Hania Humorek idzie na studiaTekst

Z serii: Hania Humorek #8
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Megan McDonald

Hania Humorek idzie na studia


Ilustracje

Peter Reynolds

TtumacZenie

Aldona Możdżyńska

Saga

Tytuł oryginału: Judy Moody Goes to College

Text © 2008 Megan McDonald

Illustrations © 2008 Peter H. Reynolds

Judy Moody font © 2006 Peter H. Reynolds

Published by arrangement with Walker Books Limited, London SE 11 5HJ.

All rights reserved. No part of this book may be reproduced, transmitted,

broadcast or stored in an information retrieval system in any form

or by any means, graphic, electronic or mechanical, including

photocopying, taping and recording, without prior written permission

from the publisher.

© for the Polish edition by Egmont Polska Sp. z o.o.,

Warszawa 2011

Redakcja: Anna Jutta-Walenko

Korekta: Agnieszka Trzeszkowska

Projekt typograficzny i łamanie: Grażyna Janecka

Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01 -029 Warszawa

tel. 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 9788726166613

Megan McDonald jest wielokrotnie nagradzaną autorką serii przygód Hani Humorek. Mówi o nich: „Większość wywodzi się z prawdziwych historii, jakie mnie i moim czterem siostrom przydarzyły się w dzieciństwie”. Wyznaje: „Hania Humorek to ja! Jesteśmy identyczne! W naszej rodzinie zawsze słynęłam ze skłonności do przesady. Hania Humorek to ja, tylko... jeszcze bardziej wyolbrzymiona!”. Megan McDonald mieszka ze swoim mężem w Sebastopolu w północnej Kalifornii.

Peter H. Reynolds mówi, że od razu poczuł więź z Hanią Humorek, gdyż jak sam mówi: „Jako ojciec na własne oczy oglądałem przygody bardzo niezależnej dziewczynki”. Peter H. Reynolds mieszka w Dedham w stanie Massachusetts, naprzeciwko swojego brata bliźniaka.

Dla Sophii i Emily

M.M.

Dedykuję tę książkę Beatrice Rose Scollan,

Desmondowi Patrickowi Scollanowi

i Beth „Ginger Betty” Veneto,

która za pracę społeczną zasługuje

na honorowy tytuł naukowy!

P.H.R.




Matematyka

Kiedy w poniedziałek Hania Humorek poszła do szkoły, okazało się, że jej klasa ma nowego wychowawcę. W skrócie nazywano go „zast.” („zastępca”, nie „zastępowy”). Nauczycielka nazywała się pani Straszak.

Trzy rzeczy się tu nie zgadzały: po pierwsze – pani Straszak wcale nie była straszna, po drugie – pani Straszak była kobietą, i po trzecie – pani Straszak nie była panem Łopuchem.

Hania pierwsza podniosła rękę.

– Gdzie jest pan Łopuch?

– Pan Łopuch z pewnością uprzedził was w piątek, że jedzie na ważną konferencję dla nauczycieli.

– W piątek nie było mnie w szkole – mruknęła Hania.

– Dowie się tam na pewno, jak zostać jeszcze lepszym nauczycielem – wtrąciła Julka Wróbel.

– Przecież on już jest bardzo dobrym nauczycielem – zauważyła Hania.

– Może dostanie jakąś nagrodę za sukcesy w pracy? – rzucił Rysiek.

– Dokąd pojechał? – dopytywała się Hania. – I kiedy wróci?

– Przeczyta nam pani Kotolotki? – zawołały pozostałe dzieci. – Pan Łopuch zawsze nam czytał Kotolotki. I Powrót kotolotków. Zabierze nas pani na wycieczkę? Pan Łopuch często organizował nam wycieczki. Czy nadal jesteśmy klasą III t? Czy klasą III g?



– Pan Łopuch wyjechał do Bolonii. To takie miasto we Włoszech – wyjaśniła nauczycielka.


Uuuu... Życie jest takie niesprawiedliwe. Hania lubiła spaghetti po bolońsku. Lubiła też Włochy. Znała nawet jeden włoski taniec – tarantelę. Pan Łopuch był teraz w Krainie Spaghetti i tańczył jak tarantula, a oni musieli tkwić w Krainie Matematyki i uczyć się nudnej tabliczki mnożenia.

Hani Humorek wcale nie podobało się w klasie III t, która teraz była klasą III g, bez pana Łopucha.

Pani Straszak pochodziła z Nowej Anglii. Mówiła zupełnie inaczej niż pan Łopuch. Przeciągała „r”, co brzmiało trochę śmiesznie. Nie nosiła takich fajnych okularów jak pan Łopuch. Miała okulary zawieszone na łańcuszku na szyi. Nawet nie pachniała jak pan Łopuch. Pachniała tak, jakby wykąpała się w perfumach marki „Fuj!”.

Pod tylną ścianą klasy nauczycielka rozstawiła namiot z tabliczką cichy kącik. Hania zachodziła w głowę, jak w szkole w ogóle może być cicho.


Poza tym pani Straszak miała fisia na punkcie słodyczy. Dawała je każdemu za dobre zachowanie (tylko nie Hani, która akurat była w paskudnym humorku). Dawała cukierki nawet za dobre odpowiedzi. Niedługo cała klasa będzie miała pełno dziur w zębach! Poza Hanią oczywiście.


Tego dnia pani Straszak mówiła o jednostkach miar. O litrach i mililitrach, baryłkach i beczkach. Starała się to przedstawić tak, jakby matematyka była świetną zabawą. Ale Hania nie dałaby złamanego grosza za jakąś tam beczkę.

Pani Straszak oblała się dwoma litrami perfum. Pani Straszak rozdała dwadzieścia beczek cukierków.

Zamiast słuchać, Hania bawiła się zegarkiem. Nowiutkim, odlotowym, niebieściutkim, świecącym w ciemności zegarkiem z funkcją przepowiadania przyszłości i wygaszaczem ekranu.

„Bla, bla, bla” – mówiła pani Straszak. – Zaokrąglić do góry, zaokrąglić do dołu...

Hania uznała, że od zaokrąglania matematyka wcale nie staje się łatwiejsza.


Przycisnęła parę guzików na zegarku. Zamigotało nocne światełko. Po naciśnięciu innego guziczka wyświetlała się godzina w dwóch krajach, żeby właściciel nie musiał nosić dwóch zegarków.

„Skrobu-skrob” – bazgrała coś na tablicy pani Straszak.

Hania wcisnęła guzik z wielkim zielonym znakiem zapytania.

Bomba! Zupełnie jak czarodziejska kula. Wystarczy zadać zegarkowi pytanie, wcisnąć świecący w ciemności guzik, i dostaje się odpowiedź.

„Czy pani Straszak wygląda jak strach na wróble?”.

Pewnie.

„Czy pani Straszak da mi jeszcze kiedyś cukierka?”.

Trudno powiedzieĆ.

„Czy kiedyś pójdę na studia?”.

Na to wygląda.

„Czy pan Łopuch do nas wróci?”.

To nic pewnego.

– Haniu? Czy słyszałaś pytanie, które zadałam? – zwróciła się do niej pani Straszak.

Hania nie usłyszała pytania, nie znała więc odpowiedzi.

Czy odpowiedź brzmiała: 77? 88? 99? I czego? Litrów? Wanien? Baryłek? Beczek?

Wykrzyknęła jedyną odpowiedź, jaka jej przyszła do głowy:

– To nic pewnego!

Rodzice

Hania Humorek dostała uwagę do dzienniczka. Nauczycielka napisała, że Hani potrzebna jest pomoc w nauce. To znaczyło, że Hania nie jest orłem z matematyki.

Najpierw było zwykłe „bla-bla-bla”, więc Hania oddarła połowę uwagi i dała rodzicom tylko drugą część, tę lepszą. Mama i tata przeczytali notatkę nauczycielki.

– Hania ma problemy? Super! – ucieszył się Smrodek.

– Tylko pół problemu – mruknęła Hania.

– Haniu, a gdzie reszta tej uwagi? – spytał tata.

– Zaokrągliłam ją do połowy. Jak w ułamkach. Rozumiesz? Jestem naprawdę dobra z matematyki. Z ułamków, zaokrąglania i w ogóle.

– Dwanaście razy osiem? Szybko! – zawołał jej brat.

– Nie twój interes – burknęła Hania.

– A co powiesz na dziewięćdziesiąt sześć?

– Haniu, uwaga. – Mama wróciła do tematu. – Tatuś i ja chcemy ją zobaczyć w całości.

Hania sięgnęła do kieszeni, wyjęła zmiętą górną połowę kartki i podała ją mamie.

Rodzice przeczytali uwagę. Dwa razy! Trwało to chyba z tysiąc lat.


Potem porozmawiali z Hanią. Następnie porozmawiali ze sobą i ze sto lat rozmawiali z różnymi ludźmi przez telefon. Wreszcie opracowali plan.

Nie taki w rodzaju: „Powinnaś słuchać swojej nowej nauczycielki”.

 

Ani na przykład: „Pomożemy ci w odrabianiu lekcji”.

To był wyjątkowy plan. Aaa!!! Hania miała dostać korepetycje!

– Korepetycje? – spytała Hania. – Nie możecie sami mi pomóc?

– Pomożemy – powiedziała mama.

– Pomożemy – powtórzył tata.

– Ile jest sześć razy siedem? – spytał Smrodek.

– Tą pomocą będzie korepetytorka – wyjaśniła mama.

– Tak, ona ci pomoże – wtrącił tata. – Tak jak proponowała to twoja nauczycielka.

– Nie zapominajcie, że pani Straszak nie jest moją nauczycielką – odparła Hania.

– Ile jest pięć razy jedenaście? – spytał Smrodek.

– Obiecuję, że będę uważać na lekcjach – odezwała się Hania. – Już nigdy nie wezmę do szkoły swojego nowego zegarka. Nauczę się liczyć do miliona albo i miliarda.

– Chyba za miliard lat – parsknął Smrodek.

Hania musiała udowodnić, że jest naprawdę dobra z matematyki. Zaczęła szybko recytować tabliczkę mnożenia.

– Cztery razy dwa jest osiem. Osiem razy dwa jest szesnaście. Osiem razy dziewięć... tego jeszcze się nie nauczyłam. Ale się nauczę, słowo daję!

– Przecież korepetycje to dobra zabawa – powiedział tata. – Sama zobaczysz.


– Korepetytorzy mają plansze – wtrącił Smrodek. – Takie dla małych dzieci. Ile jest dwa razy pięć?

– Tyle ile masz u nóg paznokci, które ci pomaluję, jak pójdziesz spać – warknęła Hania, a Smrodek ze strachu aż podkurczył palce.

Hania spoglądała błagalnie to na mamę, to na tatę.

– Naprawdę muszę?

– Wszystko już załatwione – odrzekła mama. – Zaczynasz od jutra.

– Do stu tysięcy baryłek ropy! – wykrzyknęła Hania.


Następnego dnia tata przyjechał po Hanię do szkoły. Hania zamknęła oczy i przez całą drogę na korepetycje siedziała obrażona na tylnym fotelu. Pod powiekami widziała plansze. Takie dla maluchów. Ona, Hania Humorek, miała naprawdę paskudny humorek! Wcale nie humorek na matematykę. I na pewno nie na plansze dla małych dzieci.


To był fakt: ona, Hania Humorek, jechała teraz na korepetycje.

– Będę musiała liczyć koraliki i muszelki z makaronu? Smrodek tak powiedział.

– Nie wiem – odparł tata.

– Będę musiała liczyć groszki w słoiku? Smrodek tak powiedział.

– Nie wiem.

– Będę musiała ułożyć kota z trójkątów? Smrodek tak powiedział.

– Poczekamy, zobaczymy – westchnął tata. – Może będziesz grała w gry matematyczne, na przykład w kółko i krzyżyk.

Kółko i krzyżyk jest do bani! Hania ze wściekłą miną jeszcze głębiej wbiła się w fotel. Tata nic nie rozumiał. On nie musiał całymi popołudniami liczyć groszków i robić geometrycznych kotów.

– Jesteśmy na miejscu! – wesołym tonem oznajmił tata.

– Czyli gdzie? – burknęła Hania.

– Na uniwersytecie.

– Jak to na uniwersytecie? – zdziwiła się Hania.

– Tutaj będziesz miała korepetycje z matematyki – wyjaśnił tata. – Twoja korepetytorka jest studentką.

Hania wyprostowała się i triumfalnie wyrzuciła obie ręce w górę.

– Hurra! Idę na studia!


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?