Hania Humorek. Mały detektywTekst

Z serii: Hania Humorek #9
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Megan McDonald

Hania Humorek. Mały detektyw


Ilustracje

Peter Reynolds

Tłumaczenie

Aldona Możdżyń„ska

Saga

Tytuł oryginału: Judy Moody, Girl Detective

Text © 2010 Megan McDonald

Illustrations © 2010 Peter H. Reynolds

Judy Moody font © 2006 Peter H. Reynolds

Published by arrangement with Walker Books Limited, London SE 11 5HJ.

All rights reserved. No part of this book may be reproduced, transmitted, broadcast or stored in an information retrieval system in any form or by any means, graphic, electronic or mechanical, including photocopying, tapingand recording, without prior written permission from the publisher.

© for the Polish edition by Egmont Polska Sp. z o.o.

Warszawa 2011

Redakcja: Anna Jutta-Walenko

Korekta: Agnieszka Trzeszkowska

Projekt typograficzny i łamanie: Grażyna Janecka

Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60,01 029 Warszawa

tel. 22 838 4100

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 9788726166606

Megan McDonald jest wielokrotnie nagradzaną autorką serii przygód Hani Humorek. Mówi o nich: „Większość wywodzi się z prawdziwych historii, jakie mnie i moim czterem siostrom przydarzyły się w dzieciństwie”. Wyznaje: „Hania Humorek to ja! Jesteśmy identyczne! W naszej rodzinie zawsze słynęłam ze skłonności do przesady. Hania Humorek to ja, tylko... jeszcze bardziej wyolbrzymiona!”. Megan McDonald mieszka ze swoim mężem w Sebastopolu w północnej Kalifornii.

Peter H. Reynolds mówi, że od razu poczuł więź z Hanią Humorek, gdyż jak sam mówi: „Jako ojciec na własne oczy oglądałem przygody bardzo niezależnej dziewczynki”. Peter H. Reynolds mieszka w Dedham w stanie Massachusetts, naprzeciwko swojego brata bliźniaka.

Dla Jordan i Chloe

M.M.

Dla Marlo Thomasa i Carole Hart, którzy zainspirowali nas do poszukiwania wolności

P.H.R.





Tajemnica nieznośnego brata

Była ciemna, burzowa noc. Deszcz chłostał szyby. Grzmiały pioruny, a niebo rozświetlały błyskawice. Na ścianach tańczyły upiorne cienie przypominające ogromne zębiska.

Tykanie starego zegara brzmiało jak bicie serca. Cicho niczym duch wspinała się po mrocznych, bardzo mrocznych schodach. Boso, na paluszkach, poszła mrocznym, mrocznym korytarzem i stanęła pod czarnymi, czarnymi drzwiami.

Zastukała raz, dwa, trzy razy, używając kodu Morse’a. Po chwili drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem.

Puk-puk.

– Aaaaa! – wrzasnęła Hania, która leżała na górnej pryczy piętrowego łóżka, nakryta kołdrą.

Wypuściła z ręki notes, w którym pisała. Pofrunął na dół i trafił Smrodka prosto w głowę.

– Auu! – krzyknął Smrodek, rozcierając sobie głowę. – Uważaj! Nabiłabyś mi guza!

– Ty już wyglądasz jak jeden wielki guz – parsknęła Hania.

– Nie musisz rzucać we mnie książkami.

– Ciesz się, że to nie encyklopedia. To kara za to, że mnie przestraszyłeś, kiedy pisałam opowieść grozy.


– Dlaczego leżysz pod kołdrą? Jest środek dnia.

– Nancy Drewa mówi, że nie można bać się ciemności. Ćwiczyłam.

– A po co ci latarka?

– Dobry detektyw zawsze trzyma latarkę pod poduszką.

– Nancy Drew też tak robiła?

– Hej! Nie czytałeś Listu w dębowej dziupli?

– Nie jestem jej fanem.

– A ja zamierzam przeczytać wszystkie pięćdziesiąt sześć powieści o Nancy Drew.

Smrodek pomachał notesem Hani.


– Czy Nancy Drew też rzucała w swojego brata różnymi przedmiotami?

– Nie miała brata, ale gdyby miała, na pewno by w niego rzucała, gdyby próbował ją przestraszyć na śmierć.

– Na śmierć?

– To jedno z jej powiedzonek. Sam się domyśl, co oznacza.

– A czy w powieściach o Nancy Drew coś wylatuje w powietrze? W dobrych kryminałach ciągle coś wybucha. Motorówki, torty albo motocykle.

– Nie, Smrodek. W kryminałach o Nancy Drew są stare zegary, skrzypiące schody, ukryte pamiętniki i inne takie.

– Aha.

Smrodek nie wyglądał na przerażonego. Raczej na trochę znudzonego.


– Ale są tam też wybuchające pomarańcze, płonące rakiety i stare zamki. Mnóstwo zamków, wszystkie nawiedzone. Raz Nancy Drew o mało co nie zginęła, gdy runął na nią sufit. Innym razem ścigał ją duch konia, a kiedyś nawet próbował ją udusić olbrzymi pyton. Poważnie.

– Wybuchające pytony są fajne. – Smrodek się nieco ożywił. – Mogę przejrzeć jedną z tych książek?

– Leżą tam. – Hania wskazała na stertę różnych rzeczy piętrzącą się na biurku. – Pod skarpetkową małpką.

Smrodek podniósł skarpetkową małpkę.

– Pod małpką jest poduszka.

– No to pod poduszką.

Smrodek podniósł poduszkę.

– Pod poduszką jest słownik.

– No to pod słownikiem.

Smrodek podniósł słownik.

– Odnalezienie twoich kryminałów to prawdziwa zagadka. – Pod słownikiem leżała czterdziesta trzecia część przygód Nancy Drew, Tajemnica dziewięćdziesięciu dziewięciu kroków. – Dlaczego ta książka leży pod tyloma rzeczami?

– Hmmm... nie śmiej się, ale...

– Cha, cha, cha! Hania się boi! Schowałaś ją, bo jest straszna. Boisz się przerażających przygód Nancy Drew!

– Co ja poradzę na to, że mam taką bujną wyobraźnię? – westchnęła Hania. –


Wyzywam cię, żebyś ją przeczytał. I to w ciemności.

Smrodek zadrżał.

– Przyjaciółka Nancy ma dziwny sen o upiornych schodach składających się z dziewięćdziesięciu dziewięciu stopni. Nancy jedzie do Francji, żeby rozwiązać zagadkę tego snu. To naprawdę przerażająca historia! Tak piszą na okładce. Książki nie kłamią.

– Może po jej przeczytaniu sama będziesz miała koszmarny sen – zadumał się Smrodek. – Wtedy oboje pojedziemy do Francji, żeby wyjaśnić jego tajemnicę... i zobaczymy wieżę Eiffla!

– Wieża Eiffla nie ma tu nic do rzeczy, ale podsunąłeś mi świetny pomysł. Rozwiążę jakąś zagadkę. To będzie prawdziwa przerażająca tajemnica w stylu Nancy Drew. Jestem tego absolutnie pewna.

– Jaka tajemnica?

– Jeszcze nie wiem. Najpierw muszę ją znaleźć.

– Pojedziesz do Francji?

– Wcale nie trzeba wyjeżdżać z kraju, żeby znaleźć jakąś tajemnicę. Może się kryć w twoim własnym ogródku.

Smrodek spojrzał przez okno na ogród.

– Widzę tylko twoją fioletową skakankę, biało-różową piłkę nożną, rower z pękniętą oponą i niebieski namiot, w którym organizowaliśmy zebrania Klubu Siusiającej Ropuchy. Dla mnie jedyną tajemnicą jest to, dlaczego mama i tata nie kazali ci tego posprzątać.

– Cha, cha, cha, ale śmieszne. Tajemnice są wszędzie. Może nie akurat w naszym ogródku, ale z pewnością tuż pod naszym bokiem. Musimy tylko być czujni.

I tak jak stała, Hania Humorek ruszyła na poszukiwanie tajemnicy.

Tajemnica zaginionych gumisiów

Skoro ma wyjaśnić wielką tajemnicę, musi przygotować sprzęt detektywistyczny.

Latarka? Jest.

Notes? Jest.

Ołówek ze złą minką? Jest.

Kieszonkowe szkło powiększające? Jest.

Taśma klejąca? Jest.

Torba na suwak? Jest.

– Pomyślmy – powiedziała Hania do siebie. – Potrzebuję jeszcze tylko przebrania, pieniędzy i słowniczka francuskiego.

Poszła na górę do łazienki i wróciła z kosmetyczką mamy. Wyjęła czerwoną szminkę, puderniczkę, kredkę do brwi, lakier do paznokci, pęsetkę i spinkę do włosów.

– O, super – zawołał Smrodek, wchodząc do pokoju Hani. – Będziesz się przebierać?

– Smrodek, w ogóle się nie znasz na pracy detektywa. Wszyscy wiedzą, że szminką pisze się„SOS!” na lustrze.

– Aha, już rozumiem. Jeśli coś wybuchnie i noga ci utknie pod kupą żelastwa, wołasz po francusku„SOS!”, a jeśli zgubiłaś słownik, piszesz„SOS!” szminką na lustrze czy coś w tym rodzaju?

– Raczej coś w tym rodzaju – mruknęła Hania. – Szminka może też udawać krew. Kiedyś Nancy Drew posmarowała się szminką i udawała, że krwawi, żeby zmylić bandytów i uciec. W tych książkach jest mnóstwo bandytów, na przykład Szperacz, Gburek i Łomotek.

 

Smrodek parsknął śmiechem.

– To brzmi jak imiona krasnali, a nie bandytów.

– A w Upiorze z Sosnowego Wzgórza jest zła wróżka Madame Tarantella.

– Madame Tarantula. Super. Mogę napisać coś szminką?

– Używa jej się tylko w sytuacjach awaryjnych – wyjaśniła Hania.

– A te pozostałe rzeczy?

– Pudrem można wykryć odciski palców, a lusterko pomaga w śledzeniu podejrzanych osób. Z kolei kredka służy do tego. – Hania szybko narysowała Smrodkowi wąsy.

– Hej! – zawołał Smrodek, ale zamiast zetrzeć wąsy, przejrzał się w lusterku.

Hania wzięła małą metalową spinkę do włosów.

– Zasada numer jeden: nigdy nie wychodź z domu bez spinki do włosów.

– A co to takiego? – spytał Smrodek.

– Służy do spinania włosów.

– Mogę spróbować?

– Proszę bardzo. – Hania podała mu spinkę, po czym spakowała do plecaka cały sprzęt.

Smrodek wziął tajemny pamiętnik Hani, włożył spinkę do zamka i przekręcił. Pamiętnik się otworzył.

– Ale cudo! – zawołał. – To naprawdę działa!

Hania podniosła głowę.


– Oddaj! – krzyknęła i wyrwała Smrodkowi pamiętnik.

– Jesteś pewna, że Nancy Drew nie miała młodszego brata? Młodsi bracia to też doskonali detektywi.

– Tak, jestem pewna. Miała tylko ojca, pana Drew, dwójkę przyjaciół, George’a i Bessa, psa Togo, kotkę Śnieżkę i lśniący niebieski odjazdowy kabriolet!

– Była na tyle duża, że mogła prowadzić samochód?

– Pewnie. Kto by nie chciał jeździć niebieskim kabrioletem i całymi dniami rozwiązywać tajemniczych zagadek? – powiedziała Hania. – Kosmetyki? Są. Jestem gotowa!

– A co z pieniędzmi? Zapomniałaś o pieniądzach!

– Nnnie, nie zapomniałam.


Smrodek zajrzał do plecaka Hani i wyjął plastikową torebkę pełną monet.

– Tylko nie moje monety! I dolary z portretami prezydentów! Zbieram je od lat!

– Oj, daj spokój. Jeśli bandyci zamkną mnie na strychu, w komórce albo w bagażniku, będę mogła ich przekupić.

– Przecież wystarczy użyć spinki do włosów, żeby otworzyć zamek – zauważył Smrodek.

Hania spiorunowała go wzrokiem.

– No dobrze. – Smrodek przejrzał swoje monety. – Możesz wziąć ćwierćdolarówkę z Samoa Amerykańskiego. Bo nie wiem, gdzie ten kraj leży.

– Jedną marną ćwierćdolarówkę? Nie wystarczy na okup.

– Zgoda. Dołożę jeszcze dolara z prezydentem Martinem Van Burenem. Ale tylko dlatego, że to nie prezydent James Madison. I dlatego, że nic o nim nie wiem.

– Ojej, wielkie dzięki, Smrodziuniu.

– Czy już możemy poszukać zagadki? – spytał Smrodek.

– Prawie – odrzekła Hania. – Jestem głodna. Muszę coś przekąsić. Zasada numer jeden: nigdy nie rozwiązuj zagadki na czczo.

– Myślałem, że zasada numer jeden to ta ze spinką do włosów.

– To źle myślałeś! Odwróć się, żebyś nie zobaczył, gdzie chowam słodycze.

Kiedyś Smrodek znalazł słodycze Hani schowane do szuflady na skarpetki. Znalazł je w apteczce. Znalazł je nawet w puzzlach składających się z pięciuset elementów. Ale na pewno ich nie znalazł w tajnej, supertajnej kryjówce Hani.

Smrodek odwrócił się i zasłonił oczy.

– Zasłoń też uszy – powiedziała Hania.

– Mam tylko dwie ręce.

– No to postaraj się nie słuchać.

Hania wyjęła pluszowego łosia, którego przed ostatnią Gwiazdką kupiła w centrum handlowym z babcią Lusią. Kiedyś wypchała jego brzuszek nie watą, tylko gumisiami. Gdy teraz otworzyła brzuszek, znalazła... starą skarpetkę w paski!


– Smrodek! Nigdy nie zgadniesz, co znalazłam!

Smrodek spojrzał na ręce Hani.

– Starą skarpetkę? – Próbował udawać zaskoczonego.

– To nie tylko skarpetka, lecz także zagadka – odrzekła Hania. – Znalazłam ją tuż pod nosem!

Smrodek nie odezwał się słowem, tylko wbił wzrok w podłogę.

– Prawdziwa, przerażająca tajemnica! – zawołała Hania, machając skarpetką.

– Tajemnica zaginionej skarpetki?

– Raczej tajemnica skradzionych słodyczy. W brzuszku łosia ukryłam całą masę słodyczy. A one zniknęły! Trzask-prask i ani śladu po nich!

Smrodek podrapał się po głowie, a potem pstryknął palcami.

– To pewnie Myszka wywęszyła łosia i zjadła wszystkie gumisie.

– Interesujące – zauważyła Hania. – Ale skąd wiesz, że chodzi o gumisie? Powiedziałam tylko, że to były słodycze.

– Myszka, Gu-Misie. Przejęzyczyłem się. Poza tym wiem, że uwielbiasz gumisiowe myszki. O wiele bardziej niż gumisiowe oczy i żabie udka.

– Smrodek, zdejmij buty.

– Słucham? Po co?

– Po prostu je zdejmij.

Smrodek zdjął tenisówki.

– Aha! Tak jak myślałam! Masz skarpetki nie do pary. A jedna z nich pasuje do tej tutaj. Hania podniosła skarpetkę w paski. Zagadka Złodzieja Słodyczy w Pasiastej Skarpetce została rozwiązana. Smrodku Humorek, co masz na swoją obronę?

– Teraz bardzo przydałaby mi się ta szminka.

– Do czego?

– Napisałbym„SOS!”. Mówiłaś, że jeśli ktoś potrzebuje pomocy, może napisać to szminką!

Tajemnica skradzionych okularów

Nazajutrz Hania jak zwykle poszła do szkoły, do klasy III t. Jak zwykle usiadła w drugim rzędzie. Pan Łopuch jak zwykle mówił o lekcjach. Coś jednak było nie tak.

Pan Łopuch wziął kartkę, odsunął ją od siebie na długość ręki i zmrużył oczy.

– Dziś po południu naszą szkołę odwiedzi wyjątkowy gość – oznajmił.

Rysiek podniósł rękę.

– Jakoś inaczej dziś pan wygląda – zauważył.

Hania spojrzała na Ryśka i aż klepnęła się w czoło. Rysiek chyba czytał jej w myślach.

– Zapuszcza pan brodę? – spytał Rysiek.

– Niestety nie. – Pan Łopuch podrapał się po podbródku.

– Urósł pan? – spytała Jadzia.

– Nie sądzę – odparł nauczyciel.

– Osiwiał pan! – zawołał Bartek.

– Chyba przez was – zażartował pan Łopuch.

Hania uważnie przyjrzała się wychowawcy. Coś się w nim zmieniło. Postanowiła wykorzystać swój detektywistyczny talent i rozwiązać Zagadkę Zmienionego Pana Łopucha.

Obejrzała go od góry do dołu, z jednego boku i drugiego, jakby był gwiazdkowym prezentem owiniętym w lśniący papier. Nie miał nowego krawata, nowej fryzury ani nowych butów.

Pan Łopuch pochylił się nad biurkiem i zaczął mówić dzieciom o wyjątkowym gościu. Tego popołudnia do szkoły miał przyjść oficer Jakiś Tam z psem Jakimś Tam i opowiedzieć o Czymś Tam. Pan Łopuch znowu zmrużył oczy i spojrzał na kartkę.

I wtedy Hanię olśniło. Supermegadetektywistyczny talent poddał jej myśl, że pan Łopuch wygląda inaczej, bo... nie założył okularów!

– Pan Łopuch nosi soczewki kontaktowe! – zawołała.

– Nie, nie noszę – odparł nauczyciel, zmrużonymi oczami spoglądając na Hanię.

Do licha! Hania już sądziła, że rozwiązała zagadkę!


– Nie mogę znaleźć okularów.

Nie może znaleźć? No, to możliwe. Zgubił? To mało prawdopodobne. Pan Łopuch prawie nigdy nie zdejmował okularów. Hania rozejrzała się po klasie. Który z uczniów wyglądał jej na złodzieja? Bartek? Jadzia? Ania? Olek? Julka Wróbel – mistrzyni ortografii? Julka nie nosiła okularów. Ale może, po prostu może... ukradła, żeby wyglądać na jeszcze bardziej inteligentną.

Po prostu bomba! Minizagadka w szkole, w jej własnej klasie: Zagadka Zaginionych Okularów Nauczyciela.

Ona, Hania Humorek, zamierzała zająć się tą sprawą.

Podczas porannej przerwy została w klasie, żeby przeprowadzić śledztwo. Wyjęła latarkę i szkło powiększające i zajrzała pod każdą ławkę i każde krzesło. Przeszukała szafki i plastikowe pojemniki. Zajrzała za komputer, do akwarium, a nawet do klatki ze świnką morską.

Detektyw Hania znalazła tylko arkusz naklejek z czarodziejami (należący do Ryśka), klej w sztyfcie (należący do Franka) i różowy klips do papieru w kształcie świnki, który mógł należeć tylko do jednej osoby – do Julki Wróbel, wielbicielki świnek. Hania włożyła naklejki do teczki Ryśka, postawiła klej na ławce Franka, a różowy klips na... zaraz! Hania Sokole Oko Humorek wypatrzyła nowy trop na ławce Julki Wróbel. Na zeszycie do ortografii leżało różowe pudełko na drugie śniadanie. Kiedy Hania zajrzała pod niedomkniętą pokrywkę, ujrzała coś, co wyglądało na okulary pana Łopucha!

Hania otworzyła pudełko. Wyjęła szkło powiększające i zapaliła latarkę. Ohoho, patrzcie, patrzcie! Zaginione okulary pana Łopucha!

Ona, Hania Humorek, rozwiązała zagadkę kryminalną – zupełnie jak Nancy Drew! Uratowała sytuację. Zwróci wzrok panu Łopuchowi!

W tej chwili do klasy weszła Julka Wróbel.

– Hej! Co robisz z moim pudełkiem na śniadanie? – spytała.

– Nic. – Hania schowała okulary za plecy.

– Proszę pana, proszę pana! – wrzasnęła Julka. – Hania ukradła mi śniadanie! Chce mi zabrać czekoladową babeczkę z różowym lukrem!


Dzieci wbiegły do klasy i ich oczy zwróciły się na Hanię, Złodziejkę Śniadań. Psiakostka!

– Nic nie ukradłam – zaprzeczyła Hania. – To ty jesteś złodziejką.

– Ach, tak? No to pokaż, co trzymasz za plecami!

– Dziewczynki, co się dzieje? – spytał pan Łopuch. – Haniu, chcesz nam coś pokazać?

Hania wyjęła ręce zza pleców. Nie trzymała w nich czekoladowej babeczki z różowym lukrem. Trzymała... okulary pana Łopucha!

– Oooo! – Cała klasa aż jęknęła.

– Nie ukradłam ich! Naprawdę! – zawołała Hania. – Znalazłam je w pudełku Julki na drugie śniadanie. To właśnie ona je ukradła. Nawet wiem dlaczego. Żeby pan nie zauważył, że nie dokończyła pracy domowej.


– A właśnie, że dokończyłam! – Julka zamachała zeszytem.

– Nikt niczego nie ukradł – powiedział pan Łopuch. – Dziś rano Julka pokazała mi swoje nowe pudełko na drugie śniadanie. Pewnie zdjąłem okulary, żeby przyjrzeć mu się z bliska.

– I przez pomyłkę włożył je pan do mojego pudełka – dokończyła Julka.

– Haniu, wiesz, że nie wolno grzebać w cudzych rzeczach.

– Ale ja prowadziłam śledztwo! I znalazłam pana okulary!

– To cię nie usprawiedliwia. Na pewno też byś nie chciała, żeby Julka grzebała w twoim pudełku, prawda? Powinnaś ją przeprosić.

– Przepraszam – wymamrotała Hania.

Ona, Hania Humorek, miała humorek. Humorek pod tytułem„Dlaczego ja zawsze muszę pakować się w tarapaty?!”.

– Koniec przedstawienia – powiedział pan Łopuch. – Dzieci, proszę na miejsca. Zagadka rozwiązana. – Pan Łopuch założył okulary. – Pozostaje jeszcze tylko jedna tajemnica: dlaczego nic nie widzę przez własne okulary?

Julka Wróbel wybuchnęła śmiechem.

– Lukier z mojej babeczki!

Pan Łopuch starł lukier i oblizał palec. Uniósł brwi i wypolerował szkła okularów chusteczką do nosa.

– No! I już są jak nowe!

Tajemnica ukrytego plecaka

Hania Humorek, Rysiek i Franek siedzieli w drugim rzędzie w auli, czekając na rozpoczęcie apelu.

– Po co przyniosłaś ze sobą plecak? – spytał Franek.

– To nie zwykły plecak, tylko zestaw detektywistyczny – wyjaśniła Hania. – Nigdy nie wiadomo, kiedy się trafi na zagadkę kryminalną.

– W auli? – zdziwił się Rysiek.

Hania zmarszczyła brwi.

– Już się nie mogę doczekać, kiedy poznam pana oficera Czoko – powiedział Franek.

– Dziwne nazwisko – zauważyła Hania.

– Chyba że jest się psem. – Franek się roześmiał.

– Ten policyjny pies też tu przyjdzie? – spytała Hania. – Do szkoły?

 

– Ziemia do Hani! Nie słyszałaś, co dziś rano mówił pan Łopuch? – odezwał się Rysiek.

– Przepraszam, ale właśnie prowadziłam śledztwo.

– To jeszcze szczeniak – wtrącił Franek.

– Dziewczynki, chłopcy – zaczął dyrektor szkoły. – Jak wiecie, październik jest miesiącem zapobiegania przestępczości. Z radością witamy dziś dwóch mistrzów walki z przestępczością: oficera Groma i jego partnera, Czoko.

Na scenę wszedł policjant w granatowym mundurze. Na smyczy prowadził brązowego szczeniaka. Piesek miał niebieskie oczy, zwisające uszy, lśniący, mokry nosek i długie łapy z ogromnymi stopami.

– Oooo, jaki śliczny! – wykrzyknęły wszystkie dzieci naraz.

– Jestem oficer Grom – przedstawił się policjant. – A to jest Czoko. Czekoladowy labrador. Psy tej rasy są bardzo mądre, przyjazne, łagodne i godne zaufania. Czoko lubi biegać, aportować i grać w piłkę. I przepada za dziećmi.

Oficer Grom zademonstrował, jak Czoko biegnie za piłką i ją przynosi. Potem piesek przez całą scenę przeniósł w pyszczku jajko i go nie upuścił! Wszyscy uczniowie byli zachwyceni.


– Czoko jest moim przyjacielem, partnerem w pracy i najnowszym członkiem naszego departamentu K-9. – Policjant podrapał pieska po łbie i poklepał go po grzbiecie. – Dopiero go szkolimy na prawdziwego psa policyjnego. Będzie nam pomagał szukać bandytów, przeczesywać budynki i nawet znajdować skradzione rzeczy. Ma tak czuły węch, że kiedyś może wytropić włamywacza albo znaleźć zaginione dziecko.

– Czoko mieszka koło mnie – pochwaliła się Julka Wróbel. – Na paradzie w Święto Niepodległości miał na sobie piękną obrożę. Dałam mu kilka psich smakołyków!

Nie trzeba było mieć żadnego detektywistycznego talentu, żeby się domyślić, że Julka Wróbel to prawdziwa panna Mądralińska.

Dzieci nagrodziły Czoko brawami.

– Czy on je kości? – spytał jakiś chłopiec z pierwszej klasy.

– Je głównie karmę dla szczeniąt. I bardzo lubi psie smakołyki.

– Mieszka na posterunku policji? – spytała dziewczynka z czwartej klasy.

– Nie. Ja jestem jego opiekunem, więc mieszka ze mną i z moją rodziną.

– Na mojej ulicy! – wypaliła znowu Julka Wróbel.

Smrodek podniósł rękę i oficer Grom pozwolił mu zadać pytanie.

– Czy on jeździ wozem policyjnym?

– Uwielbia jeździć samochodami. Co rano szczeka, prosząc, żebym go zabrał na przejażdżkę. Zupełnie jakby wołał:„Wóz, wóz, wóz!” – Oficer podrapał psa za uchem. – Kto lubi jeździć samochodem? Ty? Oj, tak, tak. – Czoko polizał oficera po twarzy swym różowym języczkiem. Dzieci się roześmiały. – A teraz potrzebuję pomocy kogoś z was. Czy ktoś mógłby coś wnieść na scenę? Może ty, młoda damo z plecakiem?

– Kto? Ja? – Hania z uśmiechem zerwała się z miejsca.

– Tak, przynieś tu plecak. Czoko go obwącha. Jest dziś w szkole, więc zrobimy mu klasówkę. Taki sprawdzian jego węchu.

Hania weszła po schodkach na scenę.

– To mój zestaw detektywistyczny – wyjaśniła. – Rozwiązuję zagadki kryminalne.

– Lubię ludzi, którzy są przygotowani na wszystko. – Oficer Grom się uśmiechnął. – Zobaczmy, czy i Czoko umie rozwiązywać zagadki. Podejdź i go pogłaszcz, a potem damy mu do powąchania twój plecak.

Czoko obwąchał Hanię od stóp do głów, a potem dał jej wielkiego psiego buziaka. Mlask-mlask.

– Mam nadzieję, że nie brzydzisz się psich języków – powiedział policjant.

– Nie, to przyjemnie łaskocze! – odrzekła Hania.

Potem Czoko obwąchał plecak Hani, a oficer Grom wydał mu komendę:„Szukaj!”.

– Teraz zabiorę Czoko ze sceny, a ty schowasz plecak. Pobawimy się w chowanego. Gotowa?

– Gotowa.

Policjant zaprowadził pieska za grubą aksamitną kurtynę.

– Tylko nie podglądaj, Czoko! – zawołała Hania.

Zeszła ze sceny i ruszyła głównym przejściem między pierwszoklasistami. Przecisnęła się przez rząd drugoklasistów i przystanęła przy Smrodku. Potem wróciła do głównego przejścia.

– Schowaj go pod krzesłem pana Łopucha! – zawołał jakiś trzecioklasista.

Ale Hania ominęła krzesło nauczyciela i zygzakiem przeszła koło uczniów czwartych i piątych klas.

– Za kulisami! – wołały dzieci.

– W koszu do koszykówki!

– W koszu na śmieci, w koszu na śmieci!

W końcu Hania stanęła przed magazynkiem, w którym nauczyciel wuefu trzymał piłki, skakanki i pomarańczowe pachołki. Sprawdziła, czy Czoko nie patrzy, i po cichutku otworzyła drzwi.

– Fuuuj! – W magazynku śmierdziało kurzem i spoconymi stopami. Było to dziesięć razy gorsze od zapachu tenisówek Smrodka. Hania zatkała nos. – Od tego zapachu chyba mi nos odpadnie.

Dzieci wybuchnęły śmiechem.

W magazynku stał wielki druciany kosz pełen piłek nożnych, koszykowych i siatkowych. Hania zagrzebała plecak głęboko między nimi. Cichutko zamknęła drzwi magazynku i wróciła na scenę.

Wszyscy ucichli, kiedy Czoko wyszedł zza kurtyny. Sprowadził oficera ze sceny i ruszył głównym przejściem, podążając za tropem Hani. Obwąchał drugoklasistów i zbliżył się do Smrodka. Przeskoczył nad jego nogami i popędził głównym przejściem.


Kilka razy galopem okrążył krzesło pana Łopucha.

– On ściga własny ogon! – zawołał Franek Perełka.

– Poczekajmy, trzeba dać mu szansę! – krzyknął ktoś inny.

– No, Czoko – zachęciła go Hania. – Na pewno ci się uda.

Ale Czoko stanął, nie wiedząc, co robić dalej.

– Dajcie mu chwilę – powiedział oficer Grom. – To jeszcze nie koniec.

Nagle Czoko podniósł pysk i zaczął węszyć. Najpierw z lewej, potem z prawej strony. Bum! Znowu popędził przed siebie, zygzakiem biegnąc między uczniami czwartych i piątych klas. W końcu zatrzymał się pod drzwiami magazynku.

Hau, hau, hau! – zaszczekał na drzwi. Policjant je otworzył i wtedy pies wskoczył do kosza z piłkami. Łup, łup, łup! Przekopywał się przez piłki. Chwilę później wrócił do oficera Groma z plecakiem Hani w pysku.

Dzieci zaczęły bić brawo i wiwatować.

– Mądry piesek! – pochwalił go policjant.

– Brawo!

Na widowni aż wrzało.

– Jak on to zrobił?

– To czary!

Oficer Grom wrócił z psem na scenę i nisko się ukłonił.

– Sierżant Superwąchacz! Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego partnera. Dzieci, bardzo dziękuję. Jesteście wspaniałą widownią!

Czoko wywiesił język i zamerdał ogonem. Hania miała wrażenie, że piesek się uśmiecha.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?