Argentyński senTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Melanie Milburne
Argentyński sen

Tłumaczenie:

Katarzyna Berger-Kuźniar

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W testamencie ojca Teddy zauważyła tylko jeden paragraf i nie dotyczył on wcale pieniędzy. Chodziło w nim o zawarcie związku małżeńskiego. Z przerażeniem popatrzyła na ich rodzinnego adwokata.

– Małżeństwo? – zapytała.

Benson pokiwał ponuro głową.

– Obawiam się, że tak. I to w ciągu miesiąca. W przeciwnym razie twój kuzyn Hugo odziedziczy wszystko: wszelkie nieruchomości, akcje, udziały… i Marlstone Manor.

– Nie może być! – wykrzyknęła. – Przecież tata powiedział, że Manor należy do mnie, jest moim domem… Powtórzył to jeszcze na dzień przed śmiercią. Przyrzekał, że zawsze będę miała dach nad głową.

– Twój ojciec zmienił testament miesiąc wcześniej niż zdiagnozowano u niego raka. Widocznie miał przeczucie, że nie pozostało mu wiele czasu i chciał uporządkować swoje sprawy.

Jego sprawy? To był jej dom i jej sprawy. Jej życie! Jej bezpieczeństwo. Jak ojciec mógł przekazać wszystko kuzynowi, który nie pofatygował się nawet, żeby choć raz odwiedzić go podczas choroby?

Teddy czuła się całkowicie zaszokowana. Nerwowo mrużyła oczy, jakby się chciała przebudzić ze złego snu. Czy to się dzieje naprawdę? Idiotyczna rozmowa z prawnikiem ojca w bibliotece w ciągle jeszcze jej domu? Jakaś makabryczna pomyłka.

Przez pięć miesięcy pielęgnowała tatę umierającego na raka trzustki. Odszedł przy niej, do ostatniej chwili trzymała go za rękę. To był jedyny moment w ich życiu, gdy poczuli się ze sobą blisko związani. Na parę dni przed śmiercią zdążył jej opowiedzieć trochę o swym dzieciństwie, co nagle wyjaśniło wiele na temat jego trudnej osobowości. Zrozumiała, dlaczego ciągle o wszystko się czepiał i trudno go było zadowolić; dlaczego nieustannie ją kontrolował i nie zważał na jej zdanie w żadnej kwestii. Na sam koniec nawet mu wybaczyła. Powiedziała, że go kocha, pomimo że poprzysięgła sobie nigdy tego nie robić. A on przez cały czas wiedział, że ją oszukuje? Zdradza? Czemu dała się nabrać? Dlaczego nie miała żadnych podejrzeń? Po co była nagle tak naiwna, by złapać się na ułudę rodzinnej sielanki?

– Ojciec dał mi wyraźnie do zrozumienia, że Marlstone Manor pozostanie moim domem. – Teddy starała się mówić jasno i bez emocji. – Z jakiej okazji miałby zmienić zdanie? Nie muszę chyba wychodzić za mąż, by odziedziczyć coś, co i tak należy teraz do mnie. To jakiś skandal!

Benson uderzył znacząco długopisem w rozłożony dokument.

– Niestety jest jeszcze coś… Twój ojciec wyznaczył… pana młodego.

– Co takiego?!

– Zapisał tu, że masz poślubić Alejandra Valqueza.

Teddy z niedowierzaniem odczytała nazwisko. Przed oczami pojawił się zamazany obraz z przeszłości, a na nim rosły, ciemnowłosy mężczyzna, czy może bardziej playboy o tajemniczym uśmiechu upadłego anioła. Wokół niego stado kobiet przypominające rój natrętnych pszczół. Poczuła, że płoną jej policzki. To naprawdę musi być jakiś makabryczny sen. Nawet ojciec nie potrafiłby być tak okrutny, by wystawić ją na pośmiewisko i zmusić do ślubu z kimś całkowicie nieprzystającym do niej ani do jej stylu życia. Cała prasa brukowa i strony plotkarskie wyszydziłyby taki „związek” bezlitośnie. Nikt nie uwierzyłby w parę: Valquez i ona. Już widzi te upokarzające nagłówki: „Kulawa dama z Marlstone Manor wrabia znanego argentyńskiego playboya w małżeństwo dla pieniędzy”.

Czym sobie na to wszystko zasłużyła? Czy w ten sposób na sam koniec ojciec postanowił okazać, jak bardzo brzydził się jej kalectwem? Wystawiając ją na niekończące się drwiny i szyderstwo? Czyniąc z niej przedmiot żartów powtarzanych w pubach przy piwie przez najbliższe dziesięć lat?

Teddy powoli przywoływała się do porządku. Musiała znów spojrzeć w stronę adwokata. Panikowanie i histeria na pewno w niczym nie pomogą, trzeba powrócić do zwykłego modus operandi, czyli dystansu i opanowania.

– Czy ten zapis można w jakikolwiek sposób obejść?

– Nie, jeśli chcesz pozostać właścicielką i mieszkanką Marlstone Manor.

Popatrzyła za okno na niezmienione przez lata bezkresne ogrody i pola, zielone doliny, rzędy żywopłotów, rzekę, która przepływała przez las, nieruchomą taflę jeziora, klony, buki i cisy rosnące tu od stuleci. Rodzinna posiadłość była dla niej wszystkim. Domem, sanktuarium, natchnieniem do pracy, która polegała na ilustrowaniu książek dla dzieci. Wszystkie świetne rysunki botaniczne zainspirowało prawdziwe, najbliższe otoczenie.

Czy ojciec naprawdę ani trochę się o nią nie troszczył? Nie wiedział, co sądziła o ludziach pokroju Alejandra? Przecież obaj bracia Valquez, również młodszy Luiz, byli nieprzyzwoicie bogaci, zniewalająco przystojni i spotykali się jedynie z modelkami i gwiazdami filmowymi. Z pięknymi, doskonałymi kobietami.

Dla starszego Valqueza dziewczyny takie jak ona nie istniały. Gdy wiele lat wcześniej przedstawiono ich sobie na imprezie polo, na którą siłą zabrał ją ojciec, chyba nie odezwali się do siebie ani słowem. Alejandro wypatrzył natomiast stojącą tuż za jej plecami blond piękność, która wkrótce została jego oficjalną narzeczoną. Ich gorący romans nie schodził miesiącami z pierwszych stron brukowców, aż supermodelka Mercedes Delgado… nie pojawiła się w wyznaczonym terminie na ślubie!

Dlaczego ojciec postanowił zmusić takiego właśnie mężczyznę do związku z własną córką? Czego dla niej pragnął?

Teddy nigdy dobrze nie żyła ze swym ojcem, a on nigdy nie ukrywał, że wolałby mieć syna. Krytykował ją od dziecka za wszystko, co robiła i mówiła, a ona i tak, jak większość małych dziewczynek, bardzo go kochała i szukała jego akceptacji. Dopiero po wielu latach zrozumiała, że dla taty naprawdę liczyły się jedynie interesy, pieniądze i odnoszenie sukcesów. W trakcie rozwodu z matką poruszył niebo i ziemię, by uzyskać pełnię opieki nad córką, lecz zrobił to nie z miłości, a po to, by odnieść kolejne spektakularne zwycięstwo.

Być może chciał teraz swym okrutnym zapisem w testamencie ukarać Teddy za to, że uważała, że swym postępowaniem wpędził matkę do grobu. A może wstydził się córki wiodącej życie starej panny i postanowił zmusić ją do związku z mężczyzną, który w inny sposób nigdy nie zwróciłby na nią uwagi?

Nazwisko Valquez kojarzyło się jednoznacznie z bogactwem, prestiżem, oszałamiającym tempem życia i genialną grą w polo. Gdyby któryś z braci naprawdę chciał się ożenić, Teddy znalazłaby się jako absolutnie ostatnia na liście potencjalnych kandydatek.

Obecnie należało jednak porzucić dalsze dywagacje i powrócić do rozmowy z prawnikiem.

– Dlaczego Alejandro Valquez miałby przystać na taki układ? Po co mu to?

– Dwadzieścia lat temu Paco, ojciec Alejandra, miał wypadek podczas gry w polo, w wyniku którego uległ porażeniu czterokończynowemu, czyli został całkowicie sparaliżowany poniżej szyi. Twój ojciec odkupił od niego wtedy pewien areał ziemi, chcąc w ten sposób wesprzeć finansowo rodzinę Valquez – wyjaśnił Benson. – Jednak czas mijał, a ziemia pozostała w waszym posiadaniu, mimo że Alejandro wielokrotnie składał oferty wykupienia jej z powrotem. Po waszym ślubie tytuł własności automatycznie powróci do Valquezów.

A więc ojciec potraktował ją jak towar wymienny! Jak mógł? Przecież mamy już dwudziesty pierwszy wiek i kobiety od dawna same wybierają sobie partnerów. Z miłości.

Teddy od dziecka marzyła skrycie o uczuciu jak z bajki, chociaż nie zaznała go ani nie widziała w domu rodzinnym. Rodzice rozwiedli się, gdy miała zaledwie siedem lat, i pozostali w bardzo wrogich relacjach. Pomimo wszystko uważała, że ludzie powinni się wiązać wyłącznie z miłości i dbać o nią, nie zaś wikłać się w małżeństwo z powodów finansowych. Nie łatwo będzie zmienić nagle własne głębokie przekonania. Nie zamierza upodobnić się do matki, która wyszła za człowieka dla jego pozycji społecznej i marnie skończyła.

Teddy popatrzyła ponownie na Bensona. Musi znaleźć się jakiś ratunek.

– Czy Alejandro już wie?

– Tak, ale ma związane ręce.

– To znaczy?

– Twój ojciec zaaranżował wszystko w ten sposób, że jeżeli Valquez nie zgodzi się na małżeństwo z tobą, to sporny areał zostanie sprzedany.

– Tak bogaty człowiek odzyska swą ziemię, gdy tylko znajdzie się ona na wolnym rynku.

– Obawiam się, że nie, bo zapis nakazuje sprzedaż deweloperom. Zresztą pewien lokalny deweloper już czeka na taką okazję. Jestem skłonny uważać, że Valquez prędzej zaryzykuje małżeństwo z nieznaną kobietą, niż odpuści rodzinną ziemię. Jednym słowem, jest to jedyny korzystny układ dla was obojga.

Wściekłość i gorycz Teddy powoli zbliżały się do zenitu. Czyżby Benson, podobnie jak ojciec, uważał, że sama nie ułoży sobie życia?

Zanim wyszła z biblioteki, posłała prawnikowi jedno ze swych najbardziej morderczych spojrzeń.

– Może pan przekazać panu Valquezowi, że nie sądzę, aby jakiekolwiek okoliczności zmusiły mnie do zgody na fikcyjne małżeństwo.

– Żartuje pan? – warknął złowieszczo Alejandro po wysłuchaniu przedstawiciela prawnego Marlstone Inc. w swym londyńskim biurze.

– Jeśli chce pan kiedykolwiek odzyskać Mendoza Land, który zmarły Clark Marlstone odkupił od pańskiego ojca, musi pan przyjąć te warunki.

– On wcale go nie odkupił! – zaprotestował Valquez. – Ukradł go! Zapłacił ułamek od prawdziwej wartości ziemi, wykorzystując sytuację finansową ojca po wypadku, i nazwał to dodatkowo pomocą! Zmanipulował wszystkich, by uwierzyli, że wyświadcza nam przysługę, podczas gdy w rzeczywistości za bezcen położył swoje łapska na czymś wartym fortunę! Sukinsyn! – gorączkował się dalej.

 

– Było, co było. A teraz ma pan szansę odzyskać wszystko, nie płacąc ani grosza. I na tym się skupmy.

Alejandro wciągnął głęboko powietrze. Nic bardziej mylnego. Zapłaci za to sowicie. Własną wolnością, wartością, którą ceni sobie najwyżej.

– Nie pamiętam nawet, żebym kiedykolwiek poznał córkę Marlstone’a. Teodora, czy tak? – upewnił się, zerkając przelotnie w dokumenty. – Kim jest? Co ma do powiedzenia w tej sprawie? A może to ona za wszystkim stoi?

Wydawało mu się, że potrafi sobie ją bez trudu wyobrazić. Kolejna tania, rozpuszczona córka bogatego tatusia, karierowiczka pragnąca łatwo się dorobić. Z pewnością namówiła chorego ojca do kombinowania i zmiany w testamencie, żeby bez najmniejszego wysiłku zostać żoną i współwłaścicielką fortuny. Po jego trupie!

– Jest tak samo poirytowana jak pan – odpowiedział prawnik. – Zamierza podważyć ważność testamentu.

Akurat! Wszystkie kobiety potrafią świetnie grać. Teodora Marlstone na pokaz będzie wściekła i oprotestuje, co tylko się da, żeby ukryć swe prawdziwe motywy. Pewnie, że chciałaby go poślubić. Jest wymarzoną partią, najbardziej atrakcyjnym kawalerem do wzięcia w całej Argentynie, jeśli nie w Ameryce Południowej.

– Jakie ma szanse?

– Marne. Testament jest praktycznie nie do ruszenia. Clark napisał go, będąc w pełni władz umysłowych, co potwierdziło na jego prośbę aż trzech lekarzy. Można zakładać, że podejrzewał, że któreś z was nie zaakceptuje warunków i zacznie szukać luki w przepisach. Podważenie zapisów wydaje się niemożliwe, a procedury trwałyby wieczność i kosztowały majątek. Moja rada brzmi: podporządkować się ostatniej woli Marlstone’a i maksymalnie ją wykorzystać. A samo małżeństwo ma przecież potrwać tylko sześć miesięcy.

Łatwo powiedzieć!

Alejandro westchnął zrezygnowany. Miał już dosyć na głowie. Sama opieka nad przysposobioną dwójką nastoletnich sierot była wielkim wyzwaniem dla kawalera. A teraz jeszcze żona? Piętnastoletni Jorge był nadal w wieku, kiedy nie potrafił się zdecydować, czy autorytety są bardziej po to, by się im przeciwstawiać, czy żeby je szanować. Ponadto przypominał mu do złudzenia młodszego brata Luiza, którym również zajmował się od małego. Wiedział więc już doskonale, jakich poświęceń to wymaga. Prawie osiemnastoletnia Sofi była odrobinę dojrzalsza, a ostatnio wyraziła nawet chęć przeprowadzki do Buenos Aires i studiowania kosmetologii. Jednak pełna niezależność od kontroli Valqueza i reszty jego domowego personelu nie wchodziła na razie w grę.

Małżeństwo musi być bardzo trudną decyzją do podjęcia, bo dotyczy zobowiązania wobec bliskiej osoby. Jak można w ogóle podjąć taką decyzję, poślubiając nieznajomą kobietę? Na sam dźwięk słowa „ślub” robił się zazwyczaj nerwowy. Bał się tego rodzaju więzi. Pamiętał matkę, która dumnie obnosiła się z kosztowną obrączką i prowadziła dom, a po wypadku ojca uciekła do Paryża w poszukiwaniu nowego życia, zostawiając tę samą obrączkę na kopii pozwu rozwodowego oraz dwóch małych synków w całkowitym osłupieniu.

Alejandro sam także posmakował goryczy zerwanego narzeczeństwa. Nawet więcej: nie spodziewał się takiego obrotu zdarzeń. Uczucie przesłoniło mu doświadczenie. Doskonale przecież wiedział, że wszystkie kobiety pragnęły tylko pieniędzy i poczucia bezpieczeństwa, i nie zawahałyby się przed niczym, by osiągnąć swój cel. Potrafiły się zakochiwać i odkochiwać na zawołanie w zależności od zasobności męskiego portfela. Nie zastanawiał się, czy miały to może wpisane w kod DNA. Po prostu nie zamierzał już nigdy dać się zmanipulować ani ogłupić przez związek z kobietą.

Robił się zresztą coraz starszy i sprytniejszy. Nie pozwalał już, by emocje przesłaniały mu fakty lub odrywały od bieżących zadań. Nie dzięki emocjom czy uczuciom odbudował podupadające imperium ojca. Uczynił to katorżniczą pracą i sprytem, przechytrzając konkurencję i oponentów, a wszelkie przeszkody równając z ziemią.

Zaistniała obecnie sytuacja nie będzie stanowić żadnego wyjątku.

– Gdzie ona jest? – zapytał Alejandro lokaja, który otworzył drzwi w rezydencji Marlstone Manor. Starszy człowiek wyglądał na postać z czasów kolonialnych, miał liberię, krzaczaste siwe brwi i zasadnicze spojrzenie.

– Panna Teddy jest zajęta.

Jaka szkoda, że nie kimś innym, pomyślał z ironią Valquez.

– Jestem pewien, że wciśnie mnie jakoś w swój napięty grafik.

Panna Teodora Marlstone czekała prawdopodobnie na to, by utrwaliły się jej świeżo polakierowane paznokcie lub równo rozprowadzony po ciele samoopalacz. Bo czymże innym mogłaby być zajęta pusta jak wydmuszka, rozpieszczona córeczka tatusia? Już samo jej imię… Teddy! Nawet nie wiadomo, czy to on, ona czy może jakaś zabawka.

– Jeśli zechce pan tutaj zaczekać, przekażę pannie Teodorze, że nalega pan na rozmowę.

– Posłuchaj no, człowieku, i bez urazy – przerwał mu Alejandro. – Nie mam czasu tkwić tu i czekać, aż twoja pracodawczyni skończy nakładać sobie tipsy, więc albo od razu mnie do niej zaprowadzisz, albo sam ją znajdę.

– To nie będzie konieczne – odrzekł nagle chłodny, damski głos zza pleców lokaja.

Po chwili w drzwiach ukazała się młoda, drobna kobieta, zupełnie niekojarząca się z salonem kosmetycznym. Miała na sobie ubranie, które wyglądało, jakby zakupiono je w sklepie z używaną odzieżą, i fryzurę zdecydowanie nie dobraną przez stylistów. Cały strój pasowałby bardziej mężczyźnie, i to rosłemu. Na niej prezentował się niczym źle rozłożony namiot.

Po co ubierała się w tak odrażający sposób? Starała się coś udowodnić? Przecież miała za chwilę odziedziczyć nieruchomość wartą miliony. Skoro stać ją na najmodniejsze ciuchy, to dlaczego robi z siebie nędzarkę?

Wtedy zauważył, że opiera się na lasce. Westchnął odruchowo.

A więc dlatego!

– Panna Marlstone?

– Owszem, panie Valquez, miło pana ponownie widzieć.

Nie lubił sytuacji, w których druga osoba miała nad nim przewagę, bo wiedziała więcej niż on. „Bądź blisko z przyjaciółmi, a z wrogami jeszcze bliżej” brzmiało jego życiowe kredo. W przypadku panny Teddy coś jednak nie dawało mu spokoju; budziła współczucie.

– Spotkaliśmy się już?

Uśmiechnęła się prawie niewidocznie, lecz oczy pozostały nieruchome.

– Tak. Nie pamięta pan?

Przebiegł w pamięci kilka ostatnich imprez. Spotykał się i sypiał z tyloma kobietami… ale nie przypominał sobie dziewczyny o tak lodowatym spojrzeniu. Miała gęste, ciemne brwi i rzęsy, wyraziste, klasyczne rysy i niewinne, młodzieńcze usta, które wykrzywiała, podobnie jak on sam, w cynicznym grymasie.

– Obawiam się, że nie. W swojej pracy spotykam mnóstwo ludzi.

Patrzyła na niego w irytująco stanowczy sposób. Czuł się, jakby przejrzała go na wylot i nie widziała w nim wcale wszechmocnego biznesmena, lecz nieśmiałego dziesięcioletniego chłopca, który musi dać z siebie wszystko po wypadku ojca i odejściu matki.

Nie używała w ogóle makijażu. Nie starała się ukryć pod maską z kosmetyków. Z drugiej jednak strony jej zachowanie wyglądało na przemyślane pod każdym względem, była wręcz zbyt opanowana.

– Spotkaliśmy się ładnych parę lat temu na imprezie z okazji Brytyjskiego Dnia Polo.

– Naprawdę?

– Na tej samej, na której poznał pan swą późniejszą narzeczoną…

Alejandro zacisnął zęby, bo precyzyjnie trafiła w czuły punkt. Jaki ojciec, taka córka! Chce się nim zabawić, wyszydzić go, przypomnieć… a tego nienawidził najbardziej: przypominania mu własnej głupoty sprzed lat, gdy jako dwudziestoczterolatek wierzył jeszcze w istnienie miłości z wzajemnością i szczęśliwych związków, na które pieniądze lub ich brak nie mają wpływu.

– Przykro mi, ale nadal zupełnie nie pamiętam naszego spotkania. – Przypatrywał się dziewczynie bardzo uważnie, próbując określić, ile ma lat. Musiała być przynajmniej po dwudziestce, choć bez makijażu i w zaniedbanym stroju wyglądała na o wiele młodszą. – Przedstawiono nas sobie?

– Tak.

Nadal nie potrafił odtworzyć ani umiejscowić w czasie ich spotkania. Podczas imprez polo brat zajmował się rozgrywkami, a on kontaktami biznesowymi i towarzyskimi. Istotnie niektórzy sponsorzy i magnaci korporacyjni podsuwali mu pod nos swe córki, lecz zawsze starannie oddzielał obowiązki zawodowe od przyjemności. Z pewnością potraktowała to jako zniewagę, ale naprawdę nie pamiętał większości przedstawianych mu w ten sposób kobiet, a zwłaszcza tych, które kompletnie nie były w jego typie.

– Musiała pani być wtedy bardzo młoda.

– Miałam szesnaście lat.

Czyli obecnie ma dwadzieścia sześć. Potencjalna stara panna zbliżająca się wielkimi krokami do trzydziestki. Czyżby tatuś postanowił na sam koniec, że ustawi ją w życiu? Ale dlaczego wybrali akurat jego? Dlaczego nie innego faceta, który strawiłby wizję małżeństwa? Może chcieli się odegrać za to, że nie zwrócił na nią uwagi w przeszłości?

– Czy moglibyśmy tu gdzieś porozmawiać? Na osobności? – zapytał, zerkając na lokaja, który najwyraźniej nie zamierzał zostawić ich samych.

– Tędy proszę.

Kiedy szedł za nią, nie mógł nie obserwować, jak utykała. Jedna noga sprawiała wrażenie zwiotczałej, jakby pomimo laski nie była w stanie unieść ciężaru połowy ciała panny Marlstone, która zresztą w całości prezentowała się tak, że mógłby ją porwać najlżejszy powiew wiatru. Alejandro próbował sobie przypomnieć, czy pisano ostatnio o jakimś wypadku w bliskich mu kręgach finansowych.

Ta kobieta bardzo go zainteresowała. Nie grzeszyła rzucającą się w oczy urodą, była ułomna. Czy dlatego jej ojciec lub oboje powzięli decyzję, że skoro nie znajdzie męża w sposób naturalny, należy zaaranżować małżeństwo? Jednak nie była wcale nijaka. Miała regularne rysy, porcelanową cerę i niezwykły kolor oczu, podobny do zimowego jeziora. Gdy się ją już dostrzegło, emanowała cichym, oryginalnym pięknem.

Zatrzymali się dopiero w bibliotece.

Teddy miała zupełnie nieruchomą twarz.

– Zechce się pan czegoś napić?

– Miała pani wypadek?

– Whisky, brandy, koniak, wino…

– Zadałem pani pytanie.

– Nieuprzejme.

Wzruszył ramionami. Nie przyszedł tu po to, by ją oczarować. Chciał położyć kres machinacjom jej ojca. I odzyskać swoją ziemię. Był gotów na wiele, jednak nie na małżeństwo.

– Nie jestem tu po to, by pić się z panią wino i rozmawiać o pogodzie. Chcę przerwać ten absurd.

Jej twarz była nadal nieprzenikniona.

– Żadnego ślubu nie będzie.

– Owszem nie będzie.

– Nie zamierzam nigdy z nikim się wiązać.

– Rozumiem panią doskonale.

– Co sprowadza nas do sedna: warunków testamentu mojego ojca. Bardzo dokuczliwych.

Dokuczliwych? Czy ta kobieta zatrzymała się w czasie? Używa określeń przypominających epokę dziewiętnastowiecznych powieści!

W absolutnej ciszy obserwował, jak nalewała sobie wody mineralnej. Miała maleńkie, delikatne dłonie, gładką skórę dziecka i zupełnie obgryzione paznokcie. W tych strasznych ciuchach, bez makijażu i jakiejkolwiek biżuterii nie mogła już wyglądać gorzej. Czyżby celowo tak zdecydowała? Dlaczego? Odziedziczenie fortuny zależało od zaakceptowania woli ojca, w przeciwnym razie wszystko odziedziczy daleki krewny. Która młoda kobieta wypięłaby się na kilkanaście milionów funtów i posiadłość będącą sennym marzeniem każdego dewelopera?

– Nie wiedziała pani o zapisie w testamencie?

– Nie.

Miała niesamowitą umiejętność opowiedzenia całej historii jednym słowem. Jej „nie” i towarzyszące mu spojrzenie zakomunikowały więcej niż wszystkie książki stojące wokół na regałach.

Nie przywykł do kobiet patrzących na niego z jawną niechęcią. Zazwyczaj był adorowany, schlebiano mu. Oczywiście wiązało się to z tym, że posiadał wielkie pieniądze. Wszyscy kochali pieniądze. Zwłaszcza kobiety. Banknoty i karty kredytowe otwierały niezawodnie drzwi do wszystkich sypialni.

Jej staropanieńskie, żeby nie rzec dziewicze, podejście do tych kwestii bardzo go odświeżyło. Odżył, poczuł się młodszy, zainteresowany, wręcz zaintrygowany. Od dawien dawna nie czuł się nikim tak poruszony. Nagle przypomniały o sobie podstawowe instynkty, długo już zaniedbywane z powodu nadmiaru pracy i obowiązków w domu.

Najbardziej lubił w życiu wyzwania – im twardsze, tym lepiej! Wtedy dopiero można się było delektować smakiem zwycięstwa. Wiedział, że potrafiłby uwieść pannę Teodorę. Jak każdą kobietę. I nie chodziło tu o zwykłą próżność. Po prostu wiedział, że nie można mu się było oprzeć, gdy tego zapragnął.

 

Od czasu, kiedy porzuciła go narzeczona, postawił sobie za punkt honoru „zaliczanie” jak największej liczby kochanek. Interesował go tylko seks. Brał wszystko, co było, i jak najszybciej ruszał dalej, by nie rozbudzić zbytnich oczekiwań.

– I cóż zamierza pani zrobić z tą „dokuczliwą” sytuacją, w której oboje się znaleźliśmy?

– Szukam prawnego rozwiązania…

– A to życzę powodzenia!

– Co chce pan przez to powiedzieć?

Alejandro podszedł do najbliższego regału i rozejrzał się po książkach. Jaki gust miała panna Marlstone? Klasyka. Oczywiście. Trochę współczesności, głównie kryminały. Ciekawe. I całe mnóstwo romansów. Czyżby druga natura Teodory?

– Zapytałam, co chce pan przez to powiedzieć.

Z uśmiechem odwrócił się od półek. Przynajmniej zaczynał powoli poznawać przeciwnika.

– Z mojego doświadczenia wynika, że prawnicy jeżdżą drogimi autami, które fundują im klienci.

– Co z tego?

– Naprawdę stać panią na to?

Zarumieniła się, lecz spojrzenie pozostało zjadliwe.

– Nie żyję tylko z pieniędzy ojca, jeśli to pan ma na myśli. Mam własne źródło dochodu.

– Ilustruje pani książki dla dzieci, czy tak?

– Tak. Zgadza się.

– Nie widziałem nigdy żadnych pani ilustracji.

– Zapewniam, że tam, gdzie trzeba, jestem dosyć popularna.

Alejandro z trudem powstrzymał uśmiech. Dopiero co nawiązana znajomość coraz bardziej go pociągała. Kobieta była odrobinę sztywna i zasadnicza, lecz za to bardzo dumna i asertywna. Lubił ludzi, którzy wierzyli w to, co robią i myślą, i nie przejmowali się opiniami innych. Panna Teodora nie czuła się onieśmielona jego reputacją, była sobą, nie próbowała też ukryć niechęci. Coraz bardziej mu się podobała.

– Mamy miesiąc, by zdecydować co dalej.

– Ja już zdecydowałam.

Jemu też się tak zdawało. Dopóki jej nie zobaczył. Może takie krótkie małżeństwo na papierze wcale nie byłoby niewykonalne? Przecież pragnął ponad wszystko odzyskać rodzinną ziemię, która należała do nich od pokoleń. Miał plany, by stworzyć tam hodowlę kucyków. Nie można dopuścić, żeby wszystko wylądowało w rękach deweloperów.

– Naprawdę jest pani gotowa stracić swą posiadłość?

Zmroziła go wzrokiem.

– Naprawdę jest pan gotów ożenić się z obcą kobietą w zamian za kawałek ziemi?

Posłał jej leniwe spojrzenie, nie oszczędzając małych, jędrnych piersi, których nie zdołał do końca ukryć paskudny, workowaty sweter.

– Właśnie się nad tym zastanawiam.

Kiedy to powiedział, oboje wyglądali przez chwilę na zdumionych. Teodora nie dowierzała własnym uszom, a Alejandro poczuł, że wokół zapalają się dzwonki alarmowe. Czyżby naprawdę rozważał małżeństwo?

– Dlaczego ta ziemia ma dla pana aż takie znaczenie?

Interesy nauczyły go jednego: jeśli na czymś ci zależy, nie pokazuj tego po sobie, bo dajesz przewagę przeciwnikom. Najlepiej zachowywać dystans. Wzruszać beznamiętnie ramionami. Łatwo przyszło, łatwo poszło.

– Sama ziemia nic nie znaczy. Nie wiem tylko, czy kiedykolwiek wybaczyłbym sobie, gdyby straciła pani wszystko z powodu braku świstka podpisanego na pół roku.

– Powiedział pan „świstka”? – zapytała z niedowierzaniem.