Miodowy miesiąc we WłoszechTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Melanie Milburne
Miodowy miesiąc we Włoszech

Tłumaczenie:

Agnieszka Baranowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Isabella Byrne odstawiła z westchnieniem filiżankę na stolik w zatłoczonej kawiarence. Polowanie na męża byłoby łatwiejsze, gdyby rzeczywiście chciała się z kimś związać, pomyślała. A ona bardzo, ale to bardzo nie chciała! Na samą myśl o zamążpójściu dostawała wysypki, mogło ją to doprowadzić nawet do szoku anafilaktycznego albo do wylewu…

Nie należała do dziewczynek, które od piątego roku życia planują swój ślub, w przeciwieństwie do swych koleżanek nie marzyła o księciu z bajki. Po minionym już okresie nastoletnich szaleństw robiło jej się niedobrze nawet na myśl o randce. Skończyła z mężczyznami.

Izzy przyjrzała się parom siedzącym przy sąsiednich stolikach. Czy w całym Londynie nie było już ludzi bez pary? Tylko ona w całej kawiarni siedziała sama. Mogła oczywiście w swoich poszukiwaniach wykorzystać portal randkowy, ale onieśmielała ją wizja spotkań z nieznajomymi. Niestety jej nieliczni przyjaciele od dawna byli już z kimś związani.

Izzy złożyła egzemplarz testamentu ojca i wepchnęła go do przepastnej torby. Czytała go już milion razy, ale treść pozostawała ta sama. Musiała wyjść za mąż, by móc odziedziczyć spadek. Jeśli tego nie zrobi, majątek przypadnie pewnemu krewniakowi, który, tak się niefortunnie składało, był hazardzistą. Czy mogła pozwolić, by cały majątek znikł pożarty przez automaty do gier? Izzy potrzebowała tych pieniędzy, by wykupić dom rodzinny zmarłej matki. Jeśli tego nie zrobi, przepiękny dom w Wiltshire, gdzie spędzała cudowne wakacje z dziadkami i z bratem, przepadnie na zawsze. Ona, matka i Hamish byli tam naprawdę szczęśliwi. A potem jej brat zachorował i umarł. Izzy była mu to winna, musiała uratować ten dom!

Termin wyznaczony przez testament upływał za dwadzieścia cztery godziny. Miała jeden dzień na znalezienie mężczyzny, który zgodzi się zostać jej mężem na sześć miesięcy. Dlaczego nie przyłożyła się bardziej do poszukiwań od początku? Zwlekała trzy miesiące, do ostatniej chwili. Jak zwykle. Nic dziwnego, że nie szło jej w szkole, była mistrzynią odkładania wszystkiego na później…

Już miała wstać i wyjść, gdy padł na nią wysoki cień. Jej serce zabiło mocniej, może przez wypite właśnie podwójne macchiato? Kawa i desperacja to niebezpieczny koktajl!

– Czy to miejsce jest wolne? – Głęboki baryton z wyrafinowanym włoskim akcentem przyprawił ją o ciarki.

Podniosła wzrok. Andrea Vaccaro, potentat hotelowy, wpatrywał się w nią swymi czarnymi jak espresso oczyma, a jego spojrzenie przenikało ją na wskroś. Jego przystojną twarz z mocną szczęką ocieniał jednodniowy zarost przeciskający się przez oliwkową skórę pod wpływem buzującego testosteronu. Zmysłowe usta Andrei zazwyczaj wykrzywiał cyniczny uśmieszek, przywodzący na myśl długie, namiętne pocałunki. Na przestrzeni lat Izzy nauczyła się nie okazywać, jak bardzo na nią działał. Pod pozorami chłodnego opanowania ukrywała burzę zakazanych ciągot.

– Właśnie wychodzę, więc…

Nie mogła oderwać wzroku od jego dłoni spoczywającej teraz na oparciu sąsiedniego krzesła. Drobne czarne włosy na nadgarstku znikały pod krawędzią mankietu odprasowanej, eleganckiej koszuli. Ileż to razy marzyła o dotyku tych dłoni? Wyobrażała sobie pieszczoty, które nigdy nie mogły się wydarzyć? Nie z nim.

– Nie znajdziesz czasu na szybką kawę ze starym przyjacielem? – Błysnął swymi perłowo białymi zębami.

Natychmiast wpadła w panikę.

– Przyjacielem? – zapytała jadowicie. – Nie sądzę!

Niezrażony, Andrea usadowił na krześle swe atletycznie zbudowane, silne i smukłe ciało z długimi nogami ledwie mieszczącymi się pod małym stolikiem. Izzy pospiesznie odsunęła kolana najdalej jak mogła, żeby uniknąć elektryzującego kontaktu z tym męskim, prężnym ciałem. Zaczęła odsuwać krzesło, by wstać, ale Andrea niespodziewanie nakrył jej dłonie swymi i przytrzymał mocno, przykuwając ją do miejsca, do siebie…

Wszystkie hormony w jej ciele oszalały, każda komórka ciała wibrowała jak napięta struna. Od dłoni ciepło jego dotyku powędrowało wzdłuż ramienia Izzy. Już po chwili cała płonęła.

Mimo to, z wielkim wysiłkiem woli, ale zmroziła go lodowatym spojrzeniem, które powinno było ściąć wodę w szklance stojącej na stole.

– Zawsze tak postępujesz z kobietami? Siłą?

Szorstkim kciukiem gładził wierzch jej dłoni, przyprawiając ją o dreszcze.

– Kiedyś mi się tak nie opierałaś, pamiętasz?

Błysk w jego oczach rozpalił ją do czerwoności. Niestety nie potrafiła zapomnieć. Marzyła o tymczasowej amnezji, może nawet permanentnej! Skłonna była zgodzić się na uraz mózgu, byle tylko zapomnieć, jak siedem lat temu próbowała go uwieść podczas jednego z legendarnych, suto zakrapianych przyjęć gwiazdkowych wydawanych przez jej ojca. Miała wtedy osiemnaście lat i wypiła trochę za dużo alkoholu, dla kurażu, jak zresztą na wszystkich innych przyjęciach ojca. Inaczej nie przeżyłaby żenującego przestawienia odgrywanego przez jej oddanego ojczulka. W swej naiwności uznała, że upokorzy go boleśnie, jeśli prześpi się z jego ulubionym protegowanym. Chciała skompromitować ojca w odwecie za wszystkie cierpienia, których przysparzał jej za zamkniętymi drzwiami: za wyzwiska, poniżanie i złośliwą krytykę podkopującą jej wątłe poczucie wartości. Czuła się bezużyteczna, niekochana, i niechciana. Izzy wyjęła rękę spod dłoni Andrei i wstała gwałtownie.

– Muszę wracać do pracy.

– Słyszałem, że masz nową pracę. Jak ci idzie?

Przyglądała mu się uważnie w poszukiwaniu oznak sarkazmu. Naśmiewał się z niej czy wyrażał kurtuazyjne zainteresowanie? A może jak większość znajomych uważał, że Izzy i tak nie wytrwa w nowej pracy nawet tygodnia? Nie dziwiło jej wcale, że w nią wątpił, chociaż ze wszystkich sił starała się stanąć na własnych nogach. To prawda, że traciła posady równie łatwo jak je dostawała, ale na drodze zawsze stawała jej reputacja. Wszyscy oczekiwali, że poniesie porażkę, więc ta samospełniająca się przepowiednia wisiała nad nią niczym klątwa.

Już w szkole uginała się pod presją, by dorównać niezwykle uzdolnionemu starszemu bratu, przez co jej kwalifikacje zawodowe przedstawiały się mizernie. Nie wiedziała, co chciała robić w życiu, dryfowała więc przez dłuższy czas i teraz musiała w mozole nadrabiać zmarnowany czas. Studiowała przez internet i pracowała w sklepie z antykami, ale ludzie nadal posądzali ją o lenistwo i brak motywacji. Nawet Andrea! Niezależnie od tego, co się kryło za jego pokerową miną, nie zamierzała dać się sprowokować w zatłoczonej kawiarni. W przeszłości robiła epickie sceny, nawet teraz miała ogromną ochotę rzucić krzesłem w jego twardą jak skała klatkę piersiową, chlusnąć mu kawą w tę nieprzyzwoicie przystojną i zarozumiałą twarz, szarpać jego śnieżnobiałą koszulę, aż nie zostanie na niej nawet jeden guzik! Izzy zatrzęsła się ze złości.

– Aż dziw, że jeszcze nie przyszedłeś do sklepu, żeby kupić jakiś obrzydliwie drogi staroć i udowodnić mi, jaki jesteś nieprzyzwoicie bogaty – syknęła.

Uśmiechnął się leniwie.

– Mam na oku coś o wiele cenniejszego.

Złapała swą torbę, a Andrei rzuciła spojrzenie, od którego samotna róża na stoliku powinna natychmiast zwiędnąć.

– Miło było cię widzieć – pożegnała się słowami ociekającymi sarkazmem. Akurat w tym miała wprawę.

Przebrnęła przez morze krzeseł i stolików, by zapłacić za kawę przy ladzie, ale zanim zdążyła wyjąć portfel, Andrea stanął za nią i podał kelnerce banknot.

– Proszę zatrzymać resztę.

Młoda kobieta prawie zemdlała z wrażenia, nie ze względu na wielkość napiwku, ale pod wpływem czarującego uśmiechu przystojnego bruneta. Czy jakakolwiek kobieta potrafiłaby się oprzeć temu zniewalającemu uśmiechowi? Andrea stał tuż za plecami Izzy, czuła ciepło jego ciała i przepływ elektryzującej energii wzdłuż kręgosłupa. Jego energii, męskiej, potężnej energii. Pachniał czymś cytrusowo-drzewnym, jak rozgrzany słońcem sad rosnący na granicy gęstego, niebezpiecznego lasu.

Przez chwilę zastanawiała się, jak by to było oprzeć się o to rosłe, umięśnione ciało, poczuć wokół siebie silne ramiona, duże dłonie na swych pośladkach, jego biodra napierające na nią… O Boże, muszę natychmiast skończyć z fantazjowaniem! Zachowuję się gorzej niż Meg Ryan w „Kiedy Harry poznał Sally”!

Andrea ujął ją za łokieć i wyprowadził z kawiarni na zewnątrz. Postanowiła nie oponować, bo ludzie i tak zaczynali się na nich gapić. Nie chciała, by zrobiono im zdjęcie i uznano ją za jego kolejny podbój. Andrea Vaccaro, magnat hotelowy, przyciągał paparazzich jak magnes, super magnes o potrójnej sile – playboy, prowadzący otwarty dom, protegowany zmarłego niedawno znanego biznesmena Benedicta Byrne’a. Dzięki wielkoduszności angielskiego benefaktora młodziutki Włoch obracający się w nieciekawych kręgach wyszedł na ludzi.

Z kolei Izzy stanowiła dla paparazzich łatwy cel jako rozpieszczona córeczka z funduszem powierniczym. Kiedyś zainteresowanie brukowców schlebiało jej, znajdowała perwersyjną przyjemność w czytaniu zjadliwych kłamstw na swój temat, ale obecnie wolałaby, żeby zostawiono ją w spokoju. Przestała już udawać pijaną, wychodząc z nocnych klubów, by upokorzyć swego ojca. Niestety reporterzy brukowców jeszcze nie uwierzyli w jej przemianę. Nadal postrzegano ją jako niepokornego dzieciaka, którego głównym celem w życiu było imprezowanie. Andrea musnął palcami pierścionki na palcach jej lewej dłoni.

– Znalazłaś już męża?

Izzy wiedziała, że znał testament jej ojca na pamięć. Prawdopodobnie pomógł mu go pisać. Gniew zaślepił ją na moment. Andrea nie miał pojęcia o tym, co jej zrobił wspaniały Benedict Byrne. Tylko matka Izzy znała ciemną stronę podziwianego człowieka sukcesu, ale ona dawno już nie żyła. Spoczywała wreszcie w spokoju obok Hamisha, swego ukochanego syna, któremu, według ojca, Izzy nigdy nie potrafiła dorównać.

 

– Nie mam zamiaru rozmawiać z tobą o moim życiu osobistym. Wybacz, ale muszę już…

– Mam dla ciebie propozycję – oświadczył z kamienną twarzą.

Izy próbowała się otrząsnąć z dziwnego czaru, jaki na nią rzucił swym dotykiem. Spięła wszystkie mięśnie, by przestać drżeć.

– Moja odpowiedź to wyraźne i nieodwołalne „nie”!

Uśmiechnął się do niej leniwie, jakby jej odmowa tylko go rozbawiła i zachęciła do podjęcia wyzwania.

– Nie chcesz wiedzieć, co mam ci do zaproponowania, zanim odmówisz?

Izzy zacisnęła zęby tak mocno, że jej ortodonta załamałby ręce, gdyby to widział.

– Nie jestem zainteresowana – ucięła.

Przecież nie zamierzasz mi się oświadczyć, parsknęła w myślach.

Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że jej serce zamarło na chwilę. Może dwie. Powietrze gęstniało z sekundy na sekundę. Wyglądał świetnie, lepiej niż świetnie. Jak zwykle. Opalony, wysportowany, z klasycznymi rysami twarzy, mógłby reklamować drogą wodę kolońską. Miał falujące, gęste czarne włosy, nieco niedbale wijące się nad wysokim czołem, prosty długi nos i magnetyzujące ciemne oczy ocienione gęstymi brwiami, z których jedną przecinała blizna. Mogłaby utonąć pod jego długimi rzęsami… Izzy potrafiła zbić z tropu swym bezczelnym spojrzeniem większość mężczyzn, ale nie Andreę. A on, niestety, świetnie o tym wiedział.

– Zjedz ze mną kolację. – Zaproszenie zabrzmiało w jego ustach jak rozkaz.

Izzy rzuciła mu surowe, nauczycielskie spojrzenie.

– Wolałabym najeść się kłaków – syknęła.

Jego wzrok ślizgał się po jej twarzy, a teraz zatrzymał się na jej ustach. Czuła mrowienie w wargach, jakby musnął je swoimi ustami. Rozpalał ją, kusił. Za każdym razem gdy tylko na nią spojrzał, myślała o seksie, gorącym, namiętnym seksie jakiego nigdy nie doświadczyła.

Nie była dziewicą, ale nie prowadziła też tak rozwiązłego trybu życia, o jaki posądzały ją portale plotkarskie. Prawdę mówiąc, nie przepadała za seksem. Była kiepska w łóżku, wręcz żałosna. Jedynie po alkoholu potrafiła się zmusić do intymności i nie myśleć o tym, że wcale nie odczuwa przyjemności.

– Możemy rozmawiać tutaj, ale wolałbym zrobić to na osobności.

„Zrobić to”! Wyobraźnia Izzy natychmiast podchwyciła dwuznaczność jego słów. „Na osobności” – zadrżała na myśl o znalezienie się sam na sam z Andreą…

Zrobiła gwałtowny krok w tył, jakby w ostatniej chwili udało jej się powstrzymać przed rzuceniem się w płomienie. Miała nadzieję, że Andrea nie dostrzegł, że spłonęła rumieńcem, choć podejrzewała, że był na to zbyt bystry. Radził sobie tak świetnie w pracy, bo potrafił przejrzeć każdego na wylot, analizował sytuację szybciej niż inni i nigdy nie tracił opanowania. Nienawidziła go za to, że miał nad nią taką przewagę, że wzbudzał w niej tyle emocji. Obiecała sobie, że nigdy już nie pozwoli sobie na wykonanie najmniejszego gestu zdradzającego jej uczucia. Nie była już bogatą dziewczynką odgrywającą się na ojcu za upokorzenia i ból.

– Nie zamierzam niczego z tobą robić, zwłaszcza na osobności – oświadczyła.

Spojrzał na nią, lekko mrużąc oczy.

– Boisz się?

Tak, miała ochotę przyznać, boję się, że nie zdołam nad sobą zapanować!

Oczywiście nie mogła tego zrobić. Uniosła wysoko głowę i oświadczyła z wyższością:

– Nie jestem zainteresowana.

Milczał przez chwilę.

– Zjedz ze mną kolację, nic więcej, Isabello.

Nikt oprócz niego nie używał jej pełnego imienia. Włoski akcent Andrei sprawiał, że w jego ustach brzmiało wyjątkowo zmysłowo. Kolacja, nic więcej, powtórzyła po nim w myślach. Przecież mogła go wysłuchać, co jej szkodziło? Termin zbliżał się nieuchronnie, a ona nie znalazła rozwiązania problemu, którym nawet zza grobu dręczył ją ojciec. Skrzyżowała nonszalancko ręce na piersi i rzuciła Andrei wystudiowane, znudzone spojrzenie.

– Okej, podaj miejsce i czas, spotkamy się na miejscu.

Roześmiał się tak, że zmiękły jej kolana.

– Jasne! – parsknął.

– Mówię poważnie, wolę zrobić to sama.

Jego czy rozbłysły psotnie.

– Wolisz to robić sama?

Izzy czuła, jak jej policzki oblewają się purpurą. Zrobiło jej się gorąco, pożądanie pulsowało w niej niebezpiecznie. Przybrała swą firmową minę z lat dzikiej młodości, którą obwieszczała wtedy światu, a teraz pewnemu przystojnemu Włochowi, że ma gdzieś, co o niej myślą. Niesiona brawurą oblizała powoli wargi, obserwując, jak czarne oczy Andrei śledzą każdy ruch jej języka. Nie była mu obojętna! To odkrycie wprawiło ją w stan uniesienia. Może jej nie lubił, może nie szanował, ale na pewno jej pragnął! Siedem lat temu upokorzył ją, odrzucając jej nastoletnie awanse, nazwał rozpieszczonym dzieciakiem. Ale to nie znaczy, że jej nie pożądał. Izzy krzyknęła tryumfalnie w myślach. Nareszcie miała nad nim jakąś niewielką przewagę! Spojrzała na Andreę spod opuszczonych rzęs.

– Chciałbyś wiedzieć, prawda?

Jego oczy pociemniały jeszcze bardziej.

– Chciałbym i dowiem się – odpowiedział gładko.

Jego głęboki głos przyprawiał ją o ciarki. Izzy zdawała sobie sprawę, że igra z ogniem, flirtując z Andreą. Nie potrafiła jednak oprzeć się wyzwaniu, jakie dla niej stanowił. Kusiło ją, by go prowokować, podszczypywać, próbować dostać się pod maskę jego dobrego wychowania i stanąć twarzą w twarz z prawdziwym, pierwotnym, zmysłowym mężczyzną, który się pod nią ukrywał.

– To gdzie zjemy kolację?

– Zarezerwowałem stolik u Henriego, na ósmą trzydzieści.

Była na siebie zła, że nie opierała mu się bardziej. Całe życie starała się nie być przewidywalną. Skąd wiedział, że się zgodzi? Dlaczego był tego taki pewien? Może dlatego, że zostało jej niewiele czasu? Warknęła ze złością w myślach. Wolałaby o tym zapomnieć.

– Twoja arogancja nie przestaje mnie zdumiewać – powiedziała. – Czy ktokolwiek ci kiedykolwiek odmawia?

Uśmiechnął się kącikami ust.

– Rzadko.

Nie wątpiła. Musiała pilnie popracować nad swoją siłą woli, wysłać ją na przyspieszony kurs przetrwania albo napompować sterydami. Nie mogła pozwolić, by Andrea nią manipulował, musiała mu się postawić i pokazać, że różni się od innych kobiet rzucających mu się pod nogi. Raz popełniła błąd, ale teraz była już starsza i mądrzejsza. Poprawiła torbę i odwróciła się, by odejść.

– Do zobaczenia – rzuciła przez ramię.

– Isabello?

Zatrzymała się i ostrożnie odwróciła twarzą do Andrei.

– Tak? – zapytała podejrzliwie.

Omiótł spojrzeniem jej usta, a potem spojrzał jej głęboko w oczy.

– Nie waż się nie przyjść.

Czytał w jej myślach. Ciekawe jak to robił? Izzy faktycznie nie zamierzała się pojawić w restauracji, chciała mu pokazać, że nie da się wciągnąć w żadną gierkę. Najwyższy czas, by ktoś dał mu nauczkę, a ona z przyjemnością podejmie się tego trudnego zadania.

Oczy Andrei błyszczały niebezpiecznie. Był bezlitosny i zdeterminowany. Czuła, że chciał jej zaproponować swą kandydaturę na tymczasowego męża, ale był jedynym mężczyzną na świecie, którego oświadczyn nie mogła przyjąć. Musiała szybko wymyślić jakiś plan.

– Przyjdę, przyjdę. – Uraczyła go przesłodzonym uśmiechem, od którego każdego normalnego mężczyznę rozbolałyby zęby. – Nie zmarnuję okazji na darmową kolację. Mówiłeś, że chodzi tylko o kolację, nic więcej, prawda?

Oczy Andrei płonęły czarnym ogniem, a jego spojrzenie rozpalało jej wnętrzności.

– Tylko kolacja – potwierdził.

Odwróciła się i odeszła w kierunku sklepu z antykami, w którym pracowała. Czuła na plecach gorące spojrzenie Andrei, ale nie odwróciła się. Z zadowoleniem stwierdziła, że jej siła woli zaczyna się wzmacniać, choć jeszcze przed chwilą prawie ją zawiodła.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Rany, w tej sukience nie powinnaś się nigdzie ruszać bez ochroniarza – zauważyła Jess, współlokatorka Izzy, przyglądająca się przygotowaniom koleżanki do wieczornego wyjścia.

Izzy wygładziła połyskującą, srebrną i bardzo krótką sukienkę błyszczącą jak noworoczny brokat.

– Jak wyglądam?

– Serio? Masz niesamowite nogi. Powinnaś zostać modelką, a nie sprzedawać zakurzone antyki.

Jess przekrzywiła głowę, przyglądając się współlokatorce.

– Randka? Znam go?

– Nie, to tylko kolacja ze znajomym.

Jess nie kryła zdziwienia.

– Taka sukienka na spotkanie ze znajomym? – zapytała z powątpiewaniem.

Izzy umalowała usta karminową szminką i przyłożyła chusteczkę jednorazową do warg, żeby utrwalić makijaż. Nie powinna się tak ubierać, wiedząc, że jakiś paparazzi może zrobić jej zdjęcie z Andreą, ale w tej chwili nie dbała o to. Chciała dać mu nauczkę – zazwyczaj umawiał się z wyrafinowanymi, eleganckimi kobietami, ubrała się więc wyzywająco, by go zbić z pantałyku i wprawić w zakłopotanie.

– Chcę mu dać nauczkę – mruknęła.

– Nauczkę? Jaką? „Możesz patrzeć, ale nie dotykaj”?

Izzy przypomniała sobie dotyk silnej dłoni Andrei i przeszył ją dreszcz. Usiłowała nie wyobrażać sobie, jak przygniata ją do łóżka swym wielkim, umięśnionym ciałem i robi z nią różne nieprzyzwoite, cudowne rzeczy…

– Chcę go oduczyć arogancji – sprostowała.

Wyciągnęła z włosów wałki i roztrzepała loki palcami. Miała teraz imponującą masę falujących włosów opadającą swobodnie na ramiona. Jess przysiadła na krawędzi łóżka Izzy.

– Co to za facet?

Izzy zerknęła na odbicie koleżanki w lustrze toaletki. Znała Jess zaledwie od kilku miesięcy, zbyt krótko, by wtajemniczać ją w zawiłości skomplikowanej relacji z Andreą. Zanim odpowiedziała, zapięła tanie wiszące kolczyki.

– Znajomy mojego ojca.

Jess wstała z łóżka i podeszła do toaletki.

– Jutro chyba upływa termin wyznaczony przez ojca w testamencie, prawda?

Izzy żałowała, że kilka dni temu przy butelce wina zwierzyła się koleżance ze swojej kłopotliwej sytuacji. Głupio zrobiła, przyznając się, że ojciec dręczył ją nawet spoza grobu. Wiedział doskonale, że nie wierzyła w instytucję małżeństwa, zwłaszcza po tym, jak przez lata przyglądała się zniewoleniu swojej matki. Pod koniec zbyt krótkiego życia konsultowała ze swym mężem tyranem nawet wybór ubrania. Izzy nie miała zamiaru pozwolić, by jakikolwiek mężczyzna stał się jej panem i władcą.

– Tak, ale on nie wchodzi w grę jako kandydat na męża.

– Chcesz więc, żeby spadek przeszedł ci koło nosa?

Izzy zabrzęczała niecierpliwie bransoletkami.

– Nie, ale nie widzę innego wyjścia. Nie poderwę przecież kogoś na ulicy!

Jess obrzuciła wymownym spojrzeniem sukienkę koleżanki.

– W tej sukience zajęłoby ci to zapewne tylko kilka minut – stwierdziła kwaśno. – Dlaczego ten facet, z którym się dziś umówiłaś, nie nadaje się na kandydata? Pytałaś go? Odmówił?

– Nie pytałam go – bąknęła Izzy, wkładając szminkę do torebki. – I nigdy nie zapytam. Wiem, co robię, Jess – zapewniła współlokatorkę. – Potrafię sobie radzić z mężczyznami pokroju Andrei Vaccaro.

Oczy Jess zrobiły się wielkie jak spodki.

– Idziesz na randkę z Andreą Vaccaro?! Tym Andreą Vaccaro?! I twoim zdaniem on się nie nadaje na męża? Zwariowałaś? To najgorętszy kawaler na świecie!

Ubrana w skórzaną kurtkę motocyklową Izzy zatrzymała się w drzwiach.

– Może i tak, ale ja go nie chcę. Wolę spać pod mostem i wyjadać odpadki ze śmietnika do końca życia niż wyjść za mąż za tego aroganckiego dupka.

Jess zaniemówiła na chwilę ze zdumienia.

– Rany – wykrztusiła w końcu. – Ale się pieklisz. Coś między wami zaszło w przeszłości?

– Wydaje mu się, że może mieć każdą kobietę. Możliwe, ale mnie nie! – odpowiedziała wymijająco Izzy. – Nie martw się, wiem, jak się z nim obchodzić. – Uśmiechnęła się złowrogo.

Andrea nie planował specjalnie spóźnić się na kolację z Isabellą, ale utknął w korku spowodowanym stłuczką w centrum Londynu. Wysłał jej wiadomość, że się spóźni, ale nie odpowiedziała. Właśnie takiego zachowania się po niej spodziewał.

Zamierzał poprosić ją o rękę, bo potrzebował tymczasowej żony, takiej, która nie zrobi awantury, gdy będzie chciał się rozwieść. Sześć miesięcy formalnego małżeństwa zawartego podczas krótkiej ceremonii, bez obietnic wiecznej miłości, bez „żyli długo i szczęśliwie”.

 

Nastoletnia pasierbica jednego z ważnych kontrahentów Andrei nie ukrywała, że się w nim podkochuje. Jeśli odrzuci jej awanse, ważna fuzja, nad którą pracował od dawna, mogła być zagrożona. A ponieważ kontrahent zaprosił go w roli świadka na swój ślub za kilka tygodni, Andrea musiał działać szybko. W każdej innej sytuacji, zerwałby negocjacje bez zastanowienia. Ale na tej transakcji zależało mu wyjątkowo. Chodziło o hotel we Florencji, pod którym jako bezdomny nastolatek wyszukiwał resztki jedzenia w śmietniku, by przeżyć. Gdy stanie się jego właścicielem, wreszcie będzie mógł uznać, że zamknął za sobą najgorszy okres swego życia i wyszedł zwycięsko z bitwy o przetrwanie.

Teraz potrzebował żony, by odstraszyć nastoletnią adoratorkę, a Isabella Byrne nadawała się do tego idealnie. W dodatku, pilnie potrzebowała męża.

Andrea nigdy nawet nie brał pod uwagę ożenku, na własne oczy przekonał się, że nawet idealne pary mogą z czasem zgotować sobie wzajemnie piekło na ziemi. Wolał swoją wolność, brak więzów i odpowiedzialności za szczęście drugiej osoby. Jednak gotów był poświęcić sześć miesięcy wolności za możliwość nabycia hotelu we Florencji bez przeszkód. Mógł przy okazji udowodnić sobie, że nadal potrafi się oprzeć Isabelli.

Zawsze działała na niego w niepokojący, niewyjaśniony sposób, ale z szacunku do swego dobroczyńcy i ze względu na jej wiek trzymał się od niej z daleka. Benedict Byrne miał swoje wady, ale dał biednemu, zagubionemu nastolatkowi szansę na normalne życie. Andrea pracował jak szalony, uczył się bez przerwy, aż w końcu zbudował własną firmę, większą nawet niż imperium jego benefaktora.

Teraz gdy Benedict Byrne już nie żył, a Isabella była dorosła, mógł sobie udowodnić, że uodpornił się na jej podstępny wdzięk, który prześladował go przez ostatnie siedem lat. Odkąd ją znał, buntowała się przeciwko ojcu, jak typowa rozpieszczona dziedziczka fortuny, leniwa i nieodpowiedzialna.

Nawet kiedy dorosła, niewiele się zmieniła, tyle tylko, że stała się prawdziwą pięknością. Nie potrafił się skupić, gdy znajdowała się w tym samym kraju co on! Żadna inna kobieta, a znał ich wiele, nie miała nad nim takiej władzy. Dlatego małżeństwo z nią oznaczało wystawienie się na próbę, białe małżeństwo, bo żaden inny układ nie gwarantował im bezpieczeństwa. Isabella miała niecałą dobę na znalezienie męża.

Od trzech miesięcy przygotowywał się na moment, gdy dziedziczka fortuny Byrne’a ogłosi zaręczyny, ale jakimś cudem nie znalazła odpowiedniego kandydata. Może sama siebie sabotowała? Nie dlatego, że nie zależało jej na pieniądzach, wręcz przeciwnie, potrzebowała ich. Dlatego, nawet jeśli nie marzyła o mężu, wyjdzie za niego – nie ma innego wyjścia. Andrea przygotował już nawet dokumenty. Jeszcze przed świtem będą mężem i żoną. Ona odziedziczy pieniądze, a on zyska wymówkę, by delikatnie zniechęcić zadurzoną nastolatkę bez upokorzenia jej.

Zobaczył Izzy, gdy tylko wszedł do restauracji. Jego ciało wyczuwało jej obecność na kilometr. Siedziała przy barze i wyglądała jak ucieleśnienie mokrego snu nastolatka. Uśmiechnął się pod nosem. Wiedziała, że musi przyjąć jego propozycję, ale nie zamierzała poddać się bez walki. Czy łudziła się, że jej wyzywający wygląd go zniechęci?

Odwróciła się w jego stronę, zanim do niej podszedł, jakby wyczuła jego obecność. Albo jego podniecenie. Jej oczy rzucały gniewne iskry, jak zwykle.

– Spóźniłeś się.

Przysiadł na stołku obok niej, walcząc z pokusą, by położyć dłoń na jej gładkim, smukłym udzie.

– Wysłałem ci wiadomość.

Zacisnęła usta w taki sposób, że natychmiast zapragnął rozewrzeć je powolnymi, zmysłowymi pocałunkami.

– Nie lubię czekać. – Słowa spadły z jej ust jak kostki lodu.

– Zrozumiałe. Pozostało ci niewiele czasu na znalezienie męża. Chyba że udało ci się tego dokonać po naszym spotkaniu w kawiarni? – Przyglądał jej się badawczo.

Zmroziła go spojrzeniem. Andrea obawiał się, że nie przetrwa tego wieczoru bez odmrożeń.

– Nie udało mi się, ale nie tracę nadziei.

Andrea owinął sobie wokół palca pasmo jej jedwabistych włosów. Nie odsunęła się, ale jej oddech przyspieszył, a źrenice się powiększyły. Czuł egzotyczne nuty jej perfum – kwiat plumerii, piżmo i unikalny zapach gładkiej, ciepłej skóry Isabelli… Delikatnie zatknął pasmo włosów za jej ucho i uśmiechnął się.

– Nasza pierwsza randka.

Jej oczy rozbłysły, jakby coś eksplodowało w jej źrenicach.

– Pierwsza i ostatnia.

Odwróciła się i upiła spory łyk ze swojego kieliszka. Głośno odstawiła drinka na bar.

– Lepiej powiedz, czego ode mnie chcesz i miejmy to z głowy.

– Podoba mi się twoja sukienka.

Andrea zatrzymał wzrok na głębokim dekolcie. Isabella poczerwieniała, ale nie straciła rezonu.

– Wydała mi się odpowiednia na taką okazję.

Przesunął palcem po wierzchu jej dłoni i natychmiast przeszył go dreszcz. Kontrast jego śniadej skóry z jej kremowobiałą cerą podziałał na niego elektryzująco. Mimo to potrafił się jej oprzeć. Prawda? Oczywiście, że tak, odpowiedział sobie w myślach. Ale nie potrafił przestać sobie wyobrażać, jak jej długie nogi owijają się wokół jego bioder, a pełne, karminowe usta ustępują pod naporem jego spragnionych warg. Gdyby tylko mógł się zatopić w jej miękkim ciele, zapaść się w słodki niebyt rozkoszy…

– Potrzebujesz mnie, Isabello. Przyznaj to. Bardzo mnie potrzebujesz.

Wyrwała rękę spod jego dłoni.

– Nie. Potrzebuję. Ciebie – wyrecytowała, uderzając go palcem wskazującym w pierś przy każdym słowie.

Andrea złapał jej dłoń i podniósł ją do ust. Ucałował zaciśniętą piąstkę.

– Wyjdź za mnie.

Jej oczy połyskiwały zimno, zielono-niebiesko, jak lód.

– Idź do diabła!

Zacisnął mocniej rękę na jej dłoni.

– Stracisz wszystko, jeśli do jutra rana nie znajdziesz męża. Zastanów się. Tylko sześć miesięcy jako moja żona w zamian za fortunę ojca.

Widział, że Izzy się waha, kalkuluje, mierzy się ze strachem i wątpliwościami. Dorastała w dostatku, niczego jej nie brakowało, a jednak nigdy nie okazała ojcu wdzięczności. Zmarnowała okazję zdobycia solidnego wykształcenia w najlepszych szkołach, zachowując się skandalicznie i nie przykładając się do pracy. Tak jakby wydawało jej się, że nie musi się starać, bo i tak odziedziczy majątek ojca. Nic dziwnego, że nie znalazła męża – jej reputacja rozpieszczonej i niepokornej odstraszała.

Jednak ostatnio Andrea coraz częściej się zastanawiał, czy Isabella pokazywała światu swą prawdziwą twarz? Dlaczego chciała, by ludzie myśleli o niej jak najgorzej? Nigdy nie zaprzeczała okropnościom wypisywanym o niej w mediach, odgrywała wyznaczoną jej rolę bez słowa protestu. Tak jak dziś – ubrała się wyzywająco, ale pod grubą warstwą szminki dostrzegał przebłyski niepewności. Isabella nie stanowiła zapewne idealnego materiału na żonę, ale on nie miał czasu na poszukiwania lepszej kandydatki. Poza tym był przekonany, że sobie z nią poradzi, jak z rasową klaczą, z którą należy postępować wyjątkowo umiejętnie.

Oczy Isabelli pociemniały. Podjęła decyzję. Wyrwała rękę i potarła ją odruchowo, jakby się chciała pozbyć mrowienia.

– Nie wyobrażam sobie większej tortury niż małżeństwo z tobą.

– Proponuję ci białe małżeństwo, czysta formalność.

Otworzyła usta ze zdumienia.

– Białe?

– Tak właśnie powiedziałem.

Zamrugała nerwowo, jakby się chciała obudzić ze snu.

– Dajesz mi słowo?

– A ty mi? – Wytrzymał jej spojrzenie.

Zacisnęła z niezadowoleniem usta.

– Zakładasz, że się zgodzę.

Andrea pogłaskał ją po palcu lewej ręki, na którym brakowało obrączki. Zadrżała, jakby jego dotyk wstrząsnął nią. Czuł to samo. Jego ciało spięło się natychmiast, krew stała się gorąca i gęsta. A jednak obiecał jej białe małżeństwo, musiał więc robić to co do tej pory – siłą woli panować nad niewyjaśnionym magnetyzmem iskrzącym pomiędzy ich ciałami.

– Nie masz wyboru, musisz się zgodzić.

Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki aksamitne pudełeczko i podał Isabelli.

– Jeśli ci się nie spodoba, możesz go wymienić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?