Tego nie było w umowie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Melanie Milburne

Tego nie było w umowie

Tłumaczenie: Ewa Pawełek

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: His Innocent’s Passionate Awakening

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2020

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2020 by Melanie Milburne

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-7410-4

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Artemisia Bellante popatrzyła na prawnika swojego ojca z przerażeniem w oczach.

– To musi być jakaś pomyłka. Castello Mireille należy do nas od pokoleń. Ojciec nigdy nie zastawiłby rodowej posiadłości. Nigdy nie wspominał też, że jest dłużny bankowi pieniądze.

– Bo nie o bank tu chodzi.– Prawnik położył na blacie biurka plik dokumentów z grobowym wyrazem twarzy. – Słyszała pani o Luce Ferrantellim? Odziedziczył i rozwinął przedsiębiorstwo po zmarłym ojcu. Jest także znanym producentem wina i oliwek. Interesują go nowe odmiany winogron, niektóre z nich znajdują się na terenie Castello Mireille.

Artie opuściła wzrok na leżące przed nią dokumenty. Po kręgosłupie przeszedł jej nieprzyjemny dreszcz.

– Tak, słyszałam o nim… – Mimo że przez lata nie wychylała nosa z rodzinnej posiadłości, wiedziała, kim jest ten przystojny milioner, i widziała jego zdjęcia w gazetach. Ona również nie pozostała obojętna na jego wdzięk, podobnie jak większość kobiet w wieku od piętnastu do pięćdziesięciu lat. Był wyjątkowo atrakcyjnym mężczyzną. Znów podniosła wzrok na prawnika. – Ale jak do tego doszło? Wiem, że tata odprawił kilku ogrodników, by ograniczyć wydatki, ale nie wspominał o pożyczaniu pieniędzy od kogokolwiek. Nie rozumiem, dlaczego signor Ferrantelli stał się właścicielem posiadłości? Dlaczego ojciec nie powiedział mi o tym przed śmiercią?

Czuła się oszukana i głęboko zraniona. Czy to był sposób, by zmusić ją do opuszczenia domu, którego w ogóle nie chciała opuszczać? Jak ma teraz znaleźć wyjście z tej katastrofalnej sytuacji?

Bruno nasunął okulary na grzbiet rzymskiego nosa.

– Najwyraźniej twój ojciec i ojciec Luki mieli w przeszłości jakieś powiązania biznesowe. Poza tym, gdy pod koniec zeszłego roku burza zniszczyła dach zamku, musiał poszukać pożyczki, bo jego polisa ubezpieczeniowa wygasła. Wiedział, że nie da rady utrzymać posiadłości.

Artie zamrugała szybko.

– Ubezpieczenie wygasło? Dlaczego mi o tym nie powiedział? Jestem… byłam jego jedynym dzieckiem, jedyną rodziną, jaka mu została. Jak mógł nie ufać mi na tyle, by powiedzieć prawdę o finansach?

Bruno Rossi wzruszył ramionami.

– Duma. Zakłopotanie. Wstyd. Z pewnością nie było mu łatwo przyznać się do klęski. Musiał obciążyć posiadłość hipoteką, by zapłacić za remont. Luca Ferrantelli wydawał się ostatnią deską ratunku, biorąc pod uwagę zły stan zdrowia twojego ojca. Niestety plan spłaty nie poszedł zgodnie z planem, co stawia cię w niekorzystnej sytuacji.

Artie zmarszczyła brwi, czując przeszywający ból z tyłu głowy. To musiał być koszmar. Za chwilę się obudzi i okaże się, że cała ta sytuacja jest tylko złym snem. Błagam, to nie może być prawda, powtarzała w myślach.

– Tata na pewno wiedział, że prędzej czy później będzie musiał spłacić pożyczkę? Zawsze był bardzo skrupulatny w rachunkach. Nie ryzykowałby niepotrzebnie. A może to signor Ferrantelli wykorzystał sytuację? Może od samego początku dążył, by przejąć majątek?

Bruno westchnął, pochylając się nad biurkiem.

– Twój ojciec był dobrym człowiekiem, Artie, ale nie radził sobie z finansami, zwłaszcza od czasu wypadku. Twoja matka była jedyną osobą, która potrafiła trzymać rękę na pulsie i zarządzać. Po tym, jak zginęła, wszystko spadło na twojego ojca. Niestety nie zawsze słuchał rad swoich księgowych i doradców finansowych. – Zamilkł na moment. – Muszę ci wyznać, że ten wypadek bardzo go zmienił. Stał się drażliwy i nieufny. Zwolnił trzech ostatnich księgowych, bo mu powiedzieli, że trzeba zmienić sposób zarządzania majątkiem. Przykro mi, Artie, ale jeśli nie znajdziesz pieniędzy na spłatę kredytu hipotecznego, posiadłość przejmie Luca Ferrantelli.

Po jej trupie! Nie odda rodzinnego domu bez walki, nawet jeśli oznaczało to nierówne starcie Dawida z Goliatem. Znajdzie sposób, by uratować posiadłość. Musi znaleźć. Ignorowała zimne krople potu na plecach i bolesne pulsowanie za gałkami ocznymi. Nie mogła jednak nie zauważyć, że pod wpływem stresu podłoga pod jej stopami zaczęła się chybotać jak papierowa łódka.

– Kiedy i gdzie ojciec spotkał signora Ferrantellego? Przez ostatni rok nie odstępowałam ojca nawet na moment. Nie przypominam sobie, żeby ten człowiek nas odwiedził, chociaż raz.

– Może był tutaj, gdy akurat gdzieś wyszłaś?

Gdzieś wyszła? Ona nigdzie nie wychodziła. Nie przypominała innych ludzi, którzy spotkali się z przyjaciółmi w kinie czy w restauracji. Dla niej trójka była już tłumem.

– Może… – przyznała cicho.

Jej fobia była gorsza od więzienia o zaostrzonym rygorze. Nie opuszczała zamku, od kiedy skończyła piętnaście lat. Dziesięć lat. Dekada, prawie połowę życia spędziła ukryta przed światem. Kiedy ktoś przyjeżdżał do ojca, zazwyczaj unikała spotkań. W ostatnich dwóch latach nie pojawił się nikt nowy, poza lekarzem i fizjoterapeutą. Jego tak zwani przyjaciele szybko przestali się nim interesować. Teraz, gdy się okazało, że ojciec był bankrutem, rozumiała dlaczego. Nie było nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić. Od kilkunastu lat uczyła się w domu. Nie miała żadnych znajomych. Jej jedyną przyjaciółką była Rosa, gospodyni.

Wzięła głęboki oddech. Musiała spojrzeć prawdzie w oczy. Traciła ukochany dom, azyl, kryjówkę. Nigdy nie pracowała, opiekowała się jedynie ojcem, nie da rady zarobić tyle, by spłacić długi. Odsunęła od siebie dokumenty.

– A co z funduszem powierniczym matki? Nie zostało na nim żadnych pieniędzy?

– Zastało tyle, żebyś mogła żyć przez kilka miesięcy, ale to wszystko.

– Ile mam czasu? – Nie wyobrażała sobie życia bez Castello Mireille. To był jej dom, kotwica, cały świat.

Bruno z powrotem podsunął dokumenty w jej stronę.

– Rok. Najwyżej dwa. Pamiętaj, że posiadłość wymaga licznych nakładów, dom potrzebuje remontu. Kosztownego remontu. Zeszłoroczna burza obnażyła liczne słabości rezydencji. Dach w północnym skrzydle nadal jest w fatalnym stanie. Potrzebne są miliony euro, aby…

– Tak, wiem, wiem.

Artie wytarła wilgotne dłonie o uda. Castello niszczało. Widziała to każdego dnia, ale wyprowadzka z domu była nie do pomyślenia. Niemożliwa. Nie mogła tego zrobić. Ogarniała ją coraz większa panika. Ucisk narastał w jej klatce piersiowej, miażdżący ciężar napierał na jej płuca. Zagrożenie wyłoniło się z mrocznych cieni jej świadomości, by ją pochwycić i ostatecznie pokonać. Złowrogi lęk podążał za nią, od kiedy wróciła ze szpitala po wypadku, w którym straciła matkę i który z jej ojca zrobił inwalidę na wózku. Wypadek, do którego nie doszłoby, gdyby nie ona.

– Jest coś jeszcze – dodał prawnik, chropawym głosem.

– Co takiego? – spytała, drżąc na całym ciele.

– Signor Ferrantelli zaproponował plan spłaty. Jeśli spełnisz jego warunki, odzyskasz zamek w przeciągu sześciu miesięcy.

Uniosła wysoko brwi. Jej niepokój stał się ostry jak brzytwa i trzepotał w jej żołądku, raniąc ją boleśnie. Przecież w tak krótkim czasie nie da rady spłacić długu. Czego on, u licha, chce?

– Plan? Co za plan? – Jej głos był napięty i przypominał piszczącą zabawkę.

– Nie upoważnił mnie do rozmowy na ten temat. Chce z tobą porozmawiać osobiście. Sam ci wszystko wyjaśni. Zaproponował spotkanie w Mediolanie, w swoim biurze, w poniedziałek o dziewiątej rano. Przedyskutujecie spokojnie różne możliwości.

Możliwości? A jakie tu były możliwości? Żadnych. Albo spłaci dług, albo straci dom. Czego Ferrantelli mógł od niej chcieć? Od kobiety, której w ogóle nie znał? O dziewiątej, w jego biurze, w Mediolanie. Wszystko wskazywało na to, że ten człowiek wydawał rozkazy i przyzwyczajony był do posłuszeństwa. Nie mogła jednak pojechać do Mediolanu. Nie w poniedziałek. Nigdy. Wystarczało, że zbliżała się do bramy, a już ogarniała ją panika. Złapała za oparcie krzesła. Jej serce waliło, jakby przygotowywało się do udziału w igrzyskach olimpijskich.

 

– Przekaż mu, by spotkał się ze mną tutaj. Nie stać mnie na podróż, na taksówkę…

– Signor Ferrantelli jest niezwykle zajętym człowiekiem. Wyraźnie powiedział, żebym ci przekazał…

Artie uniosła wysoko podbródek.

– Przekaż mu, by spotkał się ze mną w poniedziałek o dziewiątej tutaj. W przeciwnym razie w ogóle nie dojdzie do spotkania.

Luca Ferrantelli podjechał swoim maserati pod zardzewiałą bramę rezydencji Castello Mireille w poniedziałkowy poranek. Posiadłość miała w sobie coś z baśni braci Grimm. Wiekowy, kamienny budynek porośnięty bluszczem otoczony był ogrodem, który wyglądał, jakby nikt go nie doglądał od lat. Zarośnięte żywopłoty, niepoprzycinane róże, ścieżki porośnięte chwastami i stare drzewa, które przypominały surowych wartowników. Rezydencja była na skraju upadku, ale on nauczył się dostrzegać brylanty w popiele.

A skoro mowa o brylantach… Spojrzał na aksamitne pudełko leżące na siedzeniu obok, które zawierało pierścionek zaręczynowy jego zmarłej babci, i uśmiechnął się w duchu. Artemisia Bellante będzie idealną tymczasową żoną. Jej ojciec, Franco, zdążył przesłać mu przed śmiercią zdjęcie córki z prośbą, by opiekował się nią, gdy jego zabraknie. Wizerunek dziewczyny zasiał w jego umyśle ziarno, które wypuściło korzenie i zakwitło niespodziewanym pomysłem. Nie mógł się już doczekać spotkania, by przedstawić plan, który dla nich obojga był bardzo korzystny. Artie była młodą, niewinną, nieśmiałą kobietą – dokładnie taką, jaką jego konserwatywny dziadek chciał widzieć u jego boku. Przyszła pani Ferrantelli nie mogła być byle kim. Czas uciekał. Pozostało niewiele czasu, by przekonać dziadka do leczenia. Jeśli to mogło mu pomóc, zrobi to. Zrobi wszystko. Ożeni się nawet z biedną dziedziczką. W końcu to on ponosił winę za to, że jego dziadek stracił chęć do życia. Był mu coś winien za zniszczenie rodziny.

Zacisnął powieki, ale nie dał rady powstrzymać wspomnień. Bezwładne ciało ojca i jego starszego brata Flavia. Widział ich martwe ciała wyciągnięte z morskich fal. A wszystko przez niego. Przez lekkomyślne zachowanie nastolatka. Dwa życia zostały zmarnowane, a szczęście jego dziadka i matki nieodwracalnie zniszczone. Od tamtej pory nic już nie było takie samo. Nic! Nie mógł cofnąć czasu ani szkód, jakie wyrządził rodzinie. Jego babcia zmarła rok temu i wtedy dziadek stracił całą chęć do życia. Nie chciał podjąć leczenia, choć jego rak był stosunkowo łatwy do wyeliminowania. Odmówił przyjęcia chemii i zupełnie się poddał. Dlatego przyprowadzi do domu młodą żonę, by dać dziadkowi nadzieję, że jego ród nie wygaśnie. Nawet jeśli byłaby to tylko ułuda z baśni braci Grimm.

Artie patrzyła przez okno, jak Luca wjeżdża przez bramę potężnym samochodem. Silnik mruczał jak rozdrażniony lew. Przyciemnione szyby uniemożliwiły jej wnikliwsze oględziny. Dzięki internetowi wiedziała, z kim będzie miała do czynienia. Luca Ferrantelli prowadził z sukcesami przedsiębiorstwo i łamał serca kobietom na całym świecie. Nie minął tydzień, od kiedy sieć zalały jego zdjęcia z piękną blondynką wiszącą mu na ramieniu.

Potężny sportowy samochód zatrzymał się na podjeździe. Artie wstrzymała oddech, gdy zobaczyła, jak mężczyzna wysiada. Zdjęcia nieco fałszowały rzeczywistość. Na żywo prezentował się jeszcze lepiej. Atletycznie zbudowany, wysoki i przystojny jak diabli. Jej puls trzepotał jak rój motyli. Dobra wróżka nie szczędziła mu darów. Czarne włosy, zaczesane niedbale do tyłu, odsłaniały wyjątkowo piękną twarz. Jak zniesie jego obecność?

Luca musiał wyczuć jej spojrzenie, bo zdjął okulary i spojrzał w okno. Zastygła zaskoczona, z trudem łapiąc oddech. Szybko odskoczyła od okna i oparła się o sąsiednią ścianę, przyciskając dłoń do gardła. Ciepło wypełzło na policzki. Minęło kilka minut, zanim gospodyni Rosa wprowadziła gościa do salonu, ale ona wciąż nie potrafiła opanować drżenia. A jeśli zauważy, że się zarumieniła? A jeśli spostrzeże, że jest rozdygotana? A jeśli…

– Signor Ferrantelli, do ciebie – oznajmiła gospodyni, kiwając głową w kierunku mężczyzny, po czym wycofała się za drzwi.

Pierwszą rzeczą, na jaką Artie zwróciła uwagę, były jego włosy, które wcale nie były tak czarne, jak jej się zdawało. Na skroniach widniały srebrnoszare kosmyki, które nie licowały z młodą twarzą. Jego oczy, brązowozielone otoczone były gęstymi i ciemnymi jak atrament rzęsami. Szczęka była gładko ogolona, ale wokół ust widoczny był ślad ciemnego zarostu. Czuła się oszołomiona jego władczą prezencją, wibrującą energią, nieziemskim wyglądem.

– Dzień dobry, signora Bellante.

Jego głos przypominał pomruk silnika sportowego samochodu. Był niski, głęboki, mocny. Z wahaniem podała mu rękę. Uścisk był silny, a jednocześnie delikatny. Ciemne włosy na dłoni znikały pod mankietem markowej koszuli i równie markowego garnituru. Domyśliła się, że to Armani. Woda po goleniu o wyraźnej cytrusowej nucie drażniła jej zmysły.

– Dzień dobry, signor Ferrantelli.

Puściła jego rękę, jakby się sparzyła, ale wciąż nie była w stanie odwrócić wzroku od męskiej twarzy. Było w nim coś magnetyzującego, hipnotyzującego, czarującego… Jego oczy zdawały się wydobywać z niej wszystkie tajemnice, nie zdradzając własnych.

– Po pierwsze, proszę przyjąć najszczersze kondolencje w związku ze śmiercią pani ojca.

– Dziękuję. Proszę usiąść. – Wskazała sofę. – Poproszę Rosę o kawę. Jaką pan sobie życzy?

– Czarną i mocną.

No tak. Mogła się domyślić. Nacisnęła guzik intercomu i poprosiła gospodynię o kawę, ukradkiem patrząc na mężczyznę. Wszystko w nim było mocne i silne. Mocna, zdecydowana szczęka, silne, inteligentne oczy. Mocne i umięśnione ciało wskazywało, że to człowiek, który nie bał się przekraczać granic wytrzymałości. Człowiek, który wyznaczał sobie cele i nie pozwalał, by ktokolwiek powstrzymał go przed osiągnięciem ich. Usiadła na sofie, w bezpiecznej odległości. On zaś rozparł się wygodnie, jedno ramię opierając na zagłówku w swobodnej pozie. Zazdrościła mu tego. Ona musiała położyć ręce na udach, by powstrzymać drżenie kolan. Nie ze strachu, ale z dziwnego podniecenia. Starała się nie patrzeć na jego nogi, dobrze uformowane mięśnie pod miękkim materiałem spodni, płaski brzuch, ale jej wzrok płynął po męskim ciele wbrew jej woli. Zastanawiała się, czy te zaciśnięte usta łagodniały, gdy całował kobiety… Co się z nią działo? Ledwie zamieniła z nim słowo, a już rozbierała go oczami.

– Mam nadzieję, że przyjazd z Mediolanu nie był dla pana zbyt kłopotliwy? – spytała uprzejmie.

– Nie był, ale nawet gdyby był, nie pozostawiła mi pani wyboru.

– Signor Ferrantelli, nie należę do kobiet, które dostosowują się do życzeń mężczyzn.

W jego oczach pojawił się błysk.

– Tym razem będzie się pani musiała dostosować, bo praktycznie posiadam Castello Mireille, chyba że mnie pani spłaci.

W jego głosie zabrzmiało ostrzeżenie „nie zadzieraj ze mną”.

– Prawnik poinformował mnie o układzie finansowym z moim ojcem. Dziwię się, że od razu nie przejął pan posiadłości.

– Pani ojciec umierał. Zasłużył sobie na cień nadziei.

Artie uśmiechnęła się cynicznie.

– Mam wierzyć, że zdobył się pan na współczucie wobec niego? Choć dzień po dniu przejmował pan jego dom, wszystko, co kochał?

Luca nie zmienił pozycji. Dalej opierał się nonszalancko na sofie, ale jego wzrok stwardniał.

– Pani ojciec zwrócił się do mnie z prośbą o pomoc pod koniec zeszłego roku. Udzieliłem mu jej, ale nie jestem instytucją charytatywną. Zawarliśmy umowę. Czas, aby się z niej wywiązać – oznajmił stanowczo.

Artie zerwała się z sofy, jakby ktoś poraził ją prądem. Popatrzyła na niego z wściekłością.

– Nie może pan zabrać mi domu. Nie pozwolę na to!

Spojrzenie Luki było twarde jak diament.

– Nie jestem bez serca. Mogę zwrócić pani posiadłość, ale pod pewnymi warunkami. Wszystko ma swoją cenę – zawiesił tajemniczo głos.

– Jaką cenę? Przecież pan wie, że jestem bez pieniędzy.

– Nie chodzi o pieniądze. Nie przejmę domu, jeśli zgodzi się pani być moją żoną przez sześć miesięcy.

ROZDZIAŁ DRUGI

Artie patrzyła na niego z otwartymi ustami i sercem, które tak łomotało, jakby chciało uciec z piersi. Czy dobrze zrozumiała, czy też wyobraźnia płata jej figle? Nie mógł tego powiedzieć! Żona? Tak się wyraził? Kobieta, którą się wybiera, by spędzić z nią resztę życia w miłości i wierności?

– Słucham? – wydukała.

– Słyszała pani dobrze – powiedział spokojnie. – Potrzebuję żony na sześć miesięcy i wyłącznie na papierze.

Jej niechęć do niego jeszcze bardziej wzrosła. Na papierze?

– Ma pan na myśli małżeństwo na pokaz?

– Ależ oczywiście!

Dla niej nie było w tym nic oczywistego. Nawet jeśli było to śmieszne, poczuła się obrażona tą niezwykłą propozycją. Z miejsca została odrzucona jako potencjalna kochanka, co wcale nie było miłe. Zaraz jednak jakiś szyderczy głos przywołał ją do porządku. Kto by cię chciał? Zabiłaś swoją matkę i okaleczyłaś ojca. A wszystko dlatego, że koniecznie chciałaś jechać na głupią imprezę.

W tym momencie do salonu weszła Rosa, niosąc tacę z filiżankami i dzbankiem kawy. Artie odstawiła filiżankę na stolik, nie ufając trzęsącym się dłoniom. Tak, nie powinna się obrażać. Wciąż jednak nie rozumiała motywów Luki.

– Mogę spytać, dlaczego to mnie spotkał ten zaszczyt? – spytała. – Na pewno nie brakuje na świecie bardziej odpowiednich kandydatek do tej roli.

Celebrytki, modelki, aktorki, a nie takie wystraszone kurczątko jak ona.

Luca odstawił filiżankę na spodek.

– To pani ojciec podsunął mi ten pomysł.

– Mój ojciec? – powtórzyła niczym echo.

– Martwił się o pani przyszłość. Nie był pewien, jak sobie pani poradzi po jego śmierci. Chciał, by miała pani zabezpieczenie, ale przecież zdawał sobie sprawę, że sytuacja finansowa majątku jest katastrofalna. Ja z kolei pieniędzy mam pod dostatkiem, za to potrzebuję żony. To dobry układ dla obu stron, nie uważa pani? Castello za sześć miesięcy małżeństwa na niby.

Artie poczuła, że słabnie, ale nie chciała usiąść obok niego. Wolała zachować dystans.

– Ale dlaczego pan chce, żebym… została pańską żoną?

Jej umysł opanowały niechciane obrazy. Ona i on razem, przed ołtarzem. Jego ramię oplata ją w pasie i przyciąga bliżej, do umięśnionego ciała. Usta opadają powoli, by przysięgę przypieczętować pocałunkiem…

– Jest pani dokładnie taką kobietą, jakiej chciałby dla mnie mój dziadek.

Jego wzrok powędrował na chwilę do jej warg, jakby i jemu nieobce były myśli o całowaniu i dotykaniu.

Artie uniosła brwi.

– Naprawdę? To znaczy jaką?

Jego usta wygięły się w ironicznym uśmiechu.

– Słodką, niewinną, posłuszną i nieśmiałą, a przynajmniej tak przedstawił panią ojciec.

O czym jeszcze opowiedział? Wyjawił, że cierpi na fobię społeczną? Złamał daną jej obietnicę? To był ich sekret. Choć zachowała kamienny wyraz twarzy, w środku kipiała ze złości. Jak ojciec śmiał knuć za jej plecami? Wystawiać ją na sprzedaż jak rzecz? I dlaczego Luca Ferrantelli tak bardzo chce zadowolić dziadka?

– Przykro mi, ale chyba doszło do nieporozumienia, signor Ferrantelli. Nie widzę żadnego powodu, dla którego miałabym brać udział w tej farsie. Nie zostanę pańską żoną.

– Chyba jednak nie jest pani tak słodka i posłuszna, jak twierdził pani ojciec – zakpił z szerokim uśmiechem. – Ale to nieważne. Zrobi pani to, co mówię.

Wyprostowała ramiona. Jej spojrzenie stało się tak lodowate, że jeszcze chwila, a rzęsy zmieniłyby się w sople lodu.

– Proszę wyjść – rzuciła chłodno. – Nie mamy już o czym rozmawiać.

Luca nie ruszył się z miejsca. Wciąż siedział na sofie, w irytująco zrelaksowanej pozie. W jego oczach czaił się jednak niebezpieczny błysk. Artie zawahała się. Nie miała żadnego doświadczenia z mężczyznami i powinna być ostrożniejsza. Jej starcie z tym mężczyzną było niczym walka Dzwoneczka z tytanem.

– Nie ma pani dużego wyboru. Jeśli nie zgodzi się pani na ślub, przejmę castello, a pani wyląduje na bruku.

Artie zacisnęła dłonie w pięści. Tylko tyle mogła zrobić, by nie rzucić się na niego z pazurami. Wyobraziła sobie, jak robi zamach, by wymierzyć mu policzek, a on łapie ją za nadgarstek, przyciąga do siebie i namiętnie całuje… O nie! Naoglądała się „Przeminęło z wiatrem”, naczytała romantycznych opowieści i takie są efekty!

Wskazała na drzwi władczym gestem.

 

– Proszę wyjść.

Luca podniósł się z wdziękiem lwa i stanął naprzeciw niej. Walczyła ze sobą, żeby nie wykonać kroku w tył, nie okazać, że onieśmiela ją swoją magnetyczną obecnością. Musiała wyciągnąć szyję, by móc mu spojrzeć w twarz.

– Dam pani dwadzieścia cztery godziny na przemyślenie mojej propozycji. Proszę się spokojnie zastanowić.

Artie uniosła podbródek.

– Już to przemyślałam. Jutro moja odpowiedź będzie taka sama. Proszę nie tracić czasu i więcej tu nie przychodzić.

– Ma pani dużo do stracenia, signorina Bellante. – Omiótł wzrokiem pokój. – Naprawdę chce pani, żeby rodowa siedziba przepadła z powodu głupiej dumy?

– Duma nie ma nic wspólnego z moją decyzją. Jeśli wyjdę kiedyś za mąż, to z miłości.

W jej głowie rozległ się głośny rechot. Z miłości? A jak chcesz znaleźć męża, skoro umierasz ze strachu za każdym razem, gdy widzisz obcego człowieka? I kto by cię chciał? Myślisz, że ktoś cię pokocha?

Wzrok Luki powędrował do jej ust i zatrzymał się tam na dłuższą chwilę.

– Kocha pani to miejsce, prawda? Jest w pani rodzinie od pokoleń. Nasze małżeństwo byłoby więc związkiem z miłości. Z miłości do domu, którego przecież nie chce pani stracić. – Melodyjny ton jego głosu podziałał na nią hipnotyzująco. Musiała zmobilizować wszystkie siły, żeby stawić opór. To byłoby takie proste powiedzieć „tak”. Wszystkie jej problemy zostałyby rozwiązane.

– Oczywiście, że kocham to miejsce. To jedyny dom, jaki mam.

Ich oczy się spotkały.

– Proszę za mnie wyjść, a nie straci go pani. Biznes to biznes. Jeśli będę musiał, nie będę miał skrupułów, by odzyskać to, co moje. Nigdy nie pozwalam, by emocje przesłoniły zdrowy rozsądek. Proszę o tym pomyśleć.

Starała się zignorować cyniczny błysk w jego oku, zignorować śliskie węgorze paniki wijące się w jej brzuchu. Nie mogła stracić domu. Nie mogła pozwolić, żeby rezydencja została przekształcona w luksusowy hotel, żeby obce osoby przechadzały się po pokojach, naruszały spokój wiekowych murów, które przechowywały najpiękniejsze wspomnienia jej rodziny.

– Nie wyrzuci mnie pan stąd. Ja też mam chyba jakieś prawa, prawda?

– No cóż, to pani ojciec błagał mnie o pomoc – przypomniał nonszalancko. – To ja jestem w prawie.

– I dlatego mam spełnić pańskie życzenie? Oczekuje pan, że tak po prostu się zgodzę? Czy kiedykolwiek ktoś panu odmówił?

– Raczej nie. – Wyjął z kieszeni aksamitne pudełko i wyciągnął dłoń w jej stronę. – Może to pomoże pani podjąć decyzję.

Artie popatrzyła z niesmakiem na pudełko, jakby miał z niego wyskoczyć karaluch.

– Myśli pan, że przekupi mnie diamentami?

– Jeszcze pani nie wie, czy w środku są diamenty.

Delikatnie podniósł kciukiem wieczko.

– Proszę przymierzyć. Mam nadzieję, że będzie pasował.

– Nie, dziękuję.

Zapadła cisza. Luca zatrzasnął wieczko, pudełeczko położył na stoliku do kawy. Jeśli nawet obraziła go stanowczą odmową, nie dał tego po sobie poznać.

– Wrócę jutro. Mam nadzieję, że zmieni pani zdanie. Ciao!

Ukłonił się, jakby z niej szydził, po czym opuścił salon, zamykając za sobą drzwi.

Artie wypuściła z płuc palący oddech. Jej ciało zwiotczało po napięciu napędzającym jej organizm adrenaliną i kortyzolem. Usiadła z powrotem na sofie, zanim do reszty straciła czucie w nogach. Szantażowano ją, by poślubiła obcego mężczyznę, jeśli chciała uratować dom. Zupełnie jak w jakiejś dziewiętnastowiecznej powieści. Co ojcu przyszło do głowy, by coś takiego sugerować Luce Ferrantellemu? Dla niego był to tylko biznes, a dla niej kwestia życia i śmierci. Rezydencja była dla niej czymś więcej niż tylko budynkiem. To było jej bezpieczeństwo, jej przyszłość, jej dziedzictwo. Jak Luca śmiał ją szantażować?! Nie zamierzała być pionkiem w jego grze. Jeśli miał ją za słodką, posłuszną idiotkę, która przyjmie ofertę z otwartymi ramionami, to pokaże mu, że się pomylił.

Rosa wróciła do salonu, żeby zabrać filiżanki.

– Twój gość już wyszedł – stwierdziła. – Czego chciał? – Jej wzrok padł na aksamitne pudełeczko. – Och, co to jest?

Artie podniosła się z sofy, przeczesując włosy palcami.

– Nie uwierzysz, gdy ci powiem. Ledwie się powstrzymałam, żeby go nie uderzyć. To najbardziej obrzydliwy facet, jakiego kiedykolwiek spotkałam. Łajdak. Zwykły łajdak.

Rosa posłała jej rozbawione spojrzenie.

– Mówisz tak, jakbyś ich nie wiadomo ilu spotkała. – Uniosła wieczko i aż gwizdnęła. – Mamma mia! Przecież to pierścionek zaręczynowy.

Artie wyrwała jej pudełko i zatrzasnęła wieczko.

– Mogę się tylko cieszyć, że nie miałam do czynienia z takimi draniami. Wiesz, co mi zaproponował? Chce się ze mną ożenić. Sześć miesięcy fikcyjnego małżeństwa i tego typu bzdury. A wiesz, co jest najgorsze? To ojciec podsunął mu ten pomysł. Luca Ferrantelli umorzy mój dług, jeśli zostanę jego żoną. Tylko wtedy odzyskam posiadłość.

– I co mu powiedziałaś?

– A jak myślisz? Odmówiłam.

Rosa zastygła, ustawiając filiżanki na tacy.

– A gdyby zaproponował ci prawdziwe małżeństwo, a nie na papierze, zgodziłabyś się?

– Nie, oczywiście, że nie – odparła z nieco nadmiernym oburzeniem.

– W takim razie nie rozumiem, w czym problem. Boisz się, że nie dotrzyma słowa?

Artie oparła ręce na biodrach, ignorując fakt, że kanty pudełka wbijają jej się w dłoń.

– Chyba nie mówisz poważnie. Uważasz, że powinnam przyjąć jego szaloną propozycję? Rozum straciłaś? – Artie zmrużyła oczy. – Zaraz! A może wiesz coś o tym? Mówił ci ojciec, że chce mnie przehandlować obcemu facetowi?

Rosa podniosła tacę z filiżankami. Wyraz jej twarzy zdradzał pragmatyczne podejście do życia.

– Twój ojciec martwił się o ciebie. Nie wiedział, co zrobisz i jak sobie poradzisz ze wszystkim, gdy jego już zabraknie. Poświęciłaś mu ostatnie lata swojego życia, ale teraz przyszedł czas, by wszystko zmienić. Masz szansę odzyskać swoje dziedzictwo i swoje życie. A co do Luki Ferrantellego… Nie jest on zupełnie obcym facetem, skoro twój ojciec mu zaufał i poprosił o pomoc. Sześć miesięcy to przecież nie tak dużo. Dopóki wszystko jest zgodne z prawem, masz wiele do zyskania i nic do stracenia.

Artie rzuciła pudełko na sofę.

– Nie mogę uwierzyć w to, co mówisz! Naprawdę uważasz, że powinnam poślubić tego wstrętnego szantażystę?

– Nie możesz tu tkwić do końca życia jak w grobowcu. To nie jest normalne, a zważywszy na katastrofalną sytuację finansową, nie będzie to również możliwe. Powinnaś przyjąć ofertę. Twój ojciec by tego chciał. Nie możesz się wiecznie obwiniać.

Artie prychnęła z irytacją.

– Ja nie mogę stąd odejść. Przecież mnie znasz. Wiesz, że umieram z strachu, ilekroć zbliżam się do bramy. Nie mam na to wpływu i nic na to nie poradzę.

Rzeczywiście, nic nie pomogło. Leki, sesje z psychoterapeutą, medytacje. Nic nie uwolniło jej od tej przeklętej fobii. Pogodziła się z myślą, że życie spędzi w izolacji. Cóż innego jej pozostawało? Musiała zaakceptować swój los.

Rosa popatrzyła na nią swymi brązowymi oczami.

– Jeśli nie wyjdziesz za tego człowieka, będziesz musiała stąd odejść. Stracisz castello. Stracisz dom, zastanów się.

Na samą myśl o opuszczeniu rodzinnej posiadłości dostawała gęsiej skórki. Nawet jeśli w skrytości ducha marzyła o tym, by znów być normalną, otwartą na świat kobietą, zdawała sobie sprawę, że życie poza domem było całkowicie poza jej zasięgiem. Zerknęła na małe pudełeczko rzucone w przypływie złości na sofę.

– Luca Ferantelli to znany playboy. Co tydzień zmienia kochanki. Jaki z niego materiał na męża?!

– Nie dowiesz się tego, jeśli go nie poślubisz. Poza tym to i tak będzie małżeństwo tylko z nazwy – rzekła Rosa.– Przekonaj go, żebyście wzięli ślub tutaj, w castello. Wtedy nie będziesz musiała nigdzie wychodzić. Na miesiąc miodowy też nikt nie każe ci wyjeżdżać. Za sześć miesięcy odzyskasz dom, a na pamiątkę po tej transakcji zostanie ci wyjątkowo piękny pierścionek. Problem z głowy.

Artie wzdrygnęła się. Nawet nie pomyślała o miesiącu miodowym. Luca pewnie też nie, bo nie o taką pannę młodą mu chodziło… prawda? Poczuła znajome mrowienie w dolnej części ciała. Jego usta przyciśnięte do jej ust. Jego ciało przy jej ciele. Dłonie, które robiłyby jej to, o czym niekiedy fantazjowała, ale czego nigdy nie doświadczyła.

Przycisnęła palce do skroni, kiedy Rosa opuściła pokój. Myślała, że gospodyni podzieli jej obawy, a tymczasem namawiała ją, żeby wyszła za mąż. Wypuściła z płuc urywany oddech i rozejrzała się po salonie. Czarne aksamitne puzderko leżące na białej sofie oznaczało szansę. Przed oczami miała atletyczne ciało Luki, rozparte na kanapie w nonszalanckiej pozie. Powietrze wciąż pachniało cytrusową nutą wody po goleniu. Jej tętno nadal nie wróciło do normy i nie była pewna, czy to się kiedykolwiek stanie. Spotkanie z Lucą Ferrantellim obudziło w niej kobiecość, którą od tylu lat ignorowała. Jej ciało nabrało życia, było pobudzone jak nigdy wcześniej. Wiedziała, że Luca to najgorszy człowiek, jakiego kiedykolwiek spotkała, ale ciało zdawało się nie mieć dostępu do tej wiedzy. Reagowało w sposób nieprzewidziany w scenariuszu. Spojrzenia mężczyzny rozgrzały jej krew i wyobraźnię.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?