Emmy 5 - Upiornego Nowego Roku

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Emmy 5 - Upiornego Nowego Roku
Emmy 5 - Upiornego Nowego Roku
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 15,98  12,78 
Emmy 5 - Upiornego Nowego Roku
Emmy 5 - Upiornego Nowego Roku
Audiobook
Czyta Magdalena Zając-Zawadzka
9,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mette Finderup

Emmy 5 - Upiornego Nowego Roku

Saga

Emmy 5 - Upiornego Nowego RokuPrzełożyła Aleksandra Szczepańska tytuł oryginału Emmy 5 - Goth nytårCopyright © 2008, 2019 Mette Finderup i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711868638

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Powrót do szkoły w Hejresø

Poniedziałek, 5 grudnia

Zawsze miałam poczucie, że Karleager i Hejresø to odpowiednio zadupia numer 1 i 2 na skalę światową. Poczucie to zmieniło się w podejrzenie po tym, jak moi rodzice się rozwiedli, a ja zaczęłam odwiedzać mojego tatę w Kopenhadze. Teraz jestem już tego pewna. Jakaś tajemnicza siła wyższa musiała zdecydować, że na tej pełnej życia planecie znajdzie się miejsce, gdzie nie będzie się działo absolutnie nic ciekawego, jako przeciwwaga do reszty zdarzeń rozgrywających się w innych częściach świata. Będzie to miejsce, gdzie rzeczy na zawsze pozostaną takie same, nawet jeśli je opuścisz na pół roku. A na miejsce to siła wyższa z niewyjaśnionych przyczyn wybrała szkołę w Hejresø.

Po pierwszym półroczu spędzonym w szkole z internatem, wróciłam dziś do mojej starej klasy. Oczywiście byłam nieziemsko zestresowana tą sytuacją. Chociaż nie miałam wpływu na zamknięcie Szkoły Teatralnej Grønnevangen z powodu galopującego po wszelkich konstrukcjach nośnych grzyba, powrót do starej klasy odebrałam trochę jak porażkę. Spodziewałam się, że wszyscy (oczywiście oprócz Kit) będą o mnie szeptać, a ja znowu będę musiała wspinać się po drabinie popularności, rywalizując z mizdrzącymi się laluniami i molami książkowymi, tak jak musiałam walczyć o swoje miejsce w szkole z internatem. Jednak byłam w błędzie.

Moja stara klasa była dokładnie taka sama jak wtedy, gdy ją opuszczałam pół roku wcześniej. Być może Lisbeth, Ditte, Marie i wszyscy inni stali po prostu w szafie z wielkimi kluczami do nakręcania na plecach, a kiedy pojawiły się plotki, że wracam, nauczyciele ich wyciągnęli i nakręcili, żeby znowu się mogli poruszać?

Czuję się, jakbym weszła do wehikułu czasu i wróciła do czasów sprzed pół roku. Tu się nic nie zmieniło nawet o mikromilimetr. No dobra, Julie S faktycznie ma coś, co przypomina piersi, Heine z rozmiaru jamnika z superkrótkimi nogami rozciągnął się do trzech metrów i czterdziestu centymetrów wysokości, no i do klasy doszedł nowy chłopak, Jannick. Poza tym wszystko wydawało się takie samo, a we mnie w tym czasie zaszło przecież niesamowicie dużo zmian.

„Witamy z powrotem, Emmy. Jesteś... czarnowłosa,” to był jedyny komentarz mojej nauczycielki angielskiego, wręczającej mi zestaw nowych książek z miną, jakby były to co najmniej królewskie precjoza. Jednocześnie poinstruowała mnie, że muszę je prawidłowo obłożyć.

„Tylko żaden świąteczny papier ozdobny. Nie jest wystarczająco gruby. Musisz użyć prawdziwego papieru do obkładania książek,” upomniała. Pokiwałam głową na znak, że rozumiem. Nowe książki w naszej szkole są tak rzadko spotykane, jak kolarz nie jeżdżący nadopingu, a moje wydanie That’s It! na pewno musi doczekać jeszcze moich dzieci i wnuków.

Na duńskim było większe poruszenie, ale w sumie nie jestem pewna, czy podobało mi się to całe zainteresowanie ze strony naszej nowej wychowawczyni. Oficjalnie, stara wychowawczyni, Susanne, została zmieniona, ponieważ zawsze marzyła o pracy w szkolnej bibliotece, jednak podejrzewam, że to marzenie miało spory związek z tym, że po prostu nie miała już dłużej ochoty uczyć, szczególnie naszej klasy. Od powrotu z wycieczki do Szwecji była mocno wycofana i czasami siedziała za biurkiem patrząc na nas z ciekawością pomieszaną ze strachem i obrzydzeniem, uczuciami podobnymi do tych, które towarzyszą mnie i Kit podczas oglądania jakiegoś horroru klasy B. Wydaje mi się, że Susanne ma się znacznie lepiej pośród książek niż pośród żywych ludzi.

O nowej nauczycielce na pewno nie można powiedzieć, że jest nudna jak falki z olejem, tak jak to miało miejsce w przypadku Susanne. Wpadła do sali jak tornado i energicznym ruchem wskoczyła na biurko. Następnie przeszyła nas swoim laserem w oczach, które przykrywał lekko artystyczny nieład blond fryzury na pazia.

– 8A, mam wam coś do powiedzenia – wyznała głosem zupełnie nie pasującym do jej nikłej postury. Chłopcy zaczęli się niespokojnie wiercić na swoich krzesłach. Siedemdziesiąt pięć procent z nich obawiało się, że Iben chce porozmawiać o czymś, czego ONI nie powinni byli zrobić. – Zupełnie zapomniałam założyć moje eleganckie buty – powiedziała Iben i wyciągnęła nogi w swoich supermodnych lnianych spodniach. Na stopach sterczały wielkie, kanciaste gumowce w kolorze khaki, takie same, jak ma mój ojciec. Rozejrzałam się po moich kolegach z klasy. Wyglądali tak, jakby teksty w tym stylu były u Iben czymś normalnym. – Są z Netto. 79 koron – powiedziała i pokręciła głową... albo z powodu swojego zapominalstwa, albo zadziwiających cen w Netto, po czym zeskoczyła z biurka i wzięła kurs na mnie.

– Dzień dobry, Emmy. Oraz witaj z powrotem. Bardzo miło mi cię poznać – powiedziała i wyglądała, jakby mówiła serio. Podała mi rękę na powitanie i mimo że była ona pokryta tak cienką warstwą tkanki tłuszczowej, że z powodzeniem mogłaby uchodzić za „danie fit” na stołówce, jej uścisk miał prawdziwą moc. Miałam wrażenie, że wokół mojej dłoni zacisnęła się paszcza aligatora i w tej samej chwili zrozumiałam dlaczego chłopcy niespokojnie się kręcili. To na pewno wątpliwa przyjemność skończyć w paszczy Iben Svejgaard, kiedy zajdzie się jej za skórę.

Wróciła do biurka, ale ja pozostałam pod ostrzałem:

– Chętnie usłyszymy, jak było w szkole z internatem, Emmy – powiedziała.

Opowiedziałam szybko o szkole i sztuce, którą wystawiliśmy oraz o tym, że szkoła została zamknięta przed czasem, a nas odesłano do domu z powodu ataku pleśni. To nie było chyba moje najbardziej inspirujące „stand-up show” w życiu, bo opowiadałam tę historię już setki razy. Ludziom to jednak wystarczało, bo zazwyczaj nie zadawali więcej pytań. Ale z Iben było inaczej.

– Ale jak się w tym wszystkim odnajdujesz, Emmy? Na pewno poznałaś tam fajnych przyjaciół, a nagle musiałaś się z nimi wszystkimi rozstać, wrócić do domu i zostać nową dziewczyną w swojej starej klasie?

O to nikt nigdy wcześniej mnie nie zapytał. Nawet mama.

– Chyba jest w porządku... – powiedziałam i poczułam nagle, że wcale nie jest w porządku. Oczywiście brakuje mi mojej współlokatorki Rakel i Johana, mojego najlepszego chłopako-przyjaciela, z którym chyba chodzę. Tęsknię za nimi tak bardzo, jak bardzo nie mogę doczekać się świąt.

– Mmm – powiedziała Iben podchodząc do tablicy i wyciągając książki ze skórzanej torby, która bez problemu pomieściłaby całą szkolną bibliotekę Susanne.

Rzuciła książki na biurko i powiedziała:

– Pamiętacie, o czym kiedyś rozmawialiśmy? Mimo że wszyscy różnimy się od siebie, tu, w 8A, jesteśmy jedną drużyną i pomagamy sobie nawzajem. Musicie mi więc przyrzec, że zajmiecie się Emmy, jak należy. Strasznie się wkurzę, jeśli się dowiem, że jej dokuczacie i sama musi się na nowo odnaleźć w tej klasie, lub że jest wykluczona, ponieważ pół roku temu trochę się posprzeczaliście. Rozumiemy się?

Iben chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, że miałam Kit i że w związku z tym nigdy nie będę całkiem wykluczona. Mimo wszystko to bardzo miłe z jej strony, że tak powiedziała... chociaż trochę mnie to także przytłoczyło. Umiem sobie przecież świetnie radzić sama. Jednak dobrze wiedzieć, że trzyma rękę na pulsie i chce nas do siebie zbliżyć, bo w każdej klasie zawsze znajdą się tacy, którzy wyśmiewają i tacy, którzy są wyśmiewani. Czy naprawdę uda jej się to zwalczyć?

Na przerwie po duńskim kilka osób podeszło, żeby ze mną porozmawiać. Ten nowy chłopak, Jannick powiedział, które siedlisko kupili jego rodzice. Byłam ciekawa, jak sobie radzą, bo Ole Sørensen, który był poprzednim właścicielem, nie schodził ze swojego traktora przez 25 godzin na dobę. Kiedy z nim rozmawiałam, zjawiła się Ditte w towarzystwie Lisbeth i Tine. Zatrzymała się obok mnie, a powietrze wokół nas spadło do temperatury poniżej zera, tak że można je było pociąć na kostki lodu i wrzucić do szklanki z colą. Nie widziałyśmy się od czasów nocy sprzed pół roku, kiedy wszyscy wylądowaliśmy na posterunku policji po naszej nocnej kąpieli na pływalni.

Ditte popatrzyła na mnie, jakbym była karaluchem znalezionym w torebce z piankami. Po tym zatrzymała wzrok na moich włosach i powiedziała:

– Wyglądasz do dupy. To najgorzej pofarbowane włosy, jakie kiedykolwiek widziałam.

Matka Ditte jest fryzjerką, więc trzeba jej oddać, że MOŻE znać się na domowym malowaniu włosów. Ale to zupełnie nie o to chodziło. Chodziło o to, żeby podkreślić, że Iben może sobie mówić o trzymaniu się razem w klasie... ale Ditte ma to i tak kompletnie gdzieś.

Mieć czy nie mieć chłopaka

Czwartek, 8 grudnia

Jadę na weekend do taty i okropnie się z tego powodu cieszę, a jeszcze okropniej się denerwuję. Nie z powodu wizyty u taty, bo te są niemal tak przewidywalne, jak pogoda na święta (= zero śniegu). Zazwyczaj wygląda to mniej więcej tak: jadę pociągiem, a potem kolejką do Hvidovre, witam się z tatą i jego dziewczyną Lailą, spędzam czas z pizzą i telewizorem, robię rundkę po Strøget 1 , odwiedzam McDonalda, robię podejście do książki, którą ze sobą przywiozłam, ale się poddaję, oglądam telewizję i wracam do domu. Powodem mojego zdenerwowania jest fakt, że w sobotę mam odwiedzić Johana w Helsingør. Nie widzieliśmy się od zakończenia szkoły, kiedy mnie pocałował. Nie mam pojęcia, jak to jest zobaczyć się po takim doświadczeniu.

 

Trochę ze sobą od tamtego czasu mailujemy i SMS-ujemy (dobra, przyznaję, siedzę i wgapiam się w ekran telefonu z nadzieją, że jeśli włożę w to wystarczająco dużo wysiłku, nakłonię go do odpisania), ale to takie zwyczajne SMS-y i maile, w żaden sposób nie przypominające wiadomości od zakochanych. Piszę o tym, jak to jest być znowu w szkole, a on opowiada coś o mamie, znajomych i nowej piosence, której się uczy grać na gitarze. Żadne z nas nie ma odwagi wspomnieć o pocałunku... ani o uczuciach, które przewijają się w mojej głowie, bo nie mam bladego pojęcia, jakie uczucia przewijają się przez jego głowę.

Może on wcale nie chce niczego więcej poza tym pocałunkiem? Może nie uda nam się być parą na odległość? A może on też chodzi i myśli sobie, że to ja powinnam zacząć ten temat. Może, może, może. Może zwariuję, jeśli będę o tym dłużej rozmyślać. Albo Kit zwariuje. Moja biedna, najlepsza przyjaciółka musi wysłuchiwać moich rozterek i jest bardzo dzielna, ale prawdę mówiąc, ma już chyba trochę dość na sam dźwięk imienia „Johan”.

Poczułam się naprawdę dorośle, kiedy w końcu napisałam do niego mail, który w całej swej rozciągłości brzmiał następująco:

“Drogi Johanie!

Jadę na weekend do mojego taty. Co powiesz na to, żebym odwiedziła też ciebie?

Serdecznie pozdrawiam,

Emmy”

Niby nic takiego, ale siedziałam nad nim cały wieczór. Nie chciałam brzmieć jak natręt, ani jak desperatka, więc najpierw spróbowałam w nieco luzackim stylu: „Co tam, Johan. Masz czas na spotkanie? Może wpadnę na kakao?”, ale brzmiało to tak sztucznie i dziecinnie, że aż sama nie mogłam tego znieść.

Co najmniej pół godziny wgapiałam się też w „Serdecznie pozdrawiam”. Czy zamiast tego powinnam napisać po prostu „Pozdrowienia od Emmy”? Albo tylko „Pzdr”, bo to „serdecznie” mówiło za wiele …? Ale z drugiej strony bardzo chciałabym pokazać Johanowi, co do niego czuję, więc rozważałam także „Twoja Emmy”, jak czasami piszą w listach na starych filmach, ale to było takie nachalne, i umarłabym ze wstydu, gdyby on wcale nie czuł tego samego co ja. Zakończyłam więc „Serdecznie pozdrawiam”. Jest tu miejsce na interpretację według uznania, bo zwrotu tego używam także, kiedy zdarza mi się pisać do mojej babci.

Jejku, ależ to trudne zebrać się i wysłać mail. Po gapieniu się na niego przez kwadrans, wzięłam się w garść, zamknęłam mocno oczy i wcisnęłam „wyślij”... (a potem sto razy klikałam folder wysłane, żeby się upewnić, że na pewno to zrobiłam).

Siedziałam i patrzyłam w ekran komputera przez kolejny kwadrans. Kwadrans, który trwał dłużej niż wszystkie lata, jakie spędziłam w szkole razem wzięte. Następnie wszystkiego pożałowałam i poszłam zapytać Martina, czy zna jakiś sposób na powstrzymanie wysłanej wiadomości. Powiedział, że się nie da. Usiadłam więc i gapiłam się w monitor przez trzy kolejne minuty, ale kiedy dotarło do mnie, że przez cały czas wciskam „pobierz pocztę”, miałam siebie po dziurki w nosie i poszłam na dół pooglądać telewizję. Byłam tak żałosna, że sama nie mogłam już siebie znieść.

Kiedy kładłam się spać, nadal nie było żadnej odpowiedzi, a zaśnięcie zajęło mi półtorej godziny. Jednak na szczęście dla mojego zdrowia psychicznego, kiedy wstałam, odpowiedź od Johana czekała w skrzynce. Zdążyłam sprawdzić pocztę przed śniadaniem, i gdyby nie było odpowiedzi, poważnie rozważałam chorobę, żebym mogła zostać w domu i przez cały dzień sprawdzać maile.

Johan napisał na szczęście, żebym przyjechała i że się cieszy na nasze spotkanie. W sobotę. W sobotę. To pojutrze. Muszę pamiętać, żeby poprosić mamę o wypranie mojej czarnej bluzki. I muszę kupić farbę do włosów. Pojutrze się z nim zobaczę. To za chwilę, a jednocześnie za tak długo. Jeśli czas mijałby tak wolno, jak wtedy, gdy czekałam na wiadomość od niego, zdążę osiwieć do soboty. Ale na szczęście, niebieskoczarna farba, której używam, pokrywa także siwiznę. Tak przynajmniej piszą na opakowaniu (chociaż moja mama uważa, że to kłamstwo).

Rozczarowanie

Niedziela, 11 grudnia

Takiej wyprawy do Kopenhagi zupełnie się nie spodziewałam. Już od mojego przyjazdu, tato zachowywał się inaczej niż zwykle. Czekał na dworcu centralnym, żeby mnie przywitać, co nie zdarzyło mu się od moich pierwszych, samodzielnych wypraw do Kopenhagi, kiedy to martwił się, że mogę wpaść w ręce jakiegoś narkomana-pedofila obcego pochodzenia. Później już zawsze sama docierałam do ich domu w Hvidovre, który dzielił z Lailą poznaną na posterunku policji.

– Hej, Emmy. Jak minęła podróż? – zapytał supernienaturalnie, przerzucając moją torbę przez ramię.

– Dobrze... ale czemu po mnie przyjechałeś? Idziemy gdzieś? – zapytałam i zwizualizowałam sobie wyjście do jednej z pysznych pizzerii, albo może do ogrodu Tivoli 2 , który w grudniu, rozświetlony miliardem światełek, wygląda obłędnie.

– No... bez powodu. Po prostu chciałem cię odebrać – powiedział. Ale wiedziałam, że to oczywiście nieprawda. Mieszkając razem z moim oglądam-sobie-tylko-telewizję-i-nie-ma-mnie-dla-reszty-świata tatą przez dobre dwanaście lat, nauczyłam się dostrzegać maleńkie detale. Może to być niewielkie poruszenie wąsem, niczym mysz, szczególny sposób, w jaki drapie się po uszach, czy coś w jego tonie, co brzmi inaczej niż zazwyczaj i zdradza jego prawdziwe myśli. Byłam niemal tak pewna tego „powodu”, jak jestem pewna tego, że Martinowi znowu, jak co roku, trafi się migdał w świątecznym deserze. Byłam też więcej niż pewna, że to tak naprawdę Laila wysłała tatę po mnie, ale nie miałam pojęcia dlaczego.

Zanim dotarliśmy do domu w Hvidovre, zdążył mi opowiedzieć, że prawdopodobnie pojadą na ferie zimowe na Gran Canarię oraz że Sophie chciałaby przemalować swój pokój, jeśli nie miałabym nic przeciwko. Cóż mogłam na to powiedzieć. W końcu to ona najwięcej go używa. Sophie jest córką Laily z pierwszego małżeństwa. Jest kilka lat starsza ode mnie i spotkałam ją tylko jeden jedyny raz, bo zawsze, kiedy ja przyjeżdżam, ona jedzie odwiedzić swojego tatę, więc pożyczam jej pokój. Nie uważam wcale, że jest taka zła... to w sumie miło z jej strony, że mogę mieszkać w jej pokoju... sama nie byłabym szczęśliwa, gdyby jakieś dzieci partnera któregoś z moich rodziców mieszkały w moim pokoju i grzebały w moich rzeczach pod moją nieobecność. Ale Martin jej nienawidzi. Mówi, że jest tak nieznośnie politycznie poprawna i nienaturalnie słodka i mdła, że robi mu się niedobrze na samą myśl o przebywaniu w jej towarzystwie przez jedną sekundę. Nie chce odwiedzać taty, kiedy Sophie jest w pobliżu. Właśnie ze względu na nią Martin przeprowadził się do nas z powrotem.

W progu przywitała nas Laila. W domu pachniało lasagne i colą (tak, można wyczuć colę, jeśli wystarczająco długo się ćwiczy tę umiejętność). Rzuciła mi wylewne „cześć” i przez ułamek sekundy popatrzyła pytająco na mojego ojca, który nagle zgiął się w pół i zajął się starannym rozwiązywaniem sznurówek, zdejmowaniem butów i zmienianiem ich na kapcie.

Zabawa w cyrk trwała cały wieczór. Udawałam, że niczego nie zauważyłam, bo byłam rozpieszczana ze wszystkich stron, dostałam wielką michę słodyczy i popcornu do filmu. W pewnym momencie, Laila zajęta wyjmowaniem domowego ciasta z piekarnika w kuchni, krzyknęła niewinnie niczym czternastolatka, która chciałaby się wykraść do dyskoteki:

– Kochanie, przyjdziesz na chwilkę. Pomożesz mi z polewą. – Jakby mój ojciec miał jakiekolwiek pojęcie o polewach… no chyba że chodziło o wylizanie miski. Zamknęli drzwi do kuchni i słyszałam ich niskie i poważne głosy. Zachichotałam w środku i wykorzystałam status samotnego widza przed telewizorem, żeby pochłonąć wszystkie czekoladowe smakołyki. Od jakiegoś czasu domyślałam się o co chodziło. Zapewne o jedną zasadniczą kwestię: Wigilię.

Kiedy mama i tato się rozwiedli, uparcie powtarzali mnie i Martinowi, że wciąż są bardzo dobrymi przyjaciółmi, którzy się tylko trochę od siebie oddalili, co oznaczało na przykład, że nadal mieliśmy świętować Wigilię we czworo razem z babcią i dziadkiem. Tak jak zawsze. W zeszłym roku poszło całkiem nieźle, ale nie było wtedy ani Laily-z-posterunku ani Mogensa od Matmy. A teraz mój ojciec i Laila siedzieli w kuchni udając, że nakładają polewę na ciasto i zastanawiali się, w jaki sposób mają mi powiedzieć, że tato chce spędzić Wigilię z Lailą i Sophie. Mnie było wszystko jedno, ale przygotowałam się na zrobienie odpowiedniej miny i przyjęcie postawy zranionego dziecka z rozbitej rodziny, bo to oczywiście zwiększało moje szanse na większy prezent pod choinką. Tata w końcu wrócił, opadł ciężko na kanapę i było całkiem jasne, że chce ze mną poważnie porozmawiać.

– No i co? Położyłeś polewę? – zapytałam ledwo powstrzymując się od śmiechu.

– Co? A tak. Położyłem – powiedział.

– Ciężko było? – (nie mogłam przestać).

– Nieee ... no, nie było tak źle – powiedział.

– Biała czy brązowa?

Na moment zapadła cisza.

– Brązowa – odpowiedział.

– Dlatego poszło gładko. Białe są najgorsze – skłamałam.

– Hm. – Zamilkł i zaczął gorliwie wpatrywać się w program o wyjcach, na który wcześniej przełączyłam. Byłam dobrą córeczką i poczekałam z filmem, aż tato do mnie dołączy.

– Słuchaj... Emmy – powiedział. Teraz się zacznie.

– Tak, tato? Wiesz co, tak tu sobie siedzę i nie mogę doczekać się świąt – powiedziałam bezlitośnie.

– Naprawdę? – powiedział i zaczął zdrapywać coś ze swoich spodni.

– Co chciałeś mi powiedzieć?

– Ach... Chciałem tylko poprosić, żebyś włączyła film – powiedział.

I tak minął cały wieczór, pełen zmęczonych spojrzeń rzucanych przez Lailę mojemu tacie, okraszony uprzejmą pogawędką na temat filmu i pysznego ciasta (polewa oczywiście była biała, co zdradziło faktyczny udział mojego taty w projekcie „ciasto”). Laila poszła wcześniej spać, mówiąc:

– Chyba zamiast filmu mam ochotę na książkę – powiedziała to tak wymownie, jakby uczęszczała na zajęcia teatralne w mojej byłej szkole. Zniknięcie Laily nie sprawiło jednak, że mój tata stał się bardziej rozmowny. Po prostu tam zalegał, dopóki nie skończyło się ciasto.

– Dobranoc, tato – powiedziałam podnosząc się z sofy. – Pamiętaj, że jutro jadę do Johana, którego poznałam w ze szkole z internatem.

– No tak, rzeczywiście – powiedział i zaraz bardzo się zmartwił. – Kiedy wrócisz?

– Jeszcze nie wiem... pewnie wieczorem. Ale jak będzie fajnie, to może po prostu tam przenocuję i stamtąd pojadę prosto do mamy.

– Ach tak? – burknął. – Ile ten Johan właściwie ma lat? Mieszka z rodzicami?

– Tak, tato, mieszka z mamą. Znamy się ze szkoły z internatem. Nie masz się o co martwić – powiedziałam. Tata skinął głową, ale wcale nie wyglądał na zadowolonego.

– No to porozmawiamy jutro, Emmy – powiedział i zaczął zbierać talerze i filiżanki do zmywarki.

Nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i zastanawiałam się, czy wzięłam odpowiednie ubrania i co powinnam powiedzieć Johanowi, kiedy się znowu zobaczymy. Słyszałam, jak tato i Laila wstawali na łazienki, zanim zasnęłam. Może dlatego spałam tak długo. Gdy siadałam do moich płatków o dziesiątej trzydzieści nadal przypominałam oszołomionego zombie.

– Troszkę sobie dziś pospałaś, co, Emmy? – powiedział tato przesadnie rześkim głosem. Wyglądało na to, że sprawa, o której chciał mi powiedzieć, nie dawała mu spokoju. Prawdopodobnie czekał na mnie z gazetą od siódmej, kiedy to ma w zwyczaju wstawać do pracy.

– Nie dłużej niż zwykle. Tylko po prostu nigdy nie zwracasz na to uwagi – zrzędziłam. Nie jestem słodziakiem roku zaraz po przebudzeniu. Ale najwyraźniej tato tego też nie zauważył, mimo że widział mnie po przebudzeniu jakieś 5000 razy.

– Muszę z tobą o czymś porozmawiać, Emmy – wymamrotał. – Ale teraz jadę na zakupy, jeśli mamy ze wszystkim dziś zdążyć. Więc to musi poczekać do kolacji.

– Ale wieczorem mnie tu nie będzie. PRZECIEŻ ci mówiłam, że jadę do Johana – odpowiedziałam. Szczerze mówiąc męczyło mnie już trochę, że ten strach przed Wigilią zrobił z mózgu mojego taty istne sito. Jak mógł nie pamiętać, że jadę do Johana? Ja natomiast przypomniałam sobie o tej wizycie ze zdwojoną siłą. Przez to poranne zmęczenie całkiem zapomniałam o nerwach, a teraz wydawało mi się, że moje płatki były odlane z ołowiu. Leżały ciężko na moim żołądku i nie dałam już rady zrobić ani kęsa.

 

– A tak. Te odwiedziny to chyba nie jest dobry pomysł, bo muszę powiedzieć ci o czymś bardzo ważnym. Lepiej by było, żebyś została w domu – powiedział mój tata. Podniosłam wzrok znad płatków spodziewając się zobaczyć puste miejsce tam, gdzie kiedyś była głowa mojego ojca. Co on sobie w ogóle wyobrażał? Że zadzwonię do chłopaka, który dwa tygodnie temu mnie pocałował po raz pierwszy w życiu i powiem: „Nie przyjadę do ciebie. Wolę zostać u mojego ojca i patrzeć, jak robi z siebie idiotę i nie umie otworzyć buzi, no chyba że chodzi o jedzenie?”

– Zapomnij, tato.

– Ale...

– Zapomnij, głupku – powiedziałam.– Zapomnij razy sto. Umówiłam się i nie zamierzam się z tego wycofywać. – Byłam ostra, ale mama zawsze powtarzała, że z tatą trzeba ostro, jeśli cokolwiek ma do niego dotrzeć. – Weź się w końcu w garść i powiedz, że nie będziesz z nami na Wigilii, zamiast robić z tego wielkie halo. Zachowaj się jak dorosły – syknęłam.

– Wigilia? Ale oczywiście, że spędzę ją z wami. – Mój ojciec wyglądał na zaskoczonego, jakbym zapytała go ile to jest 367 x 812.

– Naprawdę? To co w takim razie chciałeś mi powiedzieć. Mów wreszcie! – Wzdłuż mojego kręgosłupa zaczęło pełzać nieprzyjemne uczucie, a jego szpiczaste pazury wbijały się tak głęboko, że aż stęknęłam, kiedy tata wreszcie wydusił:

– No dobrze... jeśli chcesz w taki sposób – powiedział – Pomiędzy mną a Lailą układa się tak świetnie, że, no tak... jest tak dobrze, że postanowiliśmy na wiosnę wziąć ślub.

Moja szczęka z łomotem uderzyła o miskę płatków. Nagle zaniemówiłam jak ojciec. Przynajmniej na zewnątrz. W mojej głowie już rozgrywał się horror z Lailą w białej sukni-bezie i tatą z wywiniętymi wąsami stojącymi przed ołtarzem. Rozwiedziony tato to jedno, ale tato biorący śluby na prawo i lewo to już za wiele!

– Możemy o tym porozmawiać przy obiedzie. Jeśli zdążymy przed twoim wyjazdem do kolegi – wymamrotał mój bardzo męski tata-policjant i przygryzł wargę.

Dziękuję, ale ja chyba nie skorzystam. Odzyskałam świadomość i zebrałam szczękę z głębokiego talerza. Nie miałam zamiaru słuchać o usadzaniu gości przy stole, ani o liście prezentów. Byłam wściekła, smutna i oszołomiona jednocześnie.

– Niestety nie dam rady – powiedziałam... albo może właściwie znowu zasyczałam. – Spieszę się na pociąg.

Pobiegłam po plecak i krzyknęłam do taty, który nadal siedział w kuchni i wyglądał na bardzo zrezygnowanego:

– I nie wracam. Pojadę prosto do mamy. Nieważne, jak będzie – powiedziałam i trzasnęłam drzwiami. Niestety były to nowoczesne, samozatrzaskujące drzwi przeciwpożarowe z ciężkimi zawiasami, więc ich zamknięcie nie było tak efektowne, jak liczyłam. Ale za to nie oglądałam się za siebie. Całą drogę na kolejkę pokonałam biegiem i wpadłam do pierwszego lepszego pociągu jadącego na dworzec centralny. Poprawiłam włosy wykorzystując nieludzko brudne okno jako lustro, cały czas mocno zaciskając zęby, żeby się nie rozpłakać. Nie tak wyobrażałam sobie początek mojej wymarzonej soboty.

Johan i jego mama czekali na mnie na dworcu w Helsingør. Fantastycznie było go znowu zobaczyć (jego mama także jest bardzo miła, ale to nie ją MIAŁAM przecież odwiedzić). Oczywiście długo myślałam o tym, czy powinniśmy się pocałować, kiedy się zobaczymy, ale obecność jego mamy szybko ostudziła mój zapał. Musiałam zadowolić się ogromnym uściskiem.

Mama Johana zawiozła nas do domu i przygotowała obiad. Mieszkają w domku jednorodzinnym, który bardzo przypomina dom Kit... i zapewne dom wielu innych duńskich rodzin. Johan ma dwoje młodszego rodzeństwa, ale nie miałam okazji ich poznać. Brat był na zajęciach z piłki, a młodsza siostra pojechała z tatą do miasta. Szybko też stało się jasne, że romantyczny pomysł z nocowaniem był czymś, co istniało tylko w mojej głowie.

– No więc macie jeszcze trochę czasu na spacer. Emmy na pewno chętnie zobaczyłaby Kronborg 3 , Johan – powiedziała mama Johana i wyciągnęła rozkład jazdy pociągów. – Wydaje mi się, że możemy wysłać Emmy do domu o 17:45. Wtedy na pewno zdążysz wrócić, żeby się przygotować do wizyty u Larsa i Gitte.

Wlepiłam wzrok w Johana, bo nic mi o tym nie wspominał. Liczyłam na wspólną kolację. Przynajmniej. Wzruszył ramionami i powiedział, że to na pewno dobry pomysł z Kronborgiem, a kiedy nałożyliśmy kurtki i pomachaliśmy na pożegnanie, przepraszał mnie tysiąc razy, mówiąc, że nie wiedział o zaproszeniu na rocznicę ślubu znajomych rodziców. Wciągnęłam powietrze od samych stóp i pomyślałam, że rodzice mogliby dać spokój z wciąganiem swoich dzieci we wszystkie możliwe śluby i rocznice. Byłam zła, bo trzasnęłam drzwiami (albo przynajmniej spróbowałam) i powiedziałam tacie, że nie wracam. Poza tym przydałoby się nam z Johanem więcej czasu, bo samo ponowne przyzwyczajenie się do siebie zajęło nam kilka godzin.

Widok Johana na dziedzińcu zamku Kronborg to zupełnie co innego, niż widok Johana na dziedzińcu podupadłej Szkoły Teatralnej Grønnevangen. To jak zobaczenie żyrafy z zoo poza ogrodzeniem. Nie mogłam przestać myśleć o tym, czy powinnam go złapać za rękę, na co miałam dziką ochotę, czy też dać sobie z tym spokój. W końcu to zrobiłam. JA TO ZROBIŁAM. To było miłe uczucie. Na szczęście nie miał rękawiczek, w przeciwnym razie byłoby trochę niezręcznie. Uścisnął moją dłoń, uśmiechnął się, i już jej nie cofnął.

– Jesteś taka milcząca – powiedział. – To zupełnie do ciebie nie podobne.

– To przez tą akcję z moim ojcem – powiedziałam i spojrzałam na wodę, za którą widać było Szwecję wyglądającą jak maleńka plamka we mgle. – Bierze ślub – powiedziałam. I opowiedziałam Johanowi o wszystkim. O wiele łatwiej było tak spacerować i rozmawiać, bo nie myślałam ciągle o tym, czy powinnam go pocałować. No i naprawdę potrzebowałam go teraz w roli przyjaciela, więc gadaliśmy bez końca. Opowiadałam mu o tacie, Laili i o Martinie, któremu pewnie odbije, kiedy się o wszystkim dowie, no i o mojej mamie, której reakcji w ogóle nie byłam w stanie przewidzieć. To była niesamowita ulga rozmawiać o tym z kimś, kto nie zna moich rodziców, a interesuje go tylko to, jak ja się czuję (= jak na razie totalnie beznadziejnie). Johan opowiadał mi o swoim powrocie do starej szkoły. Miał o wiele trudniej niż ja, bo naprawdę napalił się na ten rok w szkole z internatem i czekał na to latami. Mówił też o tym, że czuł się w domu trochę jak intruz, bo mama była bardzo zajęta dwójką młodszego rodzeństwa. Czas uciekał, a my ani nie zdążyliśmy zobaczyć Holgera Danske 4 ani się pocałować, gdy Johan nagle wyciągnął swój telefon i powiedział:

– Musimy już iść, jeśli masz zdążyć na ten pociąg.

W drodze na pociąg cały czas trzymaliśmy się za ręce, a on kilka razy spojrzał na mnie w taki dziwny sposób, jakby chciał mi coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zmieniał zdanie i zamiast tego po prostu się do mnie uśmiechał.

– O co chodzi? – zapytałam.

– O nic. Po prostu uważam, że jesteś słodka, Emmy – powiedział, kiedy w drodze do okienka biletowego minęliśmy masę pobrzękujących szkłem Szwedów.

– Ty też jesteś... – wymamrotałam i się zaczerwieniłam. Niech to szlag, cały mój aparat mowy przestał działać. Nie pocałował mnie ani nic z tych rzeczy. Może grał niedostępnego. Czytałam w gazetach, że tak się robi, kiedy jest się zakochanym i chce się wzbudzić w kimś dodatkowe zainteresowanie. Tylko wydawało mi się, że to dziewczyny tak się zazwyczaj zachowują. Jakby nie patrzeć, to działało. Wraz ze zbliżającą się godziną mojego odjazdu na Jutlandię coraz bardziej panikowałam. Nie ustaliliśmy kiedy się ponownie zobaczymy, a ja znowu tkwiłam w tym okropnym stanie niewiedzy, w jakim byłam tygodniami w szkole z internatem.

Kiedy nadjechał mój pociąg, musiałam coś zrobić. W środku byłam całkowicie sparaliżowana, a w planie miałam zdążyć na pociąg i wyznać Johanowi, że ciągle jestem w nim zakochana.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?