Wymarzony ślub

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Melanie Milburne
Wymarzony ślub

Tłumaczenie

Agnieszka Baranowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Bella nie odwiedzała domu od pogrzebu ojca. Teraz, w lutym, posiadłość Haverton wyglądała jak z bajki – puszysty śnieg pokrywał stare powyginane wiązy i buki rosnące po obu stronach podjazdu prowadzącego do wielkiego domu w stylu georgiańskim. Pola i lasy wokół spowijała iskrząca się biel, a skute lodem jezioro błyszczało niczym tafla polerowanego szkła. Zaparkowała samochód przed bramą starannie zaplanowanego i utrzymanego w pedantycznym porządku ogrodu. Fergus, stary chart irlandzki jej ojca, podniósł się powoli z wycieraczki i zamerdał niemrawo ogonem.

– Cześć, Fergs. – Bella podeszła do stojącego na sztywnych nogach psa i podrapała go czule za uchem. – Co tu robisz sam na mrozie? Gdzie jest Edoardo?

– Tutaj.

Na dźwięk głębokiego, miękkiego niczym aksamit głosu serce Belli zabiło żywiej. Odwróciła się gwałtownie. Mimo że nie widzieli się od ponad dwóch lat, wciąż robił na niej tak samo wielkie wrażenie. Nie był klasycznym przystojniakiem; surowe rysy twarzy i ślady burzliwej młodości: garbaty nos i blizna na łuku brwiowym sprawiały, że wyglądał groźnie i tajemniczo. Nie przykładał też wagi do ubrań i najchętniej nosił dżinsy, gruby czarny sweter i robocze buty, a mimo to jego szczupła, wysoka sylwetka prezentowała się nienagannie. Podwinięte rękawy odsłaniały umięśnione, śniade przedramiona, które hipnotyzowały Bellę męską siłą. Z niewiadomych dla niej przyczyn nieokrzesana, mroczna uroda wiecznie nieogolonego bruneta działała na nią elektryzująco. Zadarła wysoko głowę i spojrzała w niezwykłe, szmaragdowe oczy.

– Zapracowany? – zapytała tonem znudzonej księżniczki, którym zwykła się do niego zwracać.

– Jak zawsze.

Bezwiednie spojrzała na zmysłowe usta Edoarda, mocno zaciśnięte, okolone bruzdami, jak zwykle niewiele zdradzające. Kiedyś, raz jedyny, zdarzyło jej się znaleźć zbyt blisko tych kuszących warg i od tamtej pory rozpaczliwie próbowała zapomnieć, jak wspaniale smakowały. Żaden inny pocałunek przedtem ani potem nie doprowadził jej do tak kompletnego zatracenia. Zastanawiała się, czy Edoardo też pamięta jak zachłannie całowali się aż do utraty tchu? Z trudem oderwała wzrok od jego warg i spojrzała na brudne, spracowane dłonie pokryte resztkami ziemi i chwastów.

– Gdzie się podział ogrodnik?

– Złamał rękę. Pisałem ci o tym w ostatnim mejlu ze sprawozdaniem finansowym.

Bella zmarszczyła brwi.

– Na pewno? Nie przypominam sobie.

– Na pewno. – Usta Edoarda wykrzywił grymas, który zazwyczaj zastępował mu uśmiech. – Pewnie go przegapiłaś zajęta swoim bujnym życiem uczuciowym. Kim jest twój aktualny wybranek?

Bella uniosła wysoko głowę i oznajmiła z godnością:

– Julian Bellamy.

– Właściciel restauracji na skraju bankructwa czy syn bankiera? – Edoardo parsknął niewesoło.

Bella wzniosła oczy do nieba i westchnęła z irytacją.

– Julian niedługo zostanie pastorem – oświadczyła z satysfakcją.

Edoardo odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się głośno. Zaskoczył ją swoją reakcją – niezmiernie rzadko okazywał jakiekolwiek emocje, nawet uśmiech przychodził mu z trudem. Nie rozumiała, dlaczego zachowywał się tak nieodpowiednio. Naśmiewał się z Juliana, mężczyzny, którego zamierzała poślubić, mimo że posiadał on liczne zalety, o których Edoardo mógł jedynie pomarzyć: był wyrafinowany, miał nienaganne maniery i wszystko postrzegał w jasnych barwach. I kochał ją, w przeciwieństwie do Edoarda, który otwarcie okazywał jej głęboką niechęć.

– Co cię tak śmieszy? – zapytała zirytowana.

Edoardo otarł oczy wierzchem dłoni.

– Jakoś tego nie widzę – powiedział, nadal zanosząc się śmiechem.

– Czego nie widzisz? – syknęła.

– Ciebie jako żony księdza.

– Dlaczego?! – Bella nie kryła oburzenia.

Bezczelnie powiódł wzrokiem po jej skórzanych kozaczkach i krótkim płaszczyku od topowego projektanta, po czym spojrzał jej prosto w oczy i wycedził:

– Bo jesteś ofiarą mody o liberalnym podejściu do moralności.

Bella miała ochotę mu przyłożyć. Zacisnęła dłonie w niewielkie piąstki, ale nie wykonała żadnego ruchu. Wolała go nie dotykać – jej zdradzieckie ciało reagowało na bliskość Edoarda w skandaliczny sposób. Wbiła paznokcie w skórę dłoni i z trudem opanowała gniew.

– Znalazł się autorytet moralny! Ja przynajmniej nie jestem notowana.

Oczy Edoarda pociemniały niebezpiecznie – dostrzegła w nich wściekłość i nienawiść, które ją przeraziły.

– Jesteś pewna, że chcesz ze mną rozmawiać w ten sposób? – zapytał cicho przez zaciśnięte zęby.

Bella zamarła. Wiedziała, że wypominając Edoardowi błędy młodości, zachowała się nieelegancko, ale zawsze wzbudzał w niej najgorsze instynkty. Zresztą odkąd sięgała pamięcią, zdawał się czerpać perwersyjną przyjemność z doprowadzania jej do pasji. Niezależnie od jej postanowienia, aby nie dać się sprowokować, Edoardo zawsze zdołał wyprowadzić ją z równowagi. Dlatego od pamiętnej nocy, gdy skończyła szesnaście lat, unikała go jak ognia. Podczas nielicznych wizyt w domu ojca starała się ignorować jego protegowanego. Edoardo sprawiał, że traciła kontrolę nad sobą, stawała się niespokojna i poirytowana. Co gorsze, nie panowała też nad swoimi myślami – nagle łapała się na rozmyślaniach o jego zmysłowych ustach skrzywionych sarkastycznym grymasem. Zastanawiała się, dlaczego jego policzki zawsze pokrywał milimetrowy szorstki zarost, jak wyglądałoby nago jego silne, umięśnione, choć smukłe, smagłe ciało…

– Po co przyjechałaś?

Bella otrząsnęła się z zamyślenia i ze złością stwierdziła, że znów dzieje się z nią dokładnie to samo, co zawsze w obecności Edoarda. Jak zwykle zareagowała złością.

– Zamierzasz mnie wygonić? – zaatakowała.

– To już nie jest twój dom – stwierdził z ponurą miną.

– Postarałeś się o to, prawda? – odgryzła się.

– Tak zdecydował twój ojciec, nie miałem z tym nic wspólnego. Przypuszczam, że uznał, że nie jesteś zainteresowana odziedziczeniem Haverton. Zwłaszcza że tak rzadko go odwiedzałaś, szczególnie pod koniec.

Bella zagotowała się w środku. Jak śmiał robić jej wyrzuty? Wystarczyło, że każdego dnia gnębiło ją poczucie winy. Nie chciała, by jej przypominano, że nie była przy ojcu, gdy najbardziej jej potrzebował. Przestraszyła się nieuchronności śmierci i opuściła go, zanim odszedł od niej na zawsze. Kiedy jako niespełna sześcioletnie dziecko patrzyła, jak jej matka wyjeżdża z kochankiem, nie potrafiła się obronić przed bólem i tęsknotą. Drugi raz nie zamierzała stać bezradnie i patrzeć, jak osoba, którą kocha, odchodzi. Rzuciła się w wir życia towarzyskiego w Londynie, a podczas sesji egzaminacyjnych udawała, że nawał pracy nie pozwala jej wyrwać się z miasta. W głębi serca widziała jednak, że przed spotkaniem z chorym ojcem powstrzymuje ją jedynie paniczny, irracjonalny strach.

Godfrey został ojcem w dojrzałym wieku i nie najlepiej radził sobie z rolą samotnego rodzica sześcioletniej dziewczynki. Z większą łatwością znajdował wspólny język z Edoardem, co u Belli zawsze wywoływało obsesyjną zazdrość. Podejrzewała, że ojciec widział w swoim młodym podopiecznym syna, którego zawsze skrycie pragnął mieć. Czego zresztą dowiódł, zapisując Edoardowi w spadku jej rodzinny dom.

– Jestem przekonana, że wykorzystałeś moją nieobecność na swoją korzyść – odparła jadowicie. – Założę się, że mu się podlizywałeś, jednocześnie przedstawiając mnie jako pustą lalkę pozbawioną rozumu i poczucia obowiązku.

Edoardo wcisnął dłonie w kieszenie i wzruszył ramionami.

– Nie musiałem. Wystarczyło, że przejrzał gazety.

Bellę znowu ogarnęła złość. Odludek pokroju Edoarda prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy, jakimi metodami posługiwali się dziennikarze i paparazzi w poszukiwaniu zarobku. Czyhali na nią na każdym kroku i koloryzowali najdrobniejsze wydarzenia w jej życiu. Głupiutka dziedziczka fortuny stanowiła dla nich łakomy kąsek i stałe źródło dochodu. Na szczęście już wkrótce wszystko się zmieni, pomyślała z satysfakcją. Kiedy wyjdzie za mąż za Juliana, na pewno zostawią ją w spokoju. Do tego czasu musiała przeczekać w ukryciu i dlatego zdecydowała się znosić impertynencje Edoarda.

– Chciałabym spędzić w Haverton kilka dni. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza?

Intrygujące, szmaragdowe oczy rozbłysły niebezpiecznie.

– Informujesz mnie czy pytasz?

Nienawiść skręcała ją od środka, gdy prosiła o pozwolenie na wejście do domu, w którym się wychowała. Dlatego, między innymi, pojawiła się w posiadłości bez uprzedzenia. Liczyła na efekt zaskoczenia.

– Proszę. Tylko kilka dni – obiecała.

– Prasa wie, że tu jesteś?

– Nikt nie wie – zapewniła go gorąco. – Przyjechałam tutaj, bo nikomu nie przyszłoby do głowy szukać mnie u ciebie.

Edoardo zacisnął mocno zęby i myślał przez chwilę w pełnym napięcia milczeniu.

– Powinienem cię odesłać – powiedział w końcu.

Bella wygięła usta w podkówkę i rzuciła mu rozżalone spojrzenie.

– Zanosi się na śnieżycę. Jeśli wpadnę w poślizg i zamarznę gdzieś w rowie, to będziesz miał mnie na sumieniu.

Spojrzał na nią wymownie i westchnął ciężko.

– Dlaczego wcześniej nie zadzwoniłaś?

– Odmówiłbyś – odpowiedziała ponuro. – Przecież nie będę ci przeszkadzać! – dodała, patrząc na niego błagalnie.

– Nie życzę sobie, żeby ściągnęły tu tabuny pismaków. Jeśli tylko zobaczę gdzieś paparazzich czających się w krzakach, pakujesz walizkę i znikasz, zrozumiano?

 

– Zrozumiano – potwierdziła, złośliwie naśladując jego zasadniczy ton. Zachowywał się jak paranoik i gdyby nie potrzebowała jego zgody na pobyt w Haverton, roześmiałaby mu się pogardliwe w twarz.

– I żadnych imprez!

Bella wzniosła oczy do nieba.

– Żadnych imprez, jasne. Coś jeszcze? Mam się chować w szafie, kiedy odwiedzi cię twoja aktualna kochanka? A może ona tu pomieszkuje?

Mina Edoarda nic nie zdradzała. Z kamienną twarzą, którą prezentował światu, oświadczył:

– Nie będę z tobą dyskutował na temat mojego życia osobistego.

Bella westchnęła rozczarowana. Nie zamierzała się dopytywać, żeby nie sprawiać wrażenia przesadnie zainteresowanej, albo, co gorsza, zazdrosnej. Zresztą, pomyślała z mściwą satysfakcją, wkrótce to ona wyjdzie za mąż i rozpocznie nowe życie, z dala od skandali, prasy i… Edoarda.

– Przyniósłbyś moje walizki? Są w bagażniku. – zapytała z przesadną słodyczą i, nie czekając na odpowiedź, ruszyła w kierunku drzwi wejściowych, ale Edoardo zastąpił jej drogę.

– A kiedy poznam twojego nowego kochasia?

Skrzywiła się i spojrzała na niego z wyższością, mimo że musiała przy tym wysoko zadrzeć głowę.

– Julian nie jest moim „kochasiem”, jak byłeś łaskaw go określić. Nasza miłość jest całkowicie niewinna.

– Akurat! – Skrzyżował ramiona na piersi i przyglądał jej się badawczo spod przymrużonych powiek.

– Żebyś wiedział! Jako głęboko wierzący człowiek postanowił poczekać do nocy poślubnej – odparła z tryumfem.

– Gej – skomentował krótko.

Bella zmierzyła go chłodnym wzrokiem.

– Zejdź mi z drogi! – zażądała.

Edoardo, zamiast ją przepuścić, zbliżył się jeszcze bardziej. Poczuła męski, ciepły zapach korzennej wody toaletowej i piżmową woń skóry. Zakręciło jej się w głowie i odruchowo cofnęła się przestraszona silną reakcją swojego ciała na tę niespodziewaną bliskość. Poślizgnęła się na oblodzonej kostce brukowej i upadłaby, gdyby silna ręka nie chwyciła jej mocno za nadgarstek. Dotyk ciepłej, dużej dłoni zelektryzował ją – czuła mrowienie rozchodzące się po całym ciele i mimo że starała się zachować zimną krew, jej serce biło jak oszalałe.

– Co ty, na Boga, wyprawiasz?! – jęknęła.

– Nie wzywaj imienia Pana Boga nadaremnie. Twojemu chłopaczkowi na pewno by się to nie spodobało. – Patrząc jej głęboko w oczy, potarł kciukiem delikatną skórę po wewnętrznej stronie jej nadgarstka. Bella zadrżała. Nie odważył się do niej zbliżyć od czasu pamiętnego pocałunku, a teraz przekroczył wszelkie granice. Jej ciało płonęło, a puls oszalał. Szarpnęła ręką.

– Zabieraj swoje brudne łapska! – krzyknęła, ale jej głos zabrzmiał słabo i niepewnie.

Na krótką chwilę zacisnął palce jeszcze mocniej, jakby miał zamiar przyciągnąć ją do siebie. Bella wstrzymała oddech – potężne, umięśnione ciało, przyciągało ją niczym magnes. Pragnęła przylgnąć do niego, poczuć napór twardej, gorącej męskości…

– Zapomniałaś dodać „proszę” – mruknął.

– Proszę – wysyczała przez zaciśnięte zęby.

Puścił ją i unikając jej wzroku, odsunął się na bok. Bella spojrzała na mankiet białego, kaszmirowego płaszczyka umazany teraz ziemią.

– Zniszczyłeś płaszcz za tysiąc funtów! – warknęła.

– Żadna szmata nie jest tyle warta.

– Znawca mody! – parsknęła pogardliwie.

– Wiem, w czym kobieta wygląda dobrze, a w czym nie. – Edoardo wzruszył ramionami.

– Niech zgadnę: najlepiej w samej bieliźnie?

Omiótł ją gorącym spojrzeniem przymrużonych oczu i mruknął zmysłowo:

– Może być bez bielizny.

Bella poczuła, jak Edoardo rozbiera ją wzrokiem, i wyobraziła sobie, jak jego wielkie spracowane dłonie pieszczą jej delikatne ciało – ostrożnie, ale żarliwie… Potrząsnęła głową i przywołała do porządku zdradziecką wyobraźnię.

– Idę przywitać się z panią Baker – oświadczyła i ruszyła szybko do wejścia.

– Dałem pani Baker dwa tygodnie urlopu.

Bella stanęła nagle i odwróciła się.

– Kto w takim razie sprząta i gotuje? – zapytała, nie kryjąc zdumienia.

– Ja – odpowiedział spokojnie. – Jakiś problem?

Wielki, chciała krzyknąć, ale opanowała się. Nieobecność gosposi oznaczała, że będą w domu sami, bez neutralizującej napięcie krzątaniny i serdecznej paplaniny pani Baker. W przeszłości, kiedy jeszcze żył jej ojciec, Edoardo mieszkał w oddzielnym domku gościnnym na terenie posiadłości, ale teraz, kiedy został prawowitym właścicielem Haverton, wprowadził się do głównego budynku i zarządzał majątkiem Godfreya oraz własną firmą deweloperską z gabinetu obok biblioteki. Pracował i spał w jej domu…

– Nie zamierzam ci gotować obiadków – ostrzegła.

– Nie obawiaj się, podejrzewam, że nawet wody na herbatę nie potrafisz zagotować – odgryzł się.

Bella nie zamierzała wyprowadzać go z błędu. Niech sobie myśli, co chce, postanowiła. Zdziwi się, gdy razem z Julianem założę fundację i zorganizuję misję w jakimś biednym kraju, pomstowała w myślach.

– Oczywiście, przecież odziedziczę miliony, gdy tylko skończę dwadzieścia pięć lat, po co mam się przemęczać? – zauważyła tonem rozpieszczonej księżniczki.

Zauważyła, że udało jej się go zirytować.

– Czy zdajesz sobie sprawę, jak ciężko twój ojciec musiał pracować, żeby zgromadzić ten majątek?

– Wściekasz się, bo zostawił ci tylko mój dom? Liczyłeś, że uda ci się wyłudzić od chorego starca cały majątek? Niestety, to ja odziedziczę fortunę i zrobię z nią, co będę chciała.

Oczy Edoarda błyskały czystą, nieposkromioną nienawiścią.

– Jesteś dokładnie taka sama jak twoja matka: zależy ci tylko na pieniądzach! Przyjechała tu kilka dni temu…

– Czego chciała? – Bella przerwała mu ostro. Jeśli chciał ją zranić, udało mu się. Nie miała kontaktu z matką od dwóch miesięcy, kiedy to Claudia zadzwoniła, prosząc znowu o pieniądze potrzebne na przeprowadzkę do Hiszpanii z nowym narzeczonym.

– A jak myślisz?

– Może chciała sprawdzić, czy dobrze zarządzasz moim majątkiem? – Postanowiła zemścić się i też sprawić mu przykrość. Udało jej się.

– Jeśli masz wątpliwości, przejrzyj księgi – odpowiedział urażony. – Na ostatnie trzy spotkania zarządu nawet nie raczyłaś się pofatygować.

Zawstydziła się. Wiedziała, że nie może mu nic zarzucić, jeśli chodzi o zarządzanie finansami. Zyski stale rosły, a intuicja i inteligencja Edoarda sprawiły, że nawet kryzys, który uderzył w wiele firm, nie uszczuplił powierzonego mu pod opiekę majątku. Kilka razy w roku zwoływał spotkanie z prawnikiem i zapraszał ją do zapoznania się z aktualnym stanem majątku. Na początku stawiała się posłusznie w londyńskim biurze jego firmy i znosiła w milczeniu popisy Edoarda, który rozkoszował się władzą, jaką miał nad jej życiem. Poczekaj, aż skończę dwadzieścia pięć lat, pomstowała w myślach, już ja ci pokażę! Nieuchronnie w połowie każdego spotkania jej myśli zbaczały niebezpiecznie z kursu i zamiast planować zemstę, Bella zaczynała się zastanawiać, czy dwudniowy zarost na policzkach Edoarda drapałby bardzo podczas pocałunku… Przywoływała się do porządku, ale już po chwili przyglądała się jego wielkim, silnym dłoniom, jego długim palcom delikatnie pieszczącym kartki raportu… Dlatego kilka miesięcy temu postanowiła unikać spotkań, które stawały się dla niej torturą.

– Nie ma potrzeby, wiem, że księgi są bez zarzutu.

Zapadła krótka, pełna napięcia cisza.

– Twój chłopak zamierza tu przyjechać?

Bella spojrzała na niego zaskoczona. Nie przyszłoby jej do głowy konfrontować Juliana z nieobliczalnym i nieokrzesanym właścicielem Haverton.

– Nie, przebywa obecnie na misji w Bangladeszu.

– Nawraca brudne poganki? Każe im przed sobą klękać? – zaśmiał się chrapliwie, ale w jego oczach nie było radości.

– Jesteś obrzydliwy. Mam nadzieję, że będziesz się smażył w piekle! – Bella aż sapała z oburzenia.

– Już tam byłem, księżniczko – odpowiedział powoli, patrząc jej smutno w oczy. Spuściła wzrok. Nie potrafiła wytrzymać palącego, przenikliwego spojrzenia, które zdawało się wnikać w każdą komórkę jej ciała. Jej silna wola znowu topniała, znów czuła, że traci panowanie. Obróciła się na pięcie i pomaszerowała do domu.

Kiedy tylko zniknęła za drzwiami, Edoardo wypuścił powietrze przez zęby. Kilka razy zacisnął dłonie w pięści i rozluźnił je, ale nadal czuł pod palcami miękkość skóry Belli. Powinien był odprowadzić ją siłą do samochodu i odesłać z powrotem do Londynu. Jej obecność oznaczała jedynie kłopoty. I sprowadzała pokusę. Wziął głęboki wdech i zamknął oczy. Bella, drobniutka, zawsze ufna i skora do zabawy, wieczna optymistka, której nienawidził i o której nie potrafił przestać śnić. Od lat spalało go pożądanie, które zazwyczaj trzymał pod kontrolą. Tylko raz, pamiętnego wieczoru, gdy skończyła szesnaście lat, coś w nim pękło. Przez cały dzień torturowała go zalotnymi spojrzeniami i niby przypadkowymi dotykami, przeciskała się koło niego w drzwiach, aż w jego żelaznej samokontroli pojawiła się szczelina. W gorącym, namiętnym, łapczywym pocałunku jego niezaspokojone pożądanie eksplodowało. Nadal nie wiedział, jak zdołał się wtedy od niej oderwać i wyjść. Miała zaledwie szesnaście lat i nie wiedziała, co robi. Dziewięć lat starszy i o wiele bardziej doświadczony Edoardo nie chciał jej skrzywdzić ani zawieść zaufania, którym obdarzył go Godfrey. Nadal jednak pamiętał smak jej ust. Minęło wiele lat, a on nie potrafił zapomnieć miękkiej, ciepłej słodyczy jej warg, niecierpliwego języka, który doprowadził go na skraj szaleństwa. Pragnął przycisnąć ją do siebie, zedrzeć z niej ubranie, posmakować delikatnej, jedwabistej skóry, wsunąć się pomiędzy smukłe uda… Nie zrobił tego jednak. Nie dotknął jej nawet przelotnie, aż do dziś. I ponownie poczuł elektryzujące, oszałamiające pragnienie, pulsujące w każdej komórce ciała. Nic się nie zmieniło – miała nad nim władzę, jak nikt inny potrafiła wytrącić go z równowagi i pozbawić panowania nad sytuacją, a na to nie mógł sobie pozwolić. Obsesyjnie dbał o zachowanie kontroli nad własnym życiem, a od śmierci Godfreya także nad życiem Belli, przynajmniej do jej dwudziestych piątych urodzin. Uśmiechnął się pod wąsem i zatarł dłonie. Bella miała zwyczaj odgrywać księżniczkę i traktować go niczym służącego, ale obydwoje dobrze wiedzieli, kto teraz rządził w Haverton. Najwyraźniej miała zamiar udawać panią na włościach, więc najwyższy czas sprowadzić ją na ziemię, postanowił z satysfakcją Edoardo i wszedł do domu.

ROZDZIAŁ DRUGI

Kiedy tylko znalazła się w obszernym holu wielkiego domu, ogarnęło ją dojmujące poczucie pustki. Brakowało zapachu fajki, odgłosów stukania laski o dębową posadzkę czy stłumionych dźwięków muzyki klasycznej, które zawsze kojarzyły jej się z ojcem. Z kuchni nie dochodziło stukanie garnków i patelni i nie wypływał z niej aromat domowego ciasta, którym pani Baker zawsze witała gości. Teraz w powietrzu unosił się zapach świeżej farby. Przez ostatnie pięć lat Edoardo powoli, ale systematycznie odnawiał własnoręcznie posiadłość, tak by przywrócić jej dawny blask. Zdawał się czerpać ogromną radość i satysfakcję z dbania o dom, który mu powierzono.

Bella miała zaledwie siedem lat, kiedy pojawił się w Haverton. Rok po odejściu matki jej ojciec podjął się opieki nad trudnym nastolatkiem, prawdopodobnie szukając ucieczki od rozpaczy po odejściu młodej żony. Chłopaka wyrzucono z kilku rodzin zastępczych i wieku szesnastu lat nabroił już tyle, że groził mu poprawczak. Zapamiętała jego ponure, złowrogie spojrzenie i ledwie tłumioną złość. Przeklinał, wdawał się w bójki i nie miał żadnych przyjaciół, za to narobił sobie wielu wrogów. Jednak jej ojciec zauważył w młodym buntowniku potencjał, którego nie dostrzegł nikt inny – inteligencję, ambicję, siłę woli. Cierpliwie, taktownie kierował jego rozwojem i edukacją, a Edoardo, któremu wsparcie Godfreya dodało skrzydeł i pozwoliło ukończyć studia biznesowe z wyróżnieniem, nigdy nie zawiódł swego opiekuna. Dzięki niewielkiej pożyczce kupił pierwszą nieruchomość, sam ją wyremontował i sprzedał z zyskiem, co umożliwiło mu dalsze inwestycje. Wkrótce był w stanie zwrócić pożyczone pieniądze, a jego firma rozwijała się dynamicznie i przynosiła coraz większe zyski. Po śmierci Godfreya wykorzystał zgromadzoną wiedzę i doświadczenie, by pomnażać majątek Belli i zarządzać nim jak najlepiej do czasu, gdy, za niecały rok, uzyska ona wiek wymagany do przejęcia kontroli nad spadkiem po ojcu. Edoardo co miesiąc sumiennie przelewał na konto Belli określoną w testamencie kwotę, która zazwyczaj wystarczała na zaspokojenie wszystkich jej potrzeb. Jednak od czasu do czasu nieprzewidziane wydatki zmuszały ją do poniżających próśb o dodatkowe pieniądze i wtedy właśnie najbardziej wściekała się na ojca, który ufał Edoardowi bardziej niż własnej córce. Z każdym kolejnym rokiem jej nienawiść umacniała się i z utęsknieniem wyczekiwała dnia, kiedy w końcu wyrwie się spod kurateli Edoarda.

 

Bella spacerowała po pokojach znajdujących się na piętrze i wspominała dzieciństwo. Jednym z niewielu wciąż nieodnowionych pomieszczeń okazał się jej pokój, w którym na półkach nadal stały stare zabawki i książki. Przytuliła ulubionego niegdyś misia i wdychała zapach minionych dni, gdy wszystko wydawało się o wiele prostsze. Dopiero teraz, jako dorosła kobieta, zdała sobie sprawę z problemów małżeńskich rodziców. Claudia, piękna młoda kobieta zamknięta w wiejskim domu z o wiele starszym mężem tęskniła za rozrywkami dostępnymi jej rówieśniczkom w mieście i nawet ogromny majątek Godfreya nie potrafił jej zrekompensować utraconej młodości. Bella rozumiała frustrację matki, ale jednego nie była w stanie jej wybaczyć – porzucenia jedynego dziecka. Czy matka w ogóle jej nie kochała? Czy kolejni kochankowie znaczyli dla niej więcej niż rodzona córka? Przez całe życie wątpliwości uwierały ją niczym kamyk w bucie, a teraz powróciły ze zdwojoną siłą. Pamiętała świetnie uczucie bezgranicznej rozpaczy, gdy Claudia, nie obejrzawszy się nawet, wsiadła do samochodu i odjechała bez słowa pożegnania. Bella westchnęła i podeszła do okna bawialni wychodzącego na ogród. Poniżej Edoardo spacerował powoli z Fergusem, co chwila przystając, by stary pies mógł go dogonić. Od czasu do czasu drapał go za uchem dla zachęty i przemawiał do niego cierpliwie. Jego troskliwe i pełne ciepła traktowanie psa nie pasowało do wizerunku samotnego buntownika, który nigdy nie okazywał swych uczuć ludziom. Nawet po śmierci Godfreya nie wydawał się załamany, choć Bella nie widywała go wystarczająco często, by móc obiektywnie ocenić jego zachowanie. Gdy się widzieli, zawsze zachowywał kamienną twarz i prawie się nie odzywał. Nawet na odczytaniu testamentu nie okazał zdziwienia, co tylko potwierdziło jej podejrzenia – zmanipulował chorego starca i wyłudził od niego dom. Nie przebierając w słowach, wykrzyczała mu w twarz wszystkie zarzuty i żale, ale Edoardo popatrzył na nią tylko jak na rozpuszczone, rozhisteryzowane dziecko i nic nie powiedział. Bella westchnęła ciężko i odeszła od okna. Nigdy go nie rozumiała – stanowił dla niej irytującą zagadkę. Próbowała go ignorować, traktować jak powietrze, ale w głębi duszy sama jego obecność wprowadzała w jej sercu niepokój. Wystarczyło, że na nią spojrzał, a natychmiast czuła więcej, niż by chciała, targały nią dziwne, nieznane emocje. Często zastanawiała się, czy naumyślnie bawił się jej kosztem? Zawsze traktował ją jak rozpieszczoną księżniczkę, która nie miała pojęcia o prawdziwym życiu. Początkowo Bella wypytywała go o rodzinę i życie sprzed Haverton, ale nigdy niczego się nie dowiedziała. Ojciec w końcu zabronił jej poruszać ten temat, tłumacząc, że Edoardo zasługuje na szansę, by zapomnieć o przeszłości i zbudować sobie nowe życie. Obraziła się na ojca i znienawidziła Edoarda, który, zdaniem samotnej i zagubionej dziewczynki, zajął należne jej miejsce w sercu Godfreya. Edoardo odpłacił jej zimną obojętnością, która doprowadzała ją do furii. Gdy zaczęła dojrzewać, wszyscy otaczający ją chłopcy prawili jej komplementy i zabiegali o jej uwagę – wszyscy oprócz Edoarda. Postanowiła więc sprowokować go do reakcji: słała mu powłóczyste spojrzenia, kusiła krótkimi spódniczkami i nęcącymi pozami. Wszystko na nic. Zdawał się jej nie dostrzegać. Aż do feralnego wieczoru, gdy, ośmielona kilkoma łykami wiśniówki skradzionej z kuchennego kredensu, wdarła się do jego pokoju i z podciągniętą wysoko spódnicą usiadła na brzegu jego biurka. Stanął w drzwiach, zmarszczył gniewnie brwi i kazał jej się wynieść. Nie posłuchała. Ku jego zaskoczeniu ześlizgnęła się z blatu, kołysząc biodrami podeszła blisko i przesunęła dłonią po jego szorstkim policzku. Stał jak skamieniały. Jego oczy pociemniały, a oddech stał się krótki i urywany. To ją ośmieliło – przysunęła się jeszcze bliżej i oparła obie dłonie na szerokiej klatce piersiowej Edoarda. Nadal pamiętała wyraźnie moment, w którym jego samokontrola pękła. Po kilku długich sekundach pulsującego niczym rozgrzana krew napięcia nagle złapał ją za nadgarstki i bez ostrzeżenia przycisnął usta do jej warg. W jego pocałunku była złość i frustracja, ale także pożądanie i tęsknota. Wstrząsnął nią do głębi. Sam także nie pozostał obojętny, widziała to wyraźnie… Bella potrząsnęła głową, by odgonić natrętne wspomnienia. Zamiast rozpamiętywać przeszłość, powinna skupić się na przyszłości, a ta wymagała zdobycia zgody Edoarda na ślub.

Kilka godzin później Edoardo szykował w kuchni posiłek. Mimo że stał plecami do drzwi, od razu zorientował się, kiedy Bella zajrzała do środka. Nie usłyszał jej kroków, nie zauważył, że Fergus otworzył jedno oko i machnął raz ogonem, po prostu poczuł przyjemne mrowienie w całym ciele, jak wtedy, gdy przesunęła dłonią po jego policzku. Zawsze reagował niezwykle silnie na jej obecność, jakby jego ciało dysponowało wyjątkowo czułym radarem, którego wyraźne sygnały usilnie próbował ignorować przez ostatnie kilka lat. W pewnym momencie zorientował się, że z dziecka, które ledwie zauważał, wyrosła młoda kobieta, o której nie potrafił przestać myśleć. W marzeniach głaskał jej złotobrązowe, jedwabiste włosy, całował powieki wielkich brązowych oczu ocienionych nieprawdopodobnie długimi rzęsami. Z coraz większym trudem udawał, że nie dostrzega, z jaką gracją kołysze lekko zaokrąglonymi biodrami, nie zauważa kwiatowo-waniliowego niewinnego zapachu jej perfum. Miała zaledwie metr sześćdziesiąt wzrostu i przy jego metrze dziewięćdziesięciu centymetrach wyglądała jak lalka o porcelanowej, mlecznej cerze. Gdyby chciał ją posiąść, prawdopodobnie zgniótłby ją swym ciężarem. Śnił o tym prawie co noc. Nawet teraz nadal czuł miękkość skóry na jej nadgarstkach i zastanawiał się, czy cała była tak delikatna. Obawiał się, że nadejdzie taki moment, gdy nie zdoła dłużej opierać się pokusie, a wtedy nie dość, że zawiedzie Godfreya, to jeszcze wystawi się na łaskę i niełaskę kapryśnej Belli. Zmieniała chłopaków jak rękawiczki i po początkowej fizycznej fascynacji porzucała wybranków znudzona i rozczarowana. Chronił się, jak mógł, przed podobnym losem – nie pozwoli jej bawić się swoim kosztem.

– Kolacja będzie gotowa za pół godziny – powiedział, nie odwracając się.

– Mogę pomóc? – Weszła do kuchni i stanęła na środku.

Edoardo wytarł ręce i obrócił się w jej stronę. Wyglądała zachwycająco – niewinnie i świeżo, a zarazem elegancko i światowo. Tylko Bella potrafiła w sekundę zmienić się z wrażliwej, ufnej dziewczynki w wyrafinowaną, zmysłową kobietę. Pochlebiał sobie, że jej ciało reagowało na niego pobudzeniem, które daremnie starała się ukryć. Teraz udawała zimną jak lód, niemniej Edoardo czuł iskrzącą w powietrzu wokół nich energię zmysłowej fascynacji.

– Nalej nam wina, tam stoi otwarta butelka – zadysponował.

Bella posłusznie napełniła kieliszki i podała mu jeden. Ich palce zetknęły się na sekundę i Bella zakłopotana opuściła wzrok.

– Twoje zdrowie. – Wpatrywał się w nią intensywnie. Po chwili opanowała się i spojrzała mu prosto w oczy. Uniosła lekko kieliszek w niemym toaście, ale nie odezwała się. Edoardo nie mógł oderwać wzroku od jej ust, gdy zbliżyła do warg kieliszek i upiła łyk rubinowego płynu. Zawsze zadziwiało go, jak bardzo zmysłowe potrafią być jej pozornie zwyczajne gesty: kiedy odgarniała włosy, piła, oblizywała spierzchnięte usta czy przeciągała się, emanowała delikatnym erotyzmem. Jej rubinowe od wina usta zahipnotyzowały go. Marzył, by je pocałować, posmakować ich słodyczy jeszcze raz.

– Gdzie poznałaś tego swojego kochasia? – Uznał, że wspomnienie obecnego ukochanego Belli sprowadzi go na ziemię i ułatwi poskromienie nieprzyzwoitych myśli, które go opętały, gdy tylko weszła do kuchni.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?