Włoska arystokratka

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Melanie Milburne

Włoska arystokratka

Tłumaczenie: Zbigniew Mach

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2020

Tytuł oryginału: Penniless Virgin to Sicilian’s Bride

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Melanie Milburne

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5480-9

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wróciła do domu rodzinnego nad jeziorem Como, by się z nim pożegnać. Po raz ostatni. W ciszy i samotności. Ogromna posiadłość ze wspaniale utrzymanymi ogrodami stanie się dziedzictwem i azylem kogoś innego.

Francesca stała przed pięknie rzeźbionymi schodami wiodącymi do Villa Mancini. Spojrzała na czerwony napis „Sprzedane” biegnący przez widoczny na wbitej w ziemię tablicy poprzedni – „Na sprzedaż”. Przez chwilę poczuła lekkie mdłości. Nowy właściciel zmieni nazwę rezydencji? Zamieni ją w hotel lub kasyno? Od czterech stuleci należał do rodu Mancini – pokolenie za pokoleniem.

Ile to osób? Kobiet, mężczyzn i dzieci?

Ile wspomnień?

Jak można przegrać czterowiekową historię rodziny w Blackjacka?

Wzięła głęboki oddech i wolno wypuściła powietrze. Musi przetrwać najgorsze. Nie czas na panikę. Na łzy i napady złości. Bo nic nie zmieni tego, że jest za późno, by uniknąć poniżającego i straszliwego poczucia wstydu. Wkrótce wszystko stanie się tajemnicą poliszynela. Dotąd prasa prawie nic nie wiedziała o jej rozpaczliwej sytuacji finansowej. Teraz rzuci się na temat jak głodny tygrys na żer.

W przesłanym mediom oświadczeniu podała, że sprzedaje posiadłość, bo – po dwóch miesiącach opieki nad nieuleczalnie chorym ojcem – obowiązki wzywają ją z powrotem do Londynu. Robiła, co mogła, aby dziennikarze nie poznali prawdy. Ale jak długo da radę ukrywać brudną i małą tajemnicę ojca?

Oczyma wyobraźni już widziała jutrzejsze tytuły na pierwszych stronach brukowców: „Dziedziczka arystokratycznego rodu, Francesca Mancini, zostaje bez grosza przy duszy z powodu ogromnych długów hazardowych jej ojca!”.

Wydała wszystkie oszczędności, by jak najdłużej ukrywać prawdę. Konto funduszu powierniczego świeciło pustkami. Rozeszły się pieniądze zostawione przez zmarłą matkę. Jak mogłaby pozwolić, by pamięć o ojcu skalał fakt uzależnienia od hazardu, w które popadł w ostatnich miesiącach życia? Musiał się poddać agresywnej terapii raka mózgu, a ta zmieniła go nie do poznania. Stał się bezwzględnym desperatem. Naiwnie sądziła, że jej oszczędności wystarczą, by pokryć długi wynikłe z jego beztroski. Jednak zarobki nauczycielki w szkole dla dzieci specjalnej troski okazały się niczym w porównaniu z długiem liczonym w milionach euro.

Koszmar braku nadziei i rozpaczy.

Pokonała długie schody i stanęła przed kutymi z żelaza drzwiami. Wciąż jeszcze miała klucze. Agent nieruchomości dotąd nie załatwił wszystkich formalności. Weszła do wyłożonego kararyjskim marmurem holu. Zdziwiło ją nagłe przeczucie, że nie jest sama. W powietrzu czaiło się coś tajemniczego. Nieznanego. Rezydencja nie sprawiała już wrażenia pustej i umarłej. Żyła i oddychała. Pulsowała czymś świeżym.

Drzwi do znajdującej się obok biblioteki były lekko uchylone. Usłyszała szelest przekładanych papierów i nieco podirytowane westchnienie. Mężczyzna? Przez chwilę miała nadzieję, że to ojciec, a wszystko, co zdarzyło się dotąd, okaże się tylko koszmarnym snem.

Z tej mrzonki wyrwał ją odgłos mocnych i stanowczych kroków. Poznałaby je nawet z opaską na oczach.

W szeroko otwartych drzwiach biblioteki stał Gabriel Salvetti i – z racji różnicy wzrostu – patrzył na nią z góry. Dlaczego nie założyła szpilek? Miał metr dziewięćdziesiąt i był wyższy o przynajmniej dwadzieścia pięć centymetrów. Nie żeby szukała towarzystwa tego czarującego, eleganckiego i pewnego siebie mężczyzny. Przeciwnie – unikała go jak tylko mogła.

Teraz jednak spojrzał na nią łagodnie swoimi ciemnobrązowymi oczyma.

– Francesca. – Skinął w jej kierunku głową w sposób równie uprzejmy, co protekcjonalny. – Co tu robisz?

Nie potrafiła określić wyrazu jego twarzy.

Zawsze uważała, że byłby świetnym tajnym agentem lub szpiegiem. Nie dlatego, że pewnie ucieszyłoby to jego ojca, braci i kuzynów, którzy od dawna mieli na bakier z prawem. Był jedyną owcą wśród stada wilków bajecznie bogatej rodziny Salvetti. Jedynym zdrowym jabłkiem w koszyku zgniłych owoców. Długie macki i głębokie korzenie tej rodziny sięgały tam, gdzie przyzwoity człowiek nigdy by się zapuścił. Cały majątek Salvettich pochodził z działalności mafijnej.

Ale co robi Gabriel w Villa Mancini? Nie był nawet na pogrzebie jej ojca, mimo że w przeszłości robił z nim interesy, a ten uważał go za przyjaciela.

Szybko dostrzegła jednak w jego ręku plik dokumentów i poczuła silny ucisk w sercu. Nie. Nie może być nowym właścicielem. Tego by nie zniosła. Człowiek, którego zaloty odrzuciła cztery lata temu, miałby przejąć jej dom rodzinny?

– Proszę, wejdź. Musimy porozmawiać. – Uprzejmym gestem dłoni zaprosił ją do środka.

Zachodziła w głowę, czego może chcieć.

– Nie musimy. Za to ty musisz wyjść. I to teraz. – Wskazała mu drzwi.

– Lepiej, żebyś mnie wysłuchała. To leży twoim interesie. – Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Była spokojna, jak twarz rodzica przywołującego do porządku rozkapryszonego brzdąca.

Niektórzy mężczyźni starają się siłą kontrolować sytuację. Ale nie Gabriel Salvetti. Jako broni używał spokoju i milczenia. Aura władczości emanowała z niego w sposób naturalny, jakby była jego drugą skórą.

Francesca wolała jednak nie myśleć o jego zewnętrznym wyglądzie. Ostatnio widziała zrobione przez paparazzi zdjęcia z jego wakacji w Ameryce Południowej. Uwieszona u ramienia Gabriela smukła blond piękność wzbudziła w niej uczucie zazdrości. Po swojej matce, angielskiej arystokratce, Francesca odziedziczyła krągłą figurę, a po włoskim ojcu burzę ciemnobrązowych włosów. Nigdy nie miała poczucia, że wygrała los na genetycznej loterii.

Przeciwnie.

On natomiast na szczęście nie odziedziczył przestępczych skłonności rodziny, ale jak wszyscy jej członkowie był zabójczo przystojny. Ta sama loteria zagrała na jego korzyść. Kruczoczarne włosy, czekoladowobrązowe oczy, wspaniale wyrzeźbiony nos i usta. Miał ciemną karnację i godne sportowca świetnie zbudowane ciało. To wystarczyło, by z pewną dozą arogancji właściwą tego typu mężczyznom przyjmował adorację ze strony kobiet. Żadna mi się nie oprze – miał wypisane na twarzy.

Właśnie dlatego cztery lata temu, w dniu jej dwudziestych pierwszych urodzin, odrzuciła jego zaproszenie na kolację. By pokazać – jeśli nie jemu, to sobie – że potrafi się oprzeć zniewalającemu urokowi tego mężczyzny. Choć wcale nie była pewna, czy postępuje rozsądnie, odsyłając z kwitkiem takiego światowca.

Gdy później czasami wpadali na siebie, zawsze traktowała go ozięble i chłodno. Wiedziała jednak, dlaczego. Bo był jedynym człowiekiem, w obecności którego nie mogła sobie ufać. Budził w niej czysto cielesne odczucia, których nie chciała doznawać. Prymitywne instynkty i pragnienia. Impulsy, które czasami po prostu spalały ją całą.

Jej ciało reagowało na jego bliskość jak lodowa rzeźba na słońce. Topniało. Miała poczucie, że jej skóra napina się i tężeje. Czuła ciarki na plecach. Czasem nawet pod ubraniem twardniały jej sutki.

– Nie sądzę, by cokolwiek, co powiesz, mogło mnie zainteresować. Choćby nawet w najmniejszym stopniu – rzuciła pogardliwym tonem.

Nikt lepiej niż ona nie potrafił pokazać zimnej jak lód obojętności. Nie bez kozery nazywano ją lodową księżniczką.

W kącikach jego ust dostrzegła cień uśmiechu. Zdawał się zupełnie nie przejmować jej tonem.

– Wiem, jak rozwiązać twoje obecne problemy. – Uniósł w jej stronę rękę z plikiem dokumentów.

– Rozwiązać? Nie wyobrażam sobie, byś mógł zaproponować coś, na co się zgodzę. Każdy, ale nie ty!

– To tylko propozycja. Tak lub nie. Krótka piłka. – Wzruszył szerokimi ramionami.

Jak na dłoni widziała teraz, na czym polegają jego niewiarygodne sukcesy na rynku najdroższych europejskich nieruchomości. I dlaczego stał się jednym z najbogatszych biznesmenów we Włoszech. Bogatszym nawet od swojej rodziny. Było to naprawdę wielkie osiągnięcie, bo nie na darmo wszystkich jej członków uznawano za mafijne szychy, a ich majątek liczono w dziesiątkach milionów euro.

 

Nazwisko Salvetti jednoznacznie kojarzyło się z mafią, handlem narkotykami i kontrolą nad światem przestępczym.

Cała sylwetka Gabriela wyrażała determinację i umiejętność świadomego dążenia do celu. Ten człowiek nawet podczas najcięższych negocjacji budził szacunek oponentów.

– Chcesz mi… pożyczyć pieniądze? – Lekko zwilżyła językiem suche wargi.

– Nie pożyczyć. Dać. – Wpatrywał się w nią, jakby chciał przeszyć ją wzrokiem na wylot.

Nie chciała nazywać ani dopuszczać do siebie odczuć, jakie budziło w niej to spojrzenie, ale nie mogła im zaprzeczyć. Jej ciało zdradzało, co czuje. Było jak kamerton. Jego melodyjny i głęboki głos z bogatym włoskim akcentem zawsze działał na nią w ten sam sposób. Sprawiał, że stawała się świadoma każdej cząsteczki swojego ciała pragnącej jego bliskości.

Jego samego.

Ale głowa mówiła – ani kroku dalej!

Niebezpieczeństwo na drodze!

– Dać? Tak sobie? Bez zobowiązań? – Uniosła brwi.

Na jego wargach dostrzegła dobrze znany jej półuśmiech. Nie mogła oderwać od nich wzroku. Poza zwykłymi uściskami dłoni podczas przypadkowych spotkań, nigdy się nawet nie dotknęli. A jednak zawsze lubiła sobie wyobrażać, jak Gabriel dotyka tymi dłońmi jej ciała. Ono zaś reagowało na jego obecność tak, jakby posiadał zmysłową władzę, której musiała się poddawać.

– Zawsze są jakieś zobowiązania, kochanie. – Spojrzenie jego ciemnych oczu zatrzymało się teraz na jej ustach.

Przez chwilę patrzyła na niego. Był ogolony, ale lekki ciemny zarost sugerował, że temu mężczyźnie nie brakuje ani grama męskości. Dodajmy grube ciemne rzęsy i mocno zarysowane brwi.

Zobowiązania? Co to znaczy?

Stał wystarczająco blisko, by mogła go dotknąć. Wystarczyło wyciągnąć rękę. Widziała kąciki jego ust. Dostrzegła białą bliznę na lewej kości policzkowej. Czuła zapach jego wody kolońskiej z nutą limonki.

Odsunęła się o krok i zacisnęła dłonie, by nie ulec pokusie dotknięcia go. W głębi duszy chciałaby mu powiedzieć, że ma w nosie zobowiązania, a pragnie tylko zmyć hańbę rujnujących długów ojca. Duma nigdy jednak nie pozwalała jej na takie słowa.

– Sądzę, że przyszedłeś, by oznajmić, że jesteś nowym właścicielem. – Śmiało spojrzała mu w oczy.

– Tak, kupiłem tą posiadłość, ale chcę ci ją dać…

Patrzyła na niego w szoku zmieszanym jednak z dziwnie przyjemnym odczuciem… I właśnie ta sprzeczność martwiła ją jeszcze bardziej niż to, co usłyszała.

– Nie rozumiem… – powiedziała zdziwiona, że w ogóle potrafi wydobyć głos ze ściśniętego mieszanką nadziei i przerażenia gardła. Nadziei, że utrzyma dom, a przerażenia, że przyjdzie jej za to słono zapłacić.

Wcale nie pieniędzmi.

– Mój prawnik przygotował umowę. Ale oczywiście możemy ją teraz przedyskutować. Usiądziemy?

Nie pokaże mu, jak na nią działa. Nigdy! Przez lata trzymała na dystans mężczyzn o niecnych zamiarach, którzy z racji jej statusu społecznego i rodzinnej fortuny traktowali ją jak kolejne trofeum do zdobycia. Z powodu jej arystokratycznego pochodzenia tylko niektóre koleżanki stawały się jej przyjaciółkami. Inne po prostu jej nie ufały. Ciężko jest być arystokratką, bo ludzka zawiść nie ma granic. I nigdy nie wiesz, czy ktoś nie jest przy tobie tylko dlatego, że ma w tym interes.

– O co chodzi? – spytała.

Wskazał wzrokiem na stojący obok niej fotel.

– Usiądź.

– Dziękuję. Postoję.

– Jak wolisz, choć nie wiem skąd ten upór. Próbuję ci pomóc, Francesco. Chyba jednak lepiej nie kąsać ręki, która właśnie trzyma akt własności twojego rodzinnego domu.

Przez chwilę miała ochotę jednym ruchem strzepnąć z jego twarzy ten wyraz aroganckiej pewności siebie. Świadomie zarzucał przynętę. Pragnie zemsty za odmowę sprzed lat. Usiadła na fotelu i rzuciła mu tak ostre spojrzenie, że zapewne zdarłoby farbę z wiszących na ścianach starych portretów przodków.

– Myślisz, że szantażem zaciągniesz mnie do łóżka?

Siedział z wyciągniętymi nogami na rogu biurka jej ojca.

– Wolałbym mniej obraźliwe słowa niż „szantaż”, kochanie.

– Czyli? I, do diabła, przestań mówić do mnie „kochanie”.

– Współczucie. Dobroczynność. Dobre serce. Jak wolisz.

– Dobroczynność? Nie żartuj. – Z całych sił zacisnęła wargi.

Jej ciało znów reagowało wbrew jej woli – tym razem na jego seksowny, leniwy uśmiech.

– Podaruję ci ten dom i pieniądze na spłacenie długów ojca, jeśli zostaniesz… moją żoną.

– Twoją… żoną…? – Patrzyła na niego kompletnie zaskoczona.

– Tak. Żoną. Ale tylko na rok.

Nie mogła wydobyć głosu.

Co się dzieje? Pojawia się okazja, by uniknąć publicznego wstydu z powodu milionowych długów ojca. Uniknie hańby. Nikt nie dowie się o jego brudnych sekretach.

Ale nie mogła przyjąć tej propozycji, bo kłóciła się ona ze wszystkim, w co wierzyła.

– Nie rozumiem… Dlaczego chcesz małżeństwa tylko na rok?

Wstał z rogu biurka, przysunął fotel i usiadł naprzeciw niej.

– Bo masz coś, czego w tym krótkim czasie będę potrzebować.

Niemal dotykali się kolanami.

– Co… takiego? – spytała zirytowana, że sama mówi niepewnym i łamiącym się głosem.

– Powszechny szacunek.

– Szacunek. – Uśmiechnęła się bez cienia humoru. – Nie wiesz, jaki straszliwy bałagan zostawił mi ojciec? Nie ma nic z szacunku w fakcie długu wobec…

– Jeśli wyjdziesz za mnie, nikt się o tym nie dowie. Tuż przed twoim przyjazdem rozmawiałem z prawnikami twojego ojca. Spłacę całą należność, jeśli weźmiemy ślub w ten weekend.

Mówi poważnie? Jest gotów ją poślubić? Spłacić ten koszmarny dług? W weekend?

– Ale jest już czwartek?

– Znasz reputację mojej rodziny? – odparł pytaniem na pytanie. – Wszyscy, oprócz członków rady dyrektorów firmy założonej razem z twoim ojcem, gdzie staram się utrzymać swoje wpływy, wiedzą, że jestem inny. To on mianował mnie do niej w zeszłym roku. Ci ludzie mają z tym kłopot właśnie ze względu na moją rodzinę. Jednak gdy się ożenię z córką Marca Manciniego – angielsko-włoską arystokratką o nienagannej reputacji i pochodzeniu – przekonam ich, że mogą mi ufać.

– Ale nie rozumiem, dlaczego wybrałeś mnie. Nie jesteśmy przyjaciółmi. Znasz pewnie dziesiątki arystokratek. Czy to nie z księżniczką z hiszpańskiej rodziny królewskiej randkowałeś kilka lat temu?

Stanął tuż przed nią. Cała jego sylwetka emanowała męską siłą i władzą. Zmusiła się, by nie patrzeć na jego pełne usta. Musi pamiętać, że jest dumną kobietą, która nie ucieknie się do małżeństwa z rozsądku. Nawet z Gabrielem Salvettim.

Ale jego oferta była kusząca. Kusząca poważnie i zarazem śmiesznie. Rok życia i pozbędzie się długów ojca, a także ciążącej na rodzinie hańby. Dostanie z powrotem ich posiadłość. Nikt nie zamieni jej w podejrzane kasyno.

– Muszę znać odpowiedź: tak czy nie.

Odsunęła się od niego i – aby utrzymać dystans – przeszła na drugą stronę ojcowskiego biurka.

– Daj mi trochę czasu do namysłu – odparła.

Rok małżeństwa z Gabrielem? Zawsze marzyła, że pewnego dnia poślubi mężczyznę, który ją pokocha. Tak jak ojciec kochał jej matkę. Kobietę, której nigdy nie widziała, bo zmarła tuż po porodzie jej i brata bliźniaka. Jakby za mało było nieszczęść, Roberto urodził się martwy. Całe życie Francesca miała poczucie winy, że w jakiś sposób odpowiada za śmierć ich obojga. Ojciec nigdy nie pokochał już żadnej kobiety ani się nie ożenił. Miewał przelotne romanse, ale nikt nigdy nie zajął miejsca jej matki.

Takiej właśnie miłości pragnęła ze strony mężczyzny.

– Jak widzisz takie małżeństwo? – W jej głosie brzmiał lekki niepokój.

– To zależy tylko od ciebie.

Zmarszczyła brwi.

– Nie rozumiem – odpowiedziała.

– Możemy być małżeństwem tylko na papierze lub prawdziwym. Twój wybór.

Przesunęła językiem po wyschniętych wargach, by zyskać na czasie i oponować dobrze jej znaną reakcję całego ciała. Bliskość Gabriela zawsze działała na nią w ten sam sposób i nigdy nie mogła opanować swoich reakcji.

– A jeśli zgodzę się na papierowe… to będziesz… hm… hm… zaspokajał swoje potrzeby… hm… gdzie indziej?

– Nie – odparł bez chwili wahania.

Zaskoczyła ją ta odpowiedź. Miał trzydzieści dwa lata. Był mężczyzną w kwiecie wieku. Kochanki zmieniał jak rękawiczki. Na zdjęciach w prasie zawsze towarzyszyła mu jakaś piękność, jakby żywcem wyjęta z finału konkursu Miss Universe.

– Przez rok będziesz żył w celibacie? – zapytała z niedowierzaniem w głosie.

– Jeśli wybierzesz związek na papierze, to tak – odpowiedział z sardonicznym rozbawieniem. – Ale oczywiście będę oczekiwał tego samego od ciebie… – dodał.

Czy on wie, że wciąż jest dziewicą? Ale skąd miałby wiedzieć? Nie miała tego wypisanego na czole. Ojciec nic nie wiedział o jej życiu seksualnym. Zwłaszcza że ostatnie cztery lata spędziła w Londynie, pracując w szkole. Nie miała szczęścia do randek. Jako nastolatka przeżyła fatalne doświadczenie i od tego czasu wystrzegała się spotkań z nieznajomymi. Jak większość młodych dziewcząt marzyła o wielkiej miłości, ale gdzieś głęboko zawsze unikała bliskiego kontaktu z mężczyznami.

Nie pozwalała, by ktokolwiek się dowiedział, kim jest – dziewczyną, na której od urodzenia ciążyła swoista klątwa. Tragicznym zrządzeniem losu dzień jej urodzin był także dniem śmierci matki i brata.

Klątwę nosi się do końca życia.

– Myślisz, że jeśli wyjdę za ciebie, to nie dam sobie rady i będę cię błagać, żebyś się ze mną kochał?

– Jeśli tak, to jestem do usług… – Uśmiechnął się tym samym seksownym uśmiechem, który już przedtem często ją zniewalał.

– Nie obiecuj sobie zbyt wiele. Nie zwykłam o nic błagać. Wciąż jednak nie rozumiem, skąd tyle twojego wysiłku i dlaczego tak bardzo chcesz wyciągnąć mnie z tego bagna.

Podniósł stojący na biurku przycisk – szklaną kulę z zamkniętym w niej dmuchawcem. Podarowała ją ojcu, bo przypominała jej, jak sama się czuła – nie dopuszczała, by zewnętrzny świat wdzierał się w jej delikatne i wrażliwe wnętrze.

– Twój ojciec był dobrym człowiekiem, Francesco – powiedział i, odkładając kulę, spojrzał jej w oczy. – Dał mi szansę na początku mojej kariery, choć wiedział, że dużo ryzykuje. Jak większość ludzi miał swoje obawy i złe przeczucia co do mnie. Ale udowodniłem, że można mi ufać. Tak, pod koniec życia narobił strasznego bałaganu, ale stało się to głównie z powodu jego choroby. Nie chcę, by ostatnie miesiące jego życia skalały i zniszczyły pamięć o nim.

Francesca zawsze była nieco zazdrosna o relację Gabriela z ojcem. Sama nie była zbyt blisko związana z nim uczuciowo, za co się zresztą obwiniała. Wyrzucała sobie, że jest tą, która w chwili, gdy się urodziła, zabrała miłość jego życia, a także – wytęsknionego syna. Dziedzica rodu.

Ciężko być blisko z kimś, kogo widok nieustannie przypomina, co się utraciło.

Gdy ciąży na tobie klątwa.

– Jeśli był ci tak bliski, to dlaczego nie przyjechałeś na pogrzeb? – spytała, by odpędzić wspomnienia.

– Nie mogłem. Z powodów, na które nie miałem wpływu – odparł, unikając jej wzroku.

– Ten powód to… ubrana w bikini seksbomba? – spytała z przekąsem.

– Nie – rzucił krótko. – Musi ci wystarczyć, że chodziło wtedy o kryzys, który tylko ja mogłem zażegnać.

Nie wiedziała, czy mu wierzyć. Zdziwiła ją, a nawet zabolała jego nieobecność na pogrzebie. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy życia ojca odwiedził go tylko raz. Nie było jej wówczas w domu. Teraz zastanawiała się, czy nie zrobił tego świadomie. Dopiero gdy nie pojawił się na uroczystościach pogrzebowych, zrozumiała, jak bardzo pragnęła go widzieć. Nie umiała też sobie wyjaśnić, dlaczego czuła się rozczarowana, że nie pomógł jej w przygotowaniach do nich.

Często dopiero przez ich brak uświadamiamy sobie, jak bardzo potrzebni nam są inni ludzie, pomyślała.

Odeszła od biurka i stanęła przy oknie. Spojrzała na ogród, jeden z kilku otaczających rezydencję, w którym bawiła się przez całe dzieciństwo. To był jej magiczny własny świat. Opiekowały się nią nianie. Nie brakowało jej niczego, ale emocjonalnie czuła się osamotniona. Nawet nie tyle niekochana, co po prostu nienoszona na rękach tak, jak pragnęło jej dziecięce serce.

– Dasz mi dwa dni na przemyślenie decyzji? – zapytała, odwracając głowę od okna.

 

– Nie. Muszę znać odpowiedź jeszcze dziś. Media już węszą wokół mnie – odpowiedział stanowczym głosem.

Jej myśli rozbiegały się we wszystkich kierunkach. Małżeństwo to ogromny i poważny krok. Nie sposób traktować go lekko. Co jednak ma zrobić? Jeśli szybko nie ureguluje długów, ucierpi mnóstwo innych osób. Ojciec pożyczał od przyjaciół i wspólników jak szalony. Nie myślał, kiedy zwróci pieniądze. Wystarczy, że jeden z nich sprzeda historię prasie, a reputacja ojca okryje się hańbą na zawsze.

Wszystko stało się tak szybko. Nie miała nawet czasu, by pomyśleć. Ocenić ryzyko. Miała wrażenie, że ściany wokół niej wirują.

Nagle poczuła na ramieniu silną męską dłoń.

– Dobrze się czujesz? – W jego głosie usłyszała troskę. – Oddychaj głęboko, kochanie.

Podprowadził ją do fotela.

Wzięła kilka głębokich oddechów. Położył jej dłoń na głowie. Niemal dotykała twarzą materiału jego dżinsów. Nie pamiętała, kiedy była tak blisko mężczyzny. Zresztą może pamiętała, ale nie chciała wspominać tamtego zdarzenia.

Tym razem było jednak inaczej.

Gabriel to ktoś inny. Był troskliwy i opiekuńczy, czego się po nim nie spodziewała. Jego postawa budziła w niej ukryte pragnienia, które od dawna w sobie tłumiła. Zakazane myśli.

Kucnął przy niej.

– Już lepiej? – Spojrzenie jego ciemnych oczu spotkało się z jej spojrzeniem. Znów poczuła, że świat wokół niej wiruje.

Spojrzała na swoje blade dłonie, które delikatnie przytrzymywał swoimi męskimi dłońmi. Nie mogła uciec od wyobrażeń, że te silne i opiekuńcze ręce dotykają jej ciała. Pieszczą je. Podniecają.

– Tak. Po prostu przez chwilę poczułam się słabo – odparła, próbując zachować pewny siebie głos.

Puścił jej dłonie.

– Wiem, że przeżyłaś szok, ale daję słowo, że niczego nie ukrywam. Jest dokładnie tak, jak powiedziałem.

Nie mogła wytrzymać jego spojrzenia. Nie chciała, by widział, za czym tęskni jej ciało. Nie powinien.

– Małżeństwo to poważne i wielkie przeżycie. Co zrobimy, gdy rok minie? – Z trudem zdobyła się na spokój.

– Rozwiedziemy się lub je unieważnimy – padła błyskawiczna i wypowiedziana obojętnym tonem odpowiedź.

– Wiele ci z tego nie przyjdzie. Rok minie szybko. Za co więc jesteś gotów wydać miliony? Za jedną informację w mediach, że jesteś moim mężem?

Odsunął się nieco, tak że jego twarz na chwilę znalazła się w cieniu. Nie mogła dostrzec jej wyrazu, ale domyśliła się, że Gabriel się zasępił.

– Czytasz gazety, Francesco? Musiałaś słyszeć o ostatnim skandalu związanym z moim ojcem – powiedział szorstkim i ostrym tonem. – Narkotyki. Kilka dni temu policja przejęła największy transport w historii tego kraju. Mówić dalej?

Dopiero teraz zobaczyła, jak głęboko wstydzi się za rodzinę.

– Nie. To musiało być dla ciebie straszne.

– Straszne to mało powiedziane. Ostatnio nie mogłem w ogóle prowadzić interesów. Inwestorzy w ostatniej chwili wycofywali się z dopiętych umów, nad którymi pracowaliśmy miesiącami. Gdy zjawiałem się na spotkaniu rady, natychmiast czułem, jak rośnie napięcie. Niepokój. Wiem, że twoja sytuacja też jest nie do pozazdroszczenia, ale oboje możemy sobie pomóc tym małżeństwem. Nie wychodzisz za kogoś obcego. Masz moje słowo, że będę cię traktował z najwyższym szacunkiem.

Plan doskonały, pomyślała. Ale diabeł jak zawsze tkwi w szczegółach. Choćby w takim, że wciąż czuła jego… bliskość… obecność. Nie mogła się od niego uwolnić. Gabriel był obecny wszędzie. Jakby przebywał naraz w stu miejscach.

– Jednak nawet jeśli weźmiemy ślub na papierze, to ludzie będą oczekiwać, że czasem okażemy sobie ciepłe uczucia. Choćby na zewnątrz.

– Pewnie tak, ale ustalimy właściwe granice…

– Te słowa brzmią tak zimno… obojętnie… klinicznie...

– Trudne i delikatne problemy najlepiej rozwiązuje się bez emocji. Stąd zasada numer jeden, Francesco.

– Zasada?

– Nie zakochasz się we mnie.

Zerwała się z fotela.

– Ja? W tobie? A co, jeśli ty się zakochasz we mnie? To działa w obie strony – rzuciła poniesionym głosem, wskazując na niego palcem.

– Nie obrażaj się, ale to absolutnie nieprawdopodobne.

Uśmiechnęła się sztucznym uśmiechem, choć czuła, że w środku ogarnia ją poczucie pustki. Czy rzeczywiście nikt nie może jej pokochać? Prawdziwe są więc podejrzenia, które żywi na swój temat?

– Powiem ci, co jest obraźliwe – niemal krzyknęła. – To, że sądzisz, że jestem w tak rozpaczliwej sytuacji, że muszę przyjąć twoją bezmyślną propozycję!

Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.

Jedną ręką podsunął jej stertę dokumentów, które przedtem położył na biurku.

– Villa Mancini wróci do ciebie, gdy tylko weźmiemy ślub. Masz to zapisane w umowie. Dla pozoru spędzimy krótki miesiąc miodowy na południu Francji.

Nie chciała jego pomocy. Ale jeśli nie on, to kto? Kilkoro wierzycieli ojca już straciło cierpliwość i dzwoniło do niej bez przerwy. Zresztą kto inny ma takie pieniądze?

Czytała umowę, zastanawiając się, dlaczego Gabriel dokłada takich starań, by jej pomóc. Przypomniała sobie o skandalu w jego rodzinie i pozycji Gabriela w radzie dyrektorów. Tacy ludzie jak on są niewolnikami sukcesu. Muszą do niego dążyć, bo tylko wtedy rozwijają się i idą naprzód. Żyją. Nigdy nie porzucają celu.

– Płacisz bardzo wysoką cenę za szacunek opinii publicznej. Żenisz się z kobietą, w której nigdy się nie zakochasz.

– Trzymajmy emocje na wodzy. Tak jest najlepiej. Ale jeśli zdecydujemy się spełnić małżeństwo – nie lubię słowa „skonsumować” – musimy się zabezpieczyć. Żadnych wyjątków.

– Zaraz, zaraz. Nie za szybko? Jeszcze się nie zgodziłam.

– Wyjdziesz za mnie, kochanie. Wiem o tym. Masz zbyt wiele do stracenia.

Chciała, by te słowa nie były prawdziwe, ale myśl o utracie rodzinnej posiadłości była silniejsza niż odrzucenie propozycji małżeństwa z mężczyzną, który już się zarzekał, że nigdy jej nie pokocha. Czy można zadać bardziej bolesny cios w kobiece ego niż tak obraźliwa deklaracja?

– Chyba nie mam wyboru – powiedziała z rezygnacją w głosie.

Wyszedł za biurka i stanął obok niej.

– Spójrz na mnie, Francesco. Pomagamy sobie nawzajem. To wszystko. Wyrażam się jasno?

– Tak, ale ja też mam swoje zasady. Nie dotkniesz mnie, dopóki sama cię nie poproszę. Oczywiście mówię o sytuacji, gdy będziemy sami. Małżeństwo tylko na papierze!

– Jesteś tego zupełnie pewna, kochanie? – W jego oczach dostrzegła frywolny błysk uczniaka zmieszany ze zmysłowym spojrzeniem pewnego siebie dorosłego mężczyzny.