PrawdaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: DIE WAHRHEIT


Redakcja: Weronika Girys-Czagowiec

Projekt okładki: Kav Studio Pola Rusiłowicz

Ilustracja na okładce: yuanyuan yan // Gettyimages.com

Korekta: Dorota Ring, Beata Wójcik


Die Wahrheit by Melanie Raabe

© 2016 by the btb Verlag,

A division of Verlagsgruppe Random House GmbH, München Germany

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Copyright for the Polish translation © Paweł Masłowski, 2020


Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.


Wydanie I


ISBN 978-83-8143-195-8



Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Nie dbam o prawdę. Chcę szczęścia.

Francis Scott Fitzgerald


1

Świat jest czarny. Słońce nade mną jest czarne.

Stoję. Z zadartą w górę głową. Z szeroko rozwartymi oczami. Staram się chłonąć tę chwilę w całej pełni. Zapamiętać ją. Nie myśleć o niczym innym. Drzewa szumią cicho, niemal uroczyście. Tylko ptaki na ich wierzchołkach wydają się zupełnie nieporuszone tym, co dzieje się wokół. Swoim śpiewem przekrzykują ciemność, jakby szło o życie. Słońce jest czarne, a ja stoję i sycę się jego widokiem. Nie ma już ciepła. Nie ma światła.


Nie jest to pierwsze zaćmienie słońca w moim życiu. Uśmiecham się na wspomnienie tego pierwszego – mimo wszystko. Philipp chciał wtedy wyjechać z miasta, do lasu. Chciał się dowiedzieć, na ile słuszna jest jego hipoteza, że podczas zaćmienia słońca ptaki momentalnie przestają śpiewać. Ja jednak chciałam zostać w mieście. Cieszyć się tym spektaklem w gronie przyjaciół. Wszyscy razem, młodzi, w świetnych humorach i podekscytowani, w specjalnych okularach na nosie. Przekonałam go. Nie było to trudne, Philippa dawało się wtedy bardzo łatwo przekonać do wszystkiego. Podjął jeszcze ostatnią rozpaczliwą próbę, mówiąc, że tak sam na sam w lesie będzie bardziej romantycznie. Odpowiedziałam: „Daj spokój z tym kiczem!”, on się roześmiał. No i zostaliśmy. W mieście, u przyjaciół.

Dziwne, że nie pamiętam już, jak wyglądało zaćmione słońce. Pamiętam wszystko wokół, gadaninę naszych przyjaciół, muzykę, która leciała w radiu. Pamiętam, że pachniało spalenizną, bo ktoś rozpalił grill i zapomniał o pozostawionych na nim kiełbaskach. Pamiętam dłoń Philippa w mojej. Pamiętam, że w pewnym momencie zdjęliśmy okulary, bo przeszkadzały przy całowaniu się. Trzymaliśmy się za ręce i pewnie po prostu przegapiliśmy ten moment. I pierwszy raz rozmawialiśmy o przyszłości. Nigdy wcześniej na to nie pozwalałam, bo nie wierzyłam, że w ogóle coś takiego istnieje: przyszłość. Ale słyszeliśmy, że najbliższe zaćmienie w naszej szerokości geograficznej nastąpi w 2015 roku, a kolejne dopiero w roku 2081. I to był konkret, w to mogłam uwierzyć. Więc wyliczyliśmy sobie, że Philipp przy najbliższym zaćmieniu będzie miał prawie czterdzieści lat, a ja trzydzieści siedem. Doprowadziło nas to do ataku śmiechu, absurdalna wydała nam się myśl, że kiedykolwiek będziemy tak starzy. Ale obiecaliśmy sobie nawzajem, że następnym razem będziemy bardziej uważni, że zobaczymy je wspólnie, czarne słońce, i tym razem w lesie, żeby Philipp mógł sprawdzić swoją teorię. Tę dotyczącą ptaków.


Stoję na polanie w środku lasu. Sama. Mam trzydzieści siedem lat. Wpatruję się w ogromne czarne słońce, ono wpatruje się we mnie i zastanawiam się, czy Philipp też je widzi. Czy stamtąd, gdzie jest, można je zobaczyć. Myślę o tym, że nasz syn przy następnym zaćmieniu słońca będzie miał siedemdziesiąt pięć lat. Że mnie już wtedy nie będzie, że Philippa już wtedy nie będzie. To teraz, dzisiejszy dzień – to była nasza ostatnia szansa. Gdy tak stoję, a księżyc zakrywa ostatnie milimetry słońca, uświadamiam sobie, że Philipp nie miał racji. Opierzona orkiestra wokół mnie nie cichnie nawet odrobinę. Zadaję sobie pytanie, czy by go to rozczarowało, czy ucieszyło. Mówię sobie, że to nie ma już znaczenia. Philippa już nie ma, myślę. Philipp odszedł. Philipp zniknął. Philipp stał na krawędzi świata i spadł.

I w tym momencie ptaki przestają śpiewać.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

2

Fryzjer ma piękną twarz o wyrazistych kościach policzkowych i szczupłe, kobiece dłonie. Wahałam się długo, czy wejść do salonu. Przeszłam kilka razy obok, nim przekroczyłam próg.

Siedzę tu teraz, na obrotowym krześle, czuję się całkowicie bezbronna. Fryzjer zanurza swoje dłonie pianisty w moich włosach, które sięgają mi prawie do bioder, przesuwa przez nie palcami, raz, drugi, trzeci, od nasady aż po końce. Wydaje z siebie odgłosy podziwu, dołącza do niego koleżanka, która przedstawia się jako Katja. Dotyk ich obojga jest dla mnie nieprzyjemny, zbyt intymny, przez wiele lat był tylko jeden człowiek, któremu wolno było dotykać moich włosów, a on je kochał, kładł na nich swoją głowę, ocierał nimi swoje łzy. Jednak nie przerywam im zabawy, udaję, że ich komplementy mnie cieszą. W końcu się uspokajają, Katja wraca do pasemek swojej klientki.

– To co? – pyta fryzjer, ponownie wsuwając dłoń w moje włosy. – Ścinamy końcówki?

Przełykam ślinę.

– Ścinamy wszystko – mówię w końcu.

Fryzjer o pretensjonalnym imieniu, którego nie potrafię zapamiętać, chichocze i zaraz milknie, widząc, że nie śmieję się wraz z nim, że to nie żart. Patrzy na mnie. Grzebię w torebce, jestem przygotowana, odnajduję stronę, którą wyrwałam z jakiegoś magazynu mody, wyciągam ją, podsuwam fryzjerowi pod nos, wskazując palcem zdjęcie na górze po prawej stronie.

– O tak – mówię. A potem, żeby sobie samej dodać odwagi, raz jeszcze: – Tak. Tak ma być.

Fryzjer wyjmuje mi z ręki wyrwaną stronę, przygląda się jej, najpierw ze zmarszczonym czołem, potem głęboka zmarszczka dzieląca jego czoło na pół znika. Patrzy na mnie, potem jeszcze raz na zdjęcie, w końcu kiwa głową.

– Okej.

Oddycham z ulgą, cieszę się, że nie będę go musiała przekonywać. Jestem dorosłą kobietą. Nienawidzę, gdy innym się wydaje, że lepiej ode mnie wiedzą, co jest dla mnie dobre. Patrice, teraz nagle przypomniało mi się imię fryzjera, nazywa się Patrice. Okazuje się wystarczająco profesjonalny, by nie kwestionować mojej decyzji. Na małym stoliku fryzjerskim rozkłada swoje instrumentarium: różne rodzaje nożyczek i grzebieni, szczotki, fluidy, spraye i suszarkę z kilkoma nakładkami. Małe lusterko, za pomocą którego będzie pewnie później chciał mi pokazać, jak wyglądają moje włosy z tyłu głowy, umieszcza na stosie magazynów. Ale lusterko zsuwa się po gładkiej powierzchni tej piramidy i spada na podłogę. Patrice klnie, podnosi je, odwraca, patrzy na pęknięte szkło.

– Stłuczone lusterko to siedem lat nieszczęścia – mówię.

Fryzjer patrzy na mnie przestraszony swoimi sarnimi, brązowymi oczami, potem wybucha krótkim nerwowym śmiechem. Zaczynam żałować swojego komentarza, który miał zabrzmieć żartobliwie, ale najwyraźniej biedaka wystraszył. To musi być cudowne, bać się jeszcze pecha. Bo to przecież znaczy, że nieszczęście jeszcze nie nadeszło. Ja mogłabym rozbić cały gabinet luster i niewiele by mnie to obeszło.

Siedem lat temu mój mąż zaginął bez śladu podczas służbowej podróży do Ameryki Południowej. Od tego czasu w moim życiu trzymam wciśnięty przycisk „pauza” i czekam na jego powrót. Siedem lat nadziei i niepokoju, poczucia absolutnego zagubienia, które czasami było tak silne, że najchętniej wymazałabym z pamięci wszelkie wspomnienie o Philippie. Chociaż na nic by się to zdało. Tęsknota wniknęła już w moje DNA.

Siedem lat pecha mam za sobą.

Patrice idzie po nowe lusterko, bez słowa. Potem zaczyna zbierać ostrożnie większe odłamki, zamiata resztę. Nie odzywam się, pozwalam mu robić swoje. Toczę walkę we własnym wnętrzu. Zamykam oczy, wsuwam palce we włosy i poruszam nimi, bardzo delikatnie, jakbym dotykała bezcennych koronek. Ostrożnie. Jak moja matka, wiele, wiele lat temu, jak kiedyś Philipp – od tamtego czasu już nikt. Philipp bawiący się moimi włosami.


Myślę o naszej pierwszej wspólnej nocy, jakże dramatycznej, woda i gwiazdy nad nami, czuję moje mokre włosy opadające na plecy niczym peleryna. Widzę Philippa, krople wody na jego włosach. Cisza, tylko nasz oddech, ciemność. Świat nagle tak mały, tak bardzo się skurczył, że miejsca starczało tylko dla nas dwojga. Kokon z ciszy i gwiazd. I dłoń Philippa w moich włosach.


Wyrywam się ze wspomnień, wracam do rzeczywistości, widzę się w lustrze, włosy takie jak wtedy, ale inna kobieta.

Fryzjer sprzątnął już wszystkie odłamki szkła, stoi za moimi plecami. W ręku trzyma nożyczki. W lewą dłoń ujmuje moje włosy, unosi je w górę. Potem szuka w lustrze mojego wzroku.

– Na pewno? – pyta.

Przełykam ślinę.

– Na pewno – mówię.

Bez dalszych ceregieli zaciska nożyczki.

Słyszę krzyk swoich włosów. Srebrzysty, wątły odgłos, niczym kwilenie dziecka, szept. Zamykam oczy.

Fryzjer pracuje w milczeniu. Szybko i sprawnie. Wkrótce nie ma już nic, przez co można by w zamyśleniu przesunąć palcami.

Opłakuję moje włosy, roniąc trzy wielkie, nieme łzy, które lecą na ziemię jak pierwszy śnieg. Następnie ocieram oczy, płacę, wstaję, opuszczam salon. I życie zaczyna toczyć się dalej. Nareszcie.

 

3

To uczucie w żołądku, które pojawia się, gdy zrobi się coś nieodwracalnego – rozbije się z pełnym rozmysłem bezcenny dziedziczony przez pokolenia rodzinny skarb, wypowie w końcu jakąś straszną prawdę, obetnie długie warkocze – ciągle jeszcze mi towarzyszy, gdy przekraczam próg domu. Nie umiem go lepiej nazwać, nie jestem dobra w dobieraniu słów. Ale coś ciepłego pulsuje i wibruje w okolicach mojego żołądka, jak łyk bimbru. Moje kroki niosą się echem, odbijając się od ścian. Miejska willa, którą zostawił mi Philipp, jeśli można to tak określić, jest moim domem już od wielu lat, a mimo to ciągle czuję się tu nie na miejscu. Hanzeatycki chłód, z jakim została urządzona, tak samo nie pasuje do mnie, jak noszona przez całe życie elfia fryzura małej dziewczynki. Może powinnam się w końcu wyprowadzić, myślę sobie. W jakieś bardziej odpowiednie miejsce. Dla Leo i dla mnie.

Odsuwam od siebie tę myśl.

Nie wszystko naraz.


Wchodzę do łazienki, zmywam miasto z rąk, przeglądam się w lustrze wiszącym nad umywalką. Od siedmiu lat dokądkolwiek idę, noszę ze sobą swój sekret, mam wrażenie, że każda napotkana osoba jest w stanie od razu odczytać go z mojej twarzy – ale to złudzenie. Przynajmniej moja twarz wygląda tak jak zawsze. Uśmiecham się do kobiety z krótkimi brązowymi włosami, która nie ma nagle nic z królewny, to raczej chłopczyca. Tak na próbę, a ona odpowiada mi uśmiechem. Dlaczego nie? – myślę, patrząc na swą chłopięcą fryzurę, wychodzę z łazienki, zanoszę torby z zakupami do kuchni i mam właśnie zacząć przygotowywać kolację, gdy nagle sobie o niej przypominam. O plastikowej torbie, którą dostałam od fryzjera.

Otwieram szafę w przedpokoju, biorę torebkę, wyjmuję z niej torbę z własnymi włosami. Nie mam oczywiście zielonego pojęcia, co z nimi zrobić. Z całą pewnością zachowam je jak jakaś sentymentalna idiotka. Jak już się zacznie, to… Nie kończę myśli. Ten dom zamieszkuje już wystarczająco dużo duchów, brakuje im tylko włosów do zabawy.

Bez wahania wychodzę z domu przez tylne drzwi, podchodzę do niewielkiego zadaszenia, do pojemników na śmieci. To dość dziwne uczucie, nieść własne włosy, trzymać w ręku coś, co było kiedyś częścią mnie.

Tłumię w sobie wszelki sentyment, rozplatam luźny supeł, którym fryzjer związał torebkę, i włosy wysypują się do pojemnika na bioodpady. Zamykam na moment oczy, czuję znowu jej obecność, ręka Philippa w moich włosach, w niewielkim zagłębieniu między karkiem a tyłem głowy. Czuję nagły ucisk w piersiach, ciepło na policzkach, przez moment brakuje mi powietrza, zaraz jednak udaje mi się odpędzić myśli, które musiałam przywlec z tamtej polany. Duchy lasu. Odchodzą niechętnie, pomrukując, chichocząc. I znowu mogę oddychać. Znowu jestem sobą. Stoję tak, na tyłach mojego domu, z pokrywą pojemnika na odpady bio w ręku. Włosy obcięte. Leżą teraz tutaj, razem ze zwiędłymi kwiatami z wazonu, fusami po kawie, ze skórkami ziemniaków i pomarańczy, ze skorupkami jajek. Odwracam wzrok, klapa opada, wracam do domu.

Bałam się dnia zaćmienia. Tak długo żyłam w oczekiwaniu tej daty, tak często zadawałam sobie pytanie, co będę wtedy czuła. Bałam się starego bólu, starych pytań, które ten dzień – co do tego nie miałam wątpliwości – wyniesie na powierzchnię niczym katastrofalna powódź. I oto ów czas nadszedł i za chwilę odejdzie, tak po prostu, jak wiele dni przed nim. Nie zabrał mnie wraz z sobą, nadal tu jestem. I nie czuję już żadnego bólu, żadnej goryczy. Od momentu kiedy opuściłam salon fryzjerski, czuję się tak, jakbym zrobiła coś nieprawdopodobnie ekscytującego i zakazanego. Jak nastolatka po wypalonym ukradkiem pierwszym papierosie, z lekkimi mdłościami, zawrotami głowy, ale wolna.


Segreguję zakupy, wszystko, co przeznaczone jest dla pani Theis z sąsiedztwa, pakuję do wielkiej papierowej torby i odkładam na bok. Poproszę potem Leo, by zaniósł sąsiadce jej rzeczy. Już od dobrego roku robię zakupy dla tej starszej pani, która nie może za bardzo chodzić i nie ma samochodu. Zwykle lubię z nią chwilę porozmawiać, mimo że naprawdę jest trochę dziwna, dzisiaj jednak nie mam po prostu ochoty wdawać się z nią w pogawędkę.

Mam dużo do roboty. Muszę przygotować kolację, a potem odebrać Leo od Miriam. Chciałabym ją złapać, gdy będzie sama. Zanim do domu wróci Martin. Komuś muszę przecież opowiedzieć o tym, co zrobiłam. Czy raczej: czego nie zrobiłam.

Trzeba się zatem pośpieszyć. Biorę kupionego wcześniej kurczaka bio i kładę na desce. Omal nie upuszczam go na podłogę. Widzę teraz, jak jestem zdenerwowana. Mówię sobie, że to przecież nic takiego. Paru przyjaciół wpadnie na kolację. Nic takiego. W zasadzie. No chyba że od wielu lat nie widziało się u siebie żadnego gościa.

Rzeczy się zmieniają, mówię i biorę butelkę oliwy z oliwek, sól, pieprz, pęczek świeżego tymianku, po który poszłam specjalnie na rynek, kilka gałązek pietruszki, główkę czosnku, pudełeczko z nasionami kopru i dwie cytryny i układam to wszystko w zasięgu ręki. Przyglądam się produktom rozmieszczonym na blacie niczym żołnierzyki. Przyglądam się uważnie kurczakowi. Cała wieczność minęła, od kiedy ostatnio robiłam kurczaka. Leo nie lubi drobiu, w ogóle niechętnie je mięso, to akurat ma po ojcu, po Philippie, który już jako nastolatek był wegetarianinem. Gdy zamieszkaliśmy razem, poszłam w jego ślady. Czuję krótkie ukłucie wyrzutów sumienia. Szybko je odpędzam. Nieważne. Mam gości. I ci goście nie są wegetarianami, więc będą kurczak, sałatka i ziemniaki.

Biorę głęboki oddech, zaczesuję za ucho nieistniejący kosmyk i rozpakowuję kurczaka. Wygląda zadziwiająco żałośnie i w jakiś sposób śmiesznie, bez głowy, piór, tak nagi. W pierwszej chwili mam opory, żeby go dotknąć, ale biorę się w garść. Kładę dłonie na martwej skórze. Nie czuję nic poza chłodem, zimnem zwłok. Życie, które musiało kiedyś mieszkać w tym małym osobliwym ciele, dawno już uleciało, któż wie dokąd. Nagle wydaje mi się to bardzo dziwne, że stoję i planuję potrawę z czegoś, co sobie biegało i dziobało ziarna, potem odsuwam od siebie te myśli. To myśli Philippa, nie moje, po tylu latach ciągle jeszcze myśli Philippa w mojej głowie. Koniec, czas z tym skończyć.

Biorę kurczaka w obie dłonie, płuczę pod bieżącą wodą, osuszam papierowym ręcznikiem. Krótki rzut oka na przepis, który wynalazłam w moich starych książkach kucharskich, upewniam się, czy wszystko dobrze zapamiętałam.

Potem zaczynam skubać listki tymianku, wrzucam je wraz z odrobiną soli i dużą porcją oliwy do moździerza i zaczynam ucierać całość. Gdy kończę, a cała kuchnia pachnie ziołami, zanurzam dłonie w ziołowej oliwie i zaczynam wcierać ją w skórę kurczaka. To wszystko, co teraz robię, jest takie dziwne, archaiczny, okultystyczny rytuał, zioła, oleje i martwe zwierzęta. Warsztat czarownicy. Przyglądam się sama sobie spełniającej ten akt, jakby to był film.

Natarłam kurczaka ze wszystkich stron i teraz tnę cytryny, rozgniatam ząbki czosnku, skubię gałązki pietruszki. Muszę nafaszerować go tym wszystkim. Dawniej, wiele lat temu, gdy pieczony kurczak prosto z pieca był moją ulubioną potrawą, robiłam to bez zastanowienia. Teraz przez moment się waham. Przełamuję się po chwili. Wciskam w kurczaka cytryny, zioła i czosnek, aż pusta przestrzeń wypełnia się po brzegi. Kura jest zimna od wewnątrz, zimna i martwa, jest jej obojętne, że w to, co z niej pozostało, wciskam cytrusy. Co umarło, to umarło. Co martwe, nie czuje bólu. Co martwe, nie cierpi. Co martwe, można przezwyciężyć.

Tyle razy zadawałam sobie pytanie, czy Philipp żyje. Ale nigdy nie umiałam sobie tego tak naprawdę wyobrazić. Czasami, w szczególnie ciemne noce, niemal życzyłam sobie, by nie żył. Żeby wiedzieć. A nie tylko mgliście przeczuwać. Było, minęło.

Wsuwam kurczaka do rozgrzanego piekarnika, zaczynam obierać ziemniaki i wtedy przypomina mi się jednak, jak to się nazywa.

To specyficzne uczucie, które mnie przenika.

4

Nowy początek.

Wróciło lato. Na niebie nad moją głową igrają na wietrze jerzyki. Ogródek przed domem Miriam przypomina mi trochę ogród mojej ukochanej babci – bezładna zbieranina tulipanów, dalii, róż, magnolii, forsycji. Na niewielkim kawałku trawnika leży niebieski dziecięcy rower. Z ulgą stwierdzam, że przed domem nie stoi jeszcze samochód Martina. Więc rzeczywiście przyszłam wystarczająco wcześnie, by zastać Miriam samą. Naciskam dzwonek. Wisi pod nim gliniana tabliczka z wizerunkiem jeża i koślawymi literami pierwszoklasisty: mama, tata, Justus i Emily. Ledwie oderwałam palec od dzwonka, w drzwiach staje Miriam.

– O mój Boże – mówi spontanicznie. – Jak ty wyglądasz?

Nic nie odpowiadam, spodziewałam się, że zareaguje zdziwieniem, może nawet szokiem. Włosy tak wiele zmieniają.

Potem Miriam opanowuje się i mówi:

– Sorry. Nie to miałam na myśli. Wyglądasz… – Chwila zawahania. – Wyglądasz świetnie. Inaczej. Jakoś starzej, ale i młodziej. Nie mam pojęcia, jak to opisać, ale podoba mi się.

Odwdzięczam się jej uśmiechem.

– Dziękuję.

– Chodź – mówi Miriam. – Chłopcy są na górze.

Przekraczam próg tego pięknego, trochę chaotycznego domostwa, które tak bardzo kocham. Wszędzie porozrzucane zabawki, wszędzie wazony z barwnymi kwiatami z własnego ogrodu. Wita mnie unoszący się w powietrzu zapach jedzenia, z piętra dochodzi typowy hałas produkowany przez bawiących się chłopców, których wręcz roznosi energia.

– Chłopaki, bez szaleństw! – krzyczy Miriam, nie otrzymuje jednak żadnej odpowiedzi.

Przewraca oczami, nie mogę się nie uśmiechnąć. Tak lubię tu być. Całkowicie normalny dom. Całkowicie normalna rodzina. Emily, sześciomiesięczna siostrzyczka Justusa, na pewno śpi już spokojnie w swoim łóżeczku, zupełnie nieporuszona dzikimi zabawami ośmioletniego brata i jego najlepszego przyjaciela.

– Czy to Sarah? – słyszę nagle głos Martina i zaraz potem zza rogu wychodzi mąż Miriam, z wiertarką w ręku.

Szybko przełykam zawód. Ale może to i lepiej.

– Łaa! – mówi Martin na mój widok. – Sexy, krótkie włosy!

Śmieję się.

– Ach – mówi Miriam z udawaną irytacją. – Za każdym razem, gdy chcę podciąć końcówki, robisz sceny, ale u Sarah krótkie włosy są sexy, tak?

Martin śmieje się dobrodusznie. Potem przypomina sobie o wiertarce, którą ciągle trzyma w dłoni.

– Proszę, oto ona – mówi. – Wyciągnąłem ją dla ciebie, jak obiecałem.

Pokazuje mi urządzenie, po czym kładzie je koło drzwi wejściowych, żebym nie zapomniała o nim, wychodząc.

– Super – mówię. – Dzięki.

Martin zawsze chce mi pomagać, gdy w domu trzeba coś zreperować, ale ja wolę robić takie rzeczy sama. Lubię wbijać gwoździe w ściany, wiercić dziury, lubię kołki i wkręty. Narzędzia. Wykonuje się jakąś czynność i otrzymuje jasny, przewidywalny rezultat. Tworzy się porządek. Narzuca się rzeczom kontrolę. Kocham porządek. Kocham kontrolę.

– To co? – pyta Martin, a z jego twarzy nie znika szelmowski uśmieszek.

– Co: co?

– No, czy nie mówi się zawsze, że jak kobiety ścinają włosy, to w grę wchodzi jakiś facet? Nowa miłość, nowe życie czy jakoś tak.

– Martin! – fuka z oburzeniem Miriam.

Ona wie, że od zniknięcia Philippa jestem sama. Uważa, że musi mnie chronić.

– Już dobrze – mówię. – Martin zawsze był wścibski jak stara przekupka.

Śmieje się, zadowolony z mojej reakcji.

– Jak tam trening? – pyta.

– W toku.

Trenowałam z Martinem, przygotowując się do mojego pierwszego maratonu. On potem przestał biegać, bo nabawił się problemów z kolanem, ja przerzuciłam się wtedy na triathlon.

– Jesteś naprawdę twardzielką – mówi.

– Ach, przestań.

Rzucam spojrzenie w stronę Miriam, czasami się martwię, czy nie przeszkadza jej, że Martin poświęca mi tyle uwagi, ale nie. Ją to cieszy. Zapewne to współczucie, ciągle jeszcze, po tylu latach. Prawdopodobnie to nawet ona sama zachęciła swojego męża, by był dla mnie szczególnie miły i pomagał mi przy tych wszystkich naprawach.

– Zjesz z nami? – pyta Miriam.

– Nie, sama przecież mam dzisiaj gości – mówię. – Chciałam tylko szybciutko odebrać Leo.

– A, no tak, kolacja z kolegami – odpowiada Miriam.

Od razu zaczynam się denerwować. Miriam tego nie zauważa.

Z piętra dobiega tłumiony dziecięcy śmiech.

– Idę zobaczyć – mówi Martin i wchodzi po schodach.

Gwiżdże melodię z filmu Nowa miłość to nowe życie, puszcza jeszcze oko w moją stronę i już go nie ma.

Miriam przewraca oczami, zupełnie tak, jakby mąż ją denerwował, ale w rzeczywistości kocha go takiego, jaki jest. Martin, żartowniś. Wie, kogo w nim ma. Nie poszukiwacza przygód, nie romantyka, nie uwodziciela. Ma za to Martina żartownisia. Martina, który lubi stać przy grillu, który chociaż zbliża się już do pięćdziesiątki, nosi w domu T-shirty ulubionych zespołów rockowych, który kocha swoje dzieci, lubi opowiadać kawały, z których sam najgłośniej się śmieje, czego nikt nie ma mu za złe, bo jest zbyt sympatyczny, by się na niego gniewać. Martin po prostu. Który nigdy nie przynosi Miriam kwiatów, nigdy nie robi jej romantycznych niespodzianek, na co ona czasem narzeka. Myślę sobie wtedy: nie każdy może być taki jak Philipp. A mówię: „Po co komu kwiaciarniane bukiety, gdy ma się ogród pełen pięknych kwiatów”.

 

Na schodach pojawia się Leo i wyrywa mnie z tych rozmyślań.

– Cześć, mama – mówi, biegnie mi naprzeciw, przytula się do mnie przez krótką chwilę, ignoruje fakt, że ścięłam włosy, całkowicie.

Potem odkrywa wiertarkę, a ja znowu przestaję być mu potrzebna.

– Cool – szepcze z zachwytem i chwyta ją jak pistolet laserowy, celuje w jakiegoś wyimaginowanego przeciwnika, strzela. – Fiuu, fiuu! Fiuu, fiuu!

– No dobrze – mówię i całuję przyjaciółkę w policzek. – Na nas czas.

– Trzymaj się – mówi Miriam.

Posyłam jej uśmiech, zabieram synkowi wiertarkę.

– Ciao, Martin! – wołam.

Głowa Martina wyłania się zza poręczy schodów na piętrze.

– See you later, aligator! – woła za mną.

Nie widzę już tego, ale wiem, że Miriam z uśmiechem przewraca oczami.

Czuję się lekka, pędząc przez miasto z Leo na tylnym siedzeniu, chociaż nie mogłam się przed nikim wygadać. Ale pewnie i tak bym nie była w stanie. Niektóre rzeczy tak trudno wypowiedzieć.

Inne książki tego autora