Język dwulatkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tracy Hogg
Melinda Blau
Język dwulatka

Z angielskiego przełożył

Marek Czekański



Dla Sary i Sophie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Podziękowania

Pragnę wyrazić wdzięczność mojej współautorce Melindzie Blau za jej solidną pracę oraz przyjaźń, która rozwinęła się między nami w okresie minionych dwóch lat. Jej zdolność odtwarzania mojego głosu na kartach książki jest zdumiewająca. Uważam Melindę za prawdziwie utalentowaną pisarkę.

Dziękuję za miłość i wsparcie mojemu mężowi i całej rodzinie, a w szczególności moim dwom córkom Sarze i Sophie, które są moją wielką dumą i radością.

Składam podziękowania: pani Ginie Centrello − za jej lojalność i uczciwość; pani Maureen O’Neal − wspaniałej redaktorce i matce; pani Kim Hovey − za znakomitą, solidną pracę i przyjaźń; pani Marie Coolman − za koordynację mojej trasy na terenie Zachodniego Wybrzeża; oraz pani Racheli Kind − za dzielenie się doświadczeniami macierzyńskimi i za działania w zakresie praw autorskich.

Nie mniejszą wdzięczność winna jestem wszystkim rodzinom, które otworzyły przede mną serca i drzwi swoich domów. Wszyscy wiecie, kim jesteście. W sposób szczególny pragnę podziękować Danie Walden, będącej nie tylko cudowną matką, lecz także kobietą, którą z dumą zaliczam do grona swoich przyjaciółek, jak również Noni White i Bobowi Tzudikerowi, którzy w ciągu ostatnich trzech lat odegrali doniosłą rolę w moim życiu i których rady trafiały zawsze w samo sedno.

Tracy Hogg

Encino, California

Pragnę podziękować Tracy Hogg za jej czas, cierpliwość i cudowne poczucie humoru. Potrafi ona snuć bez końca frapujące opowieści o dzieciach z niebywałą pamięcią szczegółów oraz magiczną wręcz zdolnością wczuwania się w ich psychikę i widzenia świata z ich perspektywy. Zbierając materiały do obu książek o „dziecięcym szeptuństwie” i pisząc je, miałam sposobność poznać wielu wspaniałych rodziców w rozmowach telefonicznych, osobiście i za pośrednictwem poczty elektronicznej. We wszystkich przypadkach tożsamość osób i ich problemów została starannie ukryta. Mimo to podziwiam ich szczerość i jestem im wdzięczna za to, że podzieliły się z nami swoją prywatnością. Na szczególne wyrazy uznania zasługują: Noni White i Bob Tzudiker, Susanna Grant i Christopher Henrikson, Barbara Travis i Dan Rase, Libby i Jim Weeks, Owen i Jack Kugell, moje siostrzenice Karen Sonn i Heidi Sonn, które z pomocą swoich mężów − Bruce’a Kokena i Louisa Tancredi − dogodnie (przynajmniej dla mnie) urodziły Reedę i Sandora w czasie, gdy pracowałam nad tymi książkami, oraz mój bratanek Jack Tantleff i jego żona Jennifer, która zdążyła urodzić Jacoba, zanim usiadłam do pisania tych podziękowań.

Obserwowanie aktywnych grup dwulatków ogromnie mi pomogło w tworzeniu zamieszczonych w tej książce opisów zabaw. Sekwencje te w całości są fikcyjne, składają się jednak z fragmentów autentycznych dziecięcych zachowań i interakcji. Wdzięczna jestem Danie Walden i Chriscie Miller, które umożliwiły Tracy i mnie obserwację ich córek podczas zabawy. Na moje podziękowanie zasługują również matki (Natalie Matthews, Suzie Zaki, Kaydee Wilkerson, Jamie Garcia, Dana Childers), babcie (Karen Verosko i Beverly Childers), które pozwoliły nam obserwować grupy dzieci podczas zabawy, oraz Darcy Amiel, Mandi Richardson, Shelly Grubman, Jill Halper i Sara Siegel − uczestniczący w spotkaniach dwulatków, które po raz pierwszy widziałam, gdy były niemowlętami.

Jestem szczerze zobowiązana twórczemu zespołowi wydawnictwa Ballantine, którego członkowie udzielili intensywnego wsparcia naszemu przedsięwzięciu. Na szczególne podziękowania zasługują, między innymi: Maureen O’Neal − nasza utalentowana redaktorka; Allison Dickens − jej kompetentna i zawsze pomocna asystentka; Kim Hovey − niestrudzona promotorka; Rachel Kind − specjalistka w dziedzinie praw autorskich, która również dzieliła się z nami swoimi doświadczeniami macierzyńskimi; oraz Gina Centrello, która z pozycji swojego kierowniczego stanowiska konsekwentnie wspierała nasze przedsięwzięcie. Muszę powiedzieć, że zespół ten reprezentuje wszystko, co najlepsze w pracy wydawniczej, a jest to rzadki komplement ze strony pisarza. Uznanie należy się również osobom, które fizycznie przekształciły manuskrypt w książkę. Należą do nich: Alix Krijgsman i Nancy Delia oraz korektorka Helen Garfinkle, która jest prywatnie moją najstarszą i najserdeczniejszą przyjaciółką.

Na koniec dziękuję: moim agentkom Eileen Cope i Barbarze Lowenstein − za wytrwałe upewnianie mnie w tym, iż pisanie książek może być doskonałą przygodą; Barbarze Biziou − za pozwolenie wykorzystania jej pracy dotyczącej rytuałów; moim sąsiadom − Joan Weigele, Henry’emu „Waterboy” Simkinowi, Sophie i Adamowi − za nieustającą i wręcz porażającą (a przy tym jakże niezbędną) życzliwość; mojej załodze z Northampton, a zwłaszcza Ellen Lefcourt i Sylvii Rubin − za to, że pisząc, nie staję się eremitką; Carli Messinie i Reggie Weinbraubowi − za schronienie i miłość w Nowym Jorku; Jessie Zoernig − nadzwyczajnej masażystce, dzięki której nie zamieniłam się w precel; Lorenie Sol − za zachętę do poszukiwania słowa lepszego niż szablon; oraz moim dzieciom − córce Jennifer, jej kochającemu mężowi Peterowi i mojemu synowi Jeremy’emu, których uznanie dla mojej pracy podtrzymuje mnie w wysiłkach.

Melinda Blau

Northampton, Massachusetts

Wstęp − SZEPTANIE DO USZEK DWULATKÓW

Jako rodzice jesteśmy pierwszymi i najważniejszymi mentorami naszych dzieci − ich przewodnikami na drodze życia i życiowych przygód.

− Sandra Burt i Linda Perlis, Rodzice i mentorzy

Wyzwanie drugiego roku życia

Stare porzekadło mówi: „Nie wszystkie pragnienia warte są spełnienia”. Znakomita większość rodziców, zmagając się z problemami pierwszych ośmiu miesięcy życia dziecka, marzy o tym, by odrobinę podrosło. Wydaje im się, że będzie wtedy nieco łatwiej. Przeciętna matka niemowlęcia modli się, by wyrosło ono wreszcie z kolki, zaczęło przesypiać całą noc i mogło przyjmować stałe pokarmy. Typowy ojciec marzy o tym, by jego syn jak najprędzej przestał robić w pieluchy i mógł pograć z nim w piłkę. Wszyscy oczekujemy tych chwil, w których nasze dzieci postawią swoje pierwsze kroki i wypowiedzą pierwsze słowa, a także wezmą do ręki łyżkę, same nałożą sobie skarpetki i − z Bożą pomocą − zaczną samodzielnie wykonywać czynności toaletowe.

Gdy marzenia te wreszcie się spełniają i dziecko biega już po domu, zaryzykuję twierdzenie, iż w pewnych chwilach chciałoby się cofnąć zegar i wrócić do czasów niemowlęctwa! Oto bowiem nastał najbardziej męczący i momentami zatrważający etap naszego rodzicielstwa.

W języku angielskim funkcjonuje słowo toddler − od czasownika to toddle oznaczającego chodzenie krótkimi i niepewnymi krokami. Zgodnie ze słownikowymi definicjami oznacza ono „małe dziecko w wieku od jednego roku do trzech lat”. Niektóre dzieci zaczynają chodzić wcześniej − w ósmym lub dziewiątym miesiącu. Niezależnie od tego, co mówią mądre książki, każdy kto ma takiego delikwenta pod swoją opieką, wie o tym aż nadto dobrze.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że dziecko, które uczy się dopiero sztuki chodzenia, z trudnością utrzymuje pionową postawę. Nie ogranicza to jednak jego gotowości do badania ludzi, miejsc i rzeczy w sposób najzupełniej samodzielny − bez czyjejkolwiek pomocy. Dwuletni człowieczek jest również istotą niebywale towarzyską. Uwielbia naśladowanie. Klaszcze, śpiewa, tańczy i bawi się z innymi dziećmi tak jak potrafi. Krótko mówiąc − nie jest to już niemowlę, ale pełna energii mała „osóbka”, która z oczkami rozszerzonymi ciekawością... broi jak najęta. W tym okresie życia dokonują się gwałtowne skoki rozwojowe. Rodzice, obserwujący owe nagłe zmiany i usiłujący kontrolować entuzjastyczną, a zarazem chaotyczną aktywność dziecka, czują się jak w stanie oblężenia. Ich latorośl wszystkim się interesuje, wszystko potrafi chwycić, choć niczym nie umie się jeszcze sensownie posłużyć. Obiektem radosnej eksploracji i zabawy mogą więc być naczynia kuchenne, gniazdka sieciowe, odzież, obuwie, pamiątki, narzędzia itd. Z punktu widzenia dwulatka, rzeczy te są po prostu nowe i ekscytujące; dorośli mają jednak wrażenie, że dziecko „atakuje” dom, jego mieszkańców i wszystko, co mieści się w zasięgu jego wzroku.

Opanowanie postawy pionowej i czynności chodzenia to definitywny koniec niemowlęctwa, a jednocześnie zapowiedź i przedsmak okresu dojrzewania. Wielu specjalistów podkreśla podobieństwa tych dwóch etapów rozwojowych, obydwa charakteryzuje bowiem intensywne usamodzielnianie się. Rodzice przestają już być alfą i omegą. Dziecko szybko zdobywa nowe umiejętności fizyczne, umysłowe i społeczne, zyskując też zdolność do wyrażania sprzeciwu i stawiania oporu, co będzie mu bardzo potrzebne we wczesnej młodości.

 

Wszystko to powinno nas cieszyć. Poznawanie otoczenia i związane z nią zmagania (najczęściej z własnymi rodzicami) to droga dziecka do opanowania środowiska i, co najważniejsze, do poczucia życiowej kompetencji i niezależności. W gruncie rzeczy rodzice pragną samowystarczalności swoich dzieci, choć chwilami prowadzący ku niej proces doprowadza ich do szaleństwa. Wiem o tym świetnie od czasu, gdy moje córki przechodziły ten etap rozwoju, będąc dla mnie z konieczności pierwszymi „króliczkami doświadczalnymi” (a zarazem najlepszymi uczennicami). Sądzę, że sporo się przy nich nauczyłam. Jedna z nich ma teraz lat dziewiętnaście, a druga szesnaście. Przyznaję, że nie była to łatwa i bezproblemowa żegluga. Proszę mi wierzyć − wychowanie dziecka to bardzo trudne zadanie, z którym wiąże się wiele frustracji i przeszkód oraz sporo łez i burzliwych konfrontacji.

To już nie jest niemowlę...

Oto, co mówią matki na temat najważniejszych zmian zwiastujących koniec niemowlęctwa:

„Mam jeszcze mniej czasu dla siebie”.

„Dziecko wydaje się pewniejsze”.

„Nie mogę go już zabierać do restauracji”.

„Jest bardziej wymagający(-a)”.

„Łatwiej zrozumieć, czego chce”.

„Jestem niewolnicą jego drzemek”.

„Muszę go (jej) stale pilnować i gonić po całym domu”.

„Bez przerwy czegoś mu (jej) zabraniam”.

„Zdumiewające, jak wiele potrafi się nauczyć”.

„Naśladuje wszystko, co robię”.

„Interesuje się wszystkim”.

„Cały czas wystawia mnie na próby”.

„Jego (jej) ciekawość dotyczy absolutnie wszystkiego”.

„Ma teraz więcej cech... ludzkiej osoby!”

Dostrajanie się do dziecka podstawą dobrego rodzicielstwa

Niezależnie od własnych doświadczeń, doradzałam wielu rodzicom, których pociechy wkraczały w wiek post-niemowlęcy lub były w nim zaawansowane. Często były to te same dzieci, którymi opiekowałam się wcześniej po narodzinach lub w niemowlęctwie. Czuję, że mogę pomóc w rozwiązywaniu problemów tego trudnego okresu, zaczynającego się zwykle w ósmym miesiącu życia, a kończącego w wieku 2 − 2,5 lat (książka ta jest więc poniekąd kontynuacją poprzedniej, poświęconej wyłącznie niemowlętom). Czytelnicy, którym znana jest książka pt. Język niemowląt, wiedzą już sporo na temat mojej wychowawczej filozofii. W najlepszej sytuacji są ci rodzice, którzy od pierwszych dni wdrażali przedstawione w niej zasady uporządkowania czynności opiekuńczych i wykorzystywali którąś z proponowanych przeze mnie strategii. Przypuszczam, że osoby te są teraz w korzystniejszym położeniu, potrafią już bowiem myśleć w sposób ułatwiający współżycie z dzieckiem dwuletnim.

Zdaję sobie również sprawę, że niektórym Czytelnikom moje koncepcje mogą nie być znane. Rodziły się one w warunkach pracy z dziećmi upośledzonymi fizycznie i umysłowo, z którymi często nie miałam żadnych możliwości porozumienia werbalnego. Musiałam uważnie obserwować szczegóły ich zachowań oraz język ciała, by móc odczytać sens pozornie nieartykułowanych dźwięków, które z siebie wydawały. Tylko w ten sposób można się było zorientować, o co im chodziło i czego potrzebowały.

Później, obcując niemal wyłącznie z niemowlętami (w tym także własnymi), odkryłam, iż obserwacje te przydatne są w kontaktach z wszystkimi dziećmi. Od tamtej pory miałam bezpośredni kontakt z około pięcioma tysiącami niemowląt, co pozwoliło mi wykształcić umiejętności nazywane przez moich klientów dostrajaniem. Jest to sztuka przypominająca nieco hipnotyzowanie koni spokojnym głosem, analogia ta nie jest jednak pełna, mamy tu bowiem do czynienia z istotami ludzkimi. W obu przypadkach chodzi o żywe, czujące stworzenia, które nie potrafią wyrazić swoich myśli słowami, mogą jednak czynić to inaczej. Aby móc się nimi opiekować i nawiązać z nimi kontakt, musimy nauczyć się ich języka. Dostrajanie się polega więc na obserwowaniu, słuchaniu i postrzeganiu tego, co się dzieje z perspektywy małego dziecka.

Jakkolwiek dzieci roczne i dwuletnie uczą się mowy, dzięki czemu potrafią wyrażać swoje myśli i stany lepiej niż noworodki, to jednak można stosować do nich te same zasady, którymi kierowałam się w pracy z niemowlętami. Z myślą o tych rodzicach, którzy nie czytali mojej pierwszej książki, przypomnę w skrócie jej główne wątki. Czytelnicy znający Język niemowląt mogą je potraktować jako formę odświeżenia pożytecznej wiedzy.

Każde dziecko jest indywidualnością. Człowiek przynosi ze sobą na świat unikalną, niepowtarzalną osobowość, a wraz z nią upodobania i awersje. Dlatego nie ma takiej strategii postępowania, która byłaby odpowiednia dla wszystkich dzieci. Rodzice muszą ustalić, co jest najlepsze dla ich dziecka. W rozdziale I znajduje się test pozwalający określić typ temperamentu dziecka, co z kolei pozwala wybrać odpowiednią strategię działania. Należy jednak pamiętać, że każde dziecko jest niepowtarzalną indywidualnością, poddającą się kategoryzacji tylko w przybliżeniu.

Każde dziecko zasługuje na szacunek i musi się uczyć okazywania szacunku innym ludziom. Opiekując się osobą dorosłą, nie odważylibyśmy się dotykać jej ciała, podnosić lub rozbierać bez uprzedzenia i przyzwolenia z jej strony. Dlaczego dziecko mielibyśmy traktować inaczej? Osobom zajmującym się dziećmi proponuję tworzenie wokół nich niewidocznych dla fizycznego wzroku stref szacunku, do których z zasady nie wkraczamy bez pozwolenia lub wyjaśnienia zamiarów. Musimy też wiedzieć, kim dziecko jest, zanim zaczniemy ingerować w jego życie; powinniśmy brać pod uwagę, co czuje i czego pragnie, a nie robić z nim, co sami chcemy. W przypadku dzieci rocznych i dwuletnich może to być trudne, ponieważ musimy im uświadamiać, że strefa szacunku dotyczy obu stron. Dzieci w tym wieku bywają wymagające i uparte, a przecież powinniśmy je uczyć także szacunku do nas samych. Na kartach tej książki będę się starała uczyć okazywania szacunku dzieciom i zaspokajania ich potrzeb bez naruszania osobistych granic rodziców i innych osób dorosłych.

Nie żałujmy czasu na obserwowanie dzieci, słuchanie ich wypowiedzi i rozmawianie z nimi. Z dzieckiem trzeba rozmawiać, a nie tylko przemawiać do niego. Proces poznawania jego osobowości zaczyna się w dniu narodzin. Ostrzegam rodziców tak często, jak mogę: „Nigdy nie zakładajcie, że dziecko nie rozumie tego, co mówicie. Dzieci zawsze wiedzą więcej, niż ich rodzice przypuszczają”. Nawet dziecko chodzące i nie umiejące jeszcze mówić potrafi siebie wyrazić. Dlatego radzę wyostrzyć zmysł obserwacji i skupić uwagę. Uważna obserwacja pozwala zrozumieć indywidualny temperament dziecka. Słuchając − nawet wtedy, gdy jeszcze nie mówi − zaczynamy pojmować, czego potrzebuje. Dialog − w przeciwieństwie do jednostronnych rodzicielskich monologów − pozwala dziecku prawdziwie siebie wyrazić.

Każde dziecko potrzebuje uporządkowania codziennych czynności; w jego odczuciu życie staje się wówczas przewidywalne i bezpieczne. Zasada ta, ważna w pierwszych miesiącach życia, nabiera jeszcze większego znaczenia w jego drugim i trzecim roku. Realizujący ją rodzice i opiekunowie wprowadzają w życie dziecka konsekwencję i bezpieczeństwo, stosując rytuały, harmonogramy zajęć i jednoznaczne reguły postępowania. Natura dziecka i jego rozwijające się możliwości prowadzą nas i mówią, jak daleko możemy się posunąć. Musimy jednak równocześnie pamiętać, że to my jesteśmy dorośli i na nas spoczywa odpowiedzialność. Jest w tym pewien paradoks, albowiem musimy dziecku pozwalać na badanie otaczającego świata, doprowadzając jednocześnie do jego świadomości, że musi żyć w bezpiecznych granicach, które dla niego ustanawiamy.

Powyższe proste i realistyczne zasady tworzą podstawę, na której wspiera się każda zdrowa rodzina. Dzieci świetnie się rozwijają, kiedy się je słucha, rozumie i traktuje z szacunkiem. Są szczęśliwe, gdy wiedzą, czego od nich oczekujemy i czego mogą oczekiwać od otaczającego świata. Z początku ich wszechświat jest niewielki − ogranicza się do domu, członków rodziny i okazjonalnych wypraw na zewnątrz. Jeżeli to pierwsze środowisko okaże się bezpieczne, przyjazne, pozytywne i przewidywalne, jeżeli jest miejscem, które można eksperymentalnie badać, jeżeli wreszcie można ufać ludziom, których się w nim spotyka, to stanowi to zachętę do dalszego poznawania świata i ludzi w późniejszym życiu. Bez względu na to, jak bardzo aktywne i ciekawe świata jest nasze dziecko oraz jak trudne do wytrzymania i denerwujące bywają czasem jego zachowania, musimy pamiętać, że jest to dla niego próba generalna przed wejściem na scenę życia. Spróbujmy wziąć na siebie role jego pierwszego korepetytora, reżysera i przychylnej publiczności.

Moje intencje − droga ku harmonii

Zdrowy rozsądek − powiadacie. Mówicie też, że łatwiej cokolwiek powiedzieć, niż zrobić, gdy chodzi o dzieci w tym wieku. Oczywiście macie rację, mam jednak dla Was parę propozycji, które pomogą zrozumieć, kim jest Wasze dziecko, a jednocześnie dadzą Wam większe poczucie kompetencji i autorytetu.

Tu i ówdzie na stronach tej książki można znaleźć odwołania do wyników badań naukowych, których autorami są cieszący się największym szacunkiem specjaliści obecnej doby. Nie przesadzałam z tym jednak, ponieważ istnieje wiele innych książek dokumentujących szczegółowo postępy naukowej wiedzy. Na cóż nam uczone traktaty, gdy nie wiemy, co robić? Treści zawarte w tej książce pomogą spojrzeć na dziecko świeżym okiem i podejść do niego bardziej życzliwie. Postrzegając świat z jego perspektywy, możemy się zdobyć na większą dozę empatii wobec wszystkiego, co dzieje się w jego małym umyśle i ciele. Praktyczne strategie dotyczące nieuniknionych codziennych wyzwań, wobec których oboje stajecie, dostarczą Wam arsenału narzędzi gotowych do natychmiastowego użycia.

Opiszę teraz pewne konkretne cele, które dadzą Waszym rodzinom solidne zakotwiczenie. Nieprzypadkowo mają one zastosowanie również do dzieci starszych, a nawet do nastolatków (z wyjątkiem, być może, treningu toaletowego, którego ta grupa już nie potrzebuje!).

W dalszej części książki będę proponowała Czytelnikom i ilustrowała przykładami opisane niżej działania, zachęcając do ich podejmowania.

Dziecko w wieku 12,5 lat jest, jak każda ludzka istota, godną szacunku indywidualnością i tak należy je traktować. Zamiast kategoryzować według wieku, pozwólmy dziecku być tym, kim jest. Uważam, że dzieciom przysługuje prawo wyrażania swoich upodobań i awersji. Sądzę również, że dorośli powinni szanować dziecięcy punkt widzenia, nawet gdy jest frustrujący lub sprzeczny z ich poglądami.

Pomagajmy dziecku rozsądnie w zdobywaniu samodzielności i nie zależności, nie popadając przy tym w przesadę. W tym celu proponuję narzędzia pomagające ocenić jego gotowość i uczyć praktycznych umiejętności związanych z jedzeniem, ubieraniem się, toaletą i podstawową higieną. Włos mi się czasem jeży, gdy słyszę w słuchawce takie np. pytania rodziców: „Jak mam zmusić moje dziecko do chodzenia?” lub: „Co mam zrobić, by moje dziecko wcześniej zaczęło mówić?”. Rozwój jest zjawiskiem naturalnym, a próby jego przyśpieszania na siłę to nietakt i przejaw braku szacunku dla własnego dziecka. Co gorsza, utrudniają i opóźniają jego rozwój, przynosząc rodzicom wyłącznie rozczarowania.

Uczmy się werbalnego i niewerbalnego języka dziecka. Dzieci roczne i dwuletnie można zrozumieć łatwiej niż noworodki, różnią się one jednak znacznie w swych zdolnościach porozumiewawczych. Trzeba zdobyć się na cierpliwość i powściągliwość, gdy dziecko stara się coś nam powiedzieć. Musimy też wiedzieć, kiedy wkroczyć z ofertą pomocy.

Bądźmy realistyczni drugi i trzeci rok życia to okres ciągłych zmian. Kiedy dziecko nagle zaczyna budzić się w nocy, rodzice pytają: „Co się dzieje?”. Tymczasem okazuje się, że mała dziewczynka przeżywa kolejny okres intensywnego przyśpieszenia rozwoju. Jednym z największych wyzwań rodzicielskich na tym etapie jest szybkość zmian oraz ich skokowy charakter. Dopiero co zdążyliśmy się przyzwyczaić do jakiegoś rodzaju zachowań związanych z określonym poziomem kompetencji i − łups! − dziecko się zmienia. Mogę Was pocieszyć − tych zmian będzie jeszcze wiele.

Wspierajmy rozwój dziecka i dbajmy o harmonię w rodzinie. W pierwszej książce zachęcałam do całościowego traktowania życia rodzinnego. Oznaczało to w szczególności, że niemowlę powinno być pełnoprawnym członkiem rodziny, lecz nie osobą dominującą. Zasada ta nabiera jeszcze większej wagi w drugim i trzecim roku. Podstawowe znaczenie ma szczęśliwe i bezpieczne środowisko umożliwiające dziecku rozwijanie własnej przedsiębiorczości, a jednocześnie chroniące je przed niebezpieczeństwami i chroniące rodzinę przed skutkami jego wyczynów. Proszę pomyśleć o domu w kategoriach sali prób, w której dziecko uczy się nowych umiejętności, poznaje swoją rolę i − podobnie jak aktor − zapamiętuje swoje wejścia i wyjścia. Rodzice pełnią funkcję reżysera przygotowującego małych aktorów do udziału w życiowym spektaklu.

 

Pomagajmy dziecku opanowywać emocje, a w szczególności radzić sobie z uczuciem frustracji. W drugim i trzecim roku życia dokonują się ogromne przemiany emocjonalne. W okresie niemowlęctwa emocje związane były głównie z elementami fizycznymi − z odczuwaniem głodu, zmęczenia, ciepła i zimna oraz fizycznej bliskości matki. Repertuar emocjonalny dziecka, które już potrafi chodzić obejmuje również takie doznania, jak: lęk, radość, duma, wstyd, poczucie winy i zakłopotanie. Są to emocje bardziej złożone, związane z rozwojem świadomości własnej i relacji społecznych. Sztuki kontrolowania emocji można się uczyć. Badania wykazały, że w czternastym miesiącu życia dzieci potrafią identyfikować, a nawet przewidywać nastroje (własne i opiekunów), odczuwać empatię, a po osiągnięciu odpowiedniej sprawności werbalnej, także opisywać swoje uczucia za pomocą słów. Wiemy, że tzw. breweriom, czyli niekontrolowanym wybuchom złości można zapobiegać, a jeśli tego nie uczyniono, można sobie z nimi radzić. Kontrolowanie nastrojów jest jednak od tego znacznie ważniejsze. Dzieci uczące się opanowywać emocje lepiej od innych jedzą i śpią; łatwiej też przyswajają sobie nowe umiejętności i mniej mają problemów w kontaktach z innymi ludźmi. Natomiast te, które nie potrafią kontrolować własnych emocji, nie bardzo są lubiane przez inne dzieci i osoby dorosłe.

Kształtujmy silną i znaczącą więź między dzieckiem i jego ojcem. Tak, tak, nie modne są dziś sugestie, jakoby matka miała ściślejszy i lepszy kontakt z dziećmi, w realnym życiu zwykle jednak tak bywa. W większości rodzin ojcowie pomagają przy małych dzieciach tylko w soboty, a szerszy zakres zaangażowania wymaga z ich strony nadzwyczajnego wysiłku. Musimy jednak szukać sposobów rzeczywistego włączania ojców w proces wychowawczy i budowania ich więzi emocjonalnych z dziećmi.

Ułatwiajmy dziecku socjalizację. W drugim i trzecim roku życia dziecko zaczyna wchodzić w interakcje z towarzyszami zabaw. Z początku jego „znajomości” będą ograniczone do dwojga lub trojga innych dzieci, jednak w miarę zbliżania się do wieku przedszkolnego umiejętności społeczne nabierają coraz większego znaczenia. Z tego względu należy dziecku pomagać w rozwijaniu empatii, szacunku dla innych oraz zdolności negocjowania i rozwiązywania konfliktów. Pojawia się w związku z tym potrzeba osobistego przykładu, przewodnictwa i powtarzania pewnych zaleceń.

Kontrolujmy swoje emocje. Obcowanie z dzieckiem dwu- i trzyletnim wymaga wielkiej cierpliwości; należy również wiedzieć, kiedy i jak je chwalić. Trzeba wyraźnie widzieć, że uleganie dziecku we wszystkim nie jest przejawem miłości (bez względu na to, jak bardzo jest urocze) oraz że miłość okazujemy przede wszystkim czynnie (a nie tylko w słowach). Musimy również wiedzieć, co robić, gdy ogarnia nas złość lub frustracja. Najnowsze badania małych dzieci ujawniły pewien fakt o decydującym znaczeniu dla dobrego rodzicielstwa, okazało się mianowicie, że temperament dziecka nie tylko określa jego mocne i słabe strony, lecz także wpływa na sposób traktowania go przez rodziców. Jeżeli np. nasza „kruszynka” ma skłonność do „rozrabiania” w miejscach publicznych i jeśli nie potrafimy modyfikować własnych reakcji, zapewniać sobie pomocy i skutecznie rozwiązywać stresujących sytuacji, to szybko stracimy cierpliwość, zaczniemy reagować ostro i agresywnie, a może nawet sięgniemy do fizycznej przemocy, co niestety pogorszy jeszcze bardziej zachowanie dziecka.

Czy nie są to zbyt wzniosłe cele? Sądzę, że nie. Codziennie obserwuję ich realizację w wielu rodzinach. Wymaga to oczywiście czasu, cierpliwości i zaangażowania, a w przypadku rodziców pracujących − trudnych niekiedy wyborów. Trzeba np. czasem wrócić wcześniej z biura do domu, by dziecko mogło iść spać o właściwej porze.

Moją intencją jest dostarczenie rodzicom informacji, dodanie im pewności w rodzicielskich decyzjach oraz wsparcie dla samodzielnych poszukiwań najlepszych rozwiązań. Mam nadzieję, że w ten sposób moi Czytelnicy staną się wrażliwszymi, pewniejszymi i bardziej kochającymi rodzicami.

Inne książki tego autora