Lekarz na walentynki

Tekst
Z serii: Medical
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Melanie Milburne
Lekarz na walentynki

Tłumaczenie:

Iza Kwiatkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pierwszego dnia, kiedy po podróży poślubnej wróciłam na oddział, w oczy od razu rzuciła mi się widokówka przypięta do tablicy informacyjnej. No cóż, to naprawdę miała być moja podróż poślubna. Podanie o urlop złożyłam kilka miesięcy wcześniej, bo w tym szpitalu przed Bożym Narodzeniem wyjątkowo trudno o trzy tygodnie wolnego. Nie chciałam pozbawiać koleżanek możliwości uczestniczenia w bożonarodzeniowych przedstawieniach ich milusińskich.

Moja widokówka przyciągała wzrok. Po raz ostatni widziałam ją w pokoju alpejskiego schroniska wraz z dwiema innymi zaadresowanymi do moich londyńskich sąsiadów. Przysięgam, nie miałam zamiaru ich wysyłać. Takie ćwiczenie terapeutyczne podsunęła mi matka, ale najwyraźniej gorliwa sprzątaczka w schronisku znalazła je na stole i mnie wyręczyła.

Na odwrocie można było przeczytać kłamstwa, które nabazgrałam po kilku koktajlach, chyba trzech. „Wszystko się udało. Niezapomniane chwile!”.

Dopiero teraz, spoglądając wstecz, dostrzegam wszystkie wcześniejsze sygnały ostrzegawcze. Udawałam, że ich nie widzę. Może zabrzmi to jak banał, ale naprawdę dowiedziałam się ostatnia. Mama twierdzi, że przejrzała Andy’ego, gdy zobaczyła go po raz pierwszy, tata, że Andy ma zablokowane trzy czakry, a moja siostra Jem, że to wszystko przez to, że Andy to ciul.

Koniec końców wyszło, że mieli rację.

Nie zdążyłam usunąć tej pocztówki z tablicy, bo niespodziewanie weszła Jill z dwójką rezydentów.

– Oto i nasza wstydliwa panna młoda! – zawołali zgodnym chórem.

Widząc ich uśmiechnięte twarze, nie miałam serca ani odwagi powiedzieć im, że ślub się nie odbył.

Uśmiechnęłam się głupkowato, bąknęłam coś o czekającej pacjentce i dałam nogę. Pracowałam w szpitalu pod wezwaniem Świętego Ignacego od niespełna roku, więc jeszcze nie nawiązałam żadnych przyjaźni, mimo że niektóre dziewczyny były naprawdę sympatyczne, na przykład Gracie McCurcher, pielęgniarka z oiomu.

Swój profil w mediach społecznościowych zamknęłam już dwa lata wcześniej, bo ktoś włamał mi się na konto i wykorzystał moje zdjęcia w pornograficznej reklamie. Jak bym się z tego wytłumaczyła przed współpracownikami, zwłaszcza płci męskiej?

Moje rodzinne miasteczko leży daleko od Londynu, więc uznałam, że tam nikomu nic nie muszę mówić. Andy zwinął żagle na dzień przed ślubem. Przykro się przyznać, ale do tej pory staram się pogodzić z tym, że jestem singielką. Byłam z Andym pięć i pół roku. No, nie mieszkaliśmy razem z powodu moich staroświeckich przekonań, co powinno dziwić, zważywszy, w jak niekonwencjonalnych warunkach się wychowałam.

Wiem, co myślicie. Jak to możliwe, że się nie zorientowałam, że mnie nie kocha? Nie wiem, co odpowiedzieć. Byłam w nim zakochana, więc uważałam, że i on mnie kocha. Jestem naiwna? Być może, ale nic na to nie poradzę. Jednak na pewnym poziomie podświadomości jakbym przeczuwała, że Andy gra na zwłokę, czekając, aż trafi mu się ktoś lepszy.

W ten ponury styczniowy dzień stałam przy łóżku obłożnie chorego pacjenta w podeszłym wieku i patrzyłam, jak gaśnie w oczach. Jest coś przerażającego w przyglądaniu się umieraniu. To nie zawsze przebiega spokojnie. Jedni walczą, jakby nie byli gotowi na rozstanie z bliskimi, inni oddają ducha niemal w tej samej chwili, jak tylko ci się zjawią. Jakby na nich czekali. Widziałam wiele zgonów, ale taka jest praca na reanimacji. Nie wszyscy stąd wychodzą z uśmiechem. Nie wszyscy stąd w ogóle wychodzą, taka jest rzeczywistość.

Radzę sobie ze śmiercią staruszków, a nawet ze zgonem osoby w średnim wieku, która wiodła szczęśliwe życie w otoczeniu kochających bliskich. Najtrudniej jest z dziećmi, zwłaszcza małymi. To nie w porządku, że los odbiera im szansę na skomplikowanie sobie życia tak, jak ja je sobie skomplikowałam.

Wnukowie i prawnukowie pożegnali się z panem Simmonsem poprzedniego dnia. Jego żona zmarła dwa lata wcześniej, więc przy łóżku zastałam tylko jego syna i córkę. Na oiomie nie ma warunków do umierania. To dlatego przez kilka miesięcy walczyłam z dyrekcją o przydział jakiegoś spokojnego kąta, z dala od oddziałowej krzątaniny.

Otrzymałam zgodę na zapalone świeczki i dyfuzor, by pacjenci oraz ich bliscy mogli wdychać ulubione aromaty zamiast zapachu szpitalnego środka odkażającego.

Ten oddział to moje oczko w głowie. I chociaż moje życie stanęło na głowie, postawiłam sobie za punkt honoru wprowadzić swój model łagodzenia stresu, pokazać wpływ poprawy otoczenia, w jakim na oddziale reanimacyjnym rodziny stykają się z chorobą lub śmiercią bliskiej osoby, na koszty ponoszone przez szpital: mniejsze zapotrzebowanie na późniejszą psychoterapię, obniżenie liczby oraz kosztów pozwów sądowych, a nawet poziomu stresu wśród personelu.

Zamierzałam tę propozycję zaprezentować podczas najbliższej narady zarządu szpitala.

Na palcach wyszłam z pokoju, pozostawiając za drzwiami rodzinę konającego. W sąsiadującym, oszklonym gabinecie z grupą lekarzy przygotowujących się do specjalizacji rozmawiał jeden ze szpitalnych specjalistów. Nie miałam jeszcze okazji poznać nowego kierownika oddziału, bo rozpoczął pracę dzień po tym, jak wyjechałam… hm, na urlop.

W pierwszej chwili pomyślałam, że to profesor Cleary, nasz nadworny pesymista, ale gdy podeszłam bliżej, zorientowałam się, że to ktoś znacznie młodszy. Ten miał szerokie bary i był wysoki. Bardzo wysoki. Co najmniej pięć centymetrów wyższy od doktora Jonesa, przezywanego Dryblasem.

W pewnej chwili mężczyzna się odwrócił. Gdy na mnie spojrzał, zdrętwiałam. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam tak niesamowicie niebieskie oczy, tak inteligentne i przenikliwe spojrzenie. Szacował mnie wzrokiem bez najmniejszego skrępowania, czym mnie wkurzył.

– Doktor Clark?

– Bertie – przedstawiłam się, siląc się na uśmiech. – To skrót od imienia Beatrix.

Patrzył na mnie jak na dziwadło, z jakim jeszcze nigdy nie miał do czynienia. Z powodu mojej fryzury? Mam długie włosy, nad którymi w pracy muszę zapanować. Tego dnia upięłam je w dwa węzły po bokach głowy. Przypominało to uszy pluszowego misia.

Strój? Przyznaję, mój gust nieco odbiega od normy. Na szczęście lekarze już nie noszą białych fartuchów, więc w szpitalnym uniformie występuję tylko w sali operacyjnej. Lubię konkretne kolory, bo mają dobry wpływ na pacjentów, zwłaszcza dzieci. Poza tym zimą w Londynie wszystko jest czarno-brązowo-szare.

Tym razem miałam na sobie obcisłe różowe dżinsy i groszkowozielony sweter w niebieskie żabki. Mój nowy szef najpierw zatrzymał wzrok na żabkach na moim biuście, a dopiero po chwili spojrzał mi w twarz. Blask w jego oczach nagle przygasł.

Nie podałam mu ręki. Ani on mnie. Zostałam dobrze wychowana, ale tym razem wolałam najpierw ochłonąć z wrażenia. Jeżeli jego spojrzenie sprawia, że czuję się jak w skąpym bikini, to co by się stało, gdybym go dotknęła?

– Matt Bishop – przedstawił się. Jego aksamitny głos przyprawił mnie o dreszcz. – Zapraszam do mojego gabinetu. – Zerknął na zegarek. – Za pięć minut.

Oddalił się majestatycznym krokiem, jakbym była jego studentką! Mam takie same kwalifikacje jak on. Prawie.

Atmosfera w pokoju wyraźnie zgęstniała.

– Bertie, tylko się nie spóźnij – ostrzegła mnie Jill. – On ma fioła na punkcie punktualności. Niedawno przeczołgał Alex Kingston za to, że spóźniła się dwie minuty na obchód.

– Całkiem inny niż Jeffrey. – Gracie wzruszyła ramionami, głębiej wciskając się w fotel.

Jeffrey Hooper to poprzednik Bishopa. Odszedł na emeryturę tydzień przed moimi… wakacjami. Był dla wszystkich jak pobłażliwy wujek albo ojciec chrzestny. Jeszcze nie spotkałam drugiego anestezjologa o tak złotym sercu. Bywał surowy, ale wiedzieliśmy, że to pozory.

– W tym problem – odezwała się Jill. – Jeffrey prowadził oddział zbyt łagodną ręką. Koszty poszybowały w górę, a doktor Bishop ma zaprowadzić porządek. Nie zazdroszczę mu. Dam sobie głowę uciąć, że to mu nie zjedna przyjaciół.

Poruszałam wargami na boki, w górę i w dół. Moja siostra Jem nazywa to króliczym tikiem. Zdarza mi się w stresujących chwilach. Żenujące, zważywszy, że mój projekt badawczy ma na celu redukcję stresu. Powinnam być oazą spokoju, ale w rzeczywistości jestem jak te kaczki na sadzawce w Hyde Parku. Niby bez wysiłku suną po tafli wody, ale pod jej powierzchnią ich błoniaste łapki wiosłują jak szalone.

– I lepiej wstrzymaj się ze zdjęciami – poradziła mi Gracie.

Jakimi zdjęciami? Ach, tymi. Uśmiechnęłam się tak szeroko, jak umiałam, czując na sobie ich spojrzenia. Nadarzyła się okazja wyznać prawdę, powiedzieć, że nie było żadnego ślubu.

Kątem oka widziałam tę widokówkę na tablicy. Kurczę, nikt inny nie był wtedy na wakacjach?! Zastanawiałam się, czy potrafię w komórce sprokurować jakieś zdjęcia ślubne, zorganizować jakąś tymczasową sieć społeczną, co pozwoliłoby mi zebrać się na odwagę, by powiedzieć, jak się sprawy mają.

– Słuszna rada. – Ruszyłam do jaskini lwa.

Wszedłszy do gabinetu Bishopa, spostrzegłam zmianę, jaka tam zaszła. Zniknęły stosy teczek, historii pacjentów, raportów finansowych oraz zdjęcia rodzinne, kubki z niedopitą kawą, okruchy herbatników oraz słój z kolorowymi landrynkami. Pokój stracił swój dawny charakter. Teraz był sterylny i zimny jak człowiek siedzący za ogromnym biurkiem.

– Zamknij drzwi.

Uniosłam wysoko brwi. Być może moje wychowanie było niekonwencjonalne, ale rodzice przynajmniej wpoili mi pewne magiczne słówko.

 

– Proszę – dodał.

Pierwsza runda dla mnie, pomyślałam.

Im bliżej podchodziłam do biurka, tym głębszy przenikał mnie dreszcz, jakbym wchodziła do strefy zakazanej monitorowanej przez niewidoczny radar.

Intrygowało mnie, co mama powiedziałaby o tej aurze. Matt Bishop siedział z wargami zaciśniętymi tak, jakby nie umiał się uśmiechać. Miał oliwkową karnację, ale taką, która dawno nie widziała słońca. No cóż, takie mamy lato w Anglii. Ciemne, krótko ostrzyżone włosy, gładkie policzki. Wyczułam słaby przyjemny zapach limonki i trawy cytrynowej. Lubię dyskretne wody po goleniu.

Jadąc windą ze studentami pachnącymi tanią wodą po goleniu, dostaję duszności, jeszcze zanim wysiądę.

Moja mama chlubi się tym, że potrafi czytać aury. Ja jestem specjalistką od odzieży. Koszula Matta Bishopa była idealnie wyprasowana, a krawat w biało-czarne paseczki był związanym węzłem windsorskim charakterystycznym dla mężczyzn, którzy niełatwo się spoufalają. Zauważyłam też jego doskonale utrzymane paznokcie. Skrajnie inne niż moje, zaniedbane i obgryzione.

Zacisnęłam dłonie w pięści, by ich nie zobaczył, i usiadłam w fotelu. Ale żeby patrzeć mu oko w oko, powinnam siedzieć na stercie podręczników medycyny.

– Chyba powinienem ci pogratulować.

– Hm… tak. – Co miałam powiedzieć?

Nie, bo dzień przed ślubem nakryłam narzeczonego w łóżku z siostrą jednej z druhen? Że mnie rzucił, zanim ja znalazłam się tam pierwsza? Nic z tego. Opowiedziałabym, gdyby było to konieczne, a teraz taka okoliczność nie zachodziła.

Nikt nie mógł się o tym dowiedzieć.

Czułam, że Bishop czeka, aż przerwę milczenie. Mam powiedzieć, dokąd pojechałam w podróż poślubną? Jaką miałam suknię? Kto złapał moją wiązankę? Facetów chyba to nie interesuje.

Mogłabyś mu o tym opowiedzieć, pomyślałam. Nigdy w życiu! – zaprotestowała druga połowa mojego mózgu.

– Wszystko w porządku? – odezwał się.

– Tak. Fantastycznie.

Znowu milczenie.

Nie lubię tego. Kiedy byłyśmy małe, rodzice przechodzili fazę milczenia. Chcieli, żebyśmy udawały, że mieszkamy w takim opactwie jak Mont Saint Michel w Normandii i musimy milczeć, by skupić się na modlitwie. Szkoda, że nie zaczęli od nauki języka migowego. Na szczęście nie trwało to długo, ale wycisnęło na nas poważne piętno. Ilekroć rozmowa się urywa, mam skłonność gadać jak najęta.

– Jak ci się podoba w naszym szpitalu? – odezwałam się. – Bardzo tu sympatycznie. Wszyscy są tacy mili…

– Od dyrektora Reddinga dowiedziałem się, że prowadzisz autorski projekt zarządzania stresem.

– Owszem. – Nareszcie poczułam grunt pod nogami. – Szukam sposobów zmniejszania stresu wśród pacjentów, ich krewnych oraz personelu na oiomie, zwłaszcza w sytuacji, kiedy pacjent jest w stanie krytycznym. Stres mocno obciąża budżet szpitala oraz potrafi tak negatywnie wpłynąć na samopoczucie personelu, że niektórzy muszą brać wolne dni, żeby się zregenerować psychicznie. Z kolei pacjenci często podają szpital do sądu, bo uważają, że byli ignorowani albo że szpital nie spełnił ich oczekiwań. Celem tego projektu jest wykazanie, że zastosowanie różnych sposobów łagodzenia stresu, na przykład rozpylanie zapachów, muzyka czy zmiana otoczenia może w znaczny sposób zredukować koszty ponoszone przez szpital. Moja strategia łagodzenia stresu pomoże zarówno personelowi, jak i pacjentom oraz ich bliskim w trudnych sytuacjach.

Czekałam na jego reakcję. Czekałam długo.

– Komisja etyki to zaaprobowała? – zapytał w końcu.

– Oczywiście.

Przez dłuższą chwilę patrzyłam, jak kręci młynka, a sama z trudem hamowałam króliczy tik.

– Mam pewne zastrzeżenia do tego programu.

– Słucham?

– Nie wiem, czy oddział stać na utrzymanie przydzielonego ci pokoju. Domyślam się, że to doktor Hooper ci go przyznał.

– Tak, ale dyrektor generalny też…

– Oraz pokój sąsiadujący z pokojem dla rodzin?

– Owszem, bo to ważne, żeby ludzie mieli wybór…

– Jakie do tej pory przedstawiłaś dane?

Dawno ich nie przeglądałam, chociaż za kilka tygodni czekało mnie wypełnienie kwestionariusza na temat postępów badania. Zgoda, dane muszą być weryfikowane, ale chciałam też zmienić myślenie o śmierci i umieraniu. Każdy się tego boi, a to niewyobrażalny stres.

– Nadal je zbieram od personelu i pacjentów. Mam też w planie przeprowadzenie kilkunastu wywiadów.

– Pani doktor, anegdoty to nie to samo co dane.

Zacisnęłam zęby. Moja siostra Jem twierdzi, że wyczuwa, kiedy zacznę zgrzytać, bo słuchała tego, gdy całe lata spałyśmy we wspólnym pokoju. Podobno robię to przez sen.

Tym razem taka uwaga była zdecydowanie nie na miejscu. Wystarczy, że zawaliło mi się życie prywatne. Zdawałam sobie jednak sprawę z presji, pod jaką znajduje się Matt Bishop. Z drugiej strony czułam, że nie mogę dać się zastraszyć facetowi, któremu nie spodobałam się z powodu stroju albo uczesania.

Musi sobie z tym poradzić, bo ja się nie zmienię.

– To wszystko, doktorze? – zapytałam tonem drwiącym i potulnym jednocześnie, podnosząc się z fotela. – Pacjenci na mnie czekają.

Nie spodobał mi się sposób, w jaki ze mną rozmawiał. Jak z leniwą uczennicą, która notorycznie nie odrabia lekcji. Jeżeli zależy mu na konfrontacji, to proszę bardzo. Dawno nikt tak mnie nie wkurzył.

Nie spuszczając ze mnie wzroku, sięgnął po leżące przed nim papiery.

– Nie sądzisz, że tytuł tego projektu jest mocno nietrafiony? Sugeruje przekręt.

Oniemiałam, czując się jak idiotka, bo dopiero teraz to skojarzyłam. „Stres i jego konsekwencje w organizacji a koszty”. Es-Ka-O-Ka. SKOK. Co pomyślą inni, kiedy Bishop podzieli się z nimi swoim spostrzeżeniem? Poczułam skurcz żołądka. Może nawet już coś podejrzewają… Czy dlatego z takim zainteresowaniem spoglądali na mnie, gdy wchodziłam do jego gabinetu? Gadali o mnie, drwili?

Czułam, że za chwilę wybuchnę. Przez większość dzieciństwa znosiłam docinki z powodu alternatywnej rodziny. Gdyby to wyszło na jaw, to czy ktokolwiek na niwie zawodowej traktowałby mnie poważnie?

Rzadko puszczają mi nerwy, ale jak już do tego dojdzie, wybucham jak wulkan i trudno mnie powstrzymać.

– Nie cierpię takich facetów – syknęłam. – Uważają, że jeśli zostali szefem, to mogą się popisywać władzą. Traktujesz kolegów jak bezmyślne pionki, które możesz rozstawiać, jak ci się podoba. Ale dowiedz się, że ten pionek nie da się wydymać!

Chyba nie należało użyć akurat tego słowa. Jego konotacje zmieniły atmosferę z napiętej w erotyczną. Nie spuszczał ze mnie wzroku. Nie wiem, co mu chodziło po głowie, ale wiem, co sama ujrzałam oczami duszy. Nagie ciała. Jego i moje. Wijące się w łóżku w zapamiętaniu.

Kłopot w tym, że ostatni raz byłam z kimś w łóżku bardzo dawno temu. Brak zainteresowania ze strony Andy’ego w ostatnim czasie przypisywałam przepracowaniu, ze swojej, po prosu brakowi popędu. Obwiniałam za to pigułkę. Przeszłam na inną, ale nic się nie zmieniło. I bądź tu mądry.

Bishop wpatrywał się w moje płonące policzki, by po dłuższej chwili przesunąć wzrok na moje wargi. Przygryzłam język, by się nie oblizać, ale w ten sposób nie mogłam nic powiedzieć, żeby przerwać pulsującą ciszę. Nie miałam zamiaru za nic go przepraszać.

Wyprostował się w fotelu, nie spuszczając ze mnie spojrzenia, aż poczułam, że miękną mi kolana. Bałam się, że mnie przejrzał, że czyta w moich myślach, że się zorientował, że za moim wybuchem złości kryją się kompleksy.

– Zapamiętam to sobie. Wychodząc, zamknij drzwi. – Odczekał chwilę, po czym dodał z tajemniczym uśmiechem: – Proszę.

ROZDZIAŁ DRUGI

Po sprawdzeniu stanu pacjentów przedoperacyjnych wróciłam na oddział, nadal wzburzona tym, jak Bishop mnie potraktował. Skąd to uprzedzenie? Wyjątkowo rzadko zdarza mi się robić sobie wrogów od pierwszego wejrzenia. Uważam, że łatwo i szybko dogaduję się z ludźmi. Z większością.

Bo na przykład nie z sąsiadem, który z węża ogrodowego polewa wodą kota sąsiadki, ilekroć ten znajdzie się w jego ogródku. To okrutne, więc zwróciłam mu uwagę. W odpowiedzi i mnie się dostało strumieniem wody, ale przynajmniej miałam czyste sumienie, bo wstawiłam się za kotem.

Ani z facetem, który naciągał na pieniądze starszą panią kilka domów dalej. Zatrudniła go do prac w ogrodzie, ale ani się obejrzała, jak zaczął robić jej zakupy, zawozić do lekarza albo gdzie indziej. Na początku myślałam, że robi to z dobroci serca, ale kiedyś z niej wyciągnęłam, bo bardzo niechętnie się przyznała, że wyjmuje pieniądze z jej konta, od kiedy wymusił na niej, by zdradziła mu swój PIN.

Radziłam jej, by podała go do sądu, ale stwierdziła, że poniósł wystarczającą karę, kiedy któregoś dnia napyskowałam mu na ulicy na oczach wszystkich sąsiadów oraz dzięki pomocy dzieciaków rozpowszechniłam demaskującą go ulotkę. Długo nie dostanie zlecenia na skoszenie trawnika w naszej dzielnicy, a może nawet w całym kraju.

Mijałam przebieralnię, skąd akurat wyszła Gracie.

– Jak poszło? Co ci powiedział?

Wzniosłam oczy do nieba.

– Ma zastrzeżenia do mojego projektu.

– Jakie?

Nie wszystkim się z nią podzielę, pomyślałam, bo zaraz zaczną się plotki.

– Nie podoba mu się, że dostaliśmy dwa pokoje. Uważa, że to strata powierzchni.

Gracie ściągnęła brwi.

– Ale w ten sposób bardzo pomagasz pacjentom i ich bliskim. Każdy to przyzna. Weźmy choćby Mathesonów, którzy stracili syna przed Bożym Narodzeniem.

Przed oczami stanął mi obraz rodziny przy łóżku dwudziestojednoletniego Daniela, który przegrywał walkę z mięsakiem. Spędziłam wiele godzin, przygotowując obie strony na ten moment. Nauczyłam ojca, który miał problem z okazywaniem emocji, jak ma delikatnie masować dłonie umierającego, by się zrelaksował. Gdy w końcu chłopak zamknął oczy, w pokoju zapanował wręcz anielski spokój.

Weszłyśmy na oddział.

– Nie mogę teraz z tego zrezygnować. Dopiero zaczynam zbierać efekty. Trzy pielęgniarki dziękowały mi za ćwiczenia medytacyjne, które im pokazałam przed urlopem. Stres pielęgniarek udziela się pacjentom. To oczywiste.

– Bishop nie może zablokować tego projektu.

– Niech tylko spróbuje – warknęłam, energicznie myjąc dłonie pod ściennym dozownikiem żelu antybakteryjnego.

Założyłam port naczyniowy pacjentowi onkologicznemu wymagającemu częstego podawania leków, a następnie pomogłam młodej lekarce podłączyć innego pacjenta do respiratora. Po południu miałam podczas operacji asystować neurochirurgowi Stuartowi McTaggartowi. Nie przepadam za nim z powodu jego szorstkiego sposobu bycia, za to jestem pełna uznania dla jego umiejętności. Uważany za najlepszego neurochirurga swojego pokolenia, cieszy się światowa renomą.

Na lunch zaszłam do pokoju lekarzy. Mieścił się tam stół na sześć osób, dwa fotele oraz stolik do kawy, umywalka i niewielka lodówka.

Sięgałam po jabłko, gdy wszedł Matt Bishop. Mój widok go nie zaskoczył. Wydawało mi się nawet, że w jego spojrzeniu błysnęła iskierka uśmiechu. Nic dziwnego, bo mógł się zabawić kosztem mojego projektu. Jeszcze nie dotarły do mnie żadne sygnały w tej kwestii, ale obawiałam się, że wkrótce coś usłyszę. Nie wytrzyma długo, by z kimś się tym nie podzielić.

Dlaczego to mi się przytrafia? Dlaczego ludzie stale się mnie czepiają? Zapytacie, dlaczego dziewczyna, która się boi wytykania palcami, wybiera taką fantazyjną fryzurę. Ha! Bo wyśmiewając moje uczesanie i stroje, nie śmieją się ze mnie. Moim zdaniem to istotna różnica.

Ostentacyjnie wgryzłam się w jabłko. Nie było najsmaczniejsze, ale musiałam je zjeść. Bywam uparta. Prawdę mówiąc, jestem uparta. Nie lubię się poddawać ani pozwalać, by ktoś mnie pokonał. Pewnie dlatego, że w dzieciństwie dokuczali mi rówieśnicy. To nie tylko sprawa zachowania twarzy. Porażki nie leżą w mojej naturze. Jestem optymistką i robię wszystko, by wypełnić swoją misję. Nie daję się zbić z tropu pesymistom… staram się.

– Dokąd się wybrałaś w podróż poślubną?

Mało brakowało, a zakrztusiłabym się kawałkiem jabłka. Mało brakowało, a musiałby zastosować chwyt Heimlicha, mimo że już wyszedł z użycia. Kaszląc, zrobiłam się czerwona jak to przeklęte jabłko.

– Okej? – Bishop zrobił krok w moją stronę.

Zamachałam rękami, że dam sobie radę. Czekał cierpliwie, nie spuszczając mnie z oka. Nie mogłam w nieskończoność udawać, że się krztuszę, więc ponieważ teoretycznie była to podróż poślubna, uznałam, że nie muszę daleko odbiegać od prawdy.

– Na narty… – wysapałam. – We Włoszech.

 

– W której miejscowości?

– Livigno.

Pokiwał głową z aprobatą.

– Dobry wybór.

To nie był mój wybór, bo narciarz ze mnie beznadziejny. Zgodziłam się na narty, bo Andy nalegał. Udało mi się osiągnąć poziom nieco wyższy niż szkółka narciarska.

– Jeździsz na nartach? – zapytałam.

– Czasami.

Obserwowałam, jak robi sobie kawę. Mleko, cukier, słodzik? Kawa dużo mówi o człowieku. Prosty facet, żadnych dodatków. Co więcej, pił ukrop.

– Czym zajmuje się twój mąż?

Zaskoczył mnie. Wpatrywałam się w jego wargę nad brzegiem kubka. Dlaczego uznałam, że chodzi z zaciśniętymi wargami? Przecież na widok takich warg Michał Anioł chwyciłby za dłuto. Pełne i zmysłowe. Zastanawiałam się, jak smakują…

– Słucham?

– Twój mąż też jest lekarzem?

Słowo „lekarz” wypowiedział z naciskiem, jakby uznał za zabawne, że ktoś chciał się ze mną ożenić.

– Nie, analitykiem giełdowym.

– W Londynie?

– Hm, tak.

Uważam, że jestem mistrzynią kłamania. Robię to od dziecka. Bardzo wcześnie nauczyłam się nie mówić prawdy. Tak się dzieje z sześciolatkami żyjącymi z rodzicami w komunie. Nie skończyłabym szkoły, gdybym opowiedziała o tym, co tam widziałam i słyszałam.

Kłamać łatwo, gorzej z pamiętaniem, co się nakłamało. Na razie szło mi dobrze. Andy naprawdę był analitykiem giełdowym i pracował w Londynie, zamierzał jednak przenieść się do filii w Nowym Jorku, co przyjęłam z niekłamanym zadowoleniem. Londyn to ogromne miasto, ale nie miałam ochoty na spotkanie z nim i jego nową dziewczyną.

Nie chciałam, żeby przychodził do mojego domu po rzeczy. Ułatwiłam mu to, wyrzucając je do ogródka. Miałam dziką satysfakcję, ciskając nimi przez okno na piętrze. To nie moja wina, że przez noc spadło pół metra śniegu. Nie mam wpływu na pogodę.

Żeby zyskać na czasie, teraz ja zadałam mu pytanie.

– Jesteś żonaty?

– Nie.

– Masz kogoś?

– Nie – odparł, ale dopiero po chwili.

Może niedawno się z kimś rozstał i nadal go to boli?

– Masz dzieci?

Ściągnął brwi.

– Nie, jasne, że nie.

– Dlaczego to takie jasne?

– Może jestem staroświecki, ale lubię robić rzeczy według ustalonego porządku.

– Niech zgadnę… Z nikim nie mieszkałeś?

– Nie.

Wyjął z lodówki dwa sandwicze, rozłożył jedną z gazet na stole, po czym zaczął jeść kanapkę.

– To bardzo niezdrowe – odezwałam się, mimo że to nie moja sprawa, jak kto się odżywia.

Nie spoglądając na mnie, przerzucił stronę gazety, po czym sięgnął po drugą kanapkę.

– Co jest niezdrowe?

– Czytanie podczas jedzenia.

– Masz coś przeciwko wielozadaniowości?

Żartobliwy ton nie zbił mnie z tropu.

– Jedzenie podczas wykonywania innych czynności to zły nawyk. Może prowadzić do przejadania się. Do strony trzeciej zaspokoisz głód, ale z przyzwyczajenia będziesz jadł do końca lektury.

Złożył gazetę, po czym pchnął ją na drugi koniec stołu.

– Jak długo ty i twój mąż byliście razem, zanim ci się oświadczył?

Nie przesłyszała się. Ponownie zaakcentował słowo „mąż”. Dlaczego tak go interesuje moje życie prywatne? Może uważa, że nikt by się mną nie zainteresował. Niedawne zerwanie mocno nadwątliło moje poczucie wartości. Zawsze było kruche.

– Hm… To ja mu się oświadczyłam.

– Ooo… – Uniósł brwi.

– Nie pochwalasz tego.

– Nie moja sprawa.

Splotłam ramiona przed sobą.

– Nie widzę powodu, żeby w związku dominował facet. – Patrzyłam na niego spod półprzymkniętych powiek. Dlaczego dziewczyna miałaby na oświadczyny czekać całymi miesiącami, a nawet latami? Żyć w ciągłej niepewności?

– To nie moja wina. Nie ja ustalałem zasady. – Ledwie dostrzegalnie się uśmiechnął. – Jak zareagował?

– Oczywiście się zgodził. – Nie od razu, ale tego nie miałam zamiaru ujawniać.

O ślubie rozmawialiśmy z Andym od lat. On po prostu nie zdążył mi się oświadczyć. Może to dziwne, biorąc pod uwagę moje niekonwencjonalne pochodzenie, ale marzyłam o białej sukni z welonem, o atmosferze kościoła, kwiatach, confetti, słodkiej małej druhence.

Moi rodzice żyją bez ślubu, ponieważ nie uznają instytucji małżeństwa, właściwie żadnej instytucji. Ich związek jest otwarty i w ich przypadku się sprawdza. Nie pytajcie mnie, jakim cudem. Nigdy im tego nie mówiłam, ale kiedy patrzę na ich fotografie z trzydziestu lat, zawsze mi czegoś brakuje.

– Od dawna pracujesz w tym szpitalu? – zapytał.

– Blisko jedenaście miesięcy.

– A wcześniej?

– U Świętego Tomasza. A ty? – Znałam odpowiedź, bo podsłuchałam pielęgniarki w przebieralni.

– Studiowałem w Londynie, potem pracowałem w szpitalach Westminster i Chelsea, a przez ostatni rok w Stanach.

Ciekawe, dlaczego wyjechał za granicę? Miało to związek z kobietami tutaj albo tam? Nikt nic nie wiedział o jego życiu prywatnym. Najwyraźniej skrupulatnie strzegł swojej prywatności.

Rozległ się sygnał mojej komórki, że przyszła wiadomość. Od Jem.

„Co słychać?”.

„Okej”.

Minęło kilka sekund.

„Jak zareagowali?”.

„Nic im nie powiedziałam.”

„???”.

Wybrałam emotikon z czerwonymi policzkami, a w odpowiedzi otrzymałam uśmiechniętą buźkę z serduszkami zamiast oczek. W takich sytuacjach opłaca się mieć siostrę. Ona zna mnie najlepiej.

Mam wrażenie, że wiedziała, że bardziej niż serce cierpi moja duma. To nie to, że nie kochałam Andy’ego. Pokochałam go od pierwszego wejrzenia. Był czarujący, dowcipny i sprawiał, że czułam się najważniejszą postacią w jego życiu… przez mniej więcej miesiąc. Starałam się, ale jego sprawy zawsze okazywały się ważniejsze. Nie był w stanie pojąć, że nie mogę w szpitalu w każdej chwili wziąć choćby jednego dnia wolnego, bo jemu się nudzi.

Mój wzrok napotkał spojrzenie Matta. Miałam nadzieję, że nie czyta w moich myślach.

– Masz więcej pytań? – rzuciłam zaczepnym tonem.

– W tej chwili nie.

Skorzystałam z okazji, by wymknąć się z pokoju, ale wychodziłam z przeświadczeniem, że niewiele się ukryje przed spojrzeniem jego szaroniebieskich oczu.

W sali operacyjnej panowała napięta atmosfera, ale zawsze tak było, gdy operował doktor McTaggart. Nie należał do chirurgów, którzy w trakcie zabiegu gawędzą o tym, jak minął weekend, albo o sukcesach swoich pociech na uniwersytetach w Oxfordzie albo Cambridge. Nie słuchał muzyki klasycznej podczas operacji.

McTaggart pracował w absolutnej ciszy. Już na samym początku zorientowałam się, że lepiej trzymać język za zębami. Wydawał polecenia niczym kapral. Młodszy personel w jego obecności trząsł się ze strachu, starsi nie lubili z nim pracować.

Zabawne, ale moim zdaniem wcale nie był taki trudny. Rozumiałam presję, pod jaką pracuje, tym bardziej że pacjenci w większym stopniu niż dawniej oczekiwali pozytywnych rezultatów, więc chirurdzy na samym końcu procedur medycznych byli zmuszeni pracować pod jeszcze większym ciśnieniem. To dobrze i źle w zależności od okoliczności. Między innymi dlatego chciałam kontynuować swój projekt badawczy. Redukcja stresu jest korzystna dla wszystkich stron. No, może poza pazernymi prawnikami.

McTaggart operował dwudziestosiedmioletniego mężczyznę z niekorzystnie umiejscowionym guzem mózgu. Jason Ryder niedawno się ożenił, wkrótce miał zostać ojcem, amatorsko grywał w golfa. Stracił przytomność na polu golfowym, w trakcie turnieju, skąd karetką przywieziono go do nas. Z powodu krwotoku wylądował w sali operacyjnej prosto z izby przyjęć.

Pierwszej oberwało się Alex Kingston, lekarce odpowiedzialnej za stabilizowanie pacjenta.

– Kingston, odessij krew, bo nic nie widzę!

Następnie przyszła kolej na Leanne Griffiths.

– Siostro Griffiths, niech siostra pilnuje, co się dzieje. Nie mogę czekać, aż siostra zorganizuje więcej tamponów. Mają leżeć gotowe na stoliku i czekać, kiedy będę ich potrzebował. Czyli w tej chwili!

Potem na mnie.

– Ciśnienie, pani doktor! Wygląda mi na za wysokie, co nie pasuje do objętości utraconej krwi.

I tak do samego końca. Wszyscy zawinili, tylko nie on. Ale w istocie nikt nie zawinił. Może jedynie stres związany z usuwaniem guza tak, by nie uszkodzić zdrowej tkanki mózgowej. Ludzki organizm nie zawsze jest przewidywalny. Tym razem nie był. Jedynym wyjściem było podwiązanie większych naczyń krwionośnych, ale mogło to spowodować nieodwracalne zmiany w zdrowej tkance mózgowej.