Dość dobre powody, aby pozostać przy życiu

Tekst
Autor:
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Leki

W tamtym czasie nie odżywiałem się dobrze, ale też nie odczuwałem głodu. Z powodu tych szalonych rzeczy, które działy się z moim ciałem i mózgiem. Andrea kazała mi jeść. Poszła do lodówki i przyniosła karton gazpacho don simon (w Hiszpanii piją go jak sok owocowy).

– Wypij − powiedziała, odkręcając nakrętkę i wciskając mi karton do ręki.

Wziąłem łyk. W tym momencie zdałem sobie sprawę, jaki jestem głodny. Wypiłem trochę więcej. Wypiłem połowę, ale musiałem pójść do łazienki, żeby zwymiotować. W sumie zwrócenie gazpacho don simon nie musi oznaczać choroby, ale Andrea nie chciała ryzykować.

– O mój Boże − powiedziała. – Idziemy.

– Gdzie? − zapytałem.

– Do przychodni.

– Dadzą mi leki. Nie chcę ich brać.

– Matt, ale ty ich potrzebujesz. Już dawno minął moment, kiedy był to jeszcze wybór. Idziemy, dobrze?

Niby umieściłem znak zapytania na końcu wypowiedzi Andrei, ale nie pamiętam, czy faktycznie było to pytanie. Nie wiem, co odpowiedziałem, poszliśmy jednak do przychodni i dostałem leki.

Lekarz obejrzał moje dłonie. Trzęsły się.

– Jak długo trwał atak paniki?

– Nadal trwa. Moje serce nadal bije bardzo szybko. Czuję się dziwnie.

Na tyle dziwnie, że nie byłem w stanie tego ukryć, ale tego już mu nie powiedziałem. Samo mówienie stanowiło ogromny wysiłek.

– To adrenalina, nic poza tym. Jak twój oddech? Przyspieszony?

– Nie. To moje serce. Znaczy… mój oddech… jest dziwny… ale wszystko wydaje się dziwne.

Zbadał moje serce. Swoją ręką. Dwa palce przycisnął do mojej klatki piersiowej. Przestał się uśmiechać.

– Brałeś jakieś prochy?

– Nie!

– A kiedykolwiek brałeś?

– Kiedykolwiek? Tak. Ale nie w tym tygodniu. Za to dużo ostatnio piłem.

– Vale, vale, vale – powiedział. – Potrzebujesz diazepamu. Maksymalną dawkę. – Jak na lekarza w kraju, gdzie diazepam jest dostępny bez recepty, niczym paracetamol albo ibuprofen, to były mocne słowa. − To ci pomoże, obiecuję.

Leżę i wyobrażam sobie, że leki działają. Na moment panika obniżyła się do poziomu silnego lęku. Ale chwila tymczasowego odprężenia wywołała jeszcze większą panikę, która mnie dosłownie zalała. Czułem, jak wszystko się ode mnie oddala. Jak w tej scenie z filmu Szczęki, kiedy Brody siedzi na plaży i wydaje mu się, że widzi rekina. Leżałem na sofie, ale czułem, jakbym odsuwał się coraz dalej od rzeczywistości.

Zabójca

W takich krajach jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone samobójstwo jest jedną z głównych przyczyn zgonów. Na 100 osób więcej niż jedna umiera z tego właśnie powodu. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia to częstsza przyczyna śmierci niż rak żołądka, marskość wątroby, rak jelita grubego, rak piersi czy alzheimer. Często popełniają samobójstwo chorzy na depresję, dlatego jest to jedna z najbardziej zabójczych chorób na świecie. Jest nawet bardziej zabójcza niż działania wojenne, terroryzm, przemoc domowa, napady czy przestępstwa z użyciem broni i tym podobne razem wzięte.

Co dziwniejsze, depresja częściej niż inne choroby staje się powodem samobójstwa. A jednak wciąż ludzie nie traktują jej poważnie. Gdyby podchodzili do niej poważnie, nie wypowiadaliby się o niej w sposób, w jaki to robią.

Rzeczy, które ludzie mówią osobom cierpiącym na depresję, a nie mówią w innych zagrażających życiu sytuacjach

„Ej, wiem, że masz gruźlicę, ale mogło być gorzej. Przynajmniej nikt nie umarł”.

„Skąd wiesz, że masz raka żołądka?”

„Tak, wiem, że rak jelita jest ciężką chorobą, ale czy chciałbyś żyć z kimś, kto się z tym zmaga? Do licha! Koszmar”.

„Alzheimer, powiadasz? Hmm, nawet mi nie mów. Cały czas mnie to dopada”.

„Zapalenie opon mózgowych? Daj spokój, myśl rozsądnie”.

„No tak, twoja noga płonie, ale gadanie o tym cały czas niczego nie zmieni, no nie?”

„No okej, może twój spadochron się nie otworzył, ale głowa do góry”.

Odwrotność efektu placebo

Leki na mnie nie działały. Częściowo z mojej winy.

W swojej książce Lekarze, naukowcy, szarlatani Ben Goldacre pisze: „Każdy należy do grupy osób reagujących na placebo. Należysz do niej i Ty. Twoje ciało oszukuje umysł. Nie można Ci ufać”2. Może to działać w dwie strony. W najgorszym okresie, kiedy depresji towarzyszyły nieustające napady lęku, dzień w dzień, całą dobę na okrągło, bałem się wszystkiego. Dosłownie bałem się własnego cienia. Gdy patrzyłem na cokolwiek – buty, poduszkę, chmurę – wystarczająco długo, odczuwałem wrogość tego przedmiotu, jakieś negatywne siły. W bardziej zabobonnych czasach można by mnie wziąć za diabła. Ale najbardziej ze wszystkiego bałem się leków i wszystkiego, co mogłoby zmienić mój stan umysłu (alkohol, brak snu, nagłe wiadomości, a nawet masaż).

Później, podczas lżejszych napadów lęku, często łapałem się na tym, że przyjemność sprawiał mi alkohol. To miłe, przyjemne łagodzenie egzystencji przynosi sporą ulgę, tak że zapominasz o nadchodzącym kacu. Po ważnych spotkaniach szedłem do baru, piłem całe popołudnia i ledwo zdążałem na ostatni pociąg do domu. Ale w 1999 roku byłem bardzo daleko od stosunkowo normalnego poziomu dysfunkcji.

Ironia polega na tym, że w momencie kiedy najbardziej chciałem, by stan mojego umysłu się poprawił, jednocześnie nie chciałem wchodzić z nim w żadne interakcje. Nie dlatego, że nie chciałem znowu poczuć się lepiej, lecz dlatego, że nie wydawało mi się to możliwe albo wydawało się mniej prawdopodobne niż pogorszenie samopoczucia. A ten drugi scenariusz mnie przerażał.

Moim zdaniem częściowo winna była odwrotność efektu placebo. Gdy zażywałem diazepam, wpadałem w panikę, która się nasilała, kiedy orientowałem się, że lek ma na mnie wpływ. Nawet jeżeli efekt był pozytywny.

Kilka miesięcy później podobna sytuacja miała miejsce, kiedy zażyłem dziurawiec zwyczajny, a nawet, do pewnego stopnia, ibuprofen. Zatem nie tylko diazepam tak na mnie działał, a nie jest najsilniejszym lekiem na rynku. Poza tym inne osoby też doświadczały zjawiska odrealnienia po jego zażyciu, więc (przynajmniej dla mnie) to on musiał stanowić część problemu.

Pada, a ja nie mam parasola

Lek to bardzo atrakcyjne rozwiązanie. Nie tylko dla osób z depresją, prezesów firm farmaceutycznych, ale dla całego społeczeństwa. Jest odzwierciedleniem koncepcji, którą wbiły nam do głowy setki tysięcy reklam telewizyjnych: kupowanie rozwiązuje problemy. To wyraz podejścia: nie-marudź-i-weź-tabletkę. W ten sposób tworzy się podział na „nas” i na „nich”, wszyscy mogą się odprężyć i – używając ulubionego wyrażenia Michela Foucaulta – poczuć nierozumnymi. Trzeba być nijakim w społeczeństwie, które wymaga normalności, a jednocześnie doprowadza do szaleństwa.

Leki antydepresyjne i przeciwlękowe nadal wywołują we mnie strach. Nie pomaga też, że ich nazwy – fluoxetine, venlafaxine, propranolol, zopiclone – brzmią jak imiona czarnych charakterów rodem z science fiction.

Tabletki nasenne to jedyne leki, po których czułem się chociaż odrobinę lepiej. Miałem tylko jedno opakowanie, jeszcze kupione w Hiszpanii, gdzie farmaceuci noszą białe kitle i mówią jak lekarze. To chyba była dormidina. Tabletki nie pomagały mi zasnąć, ale nie śpiąc, nie odczuwałem całego tego przerażenia. Albo przynajmniej trzymałem się od niego na dystans. Z drugiej strony wiedziałem, że bez trudu mogę się od nich uzależnić, więc strach przed ich niezażywaniem mógłby się łatwo zamienić w strach przed ich zażywaniem.

Pigułki nasenne pozwoliły mi funkcjonować na tyle, bym dał radę wrócić do domu. Pamiętam nasz ostatni dzień w Hiszpanii. Siedziałem milcząco przy stole, podczas gdy Andrea wyjaśniała Andy’emu i Dawn, ludziom, dla których pracowaliśmy i z którymi w zasadzie mieszkaliśmy (to była ich willa, ale rzadko tam bywali), że wracamy do domu.

Andy i Dawn byli naprawdę dobrymi ludźmi. Lubiłem ich. Byli kilka lat starsi od nas, ale bardzo towarzyscy. Prowadzili największą imprezownię na Ibizie – Manumission. Wszystko zaczęło się od małej imprezki w gejowskiej wiosce obok Manchesteru kilka lat wcześniej i rozwinęło w coś na kształt Studia 54. W 1999 roku było to epicentrum kultury klubowej przyciągające takie gwiazdy jak Kate Moss, Jade Jagger, Irvine Welsh, Jean Paul Gaultier, członków The Happy Mondays, Fatboy Slim i tysiące europejskich klubowiczów. Kiedyś wydawało się niebem na ziemi, a teraz – cała ta muzyka, ludzie, imprezy – koszmarem.

Ale Andy i Dawn nie chcieli, żeby Andrea wyjeżdżała.

– Dlaczego nie zostaniecie? Z Mattem wszystko będzie dobrze. Wygląda na zdrowego.

– Ale nie jest zdrowy – odpowiedziała Andrea. – Jest chory.

Według standardów obowiązujących na Ibizie nie byłem ćpunem, tylko pijakiem. Wieczny student, wielbiciel Bukowskiego, który wygrzewając się na słońcu, sprzedawał bilety do kina, czytał lekką literaturę (w pracy zaprzyjaźniłem się z magikiem Carlem, który dawał mi powieści Johna Grishama w zamian za książki Margaret Atwood i Nietzschego) i popijał wódę. Żałowałem, że kawa nie była najsilniejszym trunkiem, po jaki sięgnąłem. Żałowałem, że w ostatnim miesiącu na wyspie wypiłem aż tyle viña sol i wódki z limonką. Mogłem chociaż zjeść parę porządnych śniadań i porządnie się wyspać.

 

– Nie wygląda na chorego. – Dawn nadal miała brokat na twarzy po wczorajszej nocy, cokolwiek robiła. Brokat mnie irytował.

– Przepraszam – powiedziałem cicho, żałując, że nie wyglądam na bardziej chorego.

Poczucie winy walnęło mnie w łeb.

Wziąłem kolejną tabletkę nasenną oraz popołudniową dawkę diazepamu i pojechaliśmy na lotnisko. Impreza się skończyła.

Kiedy łykałem diazepam albo tabletki nasenne, wcale nie czułem się lepiej. Czułem się dokładnie tak samo chory jak wcześniej. Co najwyżej nabierałem dystansu. Pigułki nasenne zmuszały mój mózg, aby odrobinę zwolnił, ale wiedziałem, że nic się nie zmienia. Podobnie było kilka lat później, kiedy znowu pozwoliłem sobie na picie alkoholu. Radziłem sobie z łagodnym lękiem, upijając się, chociaż wiedziałem, że czeka mnie kac.

Nie jestem całkowicie przeciwny lekom. Wiem, że niektórym pomagają. W wielu przypadkach są w stanie zneutralizować ból na tyle, że ludzie mogą zacząć pracować nad swoim samopoczuciem. W innych przypadkach, na dłuższą metę, stanowią tylko połowiczne rozwiązanie. Wiele osób nie jest w stanie sobie bez nich poradzić. Ja, skoro miałem ataki paniki po zażyciu diazepamu, bałem się brać jakiekolwiek leki. Nigdy nie zażyłem niczego, co miało bezpośrednio działać na moją depresję (nie mówię tu o atakach paniki ani lękach).

Szczerze mówiąc, jestem zadowolony, że wyzdrowiałem bez leków. Fakt, że musiałem doświadczyć bólu bez żadnego znieczulenia, oznacza, że poznałem go doskonale i jestem wyczulony na wszystkie subtelne zmiany w moim mózgu, zarówno te pozytywne, jak i negatywne. Zastanawiam się jednak, czy leki ukoiłyby mój ból, gdybym był wystarczająco odważny, aby zwalczyć ataki paniki, które mnie dopadały po ich zażyciu. Ten bezlitosny, nieustający ból. Sama myśl o nim utrudnia mi oddychanie i przyspiesza bicie serca. Siedzę na miejscu pasażera w aucie i pogrążam się w potwornym przerażeniu. Muszę się podnieść z miejsca, moja głowa dotyka dachu samochodu, ciało próbuje wyjść z siebie, skóra cierpnie, obrazy w moim umyśle zmieniają się szybciej niż ponury krajobraz dookoła. Zrobiłbym wszystko, by nie poznać takiego uczucia przerażenia i gdyby pigułka miała w tym pomóc, zażyłbym ją. Gdybym posiadał coś, co mogłoby zmniejszyć psychiczne katusze (to jest właściwe określenie), byłoby łatwiej wyjść z tego stanu. Ale nie biorąc leków, postąpiłem w zgodzie ze sobą. Dzięki temu wiem, co sprawia, że czuję się lepiej (ćwiczenia, światło słoneczne, sen, głębokie rozmowy i tym podobne). A leki mogłyby wpłynąć na czujność, moją i innych, która koniec końców pozwoliła mi odbudować siebie na nowo. Gdybym czuł otępienie czy inność będącą wynikiem zażywania leków, trudniej byłoby mi dojść do siebie.

Profesor Jonathan Rottenberg, psycholog ewolucyjny i autor książki Otchłań, tak pisał o depresji (zadziwiająco pocieszające słowa):

Jak lepiej radzić sobie z depresją? Nie oczekuj magicznej pigułki. Lecząc pacjentów z chronicznym bólem, nauczyłem się przede wszystkim, że trudno lekceważyć reakcje zakorzenione w ciele i umyśle. Zamiast tego powinniśmy stosować się do tzw. ekonomii nastroju, zwracając uwagę na przyczyny spadku samopoczucia – rutynowe myślenie, będące wynikiem przepracowania i braku snu. Powinniśmy nauczyć się odczytywać swoje nastroje i znać narzędzia, które pozwalają zwalczyć zły nastrój, zanim zmieni się w coś poważniejszego. Te narzędzia to zmiana sposobu myślenia, otoczenia, związków, ciała (poprzez ćwiczenia, leki czy dietę).

Życie

Siedem miesięcy przed pierwszym zażyciem diazepamu byłem w agencji rekrutacyjnej usytuowanej w środkowym Londynie.

– Co pan chce zrobić ze swoim życiem? – zapytała konsultantka. Miała poważną, pociągłą twarz, jak posągi na Wyspie Wielkanocnej.

– Nie wiem.

– Widzi pan siebie w roli sprzedawcy?

– Może – skłamałem. Byłem lekko skacowany. (Mieszkaliśmy blisko pubu. Trzy piwa i biały rosjanin, albo i dwa, stanowiły moją wieczorną rutynę). Nie miałem zielonego pojęcia, co zrobić ze swoim życiem, ale byłem przekonany, że nie nie zostanę sprzedawcą.

– Szczerze mówiąc, patrząc na pańskie CV, nie do końca wiem, co mógłby pan robić. Ale jest kwiecień, rok akademicki się jeszcze nie skończył, może coś panu znajdziemy.

I miała rację. Po serii katastrofalnych rozmów kwalifikacyjnych znalazłem pracę jako sprzedawca powierzchni reklamowych w gazecie poświęconej dziennikarstwu „Press Gazette” w Croydon. Moim szefem był Iain, Australijczyk, który wyłożył mi podstawy sprzedaży.

– Wiesz, co to jest AIDA? – zapytał.

– Ta opera?

– Co? Nie. AIDA. A – Attention, I – Interest, D – Desire, A – Action. Uwaga, zainteresowanie, pożądanie, działanie. Cztery etapy procesu sprzedaży. Przyciągasz uwagę klienta, następnie wywołujesz jego zainteresowanie, potem pożądanie, aż w końcu skłaniasz go do działania.

– Jasne.

A potem ni stąd, ni zowąd oznajmił:

– Mam wielkiego penisa.

– Co?

– Widzisz. Zdobyłem twoją uwagę.

– Więc powinienem mówić o swoim penisie?

– Nie. To był przykład.

– Czaję – odparłem, patrząc przez okno na ponure, szare niebo nad Croydon.

Nie dogadywałem się z Iainem. Fakt, zapytał, czy „dołączę do chłopaków” w porze lunchu, wypijemy piwko, zagramy w bilard. Same sprośne żarty, piłka nożna, obgadywanie dziewczyn. Nie znosiłem tego. Nie czułem się tak bardzo nie na miejscu, odkąd skończyłem trzynaście lat. Mieliśmy z Andreą plan, aby dojść do ładu z życiem na tyle, żeby nie musieć wracać na Ibizę tamtego lata. Ale podczas tego jednego lunchu odczuwałem taką beznadziejność, jakby cała moja dusza schowała się za chmurą. I dosłownie nie mogłem już ścierpieć kolejnej godziny poświęconej rozmowom telefonicznym z ludźmi, którzy nie chcieli ze mną rozmawiać. Odszedłem z pracy. Po prostu wyszedłem. To była porażka. Łatwo odpuściłem. I nie miałem żadnych perspektyw. Równia pochyła, poddałem się chorobie, która tylko na mnie czekała. Nie zdawałem sobie nawet z tego sprawy. Albo mnie to w ogóle nie obchodziło. Myślałem tylko o ucieczce.

Bezkres

Ludzkie ciało jest większe, niż się wydaje. Postępy w nauce i technologii pokazują, że ciało samo w sobie jest wszechświatem. Każdy z nas składa się z blisko trzech bilionów komórek. W każdej komórce jest tyle samo atomów. Sporo oddzielnych elementów. Sam mózg to sto miliardów komórek, plus minus kilka miliardów.

Jednak przez większość czasu nie czujemy tej niemal nieskończonej natury naszego fizycznego jestestwa. Upraszczamy wszystko, myśląc o sobie w kategorii większych części. Ramiona, nogi, stopy, ręce, tors, głowa. Ciało i kości.

To właśnie robią nasze umysły. Aby radzić sobie z życiem, upraszczają je. W określonym czasie koncentrują się na jednej rzeczy. Ale depresja to coś w rodzaju fizyki kwantowej myśli i emocji. Ukazuje to, co zazwyczaj jest w ukryciu. Rozpadasz się, tak jak wszystko, co jest ci znane. Okazuje się, że nie jesteś tylko częścią składową wszechświata, „gwiezdnym pyłem”, jak twierdzi Carl Sagan. Człowiek jest bezkresny i skomplikowany jak wszechświat. Psychologowie ewolucyjni mogą mieć rację, ludzie za bardzo się rozwinęli. Ceną za bycie pierwszym inteligentnym gatunkiem w pełni świadomym istnienia wszechświata jest zdolność do odczuwania jego ciemnej strony.

Nadzieja, której nie było

Rodzice czekali na lotnisku. Wyglądali na zmęczonych, szczęśliwych i zmartwionych jednocześnie. Uścisnęli mnie i pojechaliśmy do domu.

Było mi lepiej. Było mi lepiej. Zostawiłem swoje demony za sobą, nad Morzem Śródziemnym i czułem się dobrze. Dalej brałem tabletki nasenne i diazepam, ale nie potrzebowałem ich. Potrzebowałem pobyć w domu. Potrzebowałem mamy i taty. Tak. Było mi lepiej. Nadal byłem trochę rozdrażniony, ale było mi lepiej. Było mi lepiej!

– Martwiliśmy się o ciebie – powiedziała mama. Wyraziła to na jakieś 87 różnych sposobów.

Obróciła się do mnie z uśmiechem. A raczej się skrzywiła, oczy się jej szkliły. Czułem to. Czułem ten cały ciężar: obecność mamy, to, że jestem synem, któremu nie wyszło, to, że jestem kochany, że jestem rozczarowaniem, że jestem nadzieją, której nie było, a być powinna. Ale było mi lepiej. Może czułem się trochę wyczerpany, ale to było zrozumiałe. Zasadniczo było mi lepiej. Jeszcze mogłem być dla kogoś nadzieją. Jeszcze mogłem dożyć dziewięćdziesięciu siedmiu lat. Mogłem zostać prawnikiem, neurochirurgiem, alpinistą albo reżyserem teatralnym. To był dopiero początek. Początek. Początek.

Zapadła noc. Za oknem ujrzałem drogowskaz „Newark 24”. Newark to miejsce, gdzie dorastałem i do którego wracałem. Miasteczko liczące 40 tysięcy mieszkańców. Miejsce, z którego zawsze pragnąłem uciec, a teraz do niego wróciłem. Ale w porządku. Pomyślałem o swoim dzieciństwie. O szczęśliwych i smutnych dniach w szkole i nieustannej walce o samoakceptację. Dwadzieścia cztery. Miałem dwadzieścia cztery lata. Drogowskaz był znakiem od losu. Newark 24. „Wiedzieliśmy, że to się stanie”. Tylko brakowało na nim mojego imienia.

Pamiętam, że jedliśmy posiłek przy kuchennym stole. Nie mówiłem dużo, ale wystarczająco, żeby udowodnić, że czuję się dobrze, nie jestem szalony, nie mam depresji. Czułem się dobrze. Nie byłem szalony, nie miałem depresji.

Jedliśmy zapiekankę rybną. Chyba zrobili ją specjalnie dla mnie. Jedzenie dla polepszenia nastroju. Siedziałem przy stole i jadłem zapiekankę rybną. Była dziesiąta trzydzieści. Poszedłem do toalety na dole. Włączyłem światło, pociągając za sznurek. Ściany były w kolorze ciemnego różu. Wysikałem się, spuściłem wodę i zauważyłem, że mój umysł się zmienia. Zamroczyło mnie, zmieniło się światło. W sensie psychologicznym.

Czułem się lepiej. Czułem się lepiej. To tylko małe wątpliwości. Kropka atramentu w szklance czystej wody. W chwili gdy zdałem sobie sprawę, że jednak nie czuję się tak całkiem dobrze, zrozumiałem też, że jestem naprawdę bardzo chory.

Cyklon

Wątpliwości są jak stado jaskółek. Podążają jedna za drugą. Gapiłem się na siebie w lustrze. Gapiłem się na swoją twarz, aż przestałem ją rozpoznawać. Wróciłem do stołu, usiadłem. Nie powiedziałem nikomu, jak się naprawdę czuję. Gdybym powiedział prawdę, spotęgowałoby to moje uczucie. Zachowując się normalnie, stawałem się trochę bardziej normlany. Zachowywałem się więc normalnie.

– Jak późno! – zauważyła nagle mama. – Muszę wstać jutro wcześnie do pracy. (Była dyrektorem przedszkola).

– Idź spać – powiedziałem.

– Tak, idź spać, Mary – dodała Andrea. – Ogarniemy łóżka i resztę.

– Łóżko jest w jego pokoju, materac na podłodze, ale chętnie odstąpimy wam nasze łóżko na dzisiejszą noc – powiedział tata.

– Nie ma potrzeby, damy sobie radę – odparłem.

Tata jeszcze położył mi rękę na ramieniu i uścisnął je.

– Dobrze, że tu jesteś – rzekł.

Nie chciałem płakać. Po pierwsze, nie chciałem, żeby widział, jak płaczę, a po drugie, gdybym zaczął płakać, poczułbym się gorzej. Dlatego nie płakałem. Poszedłem spać.

Następnego dnia wstałem i one już były. Depresja i lęki. Razem. Ludzie opisują depresję jako ciężar, i to rzeczywiście trafne. Prawdziwy ciężar w sensie fizycznym, ale i w sensie przenośnym i emocjonalnym. Dla mnie jednak ciężar nie jest najlepszym słowem do opisania tego, co czułem. Gdy leżałem na materacu, na ziemi – nalegałem, żeby Andrea spała na łóżku nie z powodu zwyczajnej rycerskości, lecz dlatego, że tak właśnie bym zrobił, gdybym był normalny – czułem się uwięziony w oku cyklonu. Na zewnątrz, dla innych przez najbliższe miesiące wydawałem się wolniejszy niż zazwyczaj, jakbym był w jakimś letargu, ale wszystko, czego doświadczałem w moim umyśle, było szybkie, niemiłosiernie i przygniatająco szybkie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?