Niebo nad Paryżem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Melanie Milburne
Niebo nad Paryżem

Tłumaczenie:

Wiesław Marcysiak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Jak to nie chce sprzedać? – Rafael Caffarelli zmierzył wzrokiem sekretarkę.

Margaret Irvine rozłożyła dłonie w geście bezradności.

– Panna Silverton kategorycznie odrzuca twoją propozycję.

– To zaproponuj jej więcej.

– Zaproponowałam. Też odrzuciła.

Rafael bębnił palcami w blat biurka. Nie spodziewał się takich utrudnień. Do tej pory wszystko szło gładko. Za okazyjną cenę nabył wiejski dwór z ziemią w Oxfordshire. Jednak wdowi pałacyk był zapisany na inne nazwisko – rzekomo mały problem. Agent zapewniał go, że z łatwością nabędzie dworek, a wówczas posiadłość Dalrymple znowu będzie w całości. Musiał jedynie przedstawić ofertę znacznie przekraczającą wartość rynkową. Rafael nie skąpił pieniędzy. Podobnie jak reszta posiadłości dom był zaniedbany, a on miał pieniądze, by przywrócić majątkowi dawną świetność. Co ona sobie myślała, odrzucając tak dobrą ofertę?

Nie zamierzał rezygnować. Jeżeli James – dyrektor handlowy – nie zabezpieczy tej posiadłości dla niego i wkrótce nie załatwi tej sprawy, to wyleci z roboty. Z nazwiskiem Caffarelli nikt nie śmiał kojarzyć przegranej.

– Myślisz, że ta Silverton dowiedziała się, że to ja kupiłem Dalrymple?

– Kto wie? – Margaret wzruszyła ramionami. – Ale nie sądzę. Jak dotąd trzymaliśmy to w tajemnicy przed dziennikarzami. James załatwił całą robotę papierkową po cichu, a ja złożyłam ofertę pannie Silverton przez agenta, zgodnie z twoim poleceniem. Nie znasz jej osobiście, co?

– Nie, ale znam ten typ. – Rafael cynicznie wydął wargę. – Jak się zorientuje, że jej domem interesuje się zamożny deweloper, pójdzie na całość. Wydusi ze mnie ostatniego pensa – żachnął się. – Chcę mieć ten majątek. W całości!

Margaret przesunęła teczkę w jego stronę.

– Znalazłam wycinki z miejscowych gazet sprzed kilku lat o starszym człowieku, który był właścicielem tego dworu. Najwyraźniej lord Dalrymple miał słabość do Poppy Silverton i jej babki. Beatrice Silverton była główną gospodynią w dworze. Pracowała tam od lat i…

– Naciągaczka – mruknął Rafael.

– Kto? Babka?

Cafarelli odsunął fotel i wstał.

– Dowiedz się wszystkiego o tej Polly.

– Ma na imię Poppy.

Rafael przewrócił oczyma.

– No to Poppy. Chcę znać jej pochodzenie, jej narzeczonych; nawet rozmiar stanika. Zajrzyj pod każdy kamień. Chcę mieć to na biurku w poniedziałek z rana.

Starannie narysowane ołówkiem brwi Margaret powędrowały ku górze, ale reszta twarzy zachowała minę „posłusznej sekretarki”.

– Natychmiast się za to zabieram.

Rafael kręcił się po pokoju. Może sam powinien rozejrzeć się po wiosce. Dwór i otaczające tereny widział tylko na zdjęciach, które James przesłał mu mejlem. Nie zaszkodzi mały rekonesans.

– Wyjeżdżam na weekend – powiedział, sięgając po klucze. – Dzwoń w nagłych wypadkach, inne sprawy niech poczekają do poniedziałku.

– Kto jest teraz tą szczęściarą? – Margaret przygarnęła do piersi naręcze papierów. – Czy to nadal ta modelka od bikini z Kalifornii? Czy to już przeszłość?

Rafael poprawił marynarkę.

– Może cię to zdziwić, ale zamierzam spędzić ten weekend samotnie. Dlaczego tak patrzysz?

– Nie wiem już, od jak dawna nie spędzałeś weekendów samotnie.

– Zawsze jest pierwszy raz, prawda?

Było sobotnie popołudnie. Poppy sprzątała, kiedy otworzyły się drzwi do herbaciarni. Stała plecami do wejścia, ale wiedziała, że nie jest to ktoś ze stałych bywalców. Dzwonek zadźwięczał zupełnie inaczej. Odwróciła się z zapraszającym uśmiechem, który jednak nieco osłabł, gdy zauważyła rozpięty kołnierzyk koszuli i fragment opalonej męskiej piersi na wysokości, na której spodziewała się ujrzeć twarz.

Odchyliła głowę do tyłu i spojrzała w oczy tak intensywnie ciemne, że nieomal czarne. Oszałamiająco przystojna twarz z popołudniowym zarostem wydawała się znajoma. Może to gwiazda filmowa? Ktoś znany? Jednak nie potrafiła go skojarzyć.

– Hm, stolik dla…?

– Jednej osoby.

Stolik dla jednej osoby? Poppy nie mogła w to uwierzyć. Nie wyglądał na samotnika. Raczej na takiego, za którym wszędzie wędrował cały harem. Może był modelem od reklamy wody po goleniu, z idealnym kilkudniowym zarostem, męski, łobuzerski i zamyślony. Lecz kto sam odwiedzał staromodne herbaciarnie? Temu służyły kawiarnie w sieciówkach, gdzie można było godzinami ślęczeć nad macchiato i muffinką, brnąc przez stos gazet.

Nagle Poppy poczuła skurcz w żołądku. A może to krytyk kulinarny? O, Boże! Czy obsmaruje ją na jakimś paskudnym blogu? I tak z trudem wiązała koniec z końcem. Interes obumierał, od kiedy w sąsiednim miasteczku otwarto tę wytworną nową restaurację, na myśl o której chciało jej się wymiotować. W kryzysie ludzie już więcej nie fundowali sobie podwieczorków w herbaciarniach. Zamiast na podwieczorek, szli na obiad… do restauracji jej byłego chłopaka.

Ukradkiem przyglądała się przystojnemu przybyszowi, prowadząc go do stolika numer cztery.

– Może tutaj? – Wysunęła krzesło, jednocześnie starając się zidentyfikować pochodzenie nieznacznego akcentu. Francuz? Włoch? Może po trochu jedno i drugie. – Będzie pan miał ładny widok na majątek Dalrymple i labirynt w oddali.

Rzucił wzrokiem we wskazanym kierunku, zanim odwrócił się do Poppy. Jej ciało przeszyły tysiące woltów elektryczności, gdy jego ciemne jak noc spojrzenie skrzyżowało się z jej. Boże, jakie cudowne usta! Takie męskie i mocne, z tą grzesznie zmysłową, pełną dolną wargą. Dlaczego nie siada? Będzie ją bolała szyja przez resztę dnia.

– Czy to jakaś atrakcja turystyczna? – spytał. – Wygląda jak z powieści Jane Austin.

Rzuciła mu cierpkie spojrzenie.

– To jedyna atrakcja, nie żeby była otwarta dla zwiedzających.

– Wygląda wytwornie.

– To bajeczne miejsce. – Poppy westchnęła tęsknie. – Tam spędziłam dzieciństwo.

– O, naprawdę?

– Moja babka była gospodynią u lorda Darymple. Zaczęła tam pracę w wieku piętnastu lat i została aż do śmierci. Nigdy nie pomyślała, by zmienić pracę. Takiej lojalności dzisiaj się już nie spotyka, prawda?

– Rzeczywiście, nie.

– Zmarła pół roku po nim. – Poppy znowu westchnęła. – Lekarze powiedzieli, że to był tętniak, ale osobiście sądzę, że nie wiedziała co ze sobą począć po jego odejściu.

– Kto tam teraz mieszka?

– Teraz nikt. Stoi pusty od ponad roku, gdy wypełniono ostatnią wolę lorda. Jest nowy właściciel, ale nikt nie wie, kto to jest ani jakie ma zamiary wobec dworu. Wszyscy się boimy, że sprzedano go jakiemuś żądnemu pieniędzy deweloperowi bez gustu. Kolejny rozdział naszej historii przepadnie na zawsze pod jakąś upiorną budowlą pod szyldem – uniosła palce, rysując w powietrzu cudzysłów – nowoczesnej architektury.

– Nie ma prawa, które do tego nie dopuści?

– Jest, ale niektórzy ludzie z dużymi pieniędzmi myślą, że są ponad prawem. – Poppy pogardliwe przewróciła oczyma. – Wydaje im się, że więcej pieniędzy to większa władza. Aż krew się we mnie gotuje. Dalrymple znowu musi się stać domem rodzinnym, a nie miejscem na imprezy dla playboyów.

– Wygląda na dość dużą posiadłość jak na dom dla przeciętnej, współczesnej rodziny – zauważył. – Ma przynajmniej trzy piętra.

– Cztery – poprawiła go. – A pięć, jeżeli policzyć piwnicę. Lecz potrzeba mu rodziny. Jest opustoszały, od kiedy żona lorda zmarła w połogu przed laty.

– Lord powtórnie się nie ożenił?

– Clara była miłością jego życia i gdy umarła, był to dla niego koniec. Nawet nie spojrzał na inną kobietę. Dzisiaj nie istnieje już takie oddanie.

– Rzeczywiście.

Poppy podała mu menu. Dlaczego rozmawiała o lojalności i oddaniu z kimś nieznajomym? Chloe, jej asystentka, miała rację: może rzeczywiście musi więcej wychodzić. Po zdradzie Olivera stała się okropnie cyniczna. Zabiegał o jej względy, a potem wykorzystał jej wiedzę i kompetencje, aby założyć konkurencyjny biznes. Nie chciał jej. Jakże była łatwowierna! Wzdrygała się na myśl, że omal nie poszła z nim do łóżka.

– Mamy dzisiaj specjalne ciasto. To imbirowy biszkopt z dżemem malinowym i śmietaną.

Mężczyzna zignorował menu i usiadł.

– Tylko kawa.

Poppy zamrugała. Miała czterdzieści rodzajów herbat, a on chciał kawy?

– Och… dobrze. Jaką kawę pan sobie życzy? Mamy cappuccino, latte…

– Podwójne espresso. Czarne, bez cukru.

Czy zaszkodziłby mały uśmiech? Co z tymi mężczyznami? I, do diaska, kto chodzi do herbaciarni na kawę? Coś w nim ją niepokoiło. Miała wrażenie, że za tym spojrzeniem ciemnych, nieodgadnionych oczu kryje się drwina. Czyżby z jej edwardiańskiej sukni i fartuszka z falbanami? Czy może raczej z jej płomiennorudych włosów upiętych pod czepkiem? Czy uważał, że może jest zacofana? Taki był właśnie pomysł na herbaciarnię – doświadczanie starego świata, by uciec od zagonionej teraźniejszości i cieszyć się filiżanką dobrej, staromodnej herbaty i domowymi, babcinymi wypiekami.

– Już podaję.

Poppy zakręciła się, zaniosła tacę do kuchni i odstawiła z brzękiem filiżanek. Chloe podniosła wzrok znad biszkopcików, które sklejała kremem.

– Co się stało? Masz rumieńce. Nie mów, że ten niewierny idiota Oliver przyszedł ze swoją nową zdzirą. Jak pomyślę, że skradł wszystkie twoje cudowne przepisy i podał je jako własne, to mam ochotę odciąć mu, wiesz co, i podać na przystawkę w tej jego garkuchni.

 

– Nie. – Poppy zmarszczyła czoło i zdjęła filiżanki z tacy. – To tylko jakiś facet, którego chyba już gdzieś widziałam…

Chloe odłożyła nóż i podeszła na palcach do wahadłowych drzwi, aby zerknąć przez szybkę.

– O, mój Boże. – Odwróciła się do Poppy, szeroko otwierając oczy. – To jeden z Trzech R.

– Jeden z czego?

– Z braci Caffarelli – wyjaśniła Chloe ściszonym głosem. – Rafael, Raoul i Remy. Ten tutaj jest najstarszy. To multimilionerzy o francusko-włoskim pochodzeniu. W czepku urodzeni: prywatne odrzutowce, szybkie samochody i jeszcze szybsze kobiety.

– Najwyraźniej te wszystkie pieniądze nie nauczyły go dobrych manier. – Poppy podeszła do ekspresu do kawy. – Nawet nie powiedział ani „proszę”, ani „dziękuję”. – Z wściekłością szarpnęła gałkę maszyny. – Ani się nie uśmiechnął.

Chloe znowu zerknęła przez szybkę.

– Może kiedy jest się tak obrzydliwie bogatym, nie trzeba być miłym dla takich strasznie przeciętnych ludzi jak my.

– Moja babcia mawiała, że stosunek do ludzi, których się nie musi szanować, dużo mówi o człowieku – powiedziała Poppy. – Lord Dalrymple był tego najlepszym przykładem. Każdego traktował tak samo. Nie miało znaczenia, czy była to sprzątaczka, czy szef korporacji.

Chloe wróciła do biszkoptów i sięgnęła po nóż do smarowania.

– Zastanawiam się, co on porabia w naszej dziurze? Teraz nie leżymy już na szlaku turystycznym. Dzięki nowej autostradzie.

Dłoń Poppy zamarła na ekspresie.

– To on.

– On?

– To nowy właściciel Dworu Dalrymple. – Poppy zacisnęła zęby i odwróciła się do Chloe. – To on chce mnie wyrzucić z mojego domu. Wiedziałam, że ta kobieta, która niedawno zjawiła się z tą wścibską agentką, jest podejrzana. Założę się, że to on ją przysłał, żeby odwaliła za niego brudną robotę.

– Ha. Wiem, co to znaczy – syknęła Chloe.

Poppy wyprostowała się i przywołała na twarz plastikowy uśmiech.

– Masz rację. – Zabrała parujące podwójne espresso i skierowała się do drzwi prowadzących do herbaciarni. – To oznacza wojnę.

Rafael rozejrzał się po staroświeckiej herbaciarni. Zupełnie jakby się cofnął w czasie. Miał niesamowite wrażenie, że tu czas się zatrzymał. Niemal spodziewał się, że zaraz wejdzie tu żołnierz z czasów pierwszej wojny światowej z elegancko ubraną damą. Smakowita woń domowych wypieków wypełniała powietrze. Świeże kwiaty – pachnące groszki, niezapominajki i orliki – ozdabiały wykwintne stoły, a przed każdym miejscem leżały ręcznie haftowane lniane serwetki. Filiżanki i talerze tworzyły kolorową, chociaż nie od kompletu, kolekcję starej porcelany, niewątpliwie pozbieraną po różnych sklepach z antykami w całym kraju.

To dużo mu mówiło o właścicielce. Domyślał się, że płomiennowłosa piękność, która go obsługiwała, to Poppy Silverton. Nie takiej osoby się spodziewał. Wyobrażał sobie kogoś starszego, kogoś nieco bardziej cynicznego.

Poppy Silverton wyglądała, jakby wyszła z książki z bajkami dla dzieci. Miała burzę ognistorudych loków – jak podejrzewał, dość niechętnie upiętych pod czepkiem służącej, gdyż kosmyki ich wymykały się stamtąd i okalały twarz; brązowe oczy koloru toffi i różowe usta, delikatne i pulchne jak czerwona poduszka z aksamitu. Skórę miała jak mleko, bez zmarszczek, jedynie z drobniutkimi piegami na nosie, jakby gałką muszkatołową posypano bezę. Była połączeniem Kopciuszka i Dzwoneczka.

Śliczna – ale oczywiście nie w jego typie.

Drzwi do kuchni otworzyły się i pojawiła się ona, niosąc filiżankę kawy. Lekki uśmiech nie znajdował potwierdzenia w spojrzeniu.

– Pańska kawa.

Rafael poczuł woń jej kwiatowych perfum, gdy pochyliła się, by postawić kawę na stoliku. Nie potrafił określić tego zapachu… konwalie czy frezje?

– Dziękuję.

Wyprostowała się i wbiła w niego spojrzenie.

– Na pewno nie ma pan ochoty na kawałek ciasta? Jeżeli nie przepada pan za tortowymi, to może herbatniki?

– W ogóle nie przepadam za słodyczami.

Na moment wydęła pełne usta, jakby uznała jego gusta kulinarne za osobistą zniewagę.

– Mamy kanapki. Nasze wielowarstwowe to prawdziwa specjalność.

– Tylko kawa. – Podniósł filiżankę i obdarzył ją formalnym uśmiechem. – Dziękuję.

Pochyliła się, żeby podnieść płatek orlika, a on po raz kolejny poczuł ten intrygujący zapach i ujrzał jej mały, ale rozkoszny dekolt. Była zgrabna niczym balerina o krągłościach we wszystkich właściwych miejscach i talii, którą z pewnością objąłby obiema dłońmi. Wyczuwał, że opóźnia moment powrotu do kuchni. Czyżby odgadła, kim jest? Nie okazywała żadnych gwałtownych oznak, że go rozpoznała, z czym często się spotykał. Gdy wszedł, przyglądała mu się podejrzliwe, jakby chciała go umiejscowić, ale w jej spojrzeniu widział raczej dezorientację niż potwierdzenie. Pocieszało go to, że nie wszyscy w Wielkiej Brytanii słyszeli o jego ostatniej osobistej katastrofie. Nie zamierzał celowo ranić którejkolwiek ze swoich kochanek, ale w tych czasach kobieta wzgardzona była kobietą dobrze wyposażoną w broń masowego rażenia, powszechnie nazywaną mediami społecznymi.

Poppy przeszła do innego stolika i poprawiła już i tak perfekcyjnie ułożone serwetki.

Rafael nie mógł oderwać od niej oczu. Przyciągała go niczym magnes. Była nieziemska i tak intrygująca, że niemal go zauroczyła.

Weź się w garść, powiedział sobie. Jesteś tu, żeby wygrać, a nie dać się czarować kobiecie, która pewnie jest tak samo przebiegła jak każda inna. Nie pozwól, żeby te niewinnie wygięte usta albo te wielkie sarnie oczy cię ogłupiły.

– Czy zazwyczaj panuje u was taki ruch? – odezwał się.

Poppy znowu odwróciła się do niego, ale jej mina powiedziała mu, że nie akceptuje takiego poczucia humoru.

– Miałyśmy spory ruch rano. Największy jak do tej pory. Byłyśmy zabiegane. Prawdziwy sądny dzień… Musiałam zrobić drugą partię babeczek.

Rafael wiedział, że kłamie. Właśnie z powodu panującego tu spokoju chciał zdobyć ten dwór. Było to idealne miejsce na budowę luksusowego hotelu dla bogatych i sławnych, którzy chcieli zachować prywatność. Upił łyk kawy; była zdecydowanie lepsza, niż się spodziewał.

– Jak długo prowadzi pani ten lokal? Domyślam się, że jest pani właścicielką.

– Od dwóch lat.

– A co robiła pani wcześniej?

Strzepnęła niewidzialny okruszek ze stołu obok.

– Byłam zastępcą szefa kuchni w londyńskim Soho. Postanowiłam wrócić i spędzić trochę czasu z moją babcią.

Rafael podejrzewał, że chodzi tu o coś więcej niż zmianę w karierze zawodowej. Ciekawe, do czego jego sekretarce udało się dokopać na temat tej dziewczyny. Obserwował ją przez chwilę.

– A pani rodzice? Czy mieszkają w okolicy?

Jej twarz stężała, a ramiona napięły się w obronnym odruchu.

– Nie mam rodziców. Od kiedy skończyłam siedem lat.

– Przykro mi to słyszeć. – Rafael wiedział dobrze, co to znaczy dorastać bez rodziców. Kiedy miał dziesięć lat, jego ojciec zginął w wypadku na łodzi na Francuskiej Riwierze. Wychował go dziadek, ale coś mu podpowiadało, że babka Poppy Silverton w żadnej mierze nie przypominała jego autokratycznego i apodyktycznego dziadka Vittoria. – Czy sama prowadzi pani tę herbaciarnię?

– Pracuje dla mnie jeszcze jedna dziewczyna. Jest w kuchni. Czy jest pan tu tylko przejazdem, czy może zatrzymał się pan gdzieś w okolicy?

Odstawił filiżankę na spodek z wycyzelowaną precyzją.

– Tylko przejazdem.

– Co pana sprowadza w te strony?

Czy mu się wydawało, czy te karmelowe oczy zgromiły go?

– Prowadzę badania.

– Jakie?

– Do projektu, nad którym pracuję.

– Co to za projekt?

Rafael znowu podniósł filiżankę i leniwie jej się przyglądał.

– Czy przesłuchuje pani każdego klienta, gdy tylko przestąpi próg?

Zacisnęła wargi w cienką linię, a dłonie w pięści.

– Znam powód pańskiej wizyty.

– Wstąpiłem na kawę.

Rzuciła mu ostre spojrzenie.

– Nieprawda. Przyjechał pan tu, żeby zbadać teren i oszacować wroga. Wiem, kim pan jest.

Uśmiechnął się rozbrajająco. Tym uśmiechem zamknął więcej umów i otworzył więcej sypialń, niż mógł zliczyć.

– Przyjechałem tu złożyć pani propozycję nie do odrzucenia. – Rozparł się w krześle, pewien, że pozna jej cenę i ubije interes za jednym zamachem. – Ile chce pani za wdowi pałacyk?

Obrzuciła go wzrokiem.

– Nie jest na sprzedaż.

Rafaelowi krew zaczęła szybciej krążyć. A zatem będzie odgrywać trudną? Z przyjemnością nakłoni ją do kapitulacji. Takie wyzwania służyły mu; im trudniejsze, tym lepiej. Słowa „przegrana” nie było w jego słowniku.

Oszacował ją wzrokiem, jej zarumienione policzki i błyszczące oczy. Wiedział, co robi – podkręca cenę, aby wyciągnąć z niego jak najwięcej.

To takie przewidywalne.

– Ile kosztuje zmiana pani decyzji?

Poppy oparła się dłońmi o stół tuż przed nim tak zdecydowanie, że aż filiżanka z najprawdziwszej porcelany zatrzęsła się na podstawce.

– Panie Caffarelli, postawmy sprawę jasno: nie może mnie pan kupić.

Niespiesznie przyjrzał się uroczemu cieniowi między jej piersiami, zanim spojrzał w jej gniewne oczy.

– Nie zrozumiała mnie pani. Nie chcę pani. Chcę tylko pani dom.

Policzki jej płonęły, gdy ze złością wbiła w niego wzrok.

– Nie dostanie go pan.

Rafael poczuł, jak w jego żyłach wzbiera prymitywne, pierwotne pożądanie i przekazuje drżenie aż do lędźwi. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz kobieta mu się sprzeciwiła. Zapowiadała się większa zabawa, niż się spodziewał. Nie zrezygnuje, dopóki nie dostanie tego domu, i jej razem z nim.

Wstał, a ona odskoczyła, jakby zionął na nią ogniem niczym smok.

– Dostanę.

Położył pięćdziesięciofuntowy banknot na stoliku między nimi, wytrzymując jej ognisty wzrok.

– To za kawę. Reszty nie trzeba.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Brr! – Poppy pchnęła drzwi do kuchni tak mocno, że aż uderzyły o ścianę. – Ależ tupet ma ten człowiek. Myślał, że wejdzie tutaj jak gdyby nigdy nic, pomacha mi przed nosem zwitkiem banknotów, a ja sprzedam mu dom. Co za arogant!

Chloe udawała, że odstawia talerze, i szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia.

– Co się stało? Myślałam, że go walniesz.

– Nigdy nie spotkałam równie aroganckiego człowieka. Nigdy nie sprzedam mu mojego domu. Słyszysz mnie? Nigdy.

– Ile proponował?

Poppy nachmurzyła się.

– A co to ma za znaczenie? Nawet gdyby proponował mi miliardy, nie wzięłabym ich.

– Jesteś pewna? – zapytała Chloe. – Wiem, że twój dom ma wartość sentymentalną, ale okoliczności się zmieniły. Twoja babcia nie chciałaby, żebyś odtrąciła fortunę ze względu na wspomnienia.

– Nie chodzi tylko o to – odparła Poppy. – To jedyny dom, jaki miałam. Lord Darymple zostawił go babci i mnie. Nie mogę go sprzedać jak jakiegoś zbytecznego mebla.

– A tak poważnie, co z rachunkami? – zatroskała się Chloe.

Poppy próbowała zignorować dręczące uczucie paniki, które gryzło ją od środka. Od trzech nocy nie mogła spać, bo zamartwiała się, jak w przyszłym miesiącu zapłaci czynsz za herbaciarnię. Jej oszczędności ucierpiały, gdy sfinansowała pogrzeb babci, i od tamtej pory nie potrafiła wyjść na prostą. Nieustannie przychodziły rachunki. Nie miała pojęcia, że utrzymanie domu może być tak kosztowne. Rywalizująca restauracja Olivera nie ułatwiała sytuacji, a jeden z jej przygarniętych psów, Ogórek, musiał koniecznie przejść operację wiązadła. Weterynarz policzył stawkę po znajomości, ale nadal był to poważny wydatek.

– Panuję nad sytuacją.

Chloe nie była przekonana.

– Nie paliłabym jeszcze wszystkich mostów. Interes idzie powoli. Dzisiaj sprzedałyśmy tylko jedną herbatę Devonshire. Będę musiała zamrozić babeczki.

– Nie, nie rób tego – zaoponowała Poppy. – Zabiorę je do Connie Burton. Jej trzej chłopcy zaraz je pochłoną.

– Wiesz, że to tylko połowa problemu – mówiła Chloe. – Prowadzisz ten lokal jak instytucję dobroczynną, a nie biznes. Masz zbyt miękkie serce.

Poppy zazgrzytała zębami, przeglądając szufladę z papeterią.

– Nie przyjmuję jego miłosierdzia. – Znalazła kopertę i wepchnęła do niej resztę po kawie. – Zaraz odeślę mu ten napiwek.

– Dał ci napiwek?

– Obraził mnie.

Chloe nie mogła uwierzyć.

– Zostawiając ci za espresso resztę z pięćdziesięciu funtów? Chyba przydałoby nam się więcej takich klientów.

 

Poppy zakleiła kopertę, jakby zawierała coś toksycznego i śmiercionośnego.

– Wiesz co? Nie zamierzam czekać, aż skończę pracę, żeby mu to dać. Zaniosę mu to od razu. Bądź kochana i zamknij lokal.

– Mieszka we dworze?

– Tak sądzę – odparła Poppy. – Gdzie indziej miałby się zatrzymać? Nie mamy w miasteczku pięciogwiazdkowego hotelu.

Chloe rzuciła jej cierpkie spojrzenie.

– Jeszcze nie.

Poppy zacisnęła usta i sięgnęła po klucze.

– Skoro pan Caffarelli uważa, że zbuduje tu jedną ze swoich rezydencji dla playboyów, to po moim trupie.

Rafael przyglądał się przeciekowi przy oknie w jednym z oficjalnych salonów, gdy zobaczył, jak Poppy Silverton kroczy energicznie długim, żwirowym podjazdem. Z każdym krokiem burza loków na jej głowie podskakiwała, a ręce pracowały po bokach niczym wskazówki metronomu. W jednej z nich niosła białą kopertę.

Uśmiechnął się. Takie przewidywalne. Poczekał, aż Poppy zastuka dwa razy, zanim otworzył drzwi.

– Cudownie – wyrecytował przeciągle, spoglądając na zarumienioną twarz i iskrzące się oczy. – Mój pierwszy gość. Czy nie powinienem przenieść pani przez próg, czy coś w tym rodzaju?

Rzuciła mu miażdżące spojrzenie.

– Oto pańska reszta. – Pchnęła mu kopertę w pierś.

Rafael zignorował kopertę.

– Wy, Anglicy, macie prawdziwy problem z napiwkami, co?

– Niczego od pana nie przyjmę. – Znowu pchnęła kopertę w jego stronę. – Proszę to wziąć.

Splótł dłonie na piersi z drwiącym uśmiechem.

– Nie.

W jej oczach pulsowała nienawiść. Rafael zastanawiał się, czy zamierza go spoliczkować. Poniekąd miał nadzieję, że tak zrobi, bo to oznaczało, że będzie musiał ją powstrzymać. Myśl, że obejmie jej szczupłe ciało, by ją okiełznać, była rozkosznie kusząca.

Wspięła się na palce i wepchnęła kopertę do kieszonki jego koszuli. Czuł jej napięcie. Ona też musiała to wyczuć, bo spróbowała cofnąć gwałtownie dłoń, jakby jego ciało parzyło. Jednak nie była wystarczająco szybka. Rafael chwycił jej przegub. Jej gibkie, drobne ciało znalazło się tak blisko, że dotknął jej biodra. Rozpaliło go pożądanie, niczym podmuch śmiertelnego ognia. Ona jednak zmroziła go spojrzeniem i wyszarpnęła dłoń.

– Niech pan zabierze ode mnie ręce.

Rafael trzymał ją blisko przy sobie, jednocześnie kciukiem głaskał jej nadgarstek.

– Pani dotknęła mnie pierwsza.

– Bo nie chciał pan wziąć swoich głupich pieniędzy.

Puścił ją i patrzył, jak zawzięcie rozciera dłoń, jakby usuwając ślad po jego dotyku.

– To był podarunek. Tym jest napiwek: gestem uznania za wyjątkową usługę.

Przestała pocierać przegub, by na niego spojrzeć.

– Śmieje się pan ze mnie.

– Dlaczego? – uśmiechnął się nieśmiało i prostodusznie. – Kawa była wspaniała.

– Nie wygra pan. – Prześwidrowała go wzrokiem. – Myśli pan, że jestem naiwną, niewykształconą dziewczyną ze wsi, ale nie zna pan mojej determinacji.

Rafael poczuł dreszcze na całym ciele, tak rozkoszne było to wyzwanie. Jak silny zastrzyk. Elektryzował go. A jeżeli chodzi o niewykształconą i naiwną… Hm, nigdy nie przyznałby się do tego swoim dwóm młodszym braciom, ale nudziły go te światowe kobiety. Przypadkowe romanse zadowalały go na poziomie fizycznym, ale ostatnio rezygnował z nich z uczuciem pustki.

Nie dawało mu zasnąć jeszcze jedno pytanie: Czy to już wszystko? Może przyszła pora poszerzyć horyzonty. Będzie zabawnie zdyscyplinować pannę Poppy. Była niczym dzika klacz, która nie miała właściwego tresera. Kiedy będzie mu jeść z ręki? Znowu jego ciało przebiegł dreszcz rozkoszy. Nie mógł się już doczekać.

– W tym momencie powinienem cię przestrzec, panno Silverton, że nie jestem naiwniakiem. Gram zgodnie z zasadami, ale są to moje zasady.

Na te słowa uniosła podbródek.

– Nienawidzę takich mężczyzn. Myśli pan, że jest lepszy od innych ze swoimi samochodami i willami, a kolejna przygłupia modelka albo mizdrząca się gwiazdka zwisa panu na ramieniu. Lecz założę się, że są takie noce, kiedy nie może pan zasnąć i zastanawia się, czy ktoś pana kocha takiego, jakim jest, czy tylko dla pieniędzy.

– Rzeczywiście ma pani problem z nadzianymi facetami. Dlaczego sukces budzi w pani taką odrazę?

– Sukces? To śmieszne. Odziedziczył pan całe swoje bogactwo. To nie pański sukces, a raczej rodziny.

Rafael pomyślał, jak ciężko on i bracia musieli pracować, aby utrzymać rodzinne bogactwo. Pewne niemądre interesy dziadka sprzed kilku lat naraziły firmę na upadek. Rafael zebrał braci i razem odbudowali imperium zmarłego ojca. Pracowali po osiemnaście godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu nieomal przez dwa i pół roku, aby przywrócić stan rzeczy. I udało im się. Na szczęście żaden z ryzykanckich ruchów Vittoria nie przeciekł do prasy, ale nie było dnia, aby Rafael nie przypominał sobie, że mogli wszystko stracić. On sam, może trochę bardziej niż Raoul i Remy, czuł ciężar odpowiedzialności; w świecie korporacji zdobył reputację bezwzględnego i zdeterminowanego pracoholika.

– Łatwo przychodzi pani wydawanie opinii o sprawach, o których nic pani nie wie – zripostował. – Zna pani moich braci?

– Nie i nie chcę znać. Na pewno są tak samo wstrętni i aroganccy.

– W zasadzie są znacznie milsi ode mnie.

– Och, naprawdę?

Rafael oparł się leniwie o filar, luźno splatając ręce na piersi i zakładając nogę na nogę.

– Na przykład, nigdy nie zostawiliby młodej damy stojącej na schodach bez zaproszenia na drinka.

Poppy ostrzegawczo zmrużyła oczy.

– Hm, jeżeli chce mnie pan zaprosić, to zbyteczny trud.

– Nie chcę.

Na ułamek sekundy jego twarz zamarła, ale potem szybko zrobiła się zuchwała.

– Na pewno byłabym oryginalną odmianą po kobietach, które zwykle pan zaprasza.

Ogarnął ją leniwym spojrzeniem.

– W istocie. Nigdy dotąd nie miałem rudej.

Zarumieniła się i zacisnęła usta.

– Moje włosy nie są rude, tylko kasztanowe.

– I piękne.

W jej spojrzeniu pojawił się jad.

– Jeżeli myśli pan, że wpłynie na mnie pochlebstwami, to jest pan w błędzie. Nie zamierzam sprzedać mojego domu bez względu na nieszczere komplementy.

– Dlaczego jest pani tak przywiązana do tego miejsca? – zapytał Rafael. – Za te pieniądze można kupić o wiele większy dom z lepszą lokalizacją.

– Nie spodziewam się, że ktoś taki jak pan to zrozumie. – Wbiła w niego wzrok. – Pewnie zawsze żył pan w luksusie. Wdowi pałacyk to pierwsze miejsce, które mogłam nazwać domem. Wiem, że brak mu stylu i że wymaga wielu renowacji, ale gdybym go sprzedała, to tak jakbym się pozbyła części siebie.

– Nikt panią nie prosi, żeby pani sprzedała siebie.

– Nie?

Rafael wytrzymał jej spojrzenie przez kilka uderzeń serca.

– Moje plany względem majątku będę realizował bez względu na współpracę z pani strony. Rozumiem sentymenty, ale one nie liczą się ostatecznie przy podejmowaniu biznesowej decyzji. Odrzucenie mojej oferty to finansowe samobójstwo.

Przyjęła postawę obronną i nieustępliwą.

– Nic pan nie wie o moich finansach i nie zna mnie.

– To chętnie poznam. – Obdarował ją uwodzicielskim uśmiechem. – W każdym znaczeniu tego słowa.

Zarumieniona odwróciła się i zdecydowanie zeszła po stopniach. Rafael, z uśmiechem na twarzy, patrzył, jak znika w oddali. Tak czy inaczej, wygra. Może się założyć.

Poppy nadal gotowała się ze złości, kiedy wróciła do domu. Jej trzy pieski spoglądały na nią zmartwionymi oczkami, gdy wparowała przez furtkę.

– Przepraszam was – powiedziała, pochylając się, aby podrapać je za uszami. – Jestem strasznie zła. Co za arogancki człowiek! Co on sobie myśli? Że kim jest? Jak mogłabym ulec komuś takiemu? Nawet bym nie pomyślała, żeby się z nim przespać.

No, może mogła o tym pomyśleć. Chyba w niczym to nie zaszkodzi. Przecież i tak nie zamierza realizować tych myśli. Nie jest tego typu dziewczyną. Co wyjaśnia, dlaczego jej były chłopak żyje teraz z inną.

Wiedziała, że to śmieszne i staromodne czekać ze skonsumowaniem związku z Oliverem. Nie dlatego, żeby była pruderyjna… Hm, może trochę, zważywszy na to, że wychowała ją babka, która nie uprawiała seksu od dziesięcioleci.

Problem tkwił w tym, że w głębi duszy była romantyczką. Chciała, żeby jej pierwszy raz był wyjątkowy. I to z mężczyzną, który dzieliłby z nią to przeżycie. Myślała, że Oliver Kentridge będzie tym wybrańcem, który otworzy przed nią świat zmysłowości, ale zdradził ją zaledwie po dwóch miesiącach.