Język niemowlątTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tracy Hogg
Melinda Blau
Język niemowląt

Z angielskiego przełożył

Marek Czekański



Dla Sary i Sophie

Zawarte w tej książce przykłady nie są wiernym opisem przeżyć konkretnych osób. Niektóre sylwetki powstały w wyobraźni autorki, a we wszystkich przypadkach imiona i cechy charakterystyczne osób zmieniono, aby ochronić prywatność realnych postaci.

Informacje i rady prezentowane na kartach tej książki były konsultowane z lekarzami, nie powinny jednak zastępować porad doktora rodzinnego oraz innych wykwalifikowanych reprezentantów służby zdrowia. Czytelnikom radzimy konsultować z lekarzem wszystkie przypadki wymagające diagnozy i pomocy medycznej, w tym także wszelkie podejmowane lub stosowane terapie.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Podziękowania

Pragnę podziękować pani Melindzie Blau za twórczą interpretację mojej pracy, wsparcie pisarskim doświadczeniem oraz eksponowanie mojego głosu w całym tekście książki. Już podczas naszej pierwszej rozmowy zorientowałam się, że doskonale rozumie moją strategię postępowania z małymi dziećmi. Jestem wdzięczna mojej współautorce za przyjaźń i rzetelną pracę.

Dziękuję moim wspaniałym córeczkom Sarze i Sophie. Czuję dla was ogromną wdzięczność za rozbudzenie moich talentów oraz za to, że potrafię porozumiewać się z niemowlętami, wykorzystując intuicję.

Na podziękowania zasługuje także cała nasza liczna rodzina, w szczególności zaś mama oraz moja była piastunka. Jestem im wdzięczna za cierpliwość, niezawodne wsparcie i nieustające słowa zachęty.

Nie mam słów uznania dla rodzin, które w ciągu wielu lat dzieliły się ze mną swoimi radościami i cennym czasem. Szczególne podziękowania kieruję do Lizzy Selders, której przyjaźni i codziennego wsparcia nigdy nie zapomnę.

Na koniec chciałabym podziękować osobom, które pomogły mi wejść na nowy teren w świecie publikacji. Są to, między innymi: Eileen Cope z firmy Lowenstein Associates, która zapoznała się gruntownie z moim przedsięwzięciem, Gina Centrello − dyrektor wydawnictwa Ballantine Books − osoba pełna wiary w sens mojej pracy oraz nasza redaktorka Maureen O’Neal, której wdzięczna jestem za nieustające wsparcie.

Tracy Hogg

Encino, California

Obserwowanie, jak Tracy Hogg uprawia swoją magię, było dla mnie wielką frajdą. Przeprowadzałam wywiady z wieloma specjalistkami z jej branży i sama jestem matką, a mimo to jej wspaniała intuicja i strategie działania niezmiennie mnie zadziwiały. Jestem jej wdzięczna za cierpliwość wobec moich niekończących się pytań. Dziękuję też Sarze i Sophie za wypożyczenie mi mamy.

Moje podziękowania należą się z pewnością tym spośród klientów Tracy, którzy życzliwie przyjmowali mnie w domach, nie bronili kontaktu ze swymi dziećmi i pomagali mi zrozumieć, jak Tracy przyczyniła się do pomyślności ich rodzin. Wyrazy uznania niechaj przyjmie ode mnie doktor Bonnie Strickland w związku z nieprzeciętnymi umiejętnościami posługiwania się Internetem i skontaktowanie mnie z doktor Rachelą Clifton, która z kolei otworzyła przede mną drzwi do świata badań naukowych nad niemowlętami i ułatwiła dotarcie do odpowiednich osób posiadających cenne informacje.

Jestem nieskończenie wdzięczna pani Eileen Cope z Lowenstein Literary Agency za uważne słuchanie, mądre osądy i konsekwentne wsparcie oraz pełna uznania dla pani Barbary Lowenstein za wieloletnie doświadczenie zawodowe i przewodnictwo. Szczere podziękowania składam także Ginie Centrello, Maureen O’Neal i pozostałym pracownikom wydawnictwa Ballantine, które promowało to przedsięwzięcie wydawnicze z niebywałym entuzjazmem.

Na koniec czuję się w obowiązku wyrazić podziękowanie moim dwom zacnym mentorkom − sędziwej koleżance po piórze pani Henrietcie Levner oraz cioci Ruth będącej dla mnie kimś więcej niż tylko przyjaciółką i krewną. Obie znają i cenią sztukę pisarską; obie też nigdy nie szczędziły mi słów zachęty. Chcę również podziękować Jennifer i Peterowi, którzy zaplanowali swój ślub w okresie pracy nad książką; dziękuję wam za to, że kochaliście mnie nawet wtedy, gdy z braku czasu nie mogłam z Wami rozmawiać. Inne osoby bliskie memu sercu − Mark, Cay, Jeremy i Lorena − z pewnością wiedzą, jak bardzo jestem im wdzięczna; gdyby jednak było inaczej, to mówię im to teraz wyraźnie.

Melinda Blau

Northampton, Massachusetts

Przedmowa

Oto jedno z pytań najczęściej zadawanych przez przyszłych rodziców: „Jakie poradniki mogłaby nam pani polecić?”. Wybór literatury medycznej nigdy nie sprawiał mi kłopotów. Inaczej rzecz się miała, gdy miałam wskazać praktyczny poradnik zawierający proste, a jednocześnie zindywidualizowane porady na temat zachowań i rozwoju niemowląt. Teraz moje wątpliwości w tym względzie definitywnie się skończyły.

Książka Tracy Hogg jest bezcennym darem dla początkujących (a nawet i dla doświadczonych) rodziców, pozwala im bowiem bardzo wcześnie odkryć temperament dziecka, którego rozpoznanie jest podstawą interpretacji jego zachowań i niewerbalnych komunikatów. Jednocześnie wskazuje na praktyczne i skuteczne rozwiązania typowych sytuacji, takich jak długotrwały płacz, częste karmienia i bezsenne noce. Nie sposób też nie docenić specyficznie angielskiego poczucia humoru autorki, która pisze niezwykle przystępnie i dowcipnie, co nie przeszkadza jej przekazywać praktycznej wiedzy w wybitnie inteligentny sposób. Książkę czyta się lekko i chętnie, a przyswajanie zawartych w niej użytecznych treści nie przestaje być przyjemne nawet wówczas, gdy mowa o niemowlętach obdarzonych najtrudniejszymi i najbardziej kłopotliwymi temperamentami.

Nierzadko jeszcze przed przyjściem dziecka na świat w umysłach wielu młodych rodziców powstają zamęt i niepokój, spowodowane nadmiarem informacji pochodzących od życzliwych skądinąd członków rodziny i przyjaciół, a także z książek i mediów elektronicznych. Dostępne na rynku publikacje na temat pielęgnacji noworodków są często zbyt dogmatyczne lub, co gorsza, przyjmują nazbyt powierzchowne założenia. Mając do wyboru te dwie skrajności, wielu rodziców, mimo najlepszych chęci, popada w „chaotyczne rodzicielstwo”. Autorka tej książki podkreśla znaczenie konstruktywnej rutyny, która pomaga rodzicom ustalić przewidywalny rytm dnia. Koncepcja takiej organizacji czasu obejmuje karmienie dziecka, jego aktywność i sen oraz czas, w którym osoba opiekująca się niemowlęciem ma szansę odpocząć i zająć się sobą. Realizacja proponowanego przez autorkę cyklu pozwala niemowlęciu zachowywać równowagę bez ciągłego odwoływania się do piersi lub butelki z pokarmem. Płacz lub inne zachowania po nakarmieniu dziecka mogą być wtedy interpretowane przez rodziców w sposób bardziej realistyczny.

Inną podstawową zasadą, polecaną rodzicom przez Tracy Hogg, jest zwolnienie tempa działania jako antidotum na próby wtłoczenia nowych obowiązków w ramy starych, „przedrodzicielskich” przyzwyczajeń. Mamy tutaj bardzo pożyteczne propozycje dotyczące trudnego okresu poporodowego. W ramach przystosowania wszyscy członkowie rodziny mają sposobność dostrzec i zrozumieć niezwykle subtelną i ważną potrzebę noworodka, jaką jest pragnienie porozumienia się z otoczeniem. Tracy uczy matki i opiekunki sztuki obserwowania języka ciała dziecka i jego reakcji na świat zewnętrzny oraz wykorzystania tej wiedzy dla zrozumienia jego podstawowych potrzeb.

Rodzice, których dzieci osiągnęły późniejszą fazę niemowlęctwa, znajdą w tej książce pomocne sugestie, jak wywikłać się z kłopotów i rozwiązać chroniczne już problemy. Autorka dowodzi, że stare przyzwyczajenia można zmienić, i uczy, jak tego dokonać, prowadząc Czytelników cierpliwie krok po kroku, budując w nich poczucie pewności i wiary w to, że rodzicielstwo (kojarzące się dotąd z bezsennością i bałaganem) można przeżywać godnie i szczęśliwie. Wszystkim rodzicom książka ta przynosi upragnione wsparcie, informacje i rady, na które długo czekali. Cieszmy się jej lekturą!

Doktor medycyny F.A.A.P.

Jeanette J. Levenstein,

Valley Pediatric Medical Group

Encino, California

Pediatra współpracujący z

Ośrodkiem Medycznym Cedars Sinai

w Los Angeles, California oraz

ze Szpitalem Dziecięcym w Los Angeles

Wstęp
JAK ZOSTAĆ DZIECIĘCĄ SZEPTUNKĄ

Aby dzieci były grzeczne, muszą najpierw być szczęśliwe

Oscar Wilde

Nauka języka

Powiem wprost − to nie ja wybrałam sobie przezwisko Dziecięca Szeptunka. Uczyniła to jedna z moich klientek. Jest znacznie lepsze od niektórych innych czułych określeń wymyślonych przez rodziców, takich jak Czarownica (nazbyt przerażające), Zaklinaczka (zbyt tajemnicze) czy Hoggówa (zdecydowanie za mało wyszukane). Zostałam więc Dziecięcą Szeptunką, co, muszę przyznać, trochę nawet lubię, ponieważ dobrze oddaje to, co robię.

 

Być może, wiedzą już Państwo, czym zajmują się zaklinacze koni; pisano o nich w książkach i pokazywano ich w filmach. Niektórzy pamiętają pewnie, jak Robert Redford grał rolę mężczyzny, który zbliżał się powoli i cierpliwie do rannego konia. Słuchał go i obserwował uważnie, zachowując przy tym pewien dystans. Działając w ten sposób, nasz bohater zdołał obłaskawić konia, spojrzeć mu z bliska prosto w oczy i łagodnie do niego przemówić. Emanował spokojem i wewnętrznym ciepłem, co najwyraźniej dobrze na konia wpływało.

Proszę mnie źle nie zrozumieć − nie porównuję noworodków do koni (choć jedne i drugie należą do istot posługujących się zmysłami), chcę tylko z grubsza wytłumaczyć moje podejście do dzieci. Rodzice przypisują mi jakiś szczególny dar, jednak w tym, co robię, nie kryje się nic tajemniczego; nie jest to żadne nadzwyczajne uzdolnienie, dane tylko niektórym. Szeptuństwo dziecięce to tylko słuchanie, obserwowanie i interpretowanie, z zachowaniem głębokiego szacunku. Nie można się go nauczyć z dnia na dzień; w moim przypadku nabycie tej umiejętności wymagało życzliwego obserwowania ponad pięciu tysięcy niemowląt i wytrwałego szeptania im do uszek. Proszę jednak nie rezygnować. Postaram się przekazać rodzicom znajomość języka niemowląt oraz umiejętności, które bardzo się przydają i których warto się uczyć.

Jak się uczyłam

Można powiedzieć, że całe życie przygotowywałam się do tego, co teraz robię. Pochodzę z Yorkshire, gdzie spędziłam dzieciństwo i młodość. Największy wpływ wywarła na mnie babcia ze strony mamy, którą nazywaliśmy Nianią. Niania ma dziś osiemdziesiąt sześć lat i wciąż jest najcierpliwszą, najdelikatniejszą i najbardziej kochającą kobietą, jaką kiedykolwiek w życiu spotkałam. Ona − podobnie jak ja teraz − również była Dziecięcą Szeptunką − potrafiła utulić i uspokoić najbardziej niesforne niemowlęta. Była też ważną postacią mojego dzieciństwa, a później − gdy urodziły się moje córeczki (kolejne ważne i wpływowe osoby w moim życiu) − służyła mi radą i pomocą.

Stawałam się coraz bardziej niespokojną, roztrzepaną i trzpiotowatą dziewczynką, Niania jednak potrafiła skierować moją energię ku zabawie lub opowieści. Stałyśmy, na przykład, w kolejce przed wejściem do kina, a ja wierciłam się niecierpliwie, ciągnąc ją za rękaw. − „Nianiu, kiedy nas wpuszczą? Nie mogę się już doczekać!”.

Nieżyjąca już mama mojego taty − nazywana przeze mnie Babcią − w takiej sytuacji wlepiłaby mi tęgiego klapsa. Jej poglądy wywodziły się z tradycji wiktoriańskiej, zgodnie z którą „dzieci nie powinno być słychać, choć może je być widać”. W młodości Babcia rządziła żelazną ręką, w przeciwieństwie do Niani, która nigdy nie musiała odwoływać się do przemocy, aby przywołać dzieci do porządku. Owego dnia, przed kinem, spojrzała na mnie, mrużąc jedno oko, i powiedziała: − „Nie wiesz, co tracisz, narzekając i myśląc tylko o sobie”. Zwróciła wzrok w pewnym kierunku, wysuwając, jak zwykle, dolną szczękę. − „Widzisz tę mamę z dzidzią? O, tam!? Jak myślisz, dokąd oni dziś pojadą?”. − „Do Francji” − odpowiedziałam bez zastanowienia. − „Do Francji? A jak się tam dostaną?”. − „Odrzutowcem” − musiałam już gdzieś słyszeć to słowo. − „Taak?! A gdzie będą siedzieli?” − kontynuowała Niania i zanim się spostrzegłam, przestałam zwracać uwagę na czekanie, bez reszty zaabsorbowana interesującą opowieścią. Niania w dalszym ciągu pobudzała moją wyobraźnię. Widząc suknię ślubną na wystawie sklepowej, mogła, na przykład, zapytać: „Jak myślisz, ile osób układało tę suknię w witrynie?”. Gdybym odpowiedziała, że dwie, pewnie spytałaby mnie o jakieś szczegóły. Jak suknia trafiła do sklepu? Gdzie została uszyta? Kto przyszył do niej perełki? itd. Tym sposobem mogłyśmy się nagle znaleźć w Indiach, gdzie pewien farmer umieszczał w ziemi nasiona bawełny, z której wyprodukowano materiał na naszą suknię.

Umiejętność opowiadania była w mojej rodzinie przekazywana z pokolenia na pokolenie. Sztukę tę opanowała nie tylko Niania, lecz także jej siostra, ich mama (a moja prababcia) oraz moja mama. Kiedy tylko chciały nam coś przekazać lub wytłumaczyć, odwoływały się do opowiastki. Przejęłam od nich ten dar i teraz, gdy rozmawiam z rodzicami moich podopiecznych, często go wykorzystuję posługując się przypowieściami i metaforami. − „Czy potrafiłaby pani zasnąć, gdybym ustawiła pani łóżko na autostradzie?” − pytam zatroskanych rodziców, których dziecko ma trudność z zapadaniem w drzemki przy grającej na cały regulator wieży. Obrazowe porównania pomagają ludziom zrozumieć sens moich sugestii. Okazują się skuteczniejsze od autorytatywnych zaleceń, nie popartych żadnymi argumentami.

Kobiety z mojej rodziny pomogły mi rozwinąć wrodzone zdolności, natomiast dziadek − mąż Niani − dbał o to, bym potrafiła zrobić z nich użytek. Dziadek był naczelnym pielęgniarzem w zakładzie dla psychicznie chorych. Któregoś roku, w święta Bożego Narodzenia, zabrał mnie i mamę na oddział dziecięcy. Było to ponure miejsce, w którym rozchodziły się dziwne dźwięki i zapachy. Nagle ujrzałam dzieci siedzące w fotelikach dla niepełnosprawnych lub leżące na poduszkach rozrzuconych chaotycznie na podłodze. Miałam wtedy niespełna siedem lat, wciąż jednak pamiętam przerażenie i żal malujące się na twarzy mojej mamy oraz łzy spływające po jej policzkach.

Z drugiej strony, byłam zafascynowana. Wiedziałam, że większość ludzi boi się pacjentów tego zakładu i najchętniej omijałaby to miejsce z daleka. Mnie to nie dotyczyło. Na moje usilne prośby dziadek wielokrotnie tam mnie zabierał; wreszcie, po wielu wizytach, wziął mnie na bok i powiedział: − „Tracy, pomyśl, czy nie powinnaś poważnie zająć się tego rodzaju pielęgniarstwem. Masz wielkie serce i mnóstwo cierpliwości, podobnie jak Niania”.

To był chyba największy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałam. Okazało się niebawem, że dziadek miał rację. W wieku osiemnastu lat rozpoczęłam naukę w szkole pielęgniarskiej. W Anglii nauka tego zawodu trwa pięć i pół roku. W teorii, przyznaję, nie byłam prymuską, w przeciwieństwie do zajęć praktycznych przy łóżku chorego, które w moim kraju są bardzo ważną częścią studiów pielęgniarskich. Jeżeli chodzi o słuchanie, obserwację i okazywanie empatii, osiągnęłam taki poziom, że rada pedagogiczna uznała za stosowne wyróżnić mnie nagrodą Pielęgniarki Roku, przyznawaną studentkom przejawiającym szczególną troskę o dobro pacjentów.

Tak oto uzyskałam w Anglii dyplom pielęgniarki i położnej, specjalizującej się w pracy z dziećmi upośledzonymi fizycznie i umysłowo, które często mają ograniczone możliwości porozumiewania się z otoczeniem. To ostatnie stwierdzenie nie jest całkiem zgodne z prawdą, ponieważ takie dzieci, podobnie jak niemowlęta, mają swój własny, niewerbalny sposób przekazywania informacji za pomocą dźwięków nieartykułowanych i języka ciała. Aby istotom tym pomóc, trzeba nauczyć się ich języka i stać się ich tłumaczem.

Płacze i szepty

Opiekując się noworodkami, z których wiele przyszło na świat z moją pomocą, doszłam do wniosku, że mogłabym nauczyć się także ich niewerbalnego języka. Po przyjeździe do Ameryki zdobyłam pełne kwalifikacje w opiece nad noworodkami i położnicami, a następnie podjęłam zawodową działalność w tej dziedzinie. Opiekowałam się dziećmi w domach Nowego Jorku i Los Angeles, a zatrudniający mnie rodzice charakteryzowali moją osobę jako skrzyżowanie Mary Poppins z Daphne z Frasiera; zapewne akcent tej ostatniej − przynajmniej dla amerykańskich uszu − brzmiał podobnie do mojej wymowy wywodzącej się z Yorkshire. Przekonywałam młode mamy i tatusiów o tym, że oni również mogą szepnąć to i owo w uszka swoich pociech. Trzeba tylko trochę się przyjrzeć, zrozumieć, o co dziecku chodzi, a następnie je uspokoić.

Dzieliłam się z rodzicami moich podopiecznych poglądem na to, co należy się wszystkim małym dzieciom od ich rodziców, wyszczególniając organizacyjne uporządkowanie codziennych czynności oraz pomoc w osiąganiu coraz większej samodzielności. Zaczęłam również promować coś, co nazywam holistycznym podejściem do życia rodzinnego. Niemowlęta powinny uczestniczyć w szczęśliwych i harmonijnych stosunkach rodzinnych. Jeżeli pozostali członkowie rodziny − rodzice, rodzeństwo, a nawet zwierzęta domowe − są szczęśliwi, wówczas i niemowlę jest zadowolone.

Czuję się zaszczycona, gdy ktoś zaprasza mnie do domu, ponieważ wiem, że jest to w życiu rodziców najcenniejszy czas. Mimo nieuniknionych chwil niepewności i nieprzespanych nocy, matki i ojcowie doświadczają w tym okresie największych radości. Kiedy obserwuję rozgrywające się przede mną sceny rodzinne i jestem proszona o pomoc, czuję, że powiększam tę radość, pomagając ludziom wyjść z chaosu i cieszyć się życiem.

Obecnie zdarza się, że mieszkam w domach klientów, częściej jednak udzielam tylko konsultacji, wpadając na godzinę lub dwie w ciągu pierwszych kilku dni lub tygodni po narodzinach dziecka. Spotykam wielu rodziców, którzy przekroczyli trzydziestkę, a nawet czterdziestkę i od dawna przywykli do sprawowania pełnej kontroli nad własnym życiem. Rodzicielstwo oznacza dla nich znalezienie się w niewygodnej sytuacji debiutantów. Niektórzy mówią sobie wtedy: „Co myśmy najlepszego zrobili?”. Okazuje się mianowicie, że noworodek − zwłaszcza pierworodny − ma szczególną zdolność zrównywania milionerów z biedakami. Jedni i drudzy mają dokładnie te same problemy. Pomagałam już rodzicom ze wszystkich warstw społecznych − takim, których nazwiska są znane na całym świecie, oraz takim, których znają tyko najbliżsi sąsiedzi − i mogę stwierdzić, że po przyjściu na świat dziecka wszyscy boją się o nie jednakowo.

Mój telefon komórkowy dzwoni o różnych porach dnia (a czasem również w środku nocy). Zwykle słyszę w nim takie oto rozpaczliwe pytania: − „Tracy, dlaczego Chrissie wydaje się bez przerwy głodna?”. − „Tracy, dlaczego uśmiechnięty ślicznie Jason nagle wybucha płaczem?”. − „Tracy, nie wiem, co robić. Joey nie spał całą noc, płacząc do utraty tchu!”. − „Tracy, uważam, że Rick zbyt często nosi dziecko na rękach. Powiedz mu, żeby przestał!”.

Mogą mi Państwo wierzyć lub nie, ale po ponad dwudziestu latach pracy z różnymi rodzinami często potrafię rozwiązać problem przez telefon, zwłaszcza gdy wcześniej widziałam dziecko. Czasami proszę matkę, by zbliżyła niemowlę do telefonu, umożliwiając mi wsłuchanie się w jego płacz. (Często się zdarza, że matka też płacze). Jeśli to konieczne, jadę z krótką wizytą, a czasem nawet zostaję z dzieckiem na noc, by zaobserwować, czy dzieje się w domu coś, co może budzić niepokój dziecka. Jak dotąd nie zdarzyło mi się spotkać niemowlęcia, którego nie potrafiłabym zrozumieć, bądź trudności, której nie umiałabym w żaden sposób pokonać.

Moi klienci mówią mi: − „Tracy, przy tobie to wszystko wydaje się łatwe”. No cóż, dla mnie to rzeczywiście jest łatwe, ponieważ nawiązuję kontakt z niemowlętami. Traktuję każde dziecko z szacunkiem − jak wszystkie inne ludzkie istoty. I to jest, moi mili, kwintesencja i podstawa mojego dziecięcego szeptuństwa.

Inne książki tego autora