Kraina nocyTekst

Z serii: Hazel Wood #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału

The Night Country

Copyright © 2020 by Melissa Albert

All rights reserved

Designed by Anna Gorovoy

Illustrations by Jim Tierney

Artwork © Cover images © Shutterstock; brambles © Tim Gainey/Alamy

Published by arrangement with Random House Children’s Publishers UK, a division of The Random House Group Limited.

Copyright © 2019 for this edition byMedia Rodzina Sp. z o.o.

Projekt polskiej wersji okładki

Andrzej Komendziński

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-892-4

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24

61-657 Poznań

tel. 61 827 08 50

www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla moich jedynych:

Michaela i Milesa

Uwielbiam towarzystwo wilków.

ANGELA CARTER

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


~ 1 ~

Miałam osiemnaście lat, plus minus baśniowe stulecie, kiedy po raz pierwszy się całowałam.

Byłam w ostatniej klasie liceum i chodziłam do szkoły na Brooklynie, gdzie zapisałam się wkrótce po zakręconej dwuletniej wędrówce po Uroczysku. Pragnęłam normalności. Pragnęłam codziennej rutyny. Szczerze mówiąc, wyobrażałam sobie, że będę siedzieć w swetrze w kolorze jesiennych liści w wykładanej boazerią bibliotece, co wydało mi się trochę żenujące później, kiedy czytałam książkę Serce to samotny myśliwy przy migotaniu jarzeniówek w naszej niedoinwestowanej szkole. Tę szkołę dało się znieść tylko dzięki Sophii Snow.

Być może słowo „znieść” nie jest tutaj odpowiednie. Tylko dzięki Sophii było to w jakiś sposób ciekawe. Czy też, inaczej mówiąc, wytrącające z równowagi.

Sophia, podobnie jak ja, była wyrzutkiem z Uroczyska – byłą Historią. Miała wielkie oczy i węźlaste jak u tancerki mięśnie, a także włosy, które poruszały się same niczym wodorosty. Jej twarz przypominała hologram i była inna, gdy się ją widziało pod różnymi kątami. Chciało się na nią patrzeć tak, by odkryć wszystkie jej tajemnice, ale zanim dotarłoby do nas, że to niemożliwe, Sophia już ukradłaby nasz portfel i zegarek.

Chłopcy lubili Sophię. Nie tylko chłopcy, ale to z nimi spotykała się na popapranych nierandkach, które polegały głównie na łażeniu w różne miejsca i piciu. Przez jakiś czas dawałam się w to wciągnąć, bo przez pewien okres wydawało mi się, że nic na ziemi nie zdoła mi zaszkodzić. Dzięki temu byłam odważna, ale też miałam świadomość, że niewiele dzieli mnie od odrętwienia czy też odczłowieczenia, a ja chciałam z tym walczyć.

Któregoś wieczoru wybraliśmy się nad wodę i po drugiej stronie widziałam geometryczne błyski dzielnicy finansowej. Patrzyłam na te wszystkie świetlne punkciki, przypominając sobie, że pod każdym może się ktoś znajdować i że wszyscy ci ludzie mają jakąś historię, i że miasto pełne jest osób, których życie w najmniejszym stopniu nie przypomina mojego. Miało to zapewne sprawić, żebym poczuła się mniej samotna, ale ja zaczęłam myśleć, że nikt tam, nawet jedna osoba, nie zrozumiałby tego, kim jestem, co widziałam i skąd się tu wzięłam. Ci, którzy mogli – w tym Sophia – byli złamani życiem. Jednych połamało ono jak szkło na twarde, ostre kawałki, ale innych starło na proch, z którym szybko uporało się miasto. Byłam lekko pijana po zaprawionej alkoholem coli i zastanawiałam się, jak mnie połamie, czując przy okazji taką litość dla siebie, że powinnam się wstydzić.

Jeden z chłopaków Sophii – było ich trzech, dwóch takich, którzy jej się podobali, i jeden na przyczepkę – usiadł obok mnie. Był to jeden z tych ważniejszych, naprawdę niezłych, z dwiema wygolonymi liniami, biegnącymi przez brwi. Miało to coś znaczyć, ale nigdy nie pamiętałam co.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy.

– Wiesz, czasami cię obserwuję.

Nie zasługiwało to na odpowiedź, więc milczałam.

– Jesteś cicha, ale mi się to podoba. Bardzo uduchowiona, co? – Uśmiechał się przy tym do siebie, jak ci faceci, którzy mówią niby miłe rzeczy, przekonani, że pokonają wszelkie opory. Co prawda jeszcze się nie całowałam, ale słyszałam już to i owo.

– Skąd to przekonanie?

– Jesteś taka mała – rzucił tajemniczo. Najwyraźniej kończyły mu się pomysły. – Ale widzę, że jesteś uduchowiona. Rzeczywiście masz duszę.

– Prawdę mówiąc, nawet nie wiem, czym jest dusza – odparłam. – Jeśli to coś, co sprawia, że jest się człowiekiem, to pewnie jej nie mam. Chyba że można ją wyhodować, ale coś mi się nie wydaje. Więc. Nie mam duszy. To dlatego twoja zagrywka na mnie nie działa.

 

Było to najszczersze moje wyznanie od dawna i najdłuższa wypowiedź tego wieczora. Pomyślałam, że zaraz wstanie i sobie pójdzie. Albo powie, że jestem zołzą. Ale on się uśmiechnął.

– Boże, ale z ciebie dziwadło – powiedział. A potem mnie pocałował.

Nie było to takie proste. Najpierw zesztywniałam, potem opuściłam głowę i się od niego odwróciłam. W końcu jednak wróciłam na miejsce, próbując się utrzymać na nogach, bo jakoś nie dotarły do niego te moje wyraźne aluzje.

– Spokojnie, spokojnie – rzucił ze śmiechem. Ujął mnie w talii, a był tak silny, że uspokojenie mnie wydawało się niemal naturalne. Nie byłam do końca przestraszona, ale też nie mogłam się wyrwać z jego objęć. Czułam smak coli i czosnku, a jego usta wydawały się gumowate, jakby z martwym naskórkiem.

Poczułam, jak w mojej piersi wzbiera dawna ja – ta, która mogła go za to zabić, obrócić dotykiem w lód jego krew. Uroczysko we mnie wyschło i wyparowało, tak że prawie go nie było. Może znajdowało się tam, gdzie ulokowałaby się moja dusza, gdybym była prawdziwą ludzką istotą. Teraz nie byłam ani człowiekiem, ani Historią, a on napierał na mnie twarzą tak, że trudno mi było oddychać.

A potem nagle zaczęłam dyszeć, a on wrzeszczeć, a tam, gdzie dotykał mojej twarzy, poczułam chłodzący pot. Potrzebowałam chwili, żeby zrozumieć, co się dzieje – to Sophia odciągnęła go za włosy, a następnie rzuciła na ziemię. Kopnęła go dwa razy w przemyślany sposób, a jego kumple krzyknęli tylko: „O, cholera!”, ale nic nie zrobili. Sophia cały czas miała papierosa w ustach, jakby zupełnie jej nie przeszkadzał.

W końcu przycisnęła jego szyję brudnym adidasem, chyba dosyć mocno, bo chłopak usiłował coś wychrypieć, tyle że nie było tego słychać. Kiedy spróbował pociągnąć ją za nogę, cofnęła się i kopnęła go raz jeszcze, a potem pochyliła się, żeby na niego popatrzeć.

– Zginiesz przed trzydziestką – powiedziała i dmuchnęła mu dymem w oczy. Nie była to groźba, raczej stwierdzenie faktu. – W wypadku. Przynajmniej szybko, jeśli to ci pomoże.

Jego kumple pomagali mu wstać. Mówili, że Sophia to wariatka i robi jeszcze gorsze rzeczy, ale starali się do niej nie zbliżać.

– Co takiego? – powtarzał chłopak z twarzą wykrzywioną strachem. – Co ty gadasz? I czemu mi to mówisz?

Nie odpowiedziała, patrzyła tylko, jak się zmywają, rzucając przez ramię wulgaryzmami.

Kiedy odeszli, obróciła się do mnie.

– To był twój pierwszy raz?

Być może. W pewnym sensie. W tej wersji mojego życia. Za dużo musiałabym wyjaśniać, więc tylko skinęłam głową.

Przyklękła przy mnie, położyła dłonie na moich barkach i przywarła ustami do moich ust. Smakowały dymem i cukrem i wyczułam też jaskrawozielone łaskotanie, które musiało być pozostałością Uroczyska czy może magii, która wciąż pozwalała jej wiedzieć rzeczy, których nie powinna, kiedy spoglądała na ludzi. Na przykład kiedy i jak pożegnają się z życiem.

– Dobra. – Cofnęła się. – Zapomnij tego dupka. To był twój pierwszy pocałunek.

Właśnie o tym lubię myśleć, kiedy wspominam Sophię Snow. Ten mały, pełen życzliwości dowód na to, że nie całe Uroczysko było nastawione na krzywdzenie i niszczenie. Prawda jednak była taka, że stworzenia stamtąd nie należały do tego świata. Szczeliny, które w nim zrobiły, były małe, ale szczeliny mogą przecież sprawić, że runie miasto.

A jeśli one nie pasowały do tego świata, to ja też. Byliśmy drapieżnikami, które wypuszczono na świat, który nie mógł nam się oprzeć. Aż do lata, kiedy staliśmy się ofiarami.


~ 2 ~

Następnego dnia po śmierci Hansy Podróżniczki siedziałam w wilgotnej auli szkoły na Brooklynie, czując, że niemal duszę się w todze z poliestru.

Sophia zapisała się do tej szkoły razem ze mną, ale nie dotrwała do matury. Chodziła do niej zaledwie miesiąc. Pojawiały się sprzeczne plotki na temat tego, dlaczego ją wyrzucono. Pomniejsza kradzież. Nieco większy akt wandalizmu. Romans z nauczycielem. Jej wynikająca ze starożytnego umysłu, przerażająca pewność siebie połączona z pragnieniem śmierci, wtłoczona w ciało nastoletniej dziewczyny.

Zapewne chodziło o to ostatnie, ale wszystkie te plotki były do jakiegoś stopnia prawdziwe. Być może zdecydowałabym się rzucić szkołę razem z nią, gdyby nie Ella. Moja matka aż jaśniała z dumy na myśl, że jej córka skończy szkołę średnią. Jakoś zdałam egzamin, odrobiłam parę wuefów i teraz wzięłam z sekretariatu sztywną togę, elegancką jak suknia balowa i dopasowaną do figury niczym habit.

Było nieprzyjemnie gorąco w tę czerwcową niedzielę, kiedy podeszłam na scenie do dyrektora, który miał przed sobą na stoliku fałszywe dyplomy ukończenia szkoły. Te prawdziwe wysyłano pocztą elektroniczną. Towarzyszyły mi przy tym różne dziwne uczucia: dumy, że się udało. Że c o ś się udało. Że wyzwoliłam się z baśniowej pętli. Zawzięłam się i osiągnęłam coś, co nie powinno być moim udziałem. Zmrużyłam oczy, wypatrując po drugiej stronie auli Elli w małej czarnej i nie pasujących do pory roku sznurowanych czarnych butach.

Dostrzegłam ją koło wyjścia, włożyła właśnie palce do ust, chcąc zagwizdać. Uniosłam dłoń, żeby przesłać jej całusa, a potem zobaczyłam siedzącą koło niej kobietę. Na tyle blisko, że mogła jej dotknąć.

Włosy miała krwiście czerwone, a oczy skrywała za parą tanich okularów przeciwsłonecznych. Uśmiechnęła się, kiedy dostrzegła mój wzrok, i pochyliła się tak, że niemal dotknęła brodą barku mojej matki. A potem wyciągnęła palec i go zagięła. Chodź tu.

Atmosfera w auli nabrzmiała trochę, kiedy dwie połówki mego życia zetknęły się i odepchnęły niczym odwrócone magnesy. Potknęłam się, zmierzając do swego miejsca, a nogi zaczęły mi się plątać. Po chwili chciałam się znowu rozejrzeć, ale przeszkadzały mi birety innych absolwentów.

To była kobieta z Uroczyska. Na imię miała Daphne i z jej powodu od miesięcy unikałam innych byłych Historii.

Oklaski wdarły się w moje myśli. Ceremonia się skończyła, a moi koledzy i koleżanki krzyczeli i śmiali się, jakby udało nam się coś prawdziwego. Przez sekundę gotowa byłam się z nimi zgodzić.

Pospieszyłam do holu i wkrótce byłam już wolna. Zaczęłam się rozglądać za Ellą i po chwili zauważyłam, jak uśmiecha się do mnie promiennie zza bukietu niebieskich hibiskusów.

– Co tam? – rzuciła, kiedy chwyciłam ją i mocno uściskałam.

– Wszystko w porządku?

– W porządku? Jest mi cudownie.

Cofnęła się trochę, ale wciąż mnie trzymała. Mimo że zapuściłam włosy i ufarbowałam je na ciemniejszy kolor, w dalszym ciągu byłyśmy zupełnie inne. To zabawne, jak można ignorować rzeczy, których się nie chce dostrzec.

– Co robimy? – spytała podekscytowanym głosem. – Ja mam na sobie sukienkę, a ty... Co tam masz pod tym habitem?

– Ee, mamy tydzień prania.

– Cokolwiek to znaczy, mam na sobie sukienkę i nie zamierzam tego marnować. Włóż coś szałowego i pójdziemy na lunch. Zjemy lody!

Powinnam jej posłuchać. Powinnam wykrzywić usta w uśmiechu i pozwolić, żeby mama zabrała mnie na lody, żeby uczcić dzień, który dla nas obu był niespodzianką. Ale nie mogłam. Przez Daphne. Była przecież na wyciągnięcie dłoni. A pytanie, czego ode mnie chce, kłuło mnie jak drzazga.

– Jutro – powiedziałam gwałtownie, patrząc uważnie przez jej ramię. Mina jej zrzedła, ale ja ciągnęłam: – Zapomniałam ci powiedzieć, że mam dzisiaj pracę. Więc może jutro?

– Dobra. – Uśmiechnęła się z taką miną, by pokazać, że widzi, że kręcę, a potem uściskała mnie raz jeszcze.

– Dzięki, że przyszłaś – wymamrotałam.

Lekko mną potrząsnęła.

– Jestem twoją matką. To chyba jasne, że musiałam tu być. Tylko wracaj szybko do domu po pracy, dobra? Zamówimy coś dobrego.

Wzięła moją twarz w ręce, dłonie miała zimne. A potem szybko się odwróciła i przeniknęła przez tłum, nie patrząc za siebie. To też było coś nowego – kiedy wyczuwała, że chce do mnie przylgnąć, szybko to kończyła. Czułam się wtedy opuszczona i żałowałam, że nie tuliłam się do niej dłużej. Żałowałam też, że skłamałam i że nie wybrałyśmy się do eleganckiej restauracji. Ale stało się i kiedy zniknęła, ja też pospieszyłam do wyjścia.

Myślałam, że Daphne na mnie czeka, ale jej nie zauważyłam. Tylko rodziny na chodniku przede mną: przepychające się rodzeństwo, matki z wiosenną szminką na ustach i ojców w spodniach khaki, wpatrzonych w komórki. Kiedy mijałam kontener na śmieci, zdjęłam togę i ją wyrzuciłam. Niebo było łagodne i niskie i miałam wrażenie, że mnie obejmuje. W powietrzu czuło się coś jakby wyczekiwanie. Jakby kwartał, na którym się znajdowałam, był myszą, a nad nią już unosiła się kocia łapa.

Musiałam sobie przypomnieć, że teraz jest inaczej. Że nasze życie się zmieniło. Gdyby tak nie było, pomyślałabym pewnie, że znowu nadciąga pech.

Oto historia, której nie lubię opowiadać.

Zaczęła się brzydkiego dnia zeszłej wiosny, zimnego i morderczo jasnego. Późno dotarłam na spotkanie byłych Historii z Uroczyska z sopelkami świeżo umytych włosów. Kiedy po raz pierwszy odkryłam tę cotygodniową terapię na drugim piętrze budynku, w którym przyjmowała wróżka przy Alei A, pomyślałam, że wybawią mnie od samotności i wyobcowania. Od tego, że byłam najbardziej dziwacznym znanym mi stworzeniem. I nawet wybawiły, ale też porządnie namieszały w głowie. Zapobiegły zbyt usilnym próbom zbliżenia się do normalności i ukróciły pobłażanie sobie. No bo czego można się spodziewać po dziewczynie, którą stworzono do życia w baśni, a która teraz próbuje się dopasować do zupełnie niemagicznego życia?

Przyzwyczaiłam się do spotkań z takimi samymi odmieńcami jak ja. Nawet te byłe Historie, których nie znosiłam, wydawały się swojskie jak tapeta, kawa rozpuszczalna czy ciągłe narzekanie. Jednak tego dnia przed wszystkich wystąpiła kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałam. Jej mocno umalowana twarz o ostrych rysach przypominała portrety Egona Schiele: ciemne usta, blada karnacja i włosy, które opadały jej czerwonymi falami dramatycznie na plecy. Kobieta siedziała na wysokim stołku z rękawami bluzki na łokciach, podciągając kolana, i mówiła. Jej głos sprawiał, że senna zwykle atmosfera wydawała się naładowana elektrycznością.

– Jesteśmy tutaj dywersantami – mówiła. – I tak będzie zawsze.

W środku było ze dwadzieścia pięć stopni cieplej i zaczęłam się pocić, próbując ściągnąć kurtkę, z pełnym kubkiem kawy w dłoni. Jednak żarliwość jej słów sprawiła, że mnie zmroziło.

– Ten świat jest szary. Ludzie mali i osobni. Jest pozbawiony porządku. Brzydki. Chaotyczny. – Uderzyła pięścią w kolano. – A my? My wyróżniamy się na jego tle? Wyróżniamy jak czerwona wstążka.

Miała narkotyczny głos. Był gęsty jak mgła i ocierał się grzbietem o uszy niczym kot. Wszyscy pochylili się w jej stronę, grzali dłonie przy jej zaciekłości. Nawet ja sama... Później myślałam o tym ze wstrętem, ale coś mnie w niej pociągało.

Popatrzyła na kogoś, kto siedział u jej stóp, chłopaka, który nigdy się nie odzywał. Zawsze miał spuszczoną głowę i zawsze poruszał wargami, ale bezgłośnie. Podejrzewałam, że większa część jego umysłu wciąż przebywa w rejonach jego przerwanej historii.

– Czym byłeś? – zapytała. – Czym byłeś w Uroczysku?

Nie widziałam twarzy chłopaka, ale wyczułam panikę w tym, jak uniósł barki.

– Księciem. Wyczarowanym przez czarownicę mleczy i krwi, żeby oszukać księżniczkę. – Rozejrzał się szybko dookoła. – Czasami czuję na skórze słońce Uroczyska. Słyszę szepty owadów w pyle drogi. Nie rozumiem, dlaczego wciąż jestem chłopcem.

Kobieta wbiła w niego oczy.

– Nie jesteś. Jesteś w całości z magii. Tak jak my wszyscy. I jesteśmy z tego dumni.

Uniosła oczy i spojrzała na mnie.

– Nie jesteśmy tacy jak stworzenia z tego świata. Nie powinniśmy się z nimi pospolitować. Ludzkie życie to zapomnienie tego, kim naprawdę jesteśmy. A to oznacza wrogość wobec samych siebie. I siebie nawzajem.

– Ty – rzuciła, wskazując faceta w niemodnym, zrobionym na drutach swetrze. – Wstań.

Wstał wolno, a nogi w butach z białymi śladami soli nieco mu drżały. Serce mi zamarło.

Na te spotkania nie chodziły tylko byłe Historie. Chodzili wszyscy, którzy wciąż sobie nie radzili po opuszczeniu Uroczyska. Również ludzie z tego świata, którzy jakoś się do niego dostali, a potem znaleźli drzwi wyjściowe, różni od nas, ale też w jakiś sposób nam bliscy. Mężczyzna w swetrze w śnieżynki był właśnie kimś takim – człowiekiem, a nie byłą Historią.

 

– Wcale nie... – zaciął się. – Ja nie próbuję...

– Cii. – Kobieta położyła palec na swoich wyszminkowanych ustach i się uśmiechnęła. – Idziesz bardzo wąską ścieżką. A las jest pełen wilków. A wilki mają ostre zęby. I od dawna nie mogły nikogo, ale to nikogo ugryźć.

Zamknęła oczy.

– Chcę żyć w świecie wilków. Kiedy otworzę oczy, nie chcę tu widzieć żadnego jagnięcia.

Facet w swetrze wziął kurtkę i uciekł. Za nim wyszły, trzymając się za ręce, dwie nastolatki z pomalowanymi czarną szminką ustami i facet z dredami ukrytymi pod bezkształtnym kapeluszem. Za nimi ruszyła starsza kobieta w drucianych okularach, ale na tyle wolno, by pokazać, co o tym myśli.

Jakaś część mnie chciała pójść w ich ślady. Ta, która widziała twarz mojej matki, kiedy budziłam się z nocnych koszmarów. Ta, która kazała mi dążyć do niej przez najgorsze chaszcze Uroczyska, kiedy tamtejsze Historie próbowały mnie omotać. Nie poruszyłam się jednak. Czekałam na dalszy ciąg.

Kiedy drzwi się zamknęły, kobieta otworzyła oczy niczym lalka. Pokazała w uśmiechu swoje ostre zęby.

– Witam wilki – powiedziała.

Spotkanie skończyło się niedługo potem, a wszyscy buzowali od jakiejś pokręconej energii. Wcale mi się nie podobały ich podekscytowane, pewne siebie miny, jakby przed chwilą wygrali jakąś wojnę. Próbowałam się wymknąć, z nikim nie rozmawiając, ale ta kobieta złapała mnie koło schodów.

– Jesteś Alice, prawda?

Z bliska była jeszcze bardziej zaskakująca. Miała srebrno-błękitne oczy przypominające płytką wodę, oczy Bajarki i paru innych byłych Historii.

– Świetne wystąpienie – powiedziałam. – Bardzo dramatyczne. Sama wymyśliłaś to o wilkach?

Zmarszczyła odrobinę nos, jakbyśmy się ze sobą drażniły.

– Słyszałam o tobie. Dziewczyna z lodem. Ta, która nas wyzwoliła.

Powiedziała to z taką przekorą, że trudno mi było odczytać jej intencje. To prawda, że pierwsza wyrwałam się z Uroczyska. I że moja ucieczka zostawiła lukę w osnowie, przez którą mogły się wydostać inne Historie. Nie żeby ktoś mi za to podziękował.

– Tak. Do usług. – Chciałam się obok niej przecisnąć.

– Czy to prawda, że mieszkasz z jakąś kobietą?

Zatrzymałam się. Hipnotyczny pomruk zniknął z jej głosu i zrozumiałam, że może go włączać i wyłączać.

– Na Brooklynie, prawda? W miłym mieszkanku na drugim piętrze? Jest naprawdę fajne. Podobają mi się niebieskie zasłony w sypialni tej kobiety.

Złapałam ją za ramię. Częściowo, żeby ją przytrzymać, a częściowo, żeby utrzymać równowagę.

– O co ci chodzi?

Popatrzyła na moją rękę, a potem prosto w oczy.

– To już przeszłość, prawda? Ten lód. – Porzuciła złośliwy leki ton. Popatrzyła na mnie z czymś w rodzaju obrzydzenia i powiedziała na tyle głośno, by usłyszeli ci, co jeszcze zostali: – Mówiłam, że nie chcę tu baranków.

Później dowiedziałam się, że ma na imię Daphne. Dotarła tu z Uroczyska jako ostatnia. To ona próbowała zewrzeć szyki i zapobiec jakiejkolwiek asymilacji. Po tygodniu, jak stwierdziła Sophia, miała już wszystkich na pasku. Nawet ją samą, jak mi się wydawało, choć tego mi nie powiedziała.

Nie czekałam, aż zrobi to ze mną. Aż do uroczystości zakończenia szkoły w ogóle jej nie widziałam, chociaż odwiedzała mnie czasami we snach. Którejś nocy obudziłam się dysząc i wydawało mi się, że mam zgniecioną pierś, jakby siedział na niej diabeł. Mogłabym przysiąc, że dostrzegła jej postać przy oknie, a uliczna lampa oświetlała jej ostre zęby i rude włosy. Ale kiedy zapaliłam lampę, nikogo tam nie było.

Ostatecznie jej groźby były czymś dobrym, bo skłoniły mnie do tego, co powinnam zrobić już dawno. Zrezygnowałam na dobre z Uroczyska i zaczęłam tworzyć dla siebie wyłącznie ludzkie życie.

Było wpół do dwunastej w niedzielę. Jeśli Daphne na mnie nie zaczekała, to i tak wiedziałam, gdzie ją znaleźć. W gęstej atmosferze gabinetu wróżki, wraz z Sophią i wszystkimi innymi. Był to dzień spotkań.

Coś zagrało mi w żołądku, kiedy zbliżyłam się do budynku z gabinetem po raz pierwszy od dziewięciu miesięcy. Zrobiono go z obskurnej cegły, w drzwiach wejściowych, nad którymi widniała dłoń, wstawiono matową szybę, a zaraz za nimi znajdowała się klatka schodowa. Ale ja widziałam tylko Daphne. Opierała się o cegły ze skrzyżowanymi nogami i kryła oczy za przydymionymi kręgami tanich ciemnych okularów. Kiedy mnie dostrzegła, pospieszyła mnie gestem.

– Hej, cześć – rzuciła tajemniczym, bezsensownym tonem – Chwilę cię nie było.

Podeszłam do niej wolno i zatrzymałam się parę płyt chodnikowych przed nią.

– Czego chcesz?

– Chcę się pogodzić – odparła. – Chyba źle mnie oceniłaś.

– Jestem pewna, że dobrze. Gadaj, o co tak naprawdę ci chodzi?

– Przyjemna ceremonia. Ella jest pewnie z ciebie dumna, co?

Nagle poruszyło się to coś ciemnego, co żyło w mojej piersi.

– Nie wspominaj jej więcej. Przede wszystkim to ze mną chcesz pogadać, chcesz czegoś ode mnie, więc daj jej spokój. I nawet się do niej nie zbliżaj. Nigdy. Jasne?

Błyskawicznie złapała mnie za rękę. Ścisnęła ją i puściła. Pewnie sprawdzała. Nie powinno mi zależeć na jej ocenie, ale przez moment żałowałam, że nie jestem aż po czubki palców z lodu i nie mogę jej w nim pogrążyć.

– Gdybyś była moją córką, to nauczyłabym cię przede wszystkim jednego – żeby nie pokazywać, gdzie cię najbardziej boli.

Poczułam, jak moje policzki robią się gorące.

– Cholera, przecież wygrałaś. Ostrzegłaś mnie, a ja trzymałam się z daleka. O co ci jeszcze chodzi?

Uniosła okulary i poczułam się bezsilna w wiązkach jej spojrzenia.

– Moja droga, skąd przypuszczenie, że chcę cię niepokoić?

Jakiś facet, który przechodził ulicą, zwolnił i się obrócił, żeby móc patrzeć na Daphne. A ona nie opuściła okularów, ale uśmiechnęła się do niego słodko, uniosła licówki, pod którymi widać było dwa rzędy zakrzywionych rekinich zębów.

– O Boże! – jęknął facet, potknął się o wystającą płytę i szybko uciekł.

Daphne wepchnęła licówki małym palcem na miejsce i popatrzyła na mnie.

– Zacznijmy raz jeszcze. Nie jestem twoim wrogiem. Chcę cię tutaj, bo krew z Uroczyska jest cenna, zwłaszcza teraz. Niezależnie od tego, co myślisz, wciąż z nami jesteś. A ja chcę, żebyś była dla nas, tak jak my jesteśmy dla ciebie.

Popatrzyłam na nią. Połowa stworzeń tam na górze wsadziłaby mi nóż w plecy za jednego hot doga.

– Skąd taka propozycja? I dlaczego teraz?

– Mieliśmy ostatnio parę śmiertelnych wypadków.

– Śmiertelnych? – Powiedziała to takim tonem, jakby mówiła o deszczu.

– Trzy. Od początku wiosny.

– Kto zginął? I jak...?

– Zabito ich. Najpierw Drzewnego Księcia. Potem Abigail.

Znałam trochę księcia. Był zabójczo przystojny z włosami niczym końska grzywa i promiennie białymi zębami. Ale Abigail... Zrobiło mi się głupio, że nie mogę sobie nawet przypomnieć jej twarzy.

– Jako trzecia zginęła wczoraj wieczorem Hansa Podróżniczka.

Zadrżałam. Spotkałam Hansę w Uroczysku. Wiedziałam, że jest w Nowym Jorku, mieszka z dwiema starszymi byłymi Historiami i chodzi do szkoły społecznej w Lower East Side. Wiadomość o jej śmierci sprawiła, że zapomniałam, z kim rozmawiam.

– Ale Hansa jest jeszcze dzieckiem. I ma... miała szansę... Kto mógł ją skrzywdzić?

– A co ma do tego jej wiek?

– To straszne – powiedziałam cicho. Kiedy spotkałam ją w Uroczysku, Hansa była zaledwie dziewczynką w Lesie-Połowy-Drogi. Wnuczką Luny – księżyca.

– Co się stało? Jak zginęła?

Niebieskie oczy Daphne zaszły na moment cieniem. Jeśli się w nie za długo patrzyło, miało się wrażenie, że to woda pełna pasożytów.

– Śmierć to śmierć.

– Co to znaczy?

Zignorowała to pytanie i obróciła się w stronę drzwi.

– Wiesz już wszystko, więc teraz zgoda. Dołącz do tych, z którymi powinnaś być.

Spojrzałam przez szybę na klatkę schodową, wodniście zamazaną, prowadzącą w ciemność na piętro.

Nie chciałam tam iść, choć czułam tęsknotę porównywalną z głodem.

– Dziękuję, że mi powiedziałaś, ale teraz nie mogę. Mam pracę. – Już drugi raz skorzystałam z tego kłamstwa.

– Nie, nie masz. – Otworzyła drzwi. – Pracowałaś w czwartek, a następną zmianę masz jutro. Dzisiaj jesteś wolna.

Trudno mi powiedzieć, jaką miałam minę, kiedy obróciła się do mnie z uśmiechem.

– Dbam o moje dzieci, nawet te marnotrawne. Nie przejmuj się niczym, księżniczko. Zawsze będę cię obserwować.

Inne książki tego autora