Emmy 0 - Konfirmacyjny bzik? Kto, ja?Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Emmy 0 - Konfirmacyjny bzik? Kto, ja?
Emmy 0 - Konfirmacyjny bzik? Kto, ja?
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 24,98  19,98 
Emmy 0 - Konfirmacyjny bzik? Kto, ja?
Emmy 0 - Konfirmacyjny bzik? Kto, ja?
Audiobook
Czyta Magdalena Zając-Zawadzka
14,99  11,84 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mette Finderup

Emmy 0 - Konfirmacyjny bzik? Kto, ja?

Saga

Emmy 0 - Konfirmacyjny bzik? Kto, ja?przełożył Marek Hammermeister tytuł oryginału Emmy 10 - Konfirmationshys? Hvem, mig?? Copyright © 2018, 2019 Mette Finderup i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711868591

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Złotymi zgłoskami

Wtorek, 31 sierpnia

Dziennik, który właśnie piszę, kupiła mi babcia. Siedziała w kuchni i czekała na mnie, kiedy wróciłam do domu po nieudanej próbie nauczenia się gry w szachy w klubie młodzieżowym (no cóż, to mama się uparła, żebym spróbowała szachów. Dość desperacko szuka dla mnie jakiegoś hobby, a wybór tego typu zajęć w samym Karleager i okolicy jest po prostu bardzo ograniczony).

Szachów nie cierpię, ale babcię bardzo kocham. Jest ciepła i życzliwa, dużo się śmieje, piecze fantastyczne ciasteczka i potrafi cierpliwie słuchać o tym, co dzieje się w nowych odcinkach Girls & Greed, mimo że nigdy nie przyszłoby jej do głowy oglądać ten serial. Ona też zawsze mówi, że jestem miła, mądra, grzeczna i wszystko to, o czym wspominają babcie, kiedy mówią o wnukach. A dzisiaj, jak tylko wróciłam i zamknęłam za sobą drzwi, wyciągnęła z torby paczkę. Po kształcie i papierze poznałam od razu: tylko pan w księgarni w Hejresø używa zielonego papieru w pingwiny, kiedy pakuje prezenty. A może w sowy? Naprawdę trudno powiedzieć. W każdym razie musiał chyba kiedyś kupić rulon grubości wieży ciśnień, bo zawsze używa dokładnie tego samego papieru. Nawet kiedy miałam trzy lata i dostałam pluszaki z bajki o Misiu i Kurczaku, były one zawinięte dokładnie w ten sam zielony papier w pingwiny.

– Dla mnie? Ale przecież ja nie mam dziś urodzin.

Oczywiście i tak od razu rozpakowałam paczkę, by babcia się przypadkiem nie rozmyśliła… a w środku był właśnie ten dziennik. Jest świetny, z pięknymi gładkimi kartkami, a ja UWIELBIAM dostawać właśnie takie rzeczy z księgarni. Ołówki, gumki, jakiś wypasiony piórnik czy zwariowaną temperówkę. Wszystko tego typu.

– To pamiętnik – powiedziała babcia. – Nie wolno w nim bazgrolić.

Coś takiego. Nie lubię pamiętników. Od czasu, gdy mój starszy brat ukradł mi mój stary pamiętnik, kiedy miałam dziewięć lat, i używał go potem do szantażowania mnie w różnych sprawach.

– Nie chcę pisać pamiętnika – powiedziałam i odsunęłam go od siebie.

– Ale to może być bardzo dobry pomysł, Emmy – powiedziała mama i wstała, żeby zrobić kawę.

Babcia pije bardzo dużo kawy. Tak dużo, że czasami mam wrażenie, że w rzeczywistości w połowie jest kawą, a tylko w połowie babcią.

– Tak naprawdę ja też nie myślałam o pamiętniku, tylko o dzienniku. Może to głupie z mojej strony, że tak go nazwałam. Spójrz na to – powiedziała babcia i sięgnęła po torbę. – Gdzie on do licha jest? – mamrotała, grzebiąc w jej czeluściach.

Torba babci jest przeolbrzymia. Uszyła ją sama na zajęciach dla emerytów. Chyba cały świat mógłby się w niej zmieścić, gdyby babcia zapełniła jej wszystkie zakamarki. Mój brat, Martin, poddał się kiedyś, szukając w niej długo i bezskutecznie okularów, kiedy babcia go o nie poprosiła. Pamiętam wyraźnie, jak siedział załamany, pytając wszystkich wokół, czy ktoś nie mógłby pożyczyć mu jakiegoś GPS-u, bo inaczej sam się zgubi.

– Do licha – zachichotała babcia, po czym podniosła się zdecydowanie i odwróciła torbę w powietrzu do góry dnem.

– Mamo, NIE! – zdążyła tylko wykrzyknąć moja mama, ale było już za późno.

Na stół z torby wyleciały książki z biblioteki, okulary do czytania, szminki, zużyte zdrapki lotto, papierowe chusteczki, cukierki miętowe i ostatnia gazetka z ofertami sieci dyskontów.

– Jest!

Babcie triumfalnie wygrzebała z dna jasną reklamówkę i podniosła ją do światła. W środku znajdował się mały notesik, który wyglądał na bardzo stary i chyba się już troszkę lepił.

– Ten dzienniczek pisałam, kiedy miałam przystąpić do konfirmacji, a odnalazłam go któregoś dnia całkowicie przypadkowo. Zabawnie było go czytać, bo większość rzeczy z tamtego czasu przecież zapomniałam – powiedziała i znów usiadła na krześle. – Jest w nim napisane o księdzu, o przyjęciu konfirmacyjnym i o czarownicy prześladującej moją przyjaciółkę, czyli o jej starszej siostrze… Cóż, mojej przyjaciółki już od wielu lat nie ma na tym świecie, ale jej starsza siostra Oda i jej przeklęte koleżanki wciąż żyją. Niestety.

Przesunęła odrobinę ten bałagan, robiąc na stole pięć centymetrów kwadratowych wolnego miejsca - dokładnie tyle, by zmieścić filiżankę kawy, którą przyniosła mama.

– No i pomyślałam sobie, że taki właśnie swój dziennik powinnaś sobie poczytać, kiedy będziesz taką samą starą ropuchą, jak ja teraz. A więc to nie jest pamiętnik. To „dziennik konfirmacyjny”!

Moja babcia rzeczywiście jest PODOBNA do ropuchy i brzmi to zupełnie nieprawdopodobnie, że mogła kiedyś być całkiem zwykłą dziewczyną, która przystępowała do konfirmacji. Ale bardzo spodobał mi się pomysł prowadzenia dziennika konfirmacyjnego, bo mogłabym w nim pisać o wszystkim tym, co się będzie działo aż do tego wielkiego dnia. Mimo że mam przystąpić do konfirmacji dopiero na wiosnę, to już teraz sporo rozmawiamy o tym w klasie. Szczególnie dziewczyny. Byłam już nawet na necie, przeglądałam sukienki i znalazłam też miejsce, gdzie ma się odbyć przyjęcie konfirmacyjne, więc to oczywiście będzie perfekcyjny dzień, skoro jest tyle czasu na przygotowania. Pozostało mi tylko poinformowanie o tych planach mojej rozwiedzionej mamy i o skłonienie jej, by sięgnęła głębiej do portfela.

Babcia cały czas gmerała przy swojej reklamówce, a ja zapytałam ją, jak to było z konfirmacją w tamtych czasach, czyli w zupełnie innym tysiącleciu. Jej twarz rozjaśniła się uśmiechem.

– Najbardziej utkwiło mi w pamięci to, że jedliśmy pieczeń – powiedziała z uśmiechem podobnym do rozciętej bułki do burgera. – Była zupa, pieczeń i lody. Fantastyczne jedzenie. Wystarczyło dla trzydziestu gości!

Wydało mi się dziwne, że można się było aż TAK cieszyć z tego, że była pieczeń. My na przykład jedliśmy pieczeń wczoraj, a to był przecież zwykły poniedziałek.

– Byliście biedni? – zapytałam (głód zaznany w dzieciństwie być może tłumaczyłby to, dlaczego babcia zawsze robi tak dużo jedzenia, że można by nakarmić cały klub emerytów).

– Nie, ale moja konfirmacja miała przecież miejsce zaraz po wojnie – odparła. – Jeszcze nawet parę lat potem nie było aż tyle jedzenia, ile chciałoby się kupić. Wybór był skromny i mój tata zbierał kartki żywnościowe przez pół roku, aby być pewnym, że będzie można kupić wystarczająco dużo mięsa na moją konfirmację. W tamtym czasie nie jedliśmy prawie wcale mięsa i możesz mi wierzyć, że miałam naprawdę dość jedzenia zasmażanej kapusty!

Ja już w zasadzie mam zaplanowane, co będziemy jeść na mojej konfirmacji. Na pewno będzie jakieś wykwintne mięso. Myślę, że polędwica wołowa. Zastanawiałam się też nad czymś bardziej wyszukanym. Na jednej ze stron internetowych polecali na konfirmację mięso z jelenia, ale Bambi nie może być przecież do jedzenia. Na deser na pewno będzie tort lodowy Daim. Torty lodowe Daim są najlepsze na świecie… zaraz po przyjaciółkach!

– To twoja mama sama robiła jedzenie? – zapytałam babcię.

Bo ja wiem już teraz, że moja mama na pewno NIE będzie robić jedzenia na konfirmację.

– Nie, mój tata raczej nie odważyłby się powierzyć mamie odpowiedzialności za zrobienie tak wyjątkowej pieczeni. Miała w tym zbyt mało treningu – zaśmiała się babcia. – Czegoś takiego nie robiło się samemu, kiedy szykowała się jakaś duża uroczystość. Przychodziła kucharka, a my mieszkaliśmy daleko na wsi, gdzie były tylko dwie. Mieliśmy szczęście, bo udało nam się w porę zamówić lepszą z nich. Nazywaliśmy ją Katrine Długi Nos.

Wolałam nie pytać, czemu Katrine Długi Nos zawdzięczała swój przydomek… Aż boję się nad tym zastanawiać, biorąc pod uwagę, że na ogół stała ze swoim nosem nad zupą konfirmacyjną innych ludzi. Nie chciałam też raczej wiedzieć, jak nazywali tę gorszą kucharkę z sąsiedztwa babci.

– No to jak, Emmy, co powiesz na taki wybór? Pieczeń wołowa przyrządzona przez mamę czy przez Katrine Długi Nos? – zapytała mama, unosząc brwi znad okularów.

Pomyślałam sobie, że to nie był najlepszy moment na wydobywanie na jaw mojego zdania o przyjęciu konfirmacyjnym babci. Zamiast tego zapytałam babcię o coś znacznie ważniejszego niż jedzenie.

– Jak wyglądała twoja sukienka? Twoja mama ją uszyła? Czy były wtedy w ogóle maszyny do szycia? A prąd był?

Mama kopnęła mnie pod stołem. Ale babci było na szczęście obojętne, że często traktowałam ją tak, jakby miała z tysiąc lat.

– Większość kobiet szyła wtedy sama, ale sporo też zamawiało sukienki u krawcowej. Jednak jeśli chodzi o moją sukienkę konfirmacyjną, to była ona naprawdę wyjątkowa.

Oczy babci zaświeciły się. Natomiast moja mama wywróciła oczami do góry. Widocznie była to historia, która została opowiedziana już mnóstwo razy i mama znała ją na pamięć. Ale ja jej nigdy nie słyszałam.

– Po wojnie wielu Amerykanów, którzy mieli krewnych w Danii, próbowało im pomagać. Prawo zabraniało jednak wysyłać do Europy pieniądze i nowe ubrania, więc coś trzeba było na to zaradzić. Kupowali więc nowe, porządne ubrania i prali je, żeby wyglądały na pomięte i używane, po czym wysyłali je do Danii. Krewnym pozostawało jedynie je wyprasować. Znajomi mojej babci otrzymali w ten sposób niewyobrażalnie śliczną białą suknię, ponieważ ich córka miała wyjść za mąż. Ale suknia okazała się dla niej za mała, chyba o trzy numery. Ta dziewczyna nie wcisnęłaby się w nią nawet wtedy, gdyby bardzo wciągnęła brzuch. Mówiło się o tym w całej okolicy, a ja tygodniami męczyłam moich rodziców, żeby mi ją załatwili. W końcu poszliśmy do nich i przymierzyłam ją. Pasowała idealnie, a ja pamiętam do dziś, jak ich córka siedziała w pokoju obok i wypłakiwała z tego powodu łzy. Sprzedali nam tę suknię, a ja byłam najpiękniej ubrana ze WSZYSTKICH dziewcząt podczas konfirmacji.

 

Przy tym wspomnieniu babcia promieniała jak słońce.

– Była taka piękna, że założyłam ją też do ślubu, z tym że moja mama musiała ją trochę zwęzić.

– Jak to? Kiedy brałaś ślub byłaś szczuplejsza, niż gdy szłaś do konfirmacji? – spytałam z niedowierzaniem i spojrzałam na babcię, której tu i ówdzie parę kilo musiało z wiekiem przybyć. Sama nazywa swoje kilogramy słojami rocznymi. Tak nazywają się te warstwy przybywające z wiekiem w pniu rosnącego drzewa.

– No tak – powiedziała babcia dumnie, czym sprawiła, że mama znowu wywróciła oczami.

Mam czasem wrażenie, że ona wstydzi się za swoją mamę dokładnie tak samo, jak ja wstydzę się za nią.

– Natomiast nie udało mi się zdobyć butów na konfirmację. Miałam bardzo duże stopy, a do takiej ślicznej, białej sukni, potrzebne były też ładne pantofelki, więc musieliśmy kupić takie, jakie były. A były o dwa numery za małe. Siedziałam z tymi butami na nogach, trzymając je przez cały wieczór w wiadrze z wodą, żeby się trochę rozciągnęły, ale i tak ledwo co mogłam je wcisnąć na nogi. Zupełnie jak siostra Kopciuszka.

Pogłaskała mnie po głowie.

– Ty też musisz być prawdziwą księżniczką na swojej konfirmacji, kochana Emmy. Dzisiaj przecież niczego w sklepach nie brakuje i możesz sobie wybrać, co chcesz.

– To prawda! Chciałabym mieć buty na obcasie i posłać róże wszystkim moim koleżankom – powiedziałam. – No i chcę też być najpiękniejszą konfirmantką i mieć najfajniejsze przyjęcie na świecie.

– Daj już spokój z podsuwaniem jej tych wszystkich pomysłów – powiedziała do babci mama z lekko spiętą miną. – Emmy już teraz ma bzika konfirmacyjnego, a zostało jeszcze osiem miesięcy.

– Oj, Dorthe, ty nigdy nie znałaś się na dobrej zabawie!

Babcia spojrzała na mnie porozumiewawczo.

– Zawsze to samo. Twoja mama chciała mieć na konfirmację taką nudną, prostą sukienkę, w której wyglądałaby tak smutno, że nie zgodziłam się i nie spełniłam jej prośby. Zamiast tego kupiłam jej fantastyczną sukienkę z poduszkami na ramionach i ze szywną halką unoszącą dół sukienki, do tego śliczne cienkie skarpetki z koronką oraz koronkowe rękawiczki. Wyglądała jak z bajki.

Mama pokręciła głową.

– To był istny koszmar. W latach osiemdziesiątych NIC nie było ładne. A już na pewno nie ta sukienka!

Przypomniało mi się duże zdjęcie z konfirmacji mamy, które wisi w pokoju stołowym babci i dziadka. Doskonale rozumiałam, co mama miała na myśli. Jedyną rzeczą, która jakoś wyglądała, były rękawiczki.

Babcia wypiła ostatni łyk kawy i wstała.

– Na szczęście zostało jeszcze sporo czasu do tego wielkiego dnia, Emmy – powiedziała babcia, klepiąc mnie po głowie. – Jestem pewna, że zapiszesz wszystkie strony. Choćby na naukach u księdza. Tam trzeba sobie znaleźć jakieś lepsze zajęcie, niż słuchanie jego ględzenia.

– Mamo! – wykrzyknęła z oburzeniem mama.

– To szczera prawda. Lekcje z księdzem były najnudniejszymi godzinami w całym moim życiu – powiedziała babcia i zaczęła z powrotem pakować rzeczy do swojej przenośnej graciarni. – Poza tym NAPRAWDĘ słabo wchodziły mi do głowy teksty tych wszystkich pieśni.

Od jutra zaczynamy chodzić na nauki do księdza i obawiam się najgorszego. Martin mówi to samo, co babcia, czyli że to najnudniejsze lekcje, jakie kiedykolwiek miał. No ale on chodził do tego starego księdza, Olego Knudsena, a wszyscy zawsze mówili, że Ole Knudsen jest taki drętwy i ciężki, że zdecydowanie bardziej nadaje się do odprawiania pogrzebów niż do udzielania ślubów. Na szczęście latem przeszedł na emeryturę i mam głęboką nadzieję, że nowy ksiądz będzie lepszy. Jest w każdym razie młodszy.

„Pastor Bach, jeśli łaska”
Środa, 1 września

Dzisiaj był pierwszy dzień nauki z księdzem, która nie odbywała się w szkole, tylko na plebanii. Mnie to pasowało, bo nie musiałam wcześnie wstawać na autobus do Hejresø. Zamiast tego podreptałam jedynie ulicą Kirketoften, gdzie zaraz obok kościoła stoi plebania. Dotarłam tam w niebywale dobrym czasie, chociaż przede mną czekała tam już Sasha, która zazwyczaj wszędzie się spóźnia.

– Byłaś już kiedyś w kościele? – zapytała.

Zanim odpowiedziałam, musiałam się nad tym faktycznie dobrze zastanowić, ale wydaje mi się, że byłam tylko na konfirmacji Martina, no i oczywiście wtedy, jak miałam chrzest. Podobno podczas chrztu tak się darłam, że mama bała się, że ksiądz w końcu naprawdę się rozzłości, bo cały pierwszy rząd musiał trzymać się za uszy.

– Ja byłam tylko w kościele w Hejresø – przerwała moje myśli Sasha. – Razem ze szkołą na Boże Narodzenie.

Zaczęli pojawiać się inni. Ditte, Camilla i Lisbeth przyszły oczywiście razem. Sasha najwyraźniej pomyślała o tym samym.

– Dziwne, że one w ogóle ośmieliły się tu przyjść… – powiedziała.

– Co masz na myśli? – zapytałam wyczekująco, ponieważ po tonie głosu Sashy było słychać, że ma coś w zanadrzu.

– Tylko spójrz na nie. To wampiry… – zasyczała złowieszczo. – Jestem pewna, że śpią razem we wspólnej trumnie pod salonem fryzjerskim mamy Ditte. Ciekawe, czy zamienią się w popiół, kiedy wejdą do kościoła.

Oczywiście nie mogłam powstrzymać się od chichotu. Sasha potrafi być tak fajnie złośliwa.

– Ale one są przecież opalone na brązowo. Czy wampiry nie są trupio blade? – zapytałam.

– Trumny solaryjne – powiedziała Sasha, patrząc na mnie porozumiewawczo.

Natychmiast to sobie wyobraziłam. Rodzina Ditte ma w domu solarium, a zatem to nie było wcale takie nieprawdopodobne. Wkrótce przyszła Kit, no i musiałyśmy opowiedzieć jej o siostrach Drakuli, a ja znów zaczęłam chichotać. W tym momencie w drzwiach zjawił się ksiądz ubrany w togę i ten dziwny sterczący kołnierz (który musi być niesamowicie niepraktyczny. Mają na sobie coś takiego, księża nie mogą pewnie nawet normalnie schylić głowy, żeby sprawdzić, czy coś im się nie wylało na ubranie). Zaklaskał głośno w dłonie, ażeby nas uciszyć, lecz ja ciągle jeszcze chichotałam na myśl o wampirzych siostrach solaryjnych, gdy przechodziłam obok niego przez wąskie drzwi prowadzące do plebanii. Chwycił mnie mocno za ramię.

– Już na samym początku cię pouczę, młoda damo. To nie czas ani miejsce na śmichy-chichy. Przystępowanie do konfirmacji to poważna sprawa. Wstępuje się w szeregi dorosłych – powiedział i przez malutkie okulary spojrzał na mnie swoimi ostrymi jak lasery oczami. Nie wydaje mi, żeby tych okularów potrzebował, bo jego oczy naprawdę wyglądały za nimi na bardzo ostre. A może to była jakaś forma ochrony, żeby nie wypalił nimi dziur w delikatnej, dziewczęcej skórze swoich konfirmantek.

– Przepraszam – pisnęłam.

– No myślę. To coś zupełnie innego niż szkoła. Jeszcze wam pokażę! – powiedział, a serce podskoczyło mi wtedy aż do gardła i panicznie próbowałam wymyślić coś, co odwróciłoby jego uwagę ode mnie w stronę kogoś innego. Taki rodzaj uwagi jest najgorszy. Jest podobna do tej, kiedy jakiś desperacki nauczyciel, będący w zastępstwie, pierwszego dnia potrzebuje jakiegoś ucznia, żeby się na nim wyżywać, i udaje, że ma wtedy kontrolę nad całą klasą. A ja nie miałam ochoty na to, aby być ofiarą wyżywania się przez resztę roku, więc cichutko i ostrożnie usiadłam w ławce.

Salka katechetyczna na plebanii pod wieloma względami przypomina zwyczajną klasę lekcyjną, lecz nie jest taka zniszczona i brudna, poza tym na ścianach wisi krzyż i obrazy z aniołami. U góry na katedrze siedział ksiądz i bębnił palcami o blat stołu.

– To właśnie ja jestem księdzem, który będzie wam udzielał konfirmacji, łobuzerio. Na imię mam Per. Tak nazywają mnie przyjaciele, ale dla was jestem pastor Bach, jeśli łaska. Doświadczenie nauczyło mnie, że młodzież w waszym wieku ma więcej szacunku do ludzi, do których zwraca się po nazwisku, a ja domagam się szacunku. Nie toleruję ŻADNYCH wygłupów!

Trzasnął o stół plastikową linijką tak mocno, że aż podskoczyłam. Tu nie działo się nic dobrego. W dodatku siedziałam chyba kompletnie nie tam, gdzie trzeba, jeśli nie chciałam rzucać się w oczy. Tak mi się spieszyło, żeby gdzieś po prostu szybko usiąść, że zupełnie nie zwróciłam uwagi na to, iż niestety usiadłam obok Heinego, a siedzieć obok Heinego to tak, jakby usiąść przy bombie zegarowej. Heine w ogóle NIE POTRAFI powstrzymać się od wygłupów.

A więc siedzieliśmy jak trusie, podczas gdy pastor Bach obserwował nas ze swojego miejsca, wbijając swoje laserowe spojrzenie to w jednego, to w drugiego. Ze strachu bliska byłam omdlenia. Ale Heine oczywiście nie był w stanie długo tak usiedzieć. Kątem oka widziałam, jak jego ręka przesuwa się pod stołem w moją stronę, podczas gdy cały czas z miną aniołka patrzył na pastora. Odsunęłam trochę krzesło, ale za mało, bo ręka Heinego dalej się zbliżała, po czym uszczypnął mnie mocno w boczny wałeczek tłuszczu tam, gdzie jest go najwięcej. Szczypał z całej siły i chociaż byłam przygotowana na ból, to jednak zaskoczyło mnie, że bolało aż tak bardzo.

– Aua! Do diabła, Heine! – wrzasnęłam.

W tej samej sekundzie zdałam sobie sprawę z tego, co ja powiedziałam. „Do diabła”. Na plebanii. Przed księdzem, który wyglądał, jakby dosłownie był bardziej niż gotowy do walki za Pana Boga. Moja próba siedzenia cicho i nie rzucania się w oczy była jednym słowem nieudana.

– Nie, nie… przepraszam. Nie to miałam na myśli… – bełkotałam, drżąc ze strachu. – Nie chciałam powiedzieć do diabła. Tylko… aua, do czorta… Nie… aua, do kaduka… Nie… aua, do LICHA. Tak, to o TO mi chodziło.

Wokół zaległa cisza. Nagle zaczęło się coś dziać z kącikiem oka pastora Bacha. Jakby drgało. Jak skamieniała wpatrywałam się w małą żyłkę, czując, że z całą pewnością za chwilę wybuchnie i tryśnie prosto we mnie jakimś śmiercionośnym kwasem. Otworzył usta, a głowę odchylił do tyłu (na tyle, na ile pozwalał mu kołnierz). Potem trzasnął mocno ręką w stół, wydobywając z siebie przy tym niesamowicie wysoki dźwięk, który zmroził nas wszystkich (Kit przyznała później, że kiedy to usłyszała, przez głowę przemknęły jej słowa „opętanie diabelskie”). Ale wtedy uświadomiliśmy sobie, że tak właśnie brzmiał śmiech pastora.

– Ale was nabrałem! Szkoda, że nie widzieliście swoich min – wołał, pękając ze śmiechu, a wyglądał na tak uradowanego, jak mały chłopiec, któremu pozwolono wystąpić serialu dla dzieci.

Wstał, wciąż zanosząc się śmiechem tak, że aż ciekły mu łzy, a my siedzieliśmy z wybałuszonymi oczami, nie pojmując, co właściwie się stało. Zdjął swoją togę i powiesił na wieszaku stojącym przy katedrze. Pod spodem miał tylko dżinsy i całkiem zwyczajną koszulę w kratkę. Nie przypominał już tego złego księdza z samego piekła, lecz raczej zupełnie normalnego, nudnawego nauczyciela. To drugie jednak błyskawicznie się zmieniło, kiedy wyszedł do małego pomieszczenia obok i wrócił po chwili z wózkiem na kółkach, na którym były soczki i bułeczki czekoladowe.

– Przynoszę to naturalnie wyłącznie dlatego, że chcę kupić sobie waszą przyjaźń – powiedział pastor Bach i mrugnął szelmowsko.

Teraz Sandra z mojej klasy nie mogła już dłużej wytrzymać. Ona jest ekstremalnie staroświecka i wszystko zawsze bierze dosłownie. No i raczej nie stała na początku kolejki, kiedy Pan Bóg rozdawał poczucie humoru. Myślę nawet, że była wtedy gdzieś na korytarzu i nie zostało już dla niej kompletnie nic.

– Ale nie można kupić przyjaciół, pastorze Bach – powiedziała z powagą. – Tak mówi moja mama… tata zresztą też.

– Nieprawda! – przerwał Heine. – Mnie zawsze można kupić za bułkę z czekoladą!

– Czy kogoś jeszcze można kupić za bułkę z czekoladą? – zapytał ksiądz i nagle podniósł się las rąk. Kiedy jedliśmy, pastor Bach zapewnił biedną Sandrę, że jej rodzice mają naturalnie rację, że nie można kupić przyjaciół, i dodał, iż będziemy jeszcze mówić zarówno na ten temat, jak i o tym, co to znaczy być prawdziwym przyjacielem.

 

Oczywiście możemy zwracać się do pastora Bacha po imieniu, Per, ale osobiście uważam, że pastor Bach brzmi bardziej odlotowo. Powiedział nam, że w ciągu roku nauczymy się tego, jak odprawia się mszę świętą (ziew), nauczymy się pieśni (ziew, ziew), będziemy się modlić (ziew, ziew, po raz trzeci ziew!), ale także rozmawiać będziemy o poważnych sprawach, jak na przykład o byciu prawdziwym przyjacielem, o żałobie, o miłości (to będzie ciekawe) oraz o byciu przyzwoitym człowiekiem (zgaduję, że Ditte, Camilla i Lisbeth pójdą tego dnia na wagary). Będziemy również oglądać filmy, a być może nawet brać czynny udział w odprawianiu nabożeństwa.

– Z pewnością jest wśród was ktoś, kto chciałby o coś zapytać – powiedział pastor Bach, podczas gdy my strzepywaliśmy ze stołów z okruchy po bułkach czekoladowych.

Oczywiście znalazł się ktoś taki. Teraz nie baliśmy się już przecież tego, że ksiądz będzie nas tłukł po głowach tak mocno, aż wejdą nam do brzuchów.

– Będziemy dostawać stopnie? – zapytała Julie S. – Słyszałam, że trzeba dużo uczyć się na pamięć.

Pastor pokręcił głową.

– Rzeczywiście są rzeczy, których trzeba nauczyć się na pamięć. Na przykład wyznanie wiary i modlitwa „Ojcze nasz”. Ale żadnych stopni i żadnych rozmów typu szkoła-dom. Nie będziecie oceniani – powiedział i oparł się daleko o stół, żeby podkreślić, jak ważne jest to, co ma do dodania: – Ponadto wiąże mnie obowiązek milczenia.

– A co to dokładnie oznacza? – zapytała Sasha.

Zazwyczaj Sasha nie zadaje żadnych pytań na lekcjach, a zatem pastor Bach musiał naprawdę nas zaciekawić, skoro to zrobiła.

– To oznacza, że nie mogę nikomu mówić o tym, o czy mi się zwierzacie w rozmowie sam na sam. Waszym rodzicom również – odpowiedział.

Sasha wykrzywiła trochę głowę i skinęła nią w zamyśleniu. Ciekawe, co też działo się tam w środku pod tymi wszystkimi lokami.

– Ile razy TRZEBA będzie przyjść do kościoła? – tym razem pytanie zadał Tobias. – Bo ja w weekendy bardzo często gram w piłkę nożną.

– A dlaczego chcesz być konfirmowany? – odpowiedział pytaniem pastor Bach.

Tobias zaczął wiercić się na krześle, ale z pomocą przyszedł mu Heine… jednak, jak to Heine, w swój własny, osobliwy sposób:

– Bo w przeciwnym razie nie byłoby imprezy i prezentów – powiedział.

Tobias zrobił w jego kierunku śmieszną minę.

– Ale to prawda – usprawiedliwiał się Heine. – Ksiądz przecież dopiero co powiedział, że możemy z nim rozmawia szczerze, bo ma obowiązek milczenia.

Pastor Bach popatrzył na nas wszystkich i zadał pytanie:

– Ilu z was tak naprawdę wierzy w Boga?

Nagle w całej 7 b zapanowała konsternacja. Połowa chłopaków sztywno gapiła się w ławki, a większość dziewczyn bezradnie spoglądała na siebie nawzajem. Ja byłam gdzieś pomiędzy. Jedyną słuszną rzeczą było podniesienie ręki w górę, bo przecież do licha wszyscy chcemy przystąpić do konfirmacji w kościele, ale z drugiej strony to trochę wstyd przyznać, że się wierzy w Boga, jeśli chodzi się do siódmej klasy i spędza się czas na znacznie istotniejszych sprawach, jak na przykład na walce o najlepsze miejsce na kanapie przed telewizorem w piątkowy wieczór. Podstawieni przed takim pytaniem, gapiąc się na siebie nawzajem, niemrawo unieśliśmy na wpół zwiędłe palce dyndający czterdzieści centymetrów w powietrzu. Tylko Sandra jako jedyna uniosła rękę całkiem do góry. Najwyraźniej łatwiej jest wierzyć w Boga, kiedy nie posiada się poczucia humoru.

Pastor Bach pokiwał głową nad swoim biurkiem i powiedział:

– Widać wyraźnie, że zanim przystąpicie do konfirmacji, trzeba będzie sobie O TYM I OWYM porozmawiać w ciągu tego roku, co zgrajo?

Kiedy szłam do domu, zastanawiałam się nad pytaniem pastora Bacha. Po co przystępuje się do konfirmacji? Tak intensywnie myślałam, że spóźniłam się trzy minuty na mój ulubiony serial. Na szczęście przed kolacją będzie powtórka.