Koncert w ParyżuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Melanie Milburne
Koncert w Paryżu

Tłumaczenie:

Alina Patkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Aiesha spędziła w Lochbannon już tydzień i gazety jeszcze nie wpadły na jej trop. Ale komu mogłoby przyjść do głowy, żeby jej szukać w szkockich górach, w domu kobiety, której małżeństwo zniszczyła przed dziesięciu laty? To była doskonała kryjówka. Louise Challender wyjechała za granicę, do przyjaciółki, której przydarzył się wypadek, i Aiesha miała cały dom tylko dla siebie. Był środek zimy, więc spokoju nie zakłócał jej żaden ogrodnik ani gospodyni. Po prostu sielanka.

Przymknęła oczy, odchyliła głowę do tyłu i wciągnęła w płuca mroźne powietrze. Na ziemię opadały pierwsze płatki śniegu. Po zgiełku i spalinach Las Vegas zimne, świeże, spokojne powietrze Szkocji ożywiało przytępione zmysły jak cudowny eliksir. Tutaj Aiesha nie musiała niczego udawać ani grać. Czuła się tak, jakby wreszcie zeszła ze sceny i zrzuciła ciężki kostium, który nosiła w Las Vegas – kostium wampa, maskę barowej piosenkarki, zadowolonej z tego, że dostaje wysokie napiwki i przez całe dnie może chodzić po sklepach, siedzieć na basenie i smarować się samoopalaczem. Tutaj mogła się rozluźnić, zebrać myśli, nawiązać kontakt z naturą i przypomnieć sobie o własnych marzeniach.

Jedyną przeszkodą był pies. Łatwiej byłoby opiekować się kotami. Wystarczyłoby nasypać karmy do miseczki i zmienić żwirek w kuwecie. Kotów nie trzeba było głaskać ani przez cały czas dotrzymywać im towarzystwa. Koty chodziły własnymi drogami i Aieshy bardzo to odpowiadało. Ale pies to zupełnie inna sprawa. Pies chciał być blisko człowieka, zaprzyjaźnić się z nim, pokochać go. Pies ufał, że zapewni mu się bezpieczeństwo.

Aiesha popatrzyła w wilgotne brązowe oczy golden retrievera, który z niewolniczym oddaniem siedział u jej stóp, zamiatając ogonem warstwę świeżego śniegu. To spojrzenie przywiodło jej na myśl spojrzenie innej pary ufnych brązowych oczu. Choć minęło już wiele lat, to wspomnienie wciąż do niej wracało i za każdym razem czuła się tak, jakby ktoś wbijał jej nóż w serce. Podciągnęła rękaw i spojrzała na wewnętrzną stronę przegubu. Wyraźny czerwono-niebieski tatuaż już do końca życia miał jej przypominać, że nie potrafiła zapewnić bezpieczeństwa swojemu jedynemu przyjacielowi.

Przełknęła z trudem i spojrzała na psa, marszcząc brwi.

– Może sama wyjdziesz na spacer? Przecież znasz drogę lepiej ode mnie. Tu nie ma żadnych płotów. – Machnęła ręką. – Idź, pobiegaj sobie. Poganiaj królika czy coś.

Pies nie ruszył się z miejsca, tylko pisnął cicho, jakby chciał powiedzieć: „pobaw się ze mną”. Aiesha westchnęła z rezygnacją i powlokła się w stronę lasu.

– W takim razie chodź, głupi kundlu. Ale tylko do rzeki, nie dalej. Ten śnieg chyba będzie padał przez całą noc.

James Challender przejechał przez przysypaną śniegiem bramę z kutego żelaza, która prowadziła do Lochbannon. Zapadał już zmierzch. Posiadłość była zachwycająca o każdej porze roku, ale zimą zmieniała się w zaczarowaną krainę. Neogotycki budynek z wieżyczkami i mansardkami wyglądał jak żywcem wyjęty z bajki dla dzieci. Zamarznięta fontanna przed domem upodobniła się do renesansowej rzeźby z lodu, sople przypominały stalaktyty. Las i wzgórza za domem pokrywał biały, nieskalany śnieg. Powietrze było tak rześkie, czyste i zimne, że przy oddechu zamarzały mu dziurki w nosie.

W domu paliły się światła. A zatem gospodyni, pani McBain, przełożyła urlop, żeby zaopiekować się Bonnie podczas nieobecności matki, która musiała wyjechać do Australii, do przyjaciółki. James proponował, że zajmie się psem, ale matka przed wylotem z kraju powiadomiła go esemesem, że wszystko jest załatwione i ma się o nic nie martwić. Nie rozumiał, dlaczego po prostu nie odstawiła Bonnie do psiego hotelu. Przecież było ją na to stać. Po rozwodzie rodziców James zadbał, żeby niczego jej nie brakowało.

Lochbannon było trochę za duże dla samotnej starszej kobiety, której towarzystwa dotrzymywał tylko pies i kilkoro służących, ale James chciał zapewnić matce bezpieczną przystań w miejscu, które w żaden sposób nie byłoby związane z jej poprzednim życiem jako żony Clifforda Challendera. On również od czasu do czasu spędzał tu kilka dni, gdy chciał się oderwać od londyńskiego tempa życia, i właśnie dlatego przyjechał teraz, choć matka zapewniała, że Bonnie ma dobrą opiekę. Lubił samotność i spokój, a tutaj nic go nie rozpraszało. Przez tydzień potrafił tu zrobić więcej niż przez miesiąc w londyńskim biurze. Nikt nie zawracał mu głowy i niczego od niego nie chciał. Tu mógł spokojnie pomyśleć i oderwać się od stresów zarządzania firmą, która po wyczynach jego ojca wciąż musiała walczyć o odzyskanie dawnej pozycji. Było to też jedno z nielicznych miejsc, gdzie nie docierali wszędobylscy dziennikarze z kolorowej prasy. Konsekwencje hulaszczego życia ojca wciąż kładły się cieniem na życiu Jamesa. Brukowce wciąż wypatrywały skandali potwierdzających teorię, że jaki ojciec, taki syn.

Jeszcze zanim wyłączył silnik, usłyszał szczekanie Bonnie. Uśmiechnął się, idąc do drzwi. Może matka miała rację i ten pies naprawdę był zbyt wrażliwy, żeby zostawiać go z obcymi? Zresztą to entuzjastyczne powitanie w domowych progach było bardzo przyjemne. Ale zanim zdążył wsunąć klucz do zamka, drzwi otworzyły się i zobaczył przed sobą zdumione szare oczy.

– Co ty tu, do diabła, robisz?

Ręka Jamesa, sięgająca do klamki, opadła, a całe ciało zesztywniało. Aiesha Adams. Słynna, seksowna i nieposkromiona Aiesha Adams.

– Chyba to ja powinienem cię o to zapytać? – wykrztusił w końcu.

Na pierwszy rzut oka nie było w niej nic nadzwyczajnego. Bez makijażu, w dresowych spodniach i za dużym swetrze wyglądała jak przeciętna dziewczyna. Kasztanowe włosy sięgające ramion nie były ani proste, ani kręcone. Cerę miała gładką, oprócz paru malutkich blizn, które mogły być śladami po ospie albo po źle wyciśniętym trądziku. Była średniego wzrostu i szczupłej budowy. Przypuszczał, że zawdzięczała to raczej dobrym genom niż własnym wysiłkom.

Przez chwilę znów mu się wydawało, że ma przed sobą piętnastolatkę, ale zaraz jego uwagę przykuł niespotykany kolor jej oczu. Ich szarość kojarzyła się z burzą, dymem i cieniem. Również usta miała niezwykłe, pełne i kuszące do grzechu. Co ona tu robiła? Czyżby się włamała do domu jego matki? Serce zabiło mu szybciej. Co będzie, jeśli ktoś się dowie, że ona jest tutaj razem z nim? Na przykład prasa? Albo Phoebe?

Aiesha dumnie podniosła głowę i w mgnieniu oka ze skromnej uczennicy zmieniła się w wyrafinowaną, zmysłową uwodzicielkę.

– Przyjechałam na zaproszenie twojej matki.

Zmarszczył brwi ze zdumieniem. O co tu chodziło? Jego matka nie wspomniała o tym ani słowem. Dlaczego zaprosiła dziewczynę, która kiedyś wniosła w jej życie tak wiele zamętu i cierpienia? To nie miało sensu.

– Nie sądzisz, że to bardzo wielkodusznie z jej strony? Mam nadzieję, że pozamykała biżuterię i srebra.

Oczy Aieshy błysnęły złowrogo.

– Czy ktoś z tobą jest?

– Nie lubię się powtarzać, ale znowu mam wrażenie, że to ja powinienem ciebie o to zapytać. – James zamknął drzwi i zapadło milczenie, które naraz wydało mu się zanadto intymne. Jakakolwiek intymność z Aieshą Adams była niebezpieczna. Nie powinni się znaleźć w tym samym kraju, a cóż dopiero w tym samym domu. To była śmierć dla jego reputacji. Aiesha emanowała seksem, spowijała się atmosferą zmysłowości jak płaszczem, który narzucała na siebie, kiedy tylko przyszła jej na to ochota. Każdy jej ruch był ruchem wyrafinowanej uwodzicielki. Ilu już mężczyzn padło ofiarą tego smukłego ciała i ust jak u Lolity? Przypominała rozzłoszczonego kociaka.

James poczuł dudnienie krwi w uszach. Pochylił się i poskrobał Bonnie za uchem. Pies zapiszczał i z entuzjazmem polizał jego dłoń. Przynajmniej on cieszył się z jego przyjazdu.

– Czy ktoś tu za tobą przyjechał? – powtórzyła Aiesha. – Prasa? Dziennikarze? Ktokolwiek?

Wyprostował się i popatrzył na nią drwiąco.

– Uciekłaś przed kolejnym skandalem?

Zacisnęła usta i w jej oczach błysnęła niechęć.

– Nie udawaj, że nie wiesz. Wszystkie gazety o tym pisały.

Czy ktokolwiek mógłby o tym nie wiedzieć? Plotki o jej romansie z żonatym amerykańskim politykiem szerzyły się jak wirus. James starał się je ignorować, ale potem jakiś dziennikarz bez skrupułów przypomniał o roli Aieshy w rozwodzie jego rodziców. To było tylko jedno czy dwa zdania i nie wszystkie gazety to przedrukowały, ale wstyd i zażenowanie, które od dziesięciu lat starał się zostawić za sobą, znowu wróciły.

Z drugiej strony, czego innego mógł się spodziewać? Od chwili, gdy matka znalazła na ulicach Londynu nastoletnią uciekinierkę i przywiozła ją do domu, Aiesha przyciągała do siebie skandale jak magnes. Była wyszczekana i wciąż stwarzała jakieś problemy sobie, a także ludziom, którzy próbowali jej pomóc. Louise była wtedy bardzo rozczarowana jej zachowaniem i James nie mógł zrozumieć, dlaczego znów pozwoliła jej przyjechać. Po co zapraszała do siebie dziewczynę, która ukradła jej rodzinną biżuterię i próbowała ukraść również męża?

Zrzucił płaszcz i powiesił go w szafie.

– Zdaje się, że masz obsesję na punkcie żonatych mężczyzn?

Poczuł na plecach spojrzenie szarych, przenikliwych oczu i puls znowu mu przyspieszył. Ucieszyło go, że cios był celny. Tylko on jeden w całej rodzinie potrafił przejrzeć Aieshę na wylot. Była jak kameleon, zawsze robiła to, co przynosiło jej korzyść, i gdy jej to odpowiadało, nakładała swój urok jak sukienkę, by przyciągnąć do siebie następną ofiarę, złamać kolejne serce i zdobyć kolejny portfel. Ale on był na nią odporny. Poznał się na niej od samego początku. Aiesha pozbyła się plebejskiego akcentu z East Endu i nie nosiła już ubrań z sieciówek, ale w głębi duszy wciąż pozostała złodziejką, której celem w życiu było dojść jak najwyżej przez szereg kolejnych łóżek. Jej ostatnią ofiarą był amerykański senator, który już zapłacił za to ruiną swojej kariery i małżeństwa. Prasa opublikowała zdjęcie Aieshy, gdy wychodziła z jego apartamentu hotelu w Las Vegas.

 

– Nikt nie może się dowiedzieć, że tu jestem – powiedziała. – Rozumiesz? Nikt.

James popatrzył na nią. W jej oczach wciąż błyszczała nienawiść, ale zauważył coś jeszcze – błysk niepewności, a może lęku, który jednak zaraz zniknął. Podniosła wyżej głowę i zacisnęła usta. Nie było w niej nic niewinnego. Była chodzącym zagrożeniem dla każdego mężczyzny, gotowa zdusić go swymi krągłościami, aż uschnie z pragnienia, i dobrze o tym wiedziała.

Minął ją i wszedł do ciepłej bawialni.

– Nikt się nie dowie, że tu jesteś, bo zaraz stąd wyjedziesz.

Poszła za nim. Kroki jej bosych stóp na perskim dywanie były ciche jak kroki drapieżnika.

– Nie możesz mnie wyrzucić. To dom twojej matki, nie twój. – Skrzyżowała ramiona na piersiach. Wyglądała w tej chwili jak nadąsana nastolatka, choć miała już dwadzieścia pięć lat.

James leniwie przesunął po niej wzrokiem, jakby patrzył na tandetny przedmiot na wystawie sklepu.

– Spakuj się i wynoś się stąd.

Przymrużyła oczy.

– Nigdzie się nie wybieram.

Krew zadudniła mu w żyłach, znów rozniecając żar, który nigdy do końca nie wygasł. Poczuł do siebie niechęć za tę słabość. Ta dziewczyna sprowadzała go do poziomu zwierzęcia kierującego się najbardziej prymitywnymi instynktami. Ale James nie był ulepiony z tej samej gliny co jego ojciec. Potrafił się kontrolować. Aiesha próbowała go uwodzić już dziesięć lat temu, ale wtedy nie dał się złapać na haczyk i nie zamierzał tego zrobić teraz.

– Oczekuję gościa.

– Kogo?

– Kobiety, z którą zamierzam się ożenić. Ma tu przyjechać na weekend.

Roześmiała się głośno i ujęła się pod boki, jakby opowiedział jej doskonały dowcip.

– Chcesz powiedzieć, że naprawdę oświadczyłeś się tej sztywnej arystokratce z twarzą jak kamienna maska, która nie robi nic innego, tylko wydaje pieniądze tatusia na High Street?

James zazgrzytał zębami.

– Phoebe patronuje kilku znanym towarzystwom dobroczynnym.

Aiesha wciąż się śmiała jak niegrzeczna uczennica. To było bardzo w jej stylu. Kpiła z najważniejszej decyzji, jaką podjął w życiu. James wybrał narzeczoną po długich deliberacjach. Phoebe Trentonfield miała własne pieniądze i z pewnością nie była łowczynią fortun. James przez większość dorosłego życia próbował znaleźć partnerkę, która pragnęłaby jego, a nie jego pieniędzy. To był najważniejszy warunek. Miał trzydzieści trzy lata i chciał się już ustatkować, założyć stabilny dom, taki, jakim był dom jego rodziców, dopóki nie wyszły na jaw romanse ojca. Chciał dać matce wnuki. Szukał kobiety, która zadowoli się tradycyjną rolą żony, żeby on sam mógł się zająć odbudowaniem imperium Challenderów, które ojciec tak lekkomyślnie przehulał. Nie pragnął skandalu i chaosu, lecz stabilności i przewidywalności. Nie był impulsywny jak ojciec, wiedział, czego pragnie i miał wystarczająco wiele determinacji i dyscypliny, by to zdobyć i utrzymać.

Aiesha popatrzyła na niego prowokująco.

– Ciekawe, co ona powie, kiedy znajdzie cię tu ze mną?

– Nie znajdzie mnie tu z tobą, bo wyjedziesz jutro z samego rana.

Uniosła jedno biodro wyżej, stając w pozycji modelki. W kącikach jej ust wciąż czaił się prowokujący uśmiech.

– A więc jednak nie jesteś na tyle podły, żeby wyrzucić mnie stąd dzisiaj prosto na śnieg?

Najchętniej zagrzebałby ją w zaspie, żeby wreszcie pozbyć się pokusy, ale nie mógł jej wyrzucić o tej porze. Drogi były śliskie i zdradzieckie. Sam dobrnął tutaj z trudem. Pub w pobliskiej wiosce wynajmował pokoje tylko w lecie, a najbliższy hotel był oddalony o pół godziny jazdy. W tych warunkach o godzinę.

– Czy masz łańcuchy do opon?

– Nie mam samochodu. Twoja matka przywiozła mnie tu z lotniska w Edynburgu.

Co sobie właściwie myślała jego matka? Sytuacja z chwili na chwilę stawała się coraz bardziej niedorzeczna. Przez te wszystkie lata James nie miał pojęcia, że matka utrzymuje kontakt z Aieshą. Po co znów wprowadziła tę dziewczynę do swojego życia? Czy to miała być jakaś pułapka? Głupi żart? Chyba nie. Matka napisała mu, żeby się nie martwił o psa. Z pewnością zdawała sobie sprawę, że James i Aiesha nie powinni się znaleźć pod jednym dachem. Ta dziewczyna próbowała zwrócić na siebie uwagę każdego, kto nosił spodnie. Była bezlitosna i bezwstydna jak dziewczyny z rozkładówek „Playboya”. Przypominała bombę zegarową.

– W takim razie zawiozę cię na lotnisko jutro z samego rana. Nie musisz się już opiekować ani psem, ani domem.

Podeszła do niego i palcem dotknęła jego zaciśniętej dłoni.

– Rozluźnij się, James. Jesteś napięty jak sprężyna. Gdybyś chciał rozładować tę energię… – zatrzepotała długimi rzęsami – wystarczy, że dasz mi znać.

Jej dotyk był jak uderzenie prądu elektrycznego. James zmusił się, by zachować obojętność, ale wszystkie komórki jego ciała drżały z pragnienia i ona doskonale o tym wiedziała.

– Zejdź mi z oczu.

W jej oczach znów pojawił się prowokujący błysk.

– Bardzo lubię, kiedy mężczyźni tak mnie traktują. – Ostentacyjnie zadrżała. – To mnie niesłychanie podnieca.

Zacisnął pięści tak mocno, że zabolały go stawy.

– Bądź gotowa o siódmej. Rozumiesz?

Odpowiedziała mu kolejnym uśmieszkiem.

– Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. Nie słyszałeś prognozy pogody?

Poczuł przypływ paniki. Owszem, słyszał prognozę pogody w samochodzie, gdy tu jechał, ale wtedy cieszyła go perspektywa zamieci. Nie miał nic przeciwko temu, żeby śnieg zasypał go w Lochbannon na kilka dni. Mógłby spokojnie dokończyć projekt dla Sherwooda, zanim Phoebe dołączy do niego na weekend.

Popatrzył na Aieshę z nienawiścią.

– Zaplanowałaś to?

Przerzuciła lśniące kasztanowe włosy przez ramię i wybuchnęła głośnym śmiechem.

– Sądzisz, że potrafię manipulować pogodą? Pochlebiasz mi, James.

Wstrzymał oddech, gdy weszła na schody, kołysząc biodrami. Nie mógł pozwolić, żeby zwyciężyła. Zamierzał się jej oprzeć, nawet gdyby śnieg zasypał ich tu na miesiąc.

ROZDZIAŁ DRUGI

Aiesha oparła się o drzwi sypialni i dopiero teraz wypuściła długo wstrzymywany oddech. Serce wciąż łomotało jej jak żagiel na silnym wietrze. To niemożliwe, myślała. James Challender działał na prasę jak magnes. Był księciem z bajki, jedną z najlepszych partii w Londynie. Wzdychały do niego wszystkie kobiety poniżej pięćdziesiątego roku życia. Gdziekolwiek się ruszył, reporterzy podążali za nim. Z pewnością teraz też się tu pojawią, szczególnie jeśli wiedzieli o planowanych zaręczynach. Tylko patrzeć, jak w to zacisze wtargną setki żądnych najświeższych nowin dziennikarzy z kamerami, a kiedy ją tu zobaczą, rzucą jej w twarz skandal, od którego usiłowała uciec.

To nie było nic nowego. Przez większą część życia Aiesha przyciągała do siebie skandale. Zwykle sama je wywoływała i upajała się uwagą, jaką jej poświęcano. W ten sposób rekompensowała sobie niedostatek uwagi w dzieciństwie. Sądziła jednak, że tę część życia ma już za sobą; w każdym razie chciała zostawić ją za sobą i iść dalej. Spotkanie z Antonym Smithsonem vel Antonym Gregovitchem miało być dla niej wielkim przełomem, szansą na wydostanie się z klubów i zdobycie kontraktu na nagranie płyty. Marzyła o tym od czasów, gdy jako mała dziewczynka śpiewała do szczotki do włosów przed lustrem w komunalnym mieszkaniu. Okazało się jednak, że Anthony w ogóle nie był producentem muzycznym. Od pierwszej chwili, gdy usiadł przy stoliku i zaczął słuchać jej śpiewu, okłamywał ją. Przychodził każdego wieczoru, rozmawiał z nią, kupował jej drinki, wychwalał jej głos i talent, a ona głupio wierzyła w to wszystko i pławiła się w jego uwielbieniu.

Najbardziej złościło ją, że nie przejrzała go wcześniej. Jak mogła być tak naiwna, tym bardziej że już przedtem zdarzało jej się padać ofiarą oszustów i szarlatanów? To nie był piękny książę, który mógłby ją zabrać z klubu, gdzie śpiewała dla pijanych klientów, do których nie docierało ani jedno słowo z jej piosenek, lecz żonaty i dzieciaty mężczyzna, który szukał odrobiny taniej rozrywki na boku. A teraz prasa przedstawiała ją jako bezlitosną, niemoralną uwodzicielkę, a jej szanse, by udowodnić, co potrafi, spełzły na niczym. Nie miała żadnego kontraktu. Dzięki żonie Antony’ego, która rozpętała kampanię oszczerstw, nie miała nawet pracy. Żaden klub w Las Vegas, a może nawet na całym świecie, już jej nie zatrudni. A teraz jeszcze musiała dać sobie radę z Jamesem Challenderem.

Mimo wszystko nie potrafiła zetrzeć z twarzy uśmiechu satysfakcji. Doskonale wiedziała, jak go sprowokować. Ćwiczyła to już jako piętnastolatka. Lepiej panował nad sobą niż jego obleśny ojciec, ale nie cierpiała go równie mocno. Z drugiej strony, nie cierpiała wszystkich mężczyzn, zwłaszcza tych bogatych, którzy sądzili, że wystarczy otworzyć portfel, by zdobyć każdą kobietę. Bywali całkiem do rzeczy w łóżku i od czasu do czasu dostarczali jej odrobiny rozrywki, ale żadnego z nich nie potrafiła szanować. Mężczyźni w jej życiu zawsze ją zawodzili, oszukiwali, zdradzali, wykorzystywali.

James Challender sądził chyba, że jest w stanie nad nią zapanować, ale nie zamierzała wyjeżdżać z Lochbannon tylko dlatego, że on jej kazał to zrobić. Louise pozwoliła jej tu zostać tak długo, jak chciała. Nie będzie jej rozstawiać po kątach jakaś kukła, sztywny manekin, który nigdy w życiu nie słyszał słów „zabawa” i „spontaniczność”, ten punktualny do bólu, czepialski pracoholik, który dostawał dreszczy, jeśli poduszki na sofie leżały krzywo! A co do jego tak zwanej narzeczonej – cóż za żart! Doskonale do siebie pasowali. Phoebe jak-jej-tam potrafiła tylko uśmiechać się bezbarwnie do kamer, jakby reklamowała pastę do zębów, prezentując idealną figurę i idealne ciuchy. A jej równie idealni, żyjący pod kloszem rodzice zasilali tymczasem jej konto.

Aiesha postukała palcem o usta. Może uda się jakoś wykorzystać tę sytuację. Jeśli świat się dowie, że ugrzęzła w Szkocji w towarzystwie oszałamiająco przystojnego Jamesa Challendera, to dlaczego ktokolwiek miałby uwierzyć, że czyha na nudnego, starego polityka z Las Vegas?

Ze złośliwym uśmiechem sięgnęła po telefon. Gdzie ten Tweeter?

Jamesowi nie udało się dodzwonić do matki, ale zostawił jej wiadomość, surowym tonem ostrzegając przed niebezpieczeństwami, jakie niesie ze sobą przygarnięcie gwiazdki o lekkich obyczajach, która nieustannie ściąga na siebie uwagę brukowców i z pewnością pod jej nieobecność urządzi szaloną imprezę, po której zginą srebra albo cały dom będzie wyglądał jak po przejściu huraganu.

Roztarł zesztywniały kark i popatrzył przez okno biblioteki na padający śnieg. Przynajmniej raz prognoza pogody sprawdziła się co do joty. Rozszalała się śnieżyca i nie było żadnych szans, by udało się stąd wyjechać w ciągu najbliższej doby. Westchnął i opuścił rękę. Bogu dzięki, nikt jeszcze nie wiedział, że utknął tu w towarzystwie Aieshy. Sprawdził telefon; zdawało się, że nikt go jeszcze nie wytropił. Skandal z Vegas wciąż przyciągał komentarze, w większości niepochlebne dla Aieshy. Uważano, że zniszczyła karierę i małżeństwo niewinnego, porządnego człowieka. Zdaniem Jamesa, niektóre z tych komentarzy były nieco zbyt surowe. Część winy powinna chyba spaść na mężczyznę.

Potem jednak przypomniał sobie jej uwodzicielskie zachowanie na dole. Była wcieloną pokusą i nawet najsurowszy mnich miałby kłopoty z tym, by się jej oprzeć. Robiła to dla sportu. Bawiło ją prowokowanie mężczyzn. To była tylko gra, sprawdzanie, kto ma większą siłę woli. James wygrał tę bitwę już dziesięć lat temu i był z siebie dumny. Ale wtedy Aiesha była jeszcze dzieckiem, a teraz dorosła i po latach ćwiczenia się w roli kurtyzany stała się znacznie bardziej niebezpieczna.

Na przemian zaciskał i prostował dłonie. Skóra wciąż go paliła od jej dotyku. Nigdy nie uważał się za zmysłowego hedonistę. Lubił seks, ale było w nim coś, co zawsze go niepokoiło. Bliskość, jaka się z nim wiązała, i potrzeba pozbycia się kontroli sprawiały, że czuł się nieswojo. Nie lubił się odkrywać i zdawać na łaskę kogoś innego, toteż zwykle trzymał namiętności na wodzy. Nie był pruderyjny, ale nie poddawał się pierwotnym instynktom bez wzięcia pod uwagę konsekwencji. Jego ojciec przechodził od jednego związku do drugiego, a każda kolejna kobieta była bardziej nieodpowiednia od poprzedniej. Jego najnowsza kochanka zaledwie skończyła osiemnaście lat i była kolejną niespełnioną gwiazdką, która szukała rozrywki u boku bogatego tatusia. Płytkość ojca była dla Jamesa źródłem nieustannego zażenowania i wstydu. W dodatku wszyscy uważali, że skoro jest podobny do ojca fizycznie, to przypomina go również charakterem. Ale tak nie było. W odróżnieniu od ojca James był ambitny, skoncentrowany i zdyscyplinowany. Dbał o firmę i o ludzi, którzy w niej pracowali. Jego ojcu z całą pewnością nie można było zarzucić pracowitości ani odpowiedzialności. Urodził się w bogatej rodzinie i ledwie przejął kontrolę nad pieniędzmi, zaczął je wydawać. Stracił niemal cały majątek i zrujnował opinię architektonicznego imperium, które dziadek Jamesa zbudował z takim trudem.

 

A teraz James przejął pałeczkę i nie zamierzał wypuścić jej z rąk, dopóki nie przywróci firmy do dawnej świetności i nie wprowadzi jej do dziesiątki najlepszych firm architektonicznych w kraju. Przebudowa londyńskiego domu i paryskiej kamienicy Howarda Sherwooda, choć warta wiele milionów funtów, była jednak niczym wobec innych projektów, które ten wpływowy biznesmen o rozległych powiązaniach mógł zapewnić firmie Jamesa. Zdobycie tego kontraktu znacznie przybliżyłoby go do realizacji marzenia o projektowaniu luksusowych, przyjaznych dla środowiska domów w dziewiczych obszarach globu. Jamesa motywowały nie tylko pieniądze. Projekt Sherwooda był zgodny z wartościami, które wyznawał jako architekt. Chciał pozostawić po sobie budynki, które podkreślałyby piękno otoczenia zamiast je niszczyć. Poza tym byłby to kolejny krok dowodzący, że nie jest podobny do swojego ojca.

Bonnie uniosła złocistą głowę z dywanu i pisnęła cicho.

– Chcesz wyjść na zewnątrz, staruszko? Chodź. Wygląda na to, że twoja opiekunka rzuciła pracę.

Śnieg sięgał mu już po łydki. Wiatr zawodził jak derwisz na pustyni, ale na szczęście pies zrobił swoje szybko. James otrzepał śnieg z ramion i wrócił do domu tylnymi drzwiami. Poczuł gęsią skórkę na karku, gdy zobaczył Aieshę opartą o szafkę w kuchni, z ustami skrzywionymi w grymasie.

– Nie spodziewasz się chyba, że przygotuję ci kolację?

– Nie śmiałbym nawet o tym marzyć.

Otworzył lodówkę i przyjrzał się zawartości. Zobaczył jajka, jogurt, mleko, ser, warzywa i plastikowy pojemnik z jedzeniem dla Bonnie.

– Skoro już tu jesteś, to możesz nakarmić psa – powiedziała Aiesha. – I wyprowadzić ją na spacer. Nie mam zamiaru odmrozić sobie tyłka tylko dlatego, że ten przeżarty kundel co pięć minut chce siku.

Zamknął lodówkę i znów na nią popatrzył.

– Więc jak masz zamiar zarobić na swoje utrzymanie?

W szarych oczach pojawił się błysk, kąciki ust uniosły się wyżej.

– Masz jakieś propozycje?

Krew zawrzała mu w żyłach, a w umyśle natychmiast pojawiły się obrazy jej nagiego ciała. Zacisnął zęby, walcząc z demonem pożądania. Aiesha dobrze wiedziała, jak na niego działa i zdawała się czerpać z tego wielką satysfakcję. Zastanawiał się, czy chce go w ten sposób skłonić do wyjazdu. Zdawało się to coraz bardziej prawdopodobne. Ukryła się przed prasą i sądziła, że nikt jej tu nie znajdzie, a jego obecność mogła zdradzić jej kryjówkę.

James również nie miał ochoty na kontakty z prasą. Wyczyny ojca przyniosły niechlubny rozgłos rodzinnemu nazwisku. On sam również przez te wszystkie lata wzbudzał zainteresowanie dziennikarzy i pojawiał się na plotkarskich stronach częściej, niż mógłby sobie tego życzyć. Było to jednak nieuniknione, skoro uważano go za jedną z najlepszych partii w Wielkiej Brytanii. Wiedział, że ogłoszenie zaręczyn wywoła nową falę zainteresowania, a Aiesha zapewne właśnie tego chciała uniknąć.

Popatrzył na nią i skrzywił się.

– Sądzisz, że chciałbym mieć cokolwiek wspólnego z takim tanim śmieciem jak ty?

Spojrzenie jej szarych oczu przesunęło się po jego sylwetce i na chwilę zatrzymało pod paskiem spodni, po czym znów wróciło do twarzy. Podniosła wyżej trzymany w ręku smartfon i postukała smukłym palcem w ekran.

– Może zadzwonisz do narzeczonej. Powiedz jej, gdzie jesteś i z kim, zanim dowie się o tym z innego źródła.

Poczuł, że włosy na głowie stają mu dęba, ale zanim zdążył otworzyć usta, jego telefon zadzwonił. Na widok zdjęcia Phoebe na ekranie żołądek podszedł mu do gardła.

– Cześć, Phoebe. Właśnie chciałem…

– Ty draniu!

– To nie tak, jak myślisz – przerwał jej natychmiast. – Ona jest dla mnie jak, hm… przyrodnia siostra. Moja matka też miała tu być, ale musiała wyjechać do…

– Na litość boską, czy uważasz mnie za zupełną kretynkę? Wszystkie gazety o tym piszą. Zafundowałeś sobie przygodę z piosenkarką z Las Vegas? – Ton Phoebe przesycony był niedowierzaniem i niesmakiem.

Serce zabiło mu mocniej, a na czoło wystąpiły kropelki potu. Pomyślał o projekcie Sherwood, o miesiącach delikatnych negocjacji i wielu tygodniach pracy, które miał za sobą. Wszystko to pójdzie na marne, jeśli superkonserwatywny Howard Sherwood usłyszy o tej sytuacji, zanim James zdąży mu wyjaśnić okoliczności.

– Słuchaj. Mogę ci wszystko wy…

– Koniec z nami – oświadczyła Phoebe. – Zresztą nawet gdybyś się zdecydował mi oświadczyć, i tak nie zgodziłabym się za ciebie wyjść. Tata miał rację, kiedy mówił, że jabłko nigdy nie pada daleko od jabłoni, a twoje drzewo rodzinne jest wyjątkowo śmierdzące. Jesteś taki sam jak twój ojciec. Nie chcę, żeby moje nazwisko zostało ściągnięte do takiego poziomu. Żegnaj.

Przerwała rozmowę. James zacisnął palce na telefonie i znów popatrzył na Aieshę. Powiedzieć, że miała na twarzy uśmiech kota, który dobrał się do śmietanki, to byłoby nic nie powiedzieć. To był kot, który zobaczył przed sobą całą wielką, otwartą spiżarnię. Zamrugał, żeby odpędzić sprzed oczu czerwone plamy.

– Ty mała intrygantko – warknął. – O co ci właściwie chodzi?

– Tak się zwracasz do swojej nowej narzeczonej? – odrzekła niewinnie, wydymając usta.

James zacisnął zęby.

– Nikt w to nie uwierzy nawet przez sekundę.

Pokazała mu rządek tweetów na ekranie swojego telefonu i zaczęła czytać na głos:

– No wreszcie! Najwyższy czas. Zawsze wiedziałem, że JC ma do ciebie słabość. – Podniosła na niego wzrok z dziewczęcym uśmiechem. – Zgadnij, ile odpowiedzi już dostałam?

James obrócił się na pięcie i wsunął palce we włosy. Co ona narobiła? Cały świat pewnie tarza się już ze śmiechu, czytając o partnerce, jaką sobie wybrał – piosenkarce z nocnego klubu, która toruje sobie drogę do kariery przez kolejne łóżka, niczym żmija wspinająca się w górę po winorośli. Teraz już wszyscy będą powtarzać, że jaki ojciec, taki syn.

Zaraz. Może jednak udałoby mu się obrócić tę sytuację na swoją korzyść? Najgorzej dla niego byłoby, gdyby ten związek uznano za chwilową przygodę. Jeśli nie chciał wyjść na takiego samego drania jak ojciec, to musiał coś szybko wymyślić. A gdyby jego związek z Aieshą miał się okazać poważny?

Znów wyjął telefon, napisał tweeta i wysłał go natychmiast, obawiając się, że za chwilę może zmienić zdanie. To mogło zadziałać. Musiało zadziałać. Proszę, Boże, spraw, żeby zadziałało.

– Co ty robisz?

– Gratuluję, Aiesha. Właśnie się zaręczyłaś.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?