił się pan – rzuciłam z pretensją w głosie.

Barman podszedł i nieznajomy zamówił piwo, a potem spojrzał w moją stronę i ruchem głowy wskazał na trzymaną przeze mnie szklankę.

– Dlaczego nie zamówić tego, na co naprawdę ma pani ochotę? – zapytał, ignorując uwagę o spóźnieniu.

Spojrzałam z wahaniem na wciąż prawie pełną piwa szklankę i ponownie zwróciłam na niego wzrok.

– Hm…

– Białe wino? – domyślił się.

– Sauvignon blanc.

Ledwie zauważalnie uniósł brew.

– Kieliszek waszego najlepszego białego wina – odezwał się do barmana, który skinął głową i odwrócił się od nas.

Powiedziałam coś nie tak? – zastanawiałam się.

– Trafiła pani bez problemu?

– Do tego baru? Tak, kierowałam się GPS-em. Czy cała ta tajemniczość rodem z filmów płaszcza i szpady jest naprawdę konieczna? – Ruchem ramienia ogarnęłam mroczne wnętrze baru. – Zlecenie, jakie mam dla pana, jest jak najbardziej legalne.

Przysięgłabym, że dostrzegam leciutkie uniesienie kącików ust nieznajomego. Przechyliłam głowę, usiłując przyjrzeć mu się dokładniej. Rysy twarzy ginęły w słabym oświetleniu i cieniu rzucanym przez daszek czapki, więc jedyne, co zauważyłam, to wyraziste linie. Postawiono przed nim piwo, przede mną kieliszek wina, a on skinął głową barmanowi i rzucił na blat dwudziestodolarówkę. Napił się piwa. Spostrzegłam, jak poruszyła mu się grdyka, gdy przełykał, i spróbowałam wina. To „najlepsze” białe wino okazało się kiepskie i niepotrzebnie słodkie, ale i tak smaczniejsze niż piwo, które próbowałam pić przedtem, więc znowu upiłam łyk.

– Płaszcza i szpady nie mam, ale w moim zawodzie nigdy dość ostrożności, rozumie pani. – Wrzucił sobie do ust kolejną garść orzeszków.

– W takim razie powinien pan uważać z fistaszkami. Ma pan pojęcie, ile brudnych dłoni już po nie sięgało? – Zmarszczyłam nos, wskazując ruchem brody miseczkę stojącą na kontuarze.

Przeżuł, przełknął.

– Jeśli mam panią eskortować przez zrujnowane i niebezpieczne rejony Kolumbii, to lepiej dla pani, żebym nie trząsł się o parę bakterii na fistaszkach. – Znów wypił długi łyk piwa, a potem na mnie popatrzył.

Spoglądał nieruchomo, a mimo to odniosłam wrażenie, że ogarnął wzrokiem moją sylwetkę od stóp do głów. Na skórze poczułam dreszcz, jakby w reakcji na jego spojrzenie. Nachmurzyłam się, wytrącona z równowagi przez obcego mi człowieka.

– Tak czy inaczej – zaczęłam i odchrząknęłam – wspomniał pan przez telefon, że omówimy konkrety podczas rozmowy. Co chciałby pan wiedzieć?

Zawahał się na ułamek sekundy, zanim zadał mi pytanie.

– Narzeczony dał pani powody do przypuszczeń, że nagle panią zostawi?

– Nie. A jakie mogłyby wchodzić w rachubę?

Spojrzał przed siebie i wzruszył ramionami.

– To pani powinna mieć kobiecą intuicję. Czy podpowiadała pani, że narzeczony zamierza zwiać gdzie pieprz rośnie?

Zwiać gdzie pieprz rośnie, powtórzyłam w myśli. Cóż, w zasadzie tam uciekł. Choć czy w Kolumbii rośnie pieprz? O mało nie parsknęłam nerwowym śmiechem. Wzięłam głęboki oddech i przecząco pokręciłam głową, chociaż mężczyzna w bejsbolówce nie patrzył na mnie.

– Nie. Wszystko układało się dobrze, jak trzeba, normalnie. Przed samym jego wyjazdem omawialiśmy plany związane ze ślubem…

Umilkłam, wspominając pamiętny poniedziałek sprzed dwóch miesięcy. Oczyma wyobraźni ujrzałam Aleca. Golił się, a ja oparłam się o umywalkę i spytałam go, czy lubi peonie. „Kochanie, gdybym miał pojęcie, co to za kwiaty, mógłbym udzielić ci odpowiedzi” – odparł. Zaśmiałam się, a on rzucił mi chłopięco żartobliwy uśmiech, ze szczęką nadal białą od piany. Serce ścisnęło mi się na wspomnienie tamtego poranka. Teraz wydawał mi się dawnym snem, w którym człowiek gotów jest przysiąc, że przeżywa coś realnego, a jednak budzi się i przekonuje, iż było to jedynie senne rojenie umysłu.

– Powiedział pani, że dokąd się wybiera?

– Do Miami. Umówił tam spotkania w interesach. Miało go nie być tylko przez tydzień, a kiedy w niedzielę wieczorem nie wrócił, zaczęłam telefonować na jego komórkę. Nie oddzwaniał, więc we wtorek rano skontaktowałam się z policją.

Z ciężkim sercem pomyślałam o tamtych dniach, o panice, która mnie ogarnęła, kiedy zdałam sobie sprawę, iż Alec zaginął, o najgorszych przypuszczeniach. Wyobrażałam sobie, że leży po wypadku w rowie albo że został zamordowany w ciemnej alejce.

– Ile razy pani z nim rozmawiała w ciągu tamtego tygodnia?

– Wcale – odparłam, przecząco kręcąc głową. Wiedziałam, że wyda mu się to nietypowe, ale z reguły nie kontaktowałam się z narzeczonym w trakcie jego nieobecności. – Rzadko ze sobą rozmawialiśmy, kiedy wyjeżdżał w interesach. Koncentrował się na pracy, wstawał wcześnie, kładł się spać późno. Wysłał mi esemesa po przyjeździe na miejsce, dając znać, że dotarł bezpiecznie, ale potem nie miałam od niego wiadomości.

Nieznajomy zachował milczenie, którego nie próbowałam wypełnić dodatkowymi informacjami. To nie była jego sprawa. Szczerze mówiąc, lubiłam czasową nieobecność Aleca, kiedy oddawał się pracy. Robiliśmy sobie krótką przerwę w kontaktach i tym bardziej niecierpliwie wyczekiwałam, aż zobaczę go po powrocie. Czas spędzony osobno za każdym razem dodawał pieprzyka naszemu powitaniu. Uwielbiałam to.

– Dzwoniła pani do jego współpracowników, dowiadywać się, czy rzeczywiście tam pojechał?

– Nie. Alec jest niezależnym przedsiębiorcą, nie ma wspólników. Nie spytałam nawet o nazwiska osób, z którymi miał się spotkać. To było coś związanego z rozwojem oprogramowania. Tylko tyle mi wiadomo. Policja poinformowała mnie, że nie zameldował się w hotelu, w którym miał się zatrzymać. Stwierdzili, że w ogóle nie pojawił się w Miami. Kiedy policja zabrnęła w ślepą uliczkę, wynajęłam prywatnego detektywa.

– A on namierzył go w Kolumbii.

– Tak.

– Domyśla się pani, dlaczego pojechał akurat tam, w dodatku nic pani nie mówiąc?

– Nie.

Zmarszczyłam brwi. Nie byłam pewna, czy człowiek, którego wynajmowałam, żeby mnie zabrał do Kolumbii, do Aleca, ma znać wszystkie informacje, które zebrał dla mnie prywatny detektyw. Przecież powinna mu wystarczyć wiadomość, dokąd chcę się udać. Z drugiej strony, i tak już poznał większość danych i zapewne pytał tylko po to, żeby się upewnić.

Wynajęty przeze mnie detektyw wytropił Aleca w pewnym nadmorskim miasteczku w Kolumbii, niedawno nawiedzonej przez trzęsienie ziemi, po którym przyszła potężna fala tsunami. Poprosiłam go, żeby mi pomógł znaleźć kogoś, kto by mnie tam zabrał. Początkowo twierdził, że nie zna osoby, która podjęłaby się takiego zadania, ale jednak rozpuścił wici. Nie robiłam sobie nadmiernych nadziei, ale w końcu ktoś do mnie zadzwonił i powiedział, że mam się z nim spotkać w tym słabo oświetlonym barze w szemranej dzielnicy.

– Jest pani pewna, że on chce, by go odszukać?

Serce mi na moment zamarło i zaczęłam nerwowo skubać palcami etykietkę butelki z piwem, nadal stojącej obok mojej pełnej szklanki.

– Nie – szepnęłam.

Właśnie w tym kryło się największe ryzyko. Może być i tak, że Alec wcale nie chce zostać przeze mnie odnaleziony. Może przebywa tam, gdzie zamierzał się znaleźć, ale… nie potrafiłam w to uwierzyć. Może kierowało mną myślenie życzeniowe, może byłam kompletną idiotką, lecz co jeśli… on chce wrócić do mnie, tylko nie jest w stanie? A jeśli został ranny? Co jeśli sądził, że… Potrząsnęłam głową, siłą woli odrywając się od zadawania sobie pytań, które tłukły mi się po głowie i na które nie znajdowałam odpowiedzi. Tych samych, które od dwóch miesięcy nie pozwalały mi spokojnie przespać całej nocy. Tylko w jeden sposób mogłam wyjaśnić sprawę zniknięcia Aleca i właśnie zamierzałam to zrobić.

– Tak czy inaczej doceniam pana gotowość do zajęcia się tą sprawą… – Urwałam na moment i podjęłam: – Gdybym musiała, jakoś bym sobie z tym poradziła sama, przynajmniej tak mi się wydaje. Jednak zniszczenia spowodowane trzęsieniem ziemi utrudniają podróżowanie, a ja nie znam tego kraju ani nie władam zbyt dobrze hiszpańskim. Wszystko to razem wziąwszy, może znacznie spowolnić poszukiwania, a na zwłokę nie mogę sobie pozwolić.

Mężczyzna obrócił się w moją stronę i po chwili milczenia oznajmił:

– Prawdę mówiąc, w innych okolicznościach nie przyjąłbym pani zlecenia, ale tak się składa, że mam coś do załatwienia w okolicy, do której chce się pani przedostać. Hiszpańskim mówię płynnie. A kasa to kasa. Przed wyjazdem będziemy musieli ustalić parę reguł.

– Reguł?

– Tak. Pojedziemy w rejony, gdzie roi się od przestępców. Po trzęsieniu ziemi oraz po tsunami zniszczenia są znaczne, a przy braku łączności ze światem zewnętrznym okolica może okazać się jeszcze niebezpieczniejsza. Kiedy gasną światła, z zakamarków wyłażą karaluchy.

– Karaluchy? Och. Cóż, w tym przypadku pan jest ekspertem. Zatrudniam pana jako przewodnika, więc będzie tak, jak pan zdecyduje. Muszę się dostać do Palomino. Nic więcej się dla mnie nie liczy.

– A jeśli sprawy nie ułożą się po pani myśli?

Czyli co zrobię, jeśli Alec nie będzie chciał mieć ze mną do czynienia, pomyślałam. Oznajmi, że mnie nie chce, że jestem idiotką. Przecząco pokręciłam głową.

– Nie wiem. Czy będzie pan w stanie zabrać mnie z powrotem… w razie czego?

Spojrzał na mnie ponownie. Akurat w tym momencie otworzyły się drzwi i dzienne światło zalało wnętrze baru, na chwilę ukazując twarz mojego przewodnika. Zaskoczył mnie kolor jego oczu – opalizujący ciemnoszary, grafitowy – i uważniej przyjrzałam się jego twarzy. W tym momencie zatrzasnęły się drzwi baru, a mój towarzysz na powrót pogrążył się w cieniu. Zdążyłam jednak dostrzec wystarczająco wiele, by wiedzieć, że jest przystojny, choć rysy miał zbyt wyraziste. Linia ust była raczej wąska, twarz składała się z kanciastych płaszczyzn i wgłębień. Zdawało się, że cały jest z wyraźnych krawędzi i stalowej szarości. Niczym ostrze noża. Wbrew samej sobie poczułam, że po plecach przebiegł mi zimny dreszcz.

– Nie będę mógł zabrać pani z powrotem. Po dotarciu do Palomino będzie pani zdana wyłącznie na siebie.

Och. Zawiedziona, przygryzłam wargę. Mogłam tylko się modlić, aby sprawa z Alekiem okazała się… możliwa do wyjaśnienia, liczyć, że na miejscu odczekamy, póki znów nie otworzą lotnisk, i wrócimy razem. Oby tak się stało! Jeśli nie, to znajdę sobie lokum i wrócę do Stanów wtedy, kiedy będzie to możliwe. Na pewno udałoby mi się wynająć pokój. Podejmowałabym w ten sposób kolejne ryzyko, ale, doprawdy, co za różnica – jedno mniej czy więcej?

– Nie ma sprawy. Jeśli tylko zdoła mnie pan tam zawieźć, o powrót do domu sama zadbam.

Powrót do domu, powtórzyłam w myśli.

Mężczyzna wzruszył ramionami, ale nie skomentował moich słów.

– Aha – dodałam, sięgając do trzymanej na kolanach torebki – przyniosłam pieniądze.

Wyjęłam kopertę z gotówką, aby mu ją podać, jednak się wstrzymałam.

– Skąd mogę wiedzieć, że nie ulotni się pan z pieniędzmi?

– Znikąd – odparł krótko.

Milczałam. Co ja najlepszego wyprawiam, zreflektowałam się, wynajmuję na przewodnika człowieka, o którym nic nie wiem. Zamierzam wręczyć mu sporą kwotę za zlecenie, którego rezultatów nie mógł mi zagwarantować. Jednak nie mam wyjścia, to jedyny sposób na dotarcie do Aleca, uznałam ostatecznie, wyciągając rękę z kopertą.

– Resztę mój prawnik prześle panu przelewem po wykonaniu zadania – powiedziałam – natychmiast po otrzymaniu instrukcji ode mnie. Będzie mi tylko potrzebny pański numer ubezpieczenia i dane konta bankowego. Obiecuję to panu. Może mi pan zaufać.

Spostrzegłam, że popatrzył na mnie z rozbawieniem, po czym znów przybrał obojętną minę. Poczułam, że się rumienię. Oczywiście, że mi nie ufa, pomyślałam, i jest mu wszystko jedno, czy jestem godna zaufania, czy nie. Gdybym nie zapłaciła mu za wykonane zlecenie, pewnie zamordowałby mnie dla samej zasady.

Wziął ode mnie kopertę, wsunął ją do kieszeni kurtki, ale nie odwrócił wzroku. Nagle policzek mnie zapiekł, zupełnie jakby jego spojrzenie wydzielało ciepło. Co za śmieszna myśl! Po prostu cała ta sytuacja wytrąciła mnie z równowagi. Jak to się stało, że życie mnie tu przywiodło?

 

Tymczasem przewodnik wziął długopis z barowego kontuaru, szybko zanotował na serwetce dane do przelewu i przesunął w moją stronę, a ja schowałam ją do torebki. Tymczasem on dokończył piwo, odstawił pustą szklankę i wstał.

– Odezwę się.

– Kiedy?

– Niedługo. Muszę parę spraw załatwić. Ma pani ważny paszport?

– Tak.

Skinął głową.

– To dobrze. Proszę nie brać dużo bagażu, ograniczyć się do plecaka i najmniejszego śpiwora, jaki pani znajdzie. I proszę być w gotowości.

Być w gotowości? Śpiwór?! Otworzyłam usta, chcąc wypytać go o szczegóły. Jakie sprawy chciał załatwić? I co to znaczy „niedługo”? Zanim zdążyłam się odezwać, odwrócił się i skierował w stronę drzwi. Nikt nawet nie obejrzał się w jego stronę, zupełnie jakby był duchem, którego tylko ja jestem w stanie zobaczyć. Wyszedł i nagle dotarło do mnie, że nawet mi się nie przedstawił.