Szpitalny romans

Tekst
Z serii: Medical
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Melanie Milburne
Szpitalny romans

Tłumaczenie:

Iza Kwiatkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dostrzegła go pierwsza. Wychodził akurat ze sklepu kilka budynków dalej od domu, w którym wynajmowała niewielkie mieszkanko. Szedł w zacinającym deszczu z lekko pochyloną głową i ściągniętymi brwiami. Na jego widok serce jej zadrżało, wróciły wspomnienia. Dopiero na dźwięk własnego głosu zorientowała się, że mówi.

– Lucas…?

Gdy stanął i podniósł wzrok, zrobiło się jej przykro, bo w jego oczach wyczytała bezbrzeżny smutek.

– Molly… – odezwał się niespiesznie.

Po raz ostatni słyszała ten głos dziesięć lat wcześniej. Przebywając tak długo w Anglii, Lucas w dużej mierze wyzbył się australijskiego akcentu, ale jego głos zachował aksamitny niski ton, przyprawiając ją o lekki dreszczyk. Wpatrywała się w niego z zachwytem, jakby chciała się upewnić, że to naprawdę on.

Jego rysy – tak znajome – wydały się jej jednocześnie trochę inne; wokół oczu dostrzegła drobne zmarszczki, a w nadal gęstych i lśniących włosach jaśniały srebrzyste pasemka. Nie był też tak ogorzały i opalony jak ojciec i bracia, których spotykała na ich rodzinnej farmie w Australii.

Jego wysoka i szczupła sylwetka sugerowała, że przedkłada dbałość o kondycję nad wylegiwanie się na kanapie, ale sine kręgi pod oczami dowodziły, że nie uwolnił się od przeszłości.

– Zastanawiałam się, kiedy na ciebie wpadnę – powiedziała, by przerwać przykre milczenie. – Pewnie wiesz od Neila albo Iana, że zamierzam przez trzy miesiące pracować w Świętym Patryku.

Omiótł ją nieprzeniknionym spojrzeniem.

– Tak, napomknęli, że wybierasz się do Anglii. Za swoim chłopakiem.

Zaczerwieniła się. Do tej pory nie mogła się zdecydować, jaki charakter ma jej zażyłość z Simonem Westburym. Przez lata łączyła ich koleżeńska przyjaźń, ale kiedy Simon zerwał z Sereną, weszli w nieformalny układ. Wygodny, ale chyba nie do końca ją satysfakcjonujący.

– Jesteśmy parą – przyznała – ale to nic poważnego. Simon robi tu specjalizację z chirurgii plastycznej, więc pomyślałam, że dobrze będzie mieć kogoś znajomego w Anglii, zwłaszcza że to mój pierwszy zagraniczny wypad.

– Gdzie teraz mieszkasz?

– O, tam. – Wskazała na wiktoriańską kamienicę, która czas świetności miała już za sobą. – Zależało mi na mieszkaniu w pobliżu szpitala. Okazuje się, że wielu pracowników szpitala też wynajmuje tam mieszkania.

Nieznacznie kiwnął głową.

Przestępując z nogi na nogę, Molly skubała pasek torebki przewieszonej przez ramię.

– Hm… Masz pozdrowienia od mojej mamy.

Uniósł brwi, przyglądając się jej. Badawczo, cynicznie czy z powątpiewaniem?

– Naprawdę?

Na chwilę odwróciła wzrok, by popatrzeć na sine chmury nad szeregiem szarych budynków. Wielka odmiana po bezkresnym błękicie i oślepiającym blasku australijskiego słońca.

– Pewnie też wiesz, że mój ojciec ponownie się ożenił… – Nie doczekawszy się reakcji z jego strony, popatrzyła na niego. – Crystal, jego nowa żona, za dwa miesiące urodzi mu dziecko.

– Co czujesz na myśl, że będziesz miała przyrodnie rodzeństwo? – zapytał.

– Cieszę się – odparła z promiennym uśmiechem. – Będzie kogo rozpieszczać, a ja kocham małe dzieci. Po powrocie do Australii na pewno będę się zgłaszać, żeby z nim posiedzieć, jak będą chcieli gdzieś wyjść.

Nie spuszczał z niej wzroku. Domyśla się, jak bardzo jest jej przykro, że ojciec próbuje nowym dzieckiem zastąpić sobie Matta? I jakie ona ma wyrzuty sumienia, że jest jej przykro? Matt był ukochanym pierworodnym synem oraz spadkobiercą, więc od samego początku żyła w jego cieniu. Z poczuciem, że nie jest wystarczająco dobra, mądra. Że jest za mało kochana. Gdy przyjdzie na świat nowe dziecko, już w ogóle nie będzie ojcu potrzebna.

– Znalazłaś się bardzo daleko od domu – zauważył.

Lucas uważa, że może ją to przerosnąć? Nadal ma ją za tyczkowatą piegowatą małolatę, która chodziła za nim niczym mały piesek?

– Dam sobie radę. – Dumnie uniosła głowę. – Nie zauważyłeś, że już nie jestem dzieckiem, że dorosłam?

Omiótł ją spojrzeniem pełnym aprobaty, aż zrobiło jej się gorąco.

– To prawda – przyznał.

Utkwiła wzrok w jego wargach. Pełnych i zmysłowych. Ciekawe, kiedy ostatni raz się uśmiechały. Albo kogoś całowały. Jak by to było, gdyby ją pocałował?

Patrząc mu w oczy, obiecała sobie trzymać się ścieżki profesjonalizmu, skoro mają pracować na tym samym oddziale. Koledzy i koleżanki nie muszą wiedzieć o tragedii, która ich łączy.

– Hm… Pewnie spotkamy się w szpitalu – powiedziała.

– Uhm.

Pożegnała go wymuszonym uśmiechem, ale nie uszła dwóch kroków, jak się odezwał.

– Molly…

Powoli się odwróciła. Chyba jeszcze bardziej zaciska zęby, pomyślała.

– Słucham.

– Może jeszcze nie wiesz, ale od wczoraj jestem nowym ordynatorem intensywnej opieki, bo Brian Yates nieoczekiwanie zrezygnował z powodu złego stanu zdrowia.

Mocniej otuliła się płaszczem. Lucas Banning ma być jej przełożonym?! To dużo zmienia. Jej pierwsza praca za granicą może być zagrożona, jeśli Lucas uzna, że nie zechce jej w zespole. Bo dlaczego miałby chcieć?

Przecież ona jest żyjącym przypomnieniem największego błędu, jaki w życiu popełnił.

– Nie, nikt mnie o tym nie informował.

– Uważasz, że to duży problem? – zapytał, przeszywając ją wzrokiem.

– Niby dlaczego?

– Na tym oddziale pracuje się na najwyższych obrotach, więc nie życzę sobie w zespole emocji, które mogłyby się odbić negatywnie na leczeniu pacjentów.

Poczuła się dotknięta, że wątpi w jej profesjonalizm i obawia się, że przeszłość przesłoni jej starania o dobro pacjentów. Ostatnio rzadko mówiła o Macie. Mimo że już tyle lat spędziła pogrążona w smutku, rozmawianie o nim nieodmiennie przywoływało tragiczne wspomnienia, a wraz z nimi rozdzierający ból, poczucie straty oraz winy. Większość koleżanek na uniwersytecie nawet nie wiedziała, że kiedyś miała brata.

– Nie mam w zwyczaju obnosić się w pracy ze swoimi problemami osobistymi – odparła.

– Okej. Widzimy się jutro rano. Tylko się nie spóźnij.

Z zaciśniętymi wargami patrzyła, jak odchodzi. Zrobi wszystko, by znaleźć się na oddziale jeszcze przed nim.

Gdy rano wpadła zadyszana na oddział, Lucas wymownie spojrzał na zawieszony na ścianie zegar.

– Molly Drummond, twój dyżur się zaczął godzinę temu – syknął, rzucając na biurko dokumenty pacjenta.

– Przepraszam – wysapała. – Próbowałam zadzwonić, ale nie mam w komórce tutejszego kodu. Ciągle jeszcze mam australijskiego operatora.

– Co cię zatrzymało? – Przyglądał się jej zaróżowionym policzkom i włosom w nieładzie. – Narzeczony nie dał ci zasnąć wieczorem czy rano podał ci śniadanie do łóżka?

– Ani jedno, ani drugie – żachnęła się. – Szłam już do szpitala, ale natknęłam się na kota, którego potrącił samochód. Nie mogłam go tak zostawić, bo miał złamaną nogę. Zaniosłam go do najbliższej kliniki dla zwierząt, ale musiałam czekać, aż zjawi się weterynarz.

Czuł, że powinien ją przeprosić za swą napaść, ale jednocześnie chciał zachować profesjonalny dystans. Dlaczego w całym Londynie, ba, w całej Anglii, wybrała akurat jego szpital? Przez dziesięć lat udawało mu się o tym nie myśleć, ale nie zapomnieć, nie, nigdy o tym nie zapomni, i żyć dalej, starając się zmieniać świat na lepszy.

Ratować życie ludzkie, a nie je niweczyć.

Molly Drummond postawiła jego dotychczasowy świat na głowie. Dopiero niedawno dowiedział się, że zamierza podjąć tu pracę, ale był przekonany, że nie będzie miał z nią bezpośredniej styczności. Chciał objąć funkcję ordynatora oddziału za rok, gdy Brian Yates oficjalnie przejdzie na emeryturę, ale u Briana zdiagnozowano śmiertelną chorobę, więc okoliczności zmusiły go do przedwczesnego przejęcia steru. A co za tym idzie, spotykania Molly dzień w dzień. Nie byłoby najmniejszego problemu, gdyby była jednym z młodszych lekarzy, którzy często przewijają się przez oddział.

Ale ona nie jest byle jakim młodszym lekarzem.

Już nie jest słodką piegowatą dziewczynką, ale piękną młodą kobietą o subtelnej urodzie, która tak go zaskoczyła, gdy poprzedniego dnia spotkał ją na ulicy.

Dosłownie go zatkało, kiedy na nią spojrzał. Szaroniebieskie oczy, które ciemnieją lub jaśnieją w zależności od nastroju; jasna karnacja, wydatne kości policzkowe nadające jej dumny królewski wygląd, proporcjonalny piegowaty nosek. Zniewalająca uroda. A do tego szczupła sylwetka, długie nogi i wąskie ramiona.

Nie mógł przestać sobie wyobrażać, że trzyma ją w objęciach. Owszem, miał na swoim koncie niejedną przygodę miłosną, może nie aż tyle, ile niektórzy jego rówieśnicy, ale nie za bardzo lubił się spoufalać. Więc za wszelką cenę nie wolno mu się spoufalać z Molly.

– Nie mam czasu oprowadzić cię po oddziale – oznajmił, odsuwając jak najdalej nieprzystojne myśli – ale sama szybko się zorientujesz. Mamy dwadzieścia łóżek, w tej chwili wszystkie zajęte. Naszą sekretarką oddziałową jest Emily Hunter. Sue Ling i Alim Pashar robią u nas specjalizację i to oni zapoznają cię ze wszystkimi przypadkami. Życzę udanego dnia. – Lekko skinąwszy głową, wyszedł z pokoju.

– Doktor Drummond? – Odwróciwszy się, Molly zobaczyła zbliżającą się w jej stronę kobietę w średnim wieku. – Przepraszam, że to nie ja panią przywitałam – powiedziała, uśmiechając się ciepło – ale mamy dzisiaj prawdziwe urwanie głowy. – Podała Molly rękę. – Emily Hunter – przedstawiła się.

 

– Bardzo mi miło.

– Od dwóch dni zmagamy się z chaosem – wyjaśniła. – Doktor Banning mówił pani o doktorze Yatesie? – Nie czekała na odpowiedź. – Bardzo przykra sprawa. Zamierzał w przyszłym roku odejść na emeryturę, a tu nagle odesłano go do domu.

– Współczuję.

– Niedawno urodził mu się pierwszy wnuk. – Emily potrząsnęła głową. – Los nie jest sprawiedliwy, ech…

– Niestety, nie jest.

Emily wsunęła do szuflady kartę pacjenta porzuconą przez Lucasa, po czym znowu zwróciła się do Molly.

– Pokażę pani oddział. Pani przyleciała z Australii, tak? Z Sydney?

– Tak, z Australii, ale wychowywałam się na wsi.

– Jak nasz Lucas?

– Prawdę mówiąc, pochodzimy z tego samego miasteczka w Nowej Południowej Walii.

– Naprawdę? – zdumiała się Emily. – Co za zbieg okoliczności. To znaczy, że się znacie.

Przez chwilę Molly się zastanawiała, czy należy wspomnieć o tym, co ich łączy.

– Raczej nie. Nie widziałam go wiele lat. Przeniósł się do Anglii, jak miałam siedemnaście lat. Kontakt się urwał.

– Nasz Lucas to taki trochę czarny koń. – Emily rzuciła jej konspiratorskie spojrzenie. – Trzyma się z dala od innych. Nikt nic nie wie o jego życiu prywatnym, bo bardzo starannie oddziela je od pracy.

– Może i słusznie.

Wpuszczając ją do przebieralni dla personelu, Emily ciężko westchnęła.

– Jest tu tyle kobiet, które wszystko by oddały za jedną noc z Lucasem… Nie uważa pani, że to grzech być tak przystojnym?

– Hm.

– Ma takie łagodne i mądre spojrzenie. Pacjenci go uwielbiają. Ich krewni też, bo jest cierpliwy i traktuje ich jak rodzinę. A w dzisiejszych czasach to rzadkość. Wszyscy strasznie się spieszą, żeby piąć się po drabinie awansu. Lucas Banning jest lekarzem z prawdziwego zdarzenia. To od razu rzuca się w oczy.

– Myślę, że kiedyś zamierzał raczej siać pszenicę i hodować owce, jak ojciec i dziadek.

– Rozmawiamy o tym samym człowieku? – zdumiała się Emily.

– Już mówiłam, że wiem o nim niewiele – zastrzegła się pospiesznie Molly.

Emily wskazała drzwi po prawej stronie.

– To jest przebieralnia damska, łazienka i szafki, a pokój dla personelu dalej, po lewej stronie. – Zawróciła do biura. – Jest pani u nas na trzy miesiące?

– Tak. Pierwszy raz jestem za granicą. Jak znalazłam waszą ofertę, od razu na nią odpowiedziałam, żeby się nie rozmyślić.

– To najlepszy wiek na takie decyzje – orzekła Emily. – Zanim się człowiek ustatkuje, powinien zaspokoić chęć podróżowania. Bo kiedy przyjdą dzieci, to już nikogo na to nie stać. Niech mi pani uwierzy. Zedrą z człowieka ostatnią koszulę.

– Ile pani ma dzieci?

– Czterech chłopaków. – Emily wzniosła wzrok ku niebu. – Pięciu, licząc męża. Z aktualnymi przypadkami zapozna panią któryś ze stażystów, bo ja muszę wracać za biurko.

Obchód pacjentów w towarzystwie Su Ling w celu poznania historii ich choroby zajął jej godzinę. Pod sam koniec dołączył do nich Lucas.

Dwudziestodwuletnia Claire Mitchell doznała uszkodzenia rdzenia kręgowego oraz poważnego urazu głowy na skutek upadku z konia podczas zawodów jeździeckich. Od miesiąca utrzymywano ją w śpiączce farmakologicznej. Za każdym razem, kiedy podejmowano próbę odstawienia leków, ciśnienie śródczaszkowe rosło w zawrotnym tempie. Najnowsze zdjęcia wykazały ustępującego krwiaka śródczaszkowego oraz utrzymujący się obrzęk mózgu. Molly miała okazję przysłuchiwać się rozmowie Lucasa z rodzicami Claire.

– Nie mogę przestać myśleć, że ona umrze – wykrztusiła matka.

– Do tej pory żyje – odparł Lucas. – Na nowych zdjęciach widać oznaki poprawy. Obawiam się jednak, że nadal nie pozostaje nam nic innego jak czekać, co będzie dalej. Ale proszę nie przestawać do niej mówić.

– Doktorze, nie wiem, jak mamy panu dziękować – odezwał się ojciec. – Kiedy sobie przypomnę, w jak złym stanie była tydzień temu…

– Uważam, że już wyszła z najgłębszego kryzysu – powiedział Lucas. – Proszę się starać myśleć pozytywnie. Gdyby coś się zmieniło, natychmiast państwa zawiadomimy.

– Doktorze, czy możemy porozmawiać? – zapytała Molly, gdy państwo Mitchell skupili się na córce. – W cztery oczy?

Ściągnął brwi, jakby mu to nie odpowiadało.

– Mój gabinet jest ostatni po lewej stronie. Przyjdę za dziesięć minut, bo muszę jeszcze wypisać leki dla pana Hylanda, łóżko czwarte.

Przystanęła przed uchylonymi drzwiami z tabliczką „Doktor Banning”. Zerknęła do środka, a że w pokoju nikogo nie było, weszła do gabinetu.

Wnętrze niczym się nie różniło od większości takich pokoi w szpitalach nękanych brakiem funduszy: sfatygowane biurko, fotel z rozdartym plastikiem na oparciu, krzywy metalowy regał na dokumenty upchnięty między oknem i niską półką zawaloną pismami oraz podręcznikami medycznymi. Na biurku zaścielonym papierami komputer. Zorganizowany bałagan, pomyślała.

Nad regałem na dokumenty blisko małego okienka z widokiem na ponury szary świat dostrzegła cyfrową fotoramkę. Włączyła ją, by obejrzeć zdjęcia. Z zapartym tchem oglądała skąpane w australijskim słońcu okazałe domostwo oraz farmę Banningów. Wysokie poskręcane eukaliptusy, błękitne niebo, zagrody dla zwierząt, kwieciste łąki, potok Carboola przecinający farmę błyskawicznie przeniosły ją w rodzinne strony. Niemal słyszała krakanie wron i skrzeczenie srok.

Jeszcze siedem lat temu, przed rozwodem, jej rodzice gospodarowali na posiadłości Drummond Downs, od sześciu pokoleń w jej rodzinie. Zanosiło się na siódmą generację, ale śmierć Matta wszystko zmieniła.

Ojciec nie poradził sobie z rozpaczą po stracie jedynego syna, a matka z jego gniewem i emocjonalną oschłością. Posiadłość stopniowo podupadała, a po dwóch latach nieurodzaju trzeba było zacząć wyprzedawać ziemię, żeby zadowolić bank. Mimo to długi doprowadziły rodziców na skraj bankructwa.

Odrzucili wszystkie propozycje pomocy, nawet od Billa i Jane Banningów, rodziców Lucasa, bo ojciec był zbyt dumny, by zaakceptować czyjąkolwiek pomoc, a zwłaszcza ze strony rodziców chłopaka odpowiedzialnego za śmierć ich syna. Drummond Downs sprzedano zagranicznemu inwestorowi, a rok później rodzice wzięli rozwód.

Wyłączając z ciężkim sercem ten pokaz, znieruchomiała na moment.

– Ja… tylko… oglądałam zdjęcia.

Lucas zamknął drzwi, ale nie podszedł do biurka. Przyglądając mu się, pomyślała, że bardzo stara się ukryć za maską obojętności.

– Neil mi je przysyła.

– Bardzo dobre. Profesjonalne.

Na moment wzrok mu pociemniał.

– Marzyło mu się zostać zawodowym fotografem. Ale jak sama wiesz… nie wyszło.

Ze współczuciem pomyślała o Neilu, który teraz pracuje na farmie, zamiast podróżować po świecie, robiąc to, co lubi najbardziej. Tylu ludzi ucierpiało z powodu śmierci jej brata…

Śmierć Matta odbiła się szerokim echem wśród miejscowych. Kiedy Lucas opuścił rodzinne gniazdo, jego miejsce na farmie u boku ojca zajął młodszy Neil, wyrzekając się swoich marzeń. Syn pierworodny nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań. Jego sytuacja w skłóconym małostkowym środowisku sprawiła, że nie mógł zostać, by jak ojciec i dziad pracować na farmie.

– To nie była twoja wina – wyrwało się jej niemal bezwiednie.

Dopiero teraz, gdy powiedziała to na głos, zdała sobie sprawę, że szczerze w to wierzy. Nigdy go nie obwiniała, ale dorastała wśród ludzi, dla których prawda była inna. Studia medyczne oraz praca lekarza pomogły jej zrozumieć, że wypadki czasami się zdarzają. Nikt nie ponosił tu winy. Gdyby to Matt prowadził, jak było jeszcze kilkanaście minut przed tym, nim kangur wyskoczył im przed maskę, to jemu przypadłaby rola wygnańca.

– Czyżby? – Wyminął ją, kierując się do biurka. Szedł tak sztywno, że zauważyła napięte pod koszulą mięśnie ramion.

– Lucas, to był wypadek. Ty to wiesz. I takie było orzeczenie koronera. Równie dobrze Matt mógł siedzieć za kierownicą. Chciałbyś, żeby do końca dźwigał brzemię winy?

Obrzucił ją lodowatym spojrzeniem.

– O czym chciałaś ze mną rozmawiać?

Z bezradności ręce jej opadły.

– Wygadałam się przed Emily, że się znamy. Jeszcze z Australii.

– Rozumiem.

– Nie wspomniałam o wypadku. Powiedziałam tylko, że pochodzimy z tego samego miasteczka.

Maska na jego twarzy ani drgnęła.

– Po co tu przyjechałaś? Dlaczego do tego szpitala?

Próbowała ukryć to nawet przed sobą. Dlaczego od lat ciągnęło ją tam, gdzie pracował? Dlaczego zignorowała inne, lepsze oferty tylko po to, by pracować razem z nim choć przez trzy miesiące? Bo tak należało. Nawet matka przyznała jej rację, gdy jej się zwierzyła z tych planów. Powiedziała, że muszą zacząć nowe życie, wyjść z cienia przeszłości i pozwolić Mattowi odpoczywać w pokoju.

– Szukałam pracy za granicą, ale większość ofert dotyczyła roku albo dłużej. Nie byłam pewna, czy wytrzymam tak długo daleko od swoich. Ten szpital wydał mi się idealny na początek. Cieszy się bardzo dobrą opinią.

Lucas stanął za biurkiem z dłońmi na biodrach w pozycji mówiącej „trzymaj się ode mnie z daleka”.

– Już dziesięć lat staram się uwolnić od przeszłości – powiedział. – Teraz tutaj jest moje życie i nie chcę zaburzać tej odrobiny spokoju, jaką z trudem udało mi się wypracować.

– Nie znalazłam się tutaj, żeby niszczyć twój spokój, życie albo karierę. Chciałam uwolnić się od rodziny. Rodzice nie potrafią się dogadać, zwłaszcza od kiedy się okazało, że Crystal jest w ciąży. Czułam, że muszę od nich wszystkich odpocząć.

– I przeniosłaś się do jaskini lwa – zauważył ponuro. – Rodzice się nie obawiają, że i tobie zmarnuję życie?

Zamilkła na dłuższą chwilę, bo ojciec stale to powtarzał, ilekroć podnosiła temat wyjazdu do pracy w Londynie.

– Chcesz, żebym zrezygnowała?

Ściągnął brwi i przegarnął włosy palcami.

– Nie. – Westchnął. – Brakuje nam personelu. Szukanie kogoś na twoje miejsce zajęłoby nam kilka tygodni.

– Mogę pracować na innych dyżurach niż ty.

– Nie trzeba. Ludzie zaczęliby zadawać pytania…

– Lucas, nie chcę przysparzać ci problemów.

Na moment zatrzymał na niej wzrok.

– Zobaczymy się na oddziale. Muszę zadzwonić do rodziny pacjenta.

Gdy zamykała drzwi, a on sięgał po telefon, nie umknęły jej uwadze jego ściągnięte brwi.

ROZDZIAŁ DRUGI

Lucas wraz z pielęgniarką Kate Harrison przeglądał wyniki badania krwi, gdy następnego dnia Molly weszła na OIOM. Jej perfumy z letnią nutą pachnącego groszku i… niewinności owiały go już od progu. Tego ponurego poranka wyglądała szałowo w balerinkach, czarnych legginsach, białej bluzce i długim szarym rozpinanym swetrze, praktycznie bez makijażu, z włosami związanymi w koński ogon.

– Dzień dobry. – Uśmiechnęła się nieśmiało.

– Dzień dobry – przywitał ją. – Kate, miej oko na poziom leukocytów oraz białko C-reaktywne tej pacjentki. I zawiadom mnie, jeśli coś się zmieni.

– Zadzwonię, jak tylko przyjdą nowe wyniki – obiecała pielęgniarka, po czym zwróciła się do Molly. – Cześć, jestem Kate Harrison. Słyszałam, że pochodzi pani z tego samego miasteczka co doktor Banning.

Molly rzuciła Lucasowi niepewne spojrzenie.

– Hmm… tak.

– Znalazłam je na mapie w internecie – mówiła Kate. – Byliście sąsiadami?

– Można tak powiedzieć. Banningowie byli naszymi sąsiadami, ale nasze farmy dzieliło co najmniej dziesięć kilometrów.

– Szkoda, że moi nie są tak daleko – westchnęła Kate. – Zwłaszcza kiedy puszczają głośną muzykę albo urządzają nocne balangi. Witamy panią doktor na pokładzie.

– Mów mi Molly.

– Może masz ochotę dołączyć do naszego nieformalnego klubu? Spotykamy się po pracy. To dobry sposób, żeby poznać ludzi z innych oddziałów. Nikt się do tego nie przyzna, ale stało się to naszą szpitalną giełdą matrymonialną. Mamy na swoim koncie już dwa śluby oraz półtora niemowlaka.

– Doktor Drummond ma narzeczonego – mruknął Lucas, otwierając szufladę z kartami pacjentów.

– Ciekawa propozycja – stwierdziła Molly, strofując go spojrzeniem. – Nie znam tu nikogo poza Simonem.

– Super! – ucieszyła się Kate – Przyślę ci mejlem zaproszenie. W nadchodzącym tygodniu wybieramy się do kina.

Lucas odczekał, aż Kate wyjdzie.

– Radziłbym zachować ostrożność w tych kontaktach. Nie wszyscy koledzy Kate mają uczciwe zamiary.

– Nie potrzebuję opiekuna – żachnęła się.

 

– Z tego, co wiem o twoim chirurgu plastycznym, to chyba nie jest w twoim typie.

Wysoko uniosła brwi.

– A ty skąd wiesz, kto jest w moim typie?

Wzruszył ramionami.

– To tylko moje spostrzeżenie.

– Więc lepiej trzymaj je dla siebie. Sama potrafię pokierować swoim życiem prywatnym. – Spiorunowała go wzrokiem. – Przynajmniej je mam.

– To, że trzymam swoje życie prywatne z dala od szpitalnych korytarzy, nie oznacza, że go nie mam!

Do pokoju weszła Emily.

– Co ja słyszę? – zapytała. – Co tu się dzieje?

– Nic – odpowiedzieli zgodnym chórem.

Sekretarka uniosła pytająco brwi.

– Wydawało mi się, że znacie się od najmłodszych lat.

– Przepraszam. – Molly ruszyła do drzwi.

– Co jest grane między wami? – dopytywała się Emily.

– Nic – bąknął Lucas.

– Nie opowiadaj mi bajek. Widziałam, że mało cię nie zabiła wzrokiem. Nie jesteś okrutnym szefem. Czym ją tak zdenerwowałeś?

– Niczym.

Sekretarka splotła ramiona na piersi.

– Dwa razy zaprzeczyłeś, a według mnie to oznacza, że coś jest na rzeczy. Może nie powinnam tego mówić, ale odnoszę wrażenie, że nie w smak ci jej obecność na oddziale.

Nie życzył sobie, by ktoś roztrząsał jego dawne związki z Molly. Nie chciał o tym rozmawiać. Z emocjonalnym chaosem związanym ze śmiercią Matta wolał borykać się w domu. Nie w pracy, gdzie musi mieć jasną głowę, gdzie nie będą go nękać zmory przeszłości.

– Doktor Drummond ma wysokie kwalifikacje i bez wątpienia stanie się cennym nabytkiem dla szpitala. Wszyscy nowi pracownicy – mówił – potrzebują trochę czasu, żeby się zaaklimatyzować. Taka przeprowadzka do innego szpitala to duża zmiana, a co dopiero na innym kontynencie.

– Ona ma urodę dziewczyny z sąsiedztwa, prawda?

Wzruszył ramionami.

– Możliwe. Chyba.

Emily uśmiechnęła się znacząco.

– O takiej dziewczynie marzy większość kobiet, które mają synów, nie sądzisz?

Lucas zamknął szufladę.

– Na pewno nie moja matka.

Kilka dni później wracał ze szpitala do domu, kiedy w pewnej chwili zauważył Molly, która szła, dźwigając karton z powycinanymi otworami. Przez kilka dni udało mu się spotykać ją wyłącznie na oddziale, gdzie ich kontakt ograniczał się do kwestii zawodowych. Teraz jednak, gdy podszedł bliżej, dostrzegł, że jest zdenerwowana i zmartwiona.

– Co się stało? – zapytał, gdy się zatrzymała.

Zorientował się, że płakała.

– Nie wiem, co robić. Zarządca w mojej kamienicy się nie zgodził, żebym trzymała kota. Zagroził, że wystawi mnie na bruk, jak się Puszka nie pozbędę.

– Puszka?

Wskazała na karton.

– To ten kot potrącony przez samochód, przez którego spóźniłam się pierwszego dnia. Musiałam go przygarnąć, bo inaczej weterynarz wysłałby go do schroniska albo musiał go uśpić, gdyby nikt nie chciał go wziąć.

– Właściciel się po niego nie zgłosił?

– On chyba nie ma właściciela, a przynajmniej nie udało się nam go znaleźć. Nie ma ani obróżki, ani mikroczipa. Ma dopiero około siedmiu miesięcy.

– Co chcesz z nim zrobić?

Spojrzała na niego błagalnie.

– Jedna z pielęgniarek mi powiedziała, że mieszkasz sam w dużym domu. I że masz ogród. Powiedziała, że…

Uniósł do góry dłonie w obronnym geście.

– O, nie. Nie ma mowy. Nie zgadzam się, żeby jakiś zapchlony sierściuch ostrzył sobie pazury na moich dywanach albo meblach.

– Tylko na kilka dni. – Wpatrywała się w niego. – Znajdę inne mieszkanie. Takie, w którym można mieć kota. Proszę…

Czuł, jak jego postanowienie słabnie. Czy można się oprzeć istocie tak słodkiej i bezradnej?

– Nie lubię kotów – mruknął. – Kicham przez nie.

– Ale to taka rasa, która nie wywołuje reakcji alergicznych – przekonywała. – Prawdopodobnie kosztował fortunę, a my mamy go za darmo. No, może nie całkiem za darmo… – Przygryzła wargę. – Rachunek za weterynarza był astronomiczny.

– Nie chcę kota.

– To nie jest twój kot, ty tylko się nim zaopiekujesz.

Wzdychając ciężko, wziął od niej karton, ale nim to się stało, musnął palcami jej dłoń. Ten przelotny kontakt sprawił, że jego przebiegł dreszcz, a jej oczy zalśniły, jakby i ona to poczuła. Odsunęła się, odgarniając z czoła kosmyk włosów.

– Nie wiem, jak ci się odwdzięczę…

– Mój dom jest tam – mruknął.

Znalazła się w rozległym holu czterokondygnacyjnego pałacu Lucasa, skąd prowadziły drzwi do licznych pokoi. Była tam nawet sala balowa z widokiem na ogród oraz ogród zimowy. W takim domu bez trudu pomieściłaby się trzypokoleniowa rodzina.

– Nie jest ci tu za ciasno? – zapytała.

Kącik jego warg ledwie drgnął.

– Lubię przestrzeń – odparł, zdejmując płaszcz. – Pewnie dlatego, że wychowałem się na wsi.

– Wiem coś o tym. W mojej kawalerce już zaczynam czuć się klaustrofobicznie, a jestem tu zaledwie tydzień. Nie rozumiem, dlaczego Simon mi ją załatwił.

– On tam z tobą mieszka?

– Nie, wynajmuje apartament w Bloomsbury. Zaproponował, że odstąpi mi pokój, ale wolałam zachować niezależność.

– Sypiasz z nim?

Ściągnęła brwi, by pokryć zmieszanie. Spała z Simonem jeden raz i od razu tego pożałowała. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że przespał się z nią, by się zemścić na Serenie, która go rzuciła, a on nie mógł tego przeboleć. Molly mylnie potraktowała jego przyjacielskie gesty za przejaw głębszego uczucia, a teraz nie bardzo wiedziała, jak się z tego wyplątać, nie raniąc go jeszcze bardziej.

– Nic ci do tego.

Patrzył jej prosto w oczy.

– Nie wyglądasz na taką, której spieszno do łóżka.

Poczuła, że się czerwieni.

– Nie jestem dziewicą, nie myśl sobie. I nie mam nic przeciwko seksowi, pod warunkiem, że jest bezpieczny.

Powoli opuścił wzrok na jej wargi.

Coś między nimi zaiskrzyło, w niewyjaśniony sposób jakoś ich łącząc. Czegoś takiego Molly doświadczyła po raz pierwszy w życiu. Niemal poczuła, jak Lucas muska jej wargi, a moment później – jak jego język wnika w jej usta. Czując falę gorąca, bezwiednie powiodła palcem po wardze. Lucas tymczasem nie odrywał od niej wzroku. Miauczenie dochodzące z pudła sprowadziło ich na ziemię.

Lucas ściągnął brwi, jakby zapomniał, co niesie.

– Hm… – kaszlnął. – Mamy mu posmarować łapy masłem?

– To przesąd. Myślę, że wystarczy, jak na początek oprowadzimy go po domu, a on już sam się zorientuje, gdzie jest jego terytorium. Podejrzewam, że nie masz klapki w drzwiach.

– Nie mam.

– Okej. Sam ci pokaże, jak będzie chciał wyjść na dwór. Możesz zostawić uchylone okno.

– Nie ma mowy.

Zamyśliła się.

– Kuweta? Będąc poza domem, nie musiałbyś się wtedy martwić, że siedzi zamknięty.

Przyjrzał się jej spod półprzymkniętych powiek.

– Hola! Nie zatrzymam go. Będzie tu tylko tyle, ile zajmie ci znalezienie nowego mieszkania.

– W porządku. – Otworzyła karton. Puszek natychmiast wystawił łebek i zamiauczał. – Słodki, prawda?

– Cudowny.

Przeniosła na niego wzrok, ale on nie patrzył na kota.

– Eee… Przyniosłam też trochę karmy. – Wyjęła z torby saszetki, które dostała od weterynarza.

Postawiony na ziemi Puszek od razu zaczął się łasić do Lucasa, mrucząc jak stukonny silnik.

– Chyba cię lubi – zauważyła Molly.

– Jak coś zbroi, to natychmiast wyląduje w schronisku. – Lucas spoglądał na nią spode łba.

Z kotem na rękach wpatrywała się w surowa minę Lucasa.

– Nakarmię go, dam mu lekarstwo i już dłużej nie będę ci przeszkadzać.

– Kuchnia jest tam. – Wskazał jej drogę.

Z zadowoleniem patrzyła, jak Puszek się posila z talerzyka na podłodze.

– Został odrobaczony i zaszczepiony – oznajmiła.

– Wykastrowany?

– Owszem, też. Może go jeszcze trochę boleć.

– Biedactwo.

Sięgnęła po torbę, po czym przewiesiła ją sobie przez ramię.

– Jak skończy jeść, powinien się wypróżnić. Czy wiesz, że można kota nauczyć, żeby się załatwiał do muszli klozetowej? Widziałam w internecie, jak to osiągnąć.

– Fascynujące. – Lucas nie okazał najmniejszego zainteresowania.

– Okej. – Ruszyła w stronę drzwi. – Zostawiam was samych.

– Co robisz wieczorem? – zapytał znienacka.

– Słucham? – Zamrugała.

– Aż do tego stopnia wyszedłem z wprawy? – Uśmiechnął się ironicznie.

– Nie rozumiem.

– Dawno nikogo nie zaprosiłem na kolację – wyjaśnił. – Jak znajdę się w domu, lubię być sam. Ale skoro już tu jesteś, to możemy coś razem zjeść. Jeśli nie masz nic lepszego do roboty.