Tydzień w Monte Carlo

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Melanie Milburne
Tydzień w Monte Carlo

Tłumaczenie:

Alina Patkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gdy wszedł do sklepu, Clementine kucała w kącie, zajęta sprzątaniem zakurzonych zakamarków. Była pewna, że to mężczyzna; przez całe lata nasłuchiwała kroków przyjaciół matki, którzy wchodzili i wychodzili z domu, i w końcu stała się ekspertką w ich odczytywaniu. Kroki mówiły o człowieku bardzo dużo: czy jest pewny siebie, czy nieśmiały, skryty czy otwarty, czy jest przyjacielem, czy wrogiem.

Kroki tego mężczyzny były zdecydowane i mówiły, że jest to ktoś, komu lepiej nie wchodzić w drogę. Włosy na karku Clem stanęły dęba. Słyszała już kiedyś te kroki – przed dziesięciu laty. Nie pozna cię, za bardzo się zmieniłaś, przekonywała się w duchu, ale to nie pomagało. Choć zrzuciła nadwagę, pozbyła się trądziku i rozjaśniła włosy, w głębi duszy nadal czuła się jak niezręczna, pulchna szesnastolatka o mysich włosach, córka patologicznej matki z przyczepy kempingowej.

Podniosła się i otarła ręce o czarne spodnie.

– Czym mogę panu służyć?

Alistair Hawthorne zawsze patrzył na nią z góry, dosłownie i w przenośni. Miał metr osiemdziesiąt, a ona metr sześćdziesiąt, gdy założyła buty na obcasie. Ale takie buty nie nadawały się do biegania w górę i w dół po drabince w poszukiwaniu rzadkiego wydania Dickensa, Hardy’ego czy Austen.

– Gdzie jest twój brat?

Nie było to życzliwe powitanie, ale Clem nie spodziewała się niczego innego – nie po tamtym incydencie w sypialni. Z perspektywy lat rozumiała, że to nie był najlepszy pomysł, żeby po powrocie z upokarzającej randki ukryć się w sypialni Alistaira, ale było to jedyne spokojne miejsce w domu, a ponadto do sypialni przylegała łazienka, z której nie korzystał nikt inny. Zdawało się, że to idealny zakątek, by się schronić. Clem zwinęła się w kłębek na łóżku, wyrzucając sobie, że była na tyle naiwna, by wpaść w pułapkę zastawioną przez kolegę, który po prostu chciał się przespać z „tą grubą dziewczyną”.

Nie miała jednak okazji wyjaśnić tego Alistairowi. Gdy znalazł ją na swoim łóżku, natychmiast założył, że zamierzała go uwieść. „Jesteś taka sama jak twoja matka prostytutka”. Te słowa wciąż bolały, wypaliły bolesną ranę w jej duszy i napełniły ją wstydem. Nikt inny tak jej nie potraktował, nawet obrzydliwi przyjaciele matki.

– Po co chcesz wiedzieć, gdzie jest Jamie? – zapytała, usiłując nie zwracać uwagi na jego wygląd i nie zauważać cytrusowego zapachu.

Poruszył szczękami, jakby próbował rozgryźć wyjątkowo twardy orzech.

– Nie udawaj niewiniątka. Wiem, że knuliście to już od dawna.

Clem uniosła brwi. Wiedziała, że gdy to robi, wygląda jak połączenie surowej bibliotekarki z wyniosłą arystokratką, a okulary do czytania jeszcze powiększały to wrażenie.

– Co takiego knuliśmy?

W szaroniebieskich oczach Alistaira pojawił się ostrzegawczy błysk.

– Moja przybrana siostra Harriet uciekła razem z twoim bratem.

Clem otworzyła usta tak szeroko, że zmieściłoby się w nich zbiorowe wydanie dzieł Szekspira. Jamie związał się z jakąś krewną Alistaira? To było absolutnie niemożliwe.

– Co?

Alistair popatrzył na nią pogardliwie.

– Niezły spektakl, ale nie uda ci się mnie ogłupić. Nie wyjdę stąd, dopóki mi nie powiesz, gdzie oni są.

Popatrzyła na jego skrzyżowane ramiona i stopy mocno wbite w podłogę. To był błąd. Nie powinna patrzeć na jego nogi, bo natychmiast zaczynała je sobie wyobrażać bez spodni, splecione z jej nogami. Dziwne, bo seks zwykle zupełnie jej nie interesował. Wyrosła obok matki, która urządzała orgie tak, jak inne kobiety urządzają spotkania przy pokazach garnków. Te lata mocno wpłynęły na jej poglądy dotyczące seksu.

Przeniosła wzrok na usta Alistaira, w tej chwili zaciśnięte tak mocno, że nie udałoby się wsunąć między wargi nawet kartki papieru. A oczy? O rany, jego oczy! W jednej chwili były niebieskie, w następnej szare i zimne jak lód. Pod ich przeszywającym spojrzeniem poczuła się jak małe dziecko.

Długo pracowała nad tym, by ludzie przestali ją onieśmielać. Szczególnie mężczyźni – wielcy, silni mężczyźni, którym wydawało się, że mogą bezkarnie traktować ją jak śmieć. Mężczyźni, którzy chodzili z nią do łóżka tylko dlatego, że była gruba i że mogli się potem z niej pośmiać z kolegami.

– No więc? – zapytał ostro.

Uniosła wyżej głowę, ignorując dziwne uczucie w brzuchu.

– Nie mam najmniejszego pojęcia, o czym mówisz.

Znów zacisnął usta tak mocno, że stały się zupełnie bezkrwiste. Clem uświadomiła sobie, że nigdy nie widziała jego uśmiechu. Zresztą dziesięć lat temu nie miał wielu powodów do radości. Jego matka była śmiertelnie chora i przechodziła chemioterapię, a ojciec odszedł z inną kobietą. Tą kobietą była matka Clem. Na każdą myśl o niej Clem kurczyła się ze wstydu.

– Przecież on chyba mieszka z tobą? – zdziwił się Alistair.

Lepiej było się nie przyznawać, że nie widziała Jamiego prawie od tygodnia. Nie odpowiadał na jej esemesy i nie odbierał telefonów. Możliwe, że miał po prostu puste konto na karcie, ale mogło to również znaczyć, że nie chce, by Clem wtrącała się w jego życie. Próbowała się nim opiekować w zastępstwie matki, ale kilka miesięcy temu Jamie skończył osiemnaście lat i zupełnie przestał się przejmować jakimikolwiek zasadami.

– Wygląda na to, że sporo o mnie wiesz.

Alistair znów poruszył szczęką.

– Powiedz mi, gdzie on jest – zażądał dobitnie.

– Wydajesz się bardzo zestresowany – stwierdziła drwiąco. – Nie zawsze możemy dostać to, czego chcemy.

Jego twarz napięła się jeszcze bardziej.

– Widzę, że w dalszym ciągu zachowujesz się jak dzika kotka. Choć trochę popracowałaś nad wyglądem i prezentujesz się teraz w miarę przyzwoicie.

W miarę przyzwoicie? Co to miało znaczyć? Clem wydała majątek, żeby poprawić swój wygląd. Oczywiście, przydałyby jej się lepsze ubrania, ale musiała oszczędzać na rachunki i kaucję dla brata. Do tej pory nie musiała go wykupować z aresztu, ale przypuszczała, że prędzej czy później ta chwila nadejdzie. Jamie bardzo przypominał swojego ojca, Clem jednak nie zamierzała dopuścić do tego, żeby jej przybrany brat również został kryminalistą. Zresztą jej ojciec też nie był powodem do chwały. Mówiła wszystkim, że jej ojciec nie żyje, bo nie miała ochoty wyjaśniać, że chodzi po spacerniaku w jednym z najcięższych więzień w Wielkiej Brytanii.

Uznała, że najlepiej będzie zmienić temat. Jeśli Alistair zauważy, że wytrącił ją z równowagi, uzna, że ma nad nią przewagę, a na to nie zamierzała pozwolić.

– Nie wiedziałam, że masz przybraną siostrę.

Skrzywił się ledwo dostrzegalnie.

– Ja też dowiedziałem się o tym niedawno. Jej matka odeszła z innym mężczyzną i zostawiła ją z moim ojcem.

– Ile ona ma lat?

– Szesnaście.

Clem była w tym samym wieku, gdy jej matka związała się z ojcem Alistaira, i dobrze pamiętała, że czuła się wtedy odsunięta na bok. Czuła, że jest tylko przeszkodą dla matki, bagażem, którego nikt nie chce. Ona zresztą też nie ułatwiała nikomu życia.

– To dlaczego ty jej szukasz, a nie twój ojciec?

Mięsień w kąciku ust Alistaira zadrgał nerwowo.

– Ojciec zostawił ją pod moją opieką, bo chyba ma ciekawsze rzeczy do roboty.

Zapadło milczenie nabrzmiałe goryczą. A zatem obydwoje znaleźli się w takiej samej sytuacji.

Brwi Alistaira ściągnęły się w chmurną linię.

– Poważnie mówisz, że nic nie wiedziałaś o ich związku?

Clem powoli potrząsnęła głową.

– Nic. Zupełnie nic.

Patrzył na nią przez dłuższą chwilę, jakby wypatrywał czegoś w ciemności, i w końcu westchnął ciężko.

– Nie kupuję tego. Nie ma mowy.

– Chcesz powiedzieć, że kłamię? – najeżyła się.

– Ty w ogóle nie rozumiesz, co jest kłamstwem, a co prawdą.

Clem z natury nie była gwałtowna ani agresywna, ale w tej chwili ogarnęła ją nieprzeparta ochota, żeby uderzyć go w twarz. Zacisnęła dłonie w pięści. Jak śmiał jej coś takiego powiedzieć? Największą jej wadą było to, że zawsze, w każdej sytuacji, mówiła brutalną prawdę. Wielokrotnie pakowała się przez to w kłopoty.

Przymrużyła oczy w dwie szparki.

– Jeśli nie wyjdziesz stąd w ciągu pięciu sekund, to zadzwonię po policję.

– Proszę bardzo – odrzekł natychmiast. – Oszczędzisz mi kłopotu, bo właśnie miałem zamiar złożyć zawiadomienie o tym, że skradziono mi samochód. Przypuszczam, że twój brat jeździ nim teraz gdzieś po Europie.

Serce Clem zadudniło w piersi. Czy to mogła być prawda? Czy Jamie rzeczywiście uciekł z przybraną siostrą Alistaira Hawthorne’a? Chyba wiedział, do czego to może doprowadzić. Wiedział, że Alistair nie odpuści i że ten krok będzie miał poważne konsekwencje. Alistair był bogaty, wpływowy i bezlitosny i z pewnością będzie chciał się zemścić. Sprawa trafi do sądu, a Clem nie mogła sobie pozwolić na wynajęcie dobrego adwokata. Jej brat wyląduje w więzieniu, pośród okropnych ludzi, takich jak jego albo jej ojciec.

Przesunęła językiem po wyschniętych wargach.

– Skąd wiesz, że to Jamie zabrał twój samochód?

Spojrzenie Alistaira nie schodziło z jej twarzy.

– Nie zabrał, tylko ukradł.

– Może twoja siostra mu na to pozwoliła? Może mu dała kluczyki i powiedziała, że ty się zgodziłeś? Może sama zaproponowała…

Alistair parsknął pogardliwie.

– Posłuchaj tylko, co mówisz. Twój brat jest złodziejem. Ukradł mi samochód i dużą sumę pieniędzy.

 

Clem przełknęła panikę.

– Jak dużą?

– Lepiej, żebyś nie wiedziała.

– Trzeba być idiotą, żeby zostawiać dużą sumę pieniędzy gdzieś na wierzchu. Pieniądze trzyma się w banku – odparowała, choć kręciło jej się w głowie i czuła zamęt w myślach. Musiała znaleźć Jamiego, zanim znajdzie go Alistair.

– Chcę odzyskać te pieniądze, co do grosza. A jeśli samochód został uszkodzony, twój brat zapłaci również za to.

– To bardzo ciekawe, chociaż jakoś mnie nie dziwi, że o wiele bardziej martwisz się o pieniądze i samochód niż o los swojej siostry.

– Ale właśnie do tego ty mi jesteś potrzebna.

– Jak to? – wyjąkała.

– Pojedziesz ze mną na poszukiwanie.

Clem poczuła, że serce podchodzi jej do gardła.

– Nigdzie z tobą nie jadę.

Alistair wyciągnął z kieszeni telefon.

– Wystarczy, że zadzwonię na policję, i twój brat znajdzie się za kratkami szybciej, niż myślisz.

Clem przełknęła.

– To ma być szantaż?

– Ja wolę to nazwać zaproszeniem. Proszę, żebyś mi towarzyszyła.

– Wolałabym spędzić tydzień w klatce z tygrysem!

– Ile czasu potrzebujesz, żeby zamknąć ten sklep?

Oparła dłonie na biodrach.

– Nie słyszałeś, co powiedziałam? Nigdzie z tobą nie jadę.

Alistair powiódł spojrzeniem po półkach, od podłogi do sufitu zapełnionych książkami. Potem popatrzył na stojące na podłodze wielkie pudła, w których nadeszły książki przysłane im po czyjejś śmierci.

– Od jak dawna tu pracujesz?

– Od dwóch lat.

– A gdzie pracowałaś wcześniej?

– W miejskiej bibliotece w Kent.

Zatrzymał wzrok na jej twarzy, a potem opuścił spojrzenie niżej. Clem wiedziała, że nie jest piękna. Wyglądała zupełnie zwyczajnie. To jej matka była piękna. Clem przypadła w udziale inteligencja, niesforne włosy i kiepski wzrok; przywykła do tego, że mężczyźni jej nie zauważają. Teraz jednak, pod spojrzeniem Alistaira, poczuła się tak, jakby stała przed nim zupełnie naga.

– To twój sklep?

Dobrze wiedział, że nie. Na szyldzie nad drzwiami było wyraźnie napisane: „Rzadkie książki. Antykwariat Dougala McCrae’a”. Chciał po prostu podkopać jej poczucie własnej wartości, przypomnieć, że jest tylko pracownicą, którą można wyrzucić bez okresu wypowiedzenia. Marzyła o posiadaniu własnego antykwariatu, ale to były tylko marzenia, głupie fantazje, które nigdy się nie spełnią.

– Ten sklep należy do mojego szefa, Dougala McCrae’e.

– Możesz go poprosić o parę dni wolnego?

– Nie.

Alistair zacisnął dłoń na telefonie.

– Na pewno nie?

Clem zazgrzytała zębami.

– Nie mam żadnego urlopu do wykorzystania. – To nie była do końca prawda. Nigdy dotychczas nie brała sobie wolnego ani nie wyjeżdżała na wakacje. Nie było sensu wyjeżdżać samotnie tylko po to, żeby przez cały urlop czytać książki. To mogła robić również w domu.

– Jeśli chodzi o pieniądze…

– Nie chodzi o pieniądze.

Alistair wsunął telefon do kieszeni.

– Masz dwadzieścia cztery godziny na to, żeby doprowadzić swoje sprawy do porządku. Przyjdę po ciebie jutro o tej porze. Zabierz ze sobą rzeczy na dwa albo trzy dni, maksymalnie tydzień.

Tydzień w towarzystwie Alistaira Hawthorne’a? Jeszcze czego.

– Ale dokąd zamierzasz jechać? Skoro nie wiesz, gdzie jest twoja siostra, to gdzie chcesz jej szukać?

– Mam powody, żeby przypuszczać, że podróżuje przez Francuską Riwierę.

– No tak, szesnastolatka ze sporą ilością pieniędzy do wydania – mruknęła Clem.

– To moje pieniądze, a ona wydaje je z pomocą twojego brata. Zamierzam położyć temu kres najszybciej, jak się da. – Krótko skinął głową. – Do zobaczenia jutro.

Clem podeszła za nim do drzwi.

– Słyszałeś, co powiedziałam? Nigdzie z tobą nie jadę.

Odwrócił się, zanim zdążyła się zatrzymać. Zderzyli się i Alistair podtrzymał ją za ramiona. Dotknął jej po raz pierwszy w życiu; miała wrażenie, że przebiegł przez nią prąd.

Podniosła głowę i spojrzała na jego zachmurzoną twarz.

– Możesz już mnie puścić.

Alistair mocniej zacisnął palce na jej ramionach, ale zaraz opuścił ręce i cofnął się.

– Nie przyjmuję odmowy, Clementine. Pojedziesz ze mną, bo w innym wypadku włączę w sprawę policję, jasne?

Clem nie cierpiała swojego imienia w pełnym brzmieniu. Przez całe lata musiała słuchać, jak inne dzieci śpiewają za jej plecami „My Darling Clementine” i na samo wspomnienie miała ochotę krzyczeć z frustracji. Przychodziło jej nawet do głowy, żeby używać drugiego imienia, ale to było jeszcze gorsze – do tego stopnia, że nikt go nie znał, absolutnie nikt. Właśnie dlatego nigdy nie wyjeżdżała za granicę: każdy urzędnik, który zajrzałby do jej paszportu, natychmiast wygłosiłby jakiś komentarz.

Przeszyła Alistaira wściekłym spojrzeniem.

– Nazywaj mnie Clem albo pani Scott.

Leciutko uniósł brwi.

– Dobrze, pani Scott – skłonił się drwiąco. – Do zobaczenia jutro. Ciao.

Zapiął pas, myśląc o tym, jak bardzo zmieniła się Clementine Scott. Niewiele brakowało, a by jej nie poznał. Tylko błyszczące brązowe oczy i dumnie zaciśnięte usta pozostały te same. Gdy miała szesnaście lat, widać w niej było obietnicę przyszłej urody – urody, która poruszała go o wiele bardziej, niż miał ochotę przyznać, ale teraz nie był przygotowany na spotkanie z tak piękną kobietą. Nie była ostentacyjną pięknością, miała subtelną urodę, jednak zapierała dech. Clem nie była już niezręczną nastolatką z nadwagą, trądzikiem i charakterem z piekła rodem. Temperament pozostał, ale jej ciało bardzo się zmieniło i nabrało kuszących krągłości, których ciemne, konserwatywne ubranie nie mogło ukryć. Jej skóra promieniała, faliste miodowe włosy były dobrze obcięte i zręcznie rozjaśnione, a brązowe oczy w obramowaniu gęstych czarnych rzęs i wyraźnych brwi przypominały dwie krople płynnego miodu. Ale jego wzrok przyciągały przede wszystkim usta, pełne i wygięte jak łuk Kupidyna.

Nie miał jednak zamiaru wiązać się z Clementine Scott. Nigdy w życiu. Była przecież córką kobiety, która zniszczyła małżeństwo jego rodziców i znieważyła ostatnie miesiące życia jego matki. Brandi nawiązała romans z jego ojcem w czasie, gdy matka była już w hospicjum, i bezczelnie wprowadziła się do jego domu z dwójką swoich bachorów. Alistair wiedział, że odpowiedzialny za to był przede wszystkim ojciec, niemniej Brandi i jej źle wychowane dzieci znacznie przyczyniły się do jego cierpień.

A teraz musiał odnaleźć przybraną siostrę – córkę kolejnej kochanki jego ojca – i wysłać ją do szkoły z internatem. Właściwie ani on, ani jego ojciec nie byli opiekunami Harriet, ale Alistair czuł się w obowiązku zająć się dziewczyną, dopóki matka po nią nie wróci. No i chodziło też o samochód. Miał go zaledwie od kilku miesięcy i nie mógł pozwolić, żeby braciszek Clementine go zniszczył. Powinien od razu zadzwonić na policję, wiedział jednak, że Jamie Scott nie miał w życiu najlepszych wzorców i nie chciał też, żeby jego przybraną siostrę zdemoralizował przyszły kryminalista. Doszedł zatem do wniosku, że najlepiej będzie zabrać ze sobą Clementine, wówczas ona zajmie się Jamiem, a on Harriet. Poza tym miał z Clementine stare rachunki do wyrównania.

Włączył się w ruch. Nawet gdyby nie udało mu się osiągnąć nic więcej, to w każdym razie nauczy tę dziewczynę, jak należy się zachowywać.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Ależ oczywiście, weź sobie wolne, moja droga – oznajmił Dougal McCrae, szef Clem, gdy po godzinie pojawił się w sklepie. – Kiedy chcesz zacząć urlop?

– W tej chwili. – Clem poprawiła długopisy na biurku, układając je dokładnie o centymetr od siebie. – To dość pilna sprawa.

Dougal z troską ściągnął krzaczaste brwi.

– Czy znów chodzi o twoją matkę?

– Tak i nie. Trudno to wyjaśnić.

Poklepał ją po ramieniu jak ulubionego psa.

– Dobra z ciebie dziewczyna, Clem. Zawsze robisz, co trzeba, dla matki, choć z tego, co widzę, ona nigdy nie zrobiła nic dla ciebie.

Clem nie opowiadała Dougalowi zbyt wiele o swoim pochodzeniu, ale matka często wpadała do sklepu, więc bez trudu wszystkiego się domyślił. Dougal dobrze znał się na ludziach. Po wyjściu matki patrzył na Clem ze współczuciem i bez słowa podawał jej paczkę czekoladek.

– To mi zajmie najwyżej tydzień – oznajmiła Clem. Zarzuciła torbę na ramię i zdjęła kurtkę z oparcia krzesła. – Jeśli coś się zmieni, dam panu znać.

– Weź sobie tyle wolnego, ile potrzebujesz – odrzekł Dougal. – Zasługujesz na urlop.

Ładny mi urlop, pomyślała.

Pakowanie zawsze zajmowało jej bardzo dużo czasu. To był kolejny powód, dla którego rzadko wyjeżdżała: nie potrafiła zdecydować, co powinna zabrać, i w rezultacie pakowała za dużo rzeczy. To była pozostałość po latach dzieciństwa, gdy często musiała się pakować z chwili na chwilę, bo matka, znudzona ostatnim kochankiem, oświadczała, że odchodzą. Za każdym razem Clem wpadała w panikę i w pierwszej kolejności pakowała ubrania Jamiego, przez co często brakowało jej czasu na zebranie własnych rzeczy. Dbanie o Jamiego uznawała za swój obowiązek, szczególnie że matka była kompletnie niezorganizowaną osobą.

Teraz Clem była zanadto zorganizowana. Wszystkie sztućce w szufladzie leżały idealnie prosto, kubki stały równo, zwrócone uszkami na prawo, talerze leżały w równych stertach, szklanki przypominały żołnierzy gotowych na inspekcję. Ubrania w szafie posortowane były kolorami, choć nie miała ich wiele. Jako nastolatka z nadwagą przywykła nosić ciemne kolory i nigdy nie zarzuciła tego zwyczaju.

Zawsze miała problem z decydowaniem, co ma zabrać, a co zostawić. A jeśli będzie gorąco? A jeśli będzie padać? Klimat na Francuskiej Riwierze był znacznie cieplejszy niż w Londynie, ale to jeszcze nie oznaczało, że od czasu do czasu nie może nadejść załamanie pogody.

Kolejny problem to buty. Miała osobną parę na każdy dzień tygodnia. Niektórzy ludzie nie następowali na złączenia płyt chodnikowych, a Clem nigdy nie zakładała tych samych butów dwa dni pod rząd. Dalej ulubiony kubek, który Jamie podarował jej, gdy miał osiem lat. To był jedyny prezent od niego, jaki kiedykolwiek dostała. W tym kubku piła herbatę każdego ranka, to była stała część jej dnia, bez tego nie czułaby się bezpiecznie. Kto wie, co mogłoby się zdarzyć, gdyby nie wypiła herbaty w swoim kubku? Wolała nie ryzykować.

Jamie nadal nie dawał znaku życia, choć Clem wysyłała mu kolejne wiadomości, błagając o kontakt. Normalnie nie zrobiłaby czegoś takiego, ale to nie była normalna sytuacja. Gdy Alistair powiedział jej, że według jego informacji para nastolatków przebywa na Francuskiej Riwierze, Clem przypomniała sobie krótkie wakacje z dzieciństwa. Jeden z przyjaciół matki pochodził z wioski oddalonej o pół godziny jazdy od Nicei i jego rodzice mieli letni dom na pobliskich wzgórzach. Clem pamiętała, jak wielką zazdrość wzbudziła w niej myśl, że ktoś posiada nie tylko jeden, ale dwa domy, podczas gdy ona nigdy nie wiedziała, gdzie przyjdzie jej spędzić następną noc. Dla dwunastolatki jeszcze dziwniejsze było to, że rodzice przyjaciela matki używali tego domku tylko kilka razy do roku. Na co dzień doglądał go dozorca, który mieszkał po drugiej stronie drogi.

Parne lipcowe powietrze uderzyło ją w twarz. Podeszła do zaparkowanego przy krawężniku samochodu. Malutkie mieszkanko nie miało własnego miejsca parkingowego, ale jedna ze starszych sąsiadek, która sama już nie prowadziła, pozwoliła jej korzystać ze swojego miejsca. Clem w zamian robiła dla Mavis zakupy i woziła ją do lekarza. W sumie był to dobry układ. Osiemdziesięcioczteroletnia Mavis była bardzo gadatliwa i Clem nie musiała prawie nic mówić, wystarczyło, że od czasu do czasu wtrąciła: „och”, „hm”, „wiem” albo „naprawdę?”.

Zwrócona plecami do domu Mavis, próbowała wcisnąć na tylne siedzenie wypchaną walizkę, która nie mieściła się w bagażniku. Czuła się przy tym tak, jakby próbowała wepchnąć hipopotama do skrzynki na listy. Zaklęła pod nosem i pchnęła jeszcze mocniej.

Za plecami usłyszała dźwięk otwieranych drzwi.

– Wybierasz się na wakacje? – zawołała Mavis.

Clem uśmiechnęła się do niej z wysiłkiem.

– Tylko na parę dni. Miałam zamiar zadzwonić, żeby pani o tym powiedzieć, ale bardzo się spieszę i…

– Dokąd jedziesz?

– Hm… właściwie jeszcze nie wiem.

– Sama?

– Tak.

Mavis uśmiechnęła się promiennie.

– Założę się, że kogoś poznasz. Czuję to w kościach. Letni romans dobrze by ci zrobił. Ja kiedyś przeżyłam coś takiego. Opowiadałam ci o tym? Podczas rejsu po Morzu Śródziemnym. Byłam wtedy…

 

– Przyślę pani kartkę – Clem pchnęła walizkę pupą.

– Ale musisz być ostrożna – ciągnęła Mavis. – Uważaj, żeby nie skradziono ci tożsamości. Mojej przyjaciółce się to zdarzyło. Opowiadałam ci o tym?

Chciałabym, żeby ktoś ukradł moją sąsiadkę, pomyślała Clem, nie przestając się uśmiechać.

– Proszę się nie martwić, będę bardzo ostrożna.

– O, zobacz – powiedziała Mavis. – Idzie tu jakiś przystojny młody człowiek. Pomoże ci z tą walizką.

Jaki przystojny młody człowiek? Przy tej ulicy nie mieszkał żaden przystojny mężczyzna, w każdym razie Clem nigdy tu takiego nie widziała. Pełno tu było staruszek i kotów. Obróciła głowę w prawo i dostrzegła Alistaira Hawthorne’a, który zbliżał się do niej spokojnym krokiem. To niemożliwe, pomyślała.

– Wybierasz się gdzieś?

Nawet jej tyłek nie mógłby zasłonić tej walizki.

– Nie, tylko zabieram brudne rzeczy do pralni.

– Widzę, że masz całe mnóstwo brudnej bielizny.

– Co tu robisz? Zdawało mi się, że miałeś przyjechać po mnie jutro do sklepu.

W jego oczach pojawił się dziwny błysk.

– Pomyślałem, że lepiej wyruszyć wcześniej.

Żołądek zacisnął jej się w supeł. Miała nadzieję, że uda jej się wyjechać samotnie i przeprowadzić własne poszukiwania bez towarzystwa tego mężczyzny, którego ze wszystkich sił starała się unikać.

– Przecież ci powiedziałam, że z tobą nie jadę.

– Właśnie dlatego tu przyszedłem.

Clem popatrzyła na niego ponuro.

– Chyba mnie nie porwiesz? To byłoby przestępstwo.

– Podobnie jak kradzież samochodu i pieniędzy.

Stłumiła panikę. Myśl, powiedziała sobie.

– Skąd wiesz, gdzie ich szukać?

– Parę godzin temu moja siostra przysłała koleżance esemesa z kasyna w Monte Carlo.

Clem zmarszczyła brwi.

– O rany… Ile miała ze sobą pieniędzy? Monte Carlo nie jest dla ubogich turystów.

– Przecież nie wydaje swoich pieniędzy.

– To twój problem, nie mój.

– Nasz problem – poprawił Alistair, nie spuszczając wzroku z jej twarzy.

Clem odwróciła się i znów spojrzała na walizkę, która w połowie wciąż wystawała z samochodu. Odgarnęła włosy z czoła i pchnęła mocno jeszcze raz.

– Pomogę ci.

Stanął za jej plecami i sięgnął ręką do uchwytu walizki. Próbowała się odsunąć, ale była uwięziona między jego ramionami.

– Czy to twój nowy chłopak? – zawołała Mavis tak głośno, że z pewnością usłyszeli ją wszyscy sąsiedzi.

Clem przeskoczyła nad długą nogą Alistaira i złapała oddech.

– Nie, to po prostu dawny znajomy.

– Nie oszukasz mnie – uśmiechnęła się Mavis. – Rumienisz się jak nastolatka na pierwszej randce. Najwyższa pora, żebyś wreszcie znalazła sobie jakiegoś miłego chłopaka. Jak długo już jesteś sama? Dwa lata? Trzy?

Cztery. Clem nie odważyła się spojrzeć na Alistaira, wyczuwała jednak jego szyderczy uśmiech.

– To nie to, co pani myśli, Mavis. On jest dla mnie jak brat. Nasi rodzice byli kiedyś w związku.

Pierś Alistaira otarła się o jej plecy. Oparł dłonie na jej ramionach i uścisnął je lekko.

– Daj spokój, skarbie. Przyznaj, że zawsze trochę się we mnie podkochiwałaś.

To była absolutna nieprawda. No cóż, może była taka chwila, kiedy spotkała go po raz pierwszy. Zaczerwieniła się wtedy po uszy i w jej oczach błysnęły gwiazdy. Trwało to nie dłużej niż dwie sekundy, ale on oczywiście musiał jej o tym przypomnieć.

Nadepnęła na jego stopę i mocno nacisnęła, żałując, że ma na nogach baletki, a nie wysokie szpilki. Nawet się nie skrzywił.

– Zabiję cię – powiedziała cicho, wgniatając piętę w jego stopę.

Pochylił głowę i potarł jej szyję jednodniowym zarostem. Jego oddech pachniał miętą i dobrą kawą.

– Ja też cię zabiję. Bardzo powoli – odrzekł niskim, głębokim głosem.

Mavis klasnęła w dłonie jak dobra wróżka zadowolona z rzuconego czaru.

– Bawcie się dobrze, gołąbki. I nie róbcie nic, czego ja sama bym nie zrobiła.

Clem wysunęła się z ramion Alistaira.

– Wydaje ci się, że wygrałeś, tak?

– Wsiadaj do samochodu – rzekł z determinacją.

Miała ochotę wyładować na nim wściekłość, która aż w niej kipiała, ale nie chciała robić sceny w obecności wścibskiej sąsiadki, toteż wsunęła się na fotel pasażera i uśmiechała sztucznie, dopóki Mavis nie znikła z pola widzenia.

– Jeśli sądzisz, że kiedykolwiek jeszcze się do ciebie odezwę, to bardzo się mylisz – oświadczyła w końcu. – Nigdy w życiu nie spotkałam bardziej nieznośnego dyktatora. A co do tego, że kiedyś byłam w tobie zakochana, chyba żartujesz. Jesteś ostatnim mężczyzną na świecie, jaki mógłby mnie zainteresować. Nienawidziłam cię dziesięć lat temu i teraz też cię nienawidzę. Jesteś sztywnym snobem, któremu się wydaje, że może rozstawiać ludzi po kątach jak marionetki. Ale ze mną to się nie uda.

Przejechali w milczeniu trzy przecznice i w końcu Clem zerknęła na niego z ukosa.

– Nic nie odpowiesz?

Popatrzył na nią ironicznie.

– Zdawało mi się, że masz się do mnie nie odzywać?

Zacisnęła usta i znów wpatrzyła się w przednią szybę. Po kolejnych czterech przecznicach zapytała:

– Dokąd jedziemy?

– Na lotnisko. Zarezerwowałem bilety.

– Byłeś taki pewny, że z tobą polecę?

– Ależ naturalnie – uśmiechnął się lekko.

Nie podobał jej się ten pewny siebie ton.

– A co sobie pomyśli twoja dziewczyna, gdy się dowie, że poleciałeś ze mną do Francji?

– Nie jestem w tej chwili w żadnym związku.

– A kiedy skończyłeś ostatni?

Spojrzał na nią z ukosa.

– A dlaczego chcesz to wiedzieć? Masz zamiar zastąpić tamtą dziewczynę?

– Jeszcze czego! – zaśmiała się szyderczo.

Znów zapadło milczenie.

– A ty? – zapytał w końcu Alistair. – Czy mam wypatrywać zazdrosnego kochanka, który będzie mnie ścigał z kijem bejsbolowym?

Przez chwilę zastanawiała się, czy nie wymyślić sobie chłopaka – przyzwoitego i godnego szacunku, takiego, który gotów byłby jej bronić i zrobić wszystko, o czym marzyła. Nie miała ochoty przyznawać, że jest sama. Wszyscy jej rówieśnicy doskonale się bawili, tymczasem dla niej najlepszą rozrywką stała się ostatnio wielka tabliczka czekolady i dobra książka.

– Cenię sobie własną niezależność. Nie muszę się dopasowywać do niczyjego rozkładu zajęć, czekać na telefon ani nudzić się w weekendy, oglądając mecze i walcząc o pilota od telewizora. Cudowny stan.

Kąciki ust Alistaira uniosły się lekko.

– No tak, oczywiście.

– Mieszkałeś kiedyś z kimś?

– Nie. Ja też cenię sobie własną niezależność.

– Więc gdzie mieszkała Harriet?

– Ze mną. Ale od najbliższego semestru zapisałem ją do szkoły z internatem.

Clem pomyślała, że być może właśnie to sprowokowało ucieczkę nastolatki. Czy poczuła się odsunięta na bok? Z pewnością tak, skoro jej matka wyjechała z nowym kochankiem. Biedna Harriet pewnie rozpaczliwie szukała jakiegoś miejsca, w którym czułaby się chciana. Szkoda tylko, że trafiła na brata Clem. Jamie nie był wystarczająco dojrzały, żeby zająć się sobą, nie wspominając o dziewczynie.

– I co ona na to?

– To jeszcze dziecko. Nie dałem jej wyboru. To będzie dla niej najlepsze – odpowiedział tonem sierżanta w wojsku.

Nic dziwnego, że uciekła.

– Może powinieneś wcześniej z nią o tym porozmawiać? – zasugerowała Clem. – Wiesz, tak jak się robi w rodzinie.

Spojrzenie Alistaira zionęło chłodem.

– Ona nie jest moją rodziną. Nic nas nie łączy, ale przecież nie mogłem jej wyrzucić na ulicę.

– Dlaczego nie zostawiłeś jej z ojcem?

Milczenie trwało o kilka sekund za długo.

– To nie wchodziło w grę – odrzekł wreszcie Alistair.

Clem nigdy nie lubiła jego ojca. Jak mogłaby żywić ciepłe uczucia do człowieka, który porzucił śmiertelnie chorą żonę, żeby romansować z inną kobietą? Lionel Hawthorne był samolubnym uwodzicielem. Zrozumiała to od samego początku i żadna ilość prezentów ani pieniędzy nie mogła wpłynąć na zmianę jej opinii. Ale czy Alistair sugerował, że jego ojciec był jeszcze gorszy, niż podejrzewała?

– Nie ma jakichś innych krewnych? Jakiś ciotek, wujów czy dziadków?

– Nie ma nikogo oprócz matki. Ale matka się nie liczy. – Jego cyniczny ton świadczył o tym, że próbował już tej drogi i niczego nie wskórał.

– Gdzie jest jej matka?

Palce Alistaira zacisnęły się na kierownicy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?