Księga Bezimiennej AkuszerkiTekst

Z serii: Salamandra
Z serii: Droga donikąd #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Księga Bezimiennej Akuszerki
Księga Bezimiennej Akuszerki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Księga Bezimiennej Akuszerki
Audio
Księga Bezimiennej Akuszerki
Audiobook
Czyta Laura Breszka
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

***

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Epilog

O autorce

Książka ta nie powsta­łaby bez wspar­cia całego mojego ple­mie­nia.

Nie­zmier­nie dzię­kuję moim piszą­cym przy­ja­cio­łom, któ­rzy tole­ro­wali moje prze­pi­sy­wa­nia i imper­ty­nenc­kie pyta­nia. Tam­tego lata, które zmie­niło nas wszyst­kich, każdy z SCWP miał w tym swój udział i za to im dzię­kuję. Pisa­rzom nie stam­tąd – Ste­pha­nie, Ashowi i Avery – dzię­kuję z głębi mojego atra­men­to­wego serca. Jeste­ście aku­sze­rami tej histo­rii.

Muszę też podzię­ko­wać Robin, praw­dzi­wej położ­nej, za wszyst­kie infor­ma­cje i naprawdę prze­ra­ża­jące obrazy medycz­nych oso­bli­wo­ści.

Muszę podzię­ko­wać Devi­nowi, który ni­gdy nie udaje zain­te­re­so­wa­nia, kiedy go nie odczuwa, za to sku­pia się niczym laser, gdy zacie­kawi go dany pro­jekt.

Muszę podzię­ko­wać mamie, która dała mi pomysł niczym pło­nącą pochod­nię w ciem­nym kącie tej książki, zanim prze­czy­tała choćby pierw­szą linijkę.

Muszę podzię­ko­wać Di – była jak test, który ta książka musiała zdać. Przede wszyst­kim jed­nak jak zawsze muszę podzię­ko­wać mojemu mężowi Joh­nowi. Mojemu pierw­szemu czy­tel­ni­kowi, naj­lep­szemu kry­ty­kowi, towa­rzy­szowi we wszyst­kim – to Tobie dedy­kuję tę pracę.

Pro­log

Matka Ina zastu­kała pal­cami w swój pusty drew­niany brzuch. Przy­mo­co­wany był na jej ramio­nach i nisko na ple­cach, two­rząc z przodu wybrzu­sze­nie suge­ru­jące dzie­wiąty mie­siąc ciąży. Matka Ina była bar­dzo stara, za stara na to, żeby naprawdę być w ciąży. Włosy miała siwe i tak krót­kie, że widać przez nie było czarną, lśniącą skórę głowy. Znów zastu­kała, jej cien­kie palce zabęb­niły, po sali poniósł się echem pusty dźwięk. Ryt­micz­nie poskro­bała paznok­ciami o drewno, skry­bo­wie pod­nie­śli na nią wzrok.

Sze­ściu chłop­ców, wszy­scy mniej wię­cej w wieku doj­rze­wa­nia. Twa­rze bez zaro­stu, oczy jasne w poran­nym świe­tle. Sala, w któ­rej sie­dzieli, była star­sza nawet od Iny. Budy­nek czę­ściowo się już zapadł. Naj­więk­sze pomiesz­cze­nia były kie­dyś salami gim­na­stycz­nymi, teatrami i audy­to­riami, ale przez te wszyst­kie lata stop­niowo nisz­czały, aż w końcu zupeł­nie się roz­pa­dły pod wpły­wem desz­czu lub śniegu. Dłu­gie kory­ta­rze biur stały puste. W sza­fach z doku­men­tami zagnieź­dziły się wie­wiórki, a przez okna wpeł­zły gałę­zie drzew.

Wieś Iny potrze­bo­wała tylko trzech klas, które zamia­tano i w któ­rych zawsze utrzy­my­wano porzą­dek. Tablice i drew­niane ławki. Naj­trud­niej było napra­wić okna. Co zdol­niejsi rze­mieśl­nicy nauczyli się wyj­mo­wać dobre szyby z innych budyn­ków i ponow­nie je wyko­rzy­sty­wać, ale ni­gdy nie miały tego roz­miaru co trzeba. Do klasy wpa­dało słońce, choć więk­szość docie­rała tu przez stare płachty pla­stiku i akrylu. Świa­tła było dość.

Skry­bo­wie mieli dobre pióra. Szko­lili się od dziecka, naj­pierw uży­wa­jąc atra­mentu z orze­cha wło­skiego i z jagód, aż w końcu pod­ra­stali na tyle, że można im było powie­rzyć cenny atra­ment z kal­ma­rów lub mątew. Poła­wia­nie ich było trudne, kosz­towne i cza­so­chłonne. Każdy chło­piec miał sto­sik równo przy­cię­tego papieru z konopi i szklany kała­marz z gra­na­to­wym atra­mentem. Każdy miał rysik i wąską sta­lówkę. Każdy był dosko­nale wyszko­lony: równe pismo, ide­alne linie na każ­dej stro­nie. Pra­co­wali ostroż­nie, wydaj­nie. Stuk, stuk, stuk, palce Matki Iny bęb­niły po jej drew­nia­nym cią­żo­wym brzu­chu.

– Jeste­ście gotowi, chłopcy?

Odpo­wie­działa jej pełna sku­pie­nia cisza. Był to ich sygnał.

– Dobrze. Zosta­li­ście w tym roku wybrani do wyjąt­ko­wego pro­jektu. Wszy­scy kopio­wa­li­ście już frag­menty Księgi Bez­i­mien­nej Aku­szerki, prawda?

Kiwa­nie gło­wami.

Pode­szła do dużego drew­nia­nego biurka i ścią­gnęła z niego lekki mate­riał. Pod nim leżało dzie­więt­na­ście opra­wio­nych w skórę note­sów róż­nej wiel­ko­ści i gru­bo­ści. Nie­które były bar­dzo znisz­czone. Jeden był napuch­nięty i pomarsz­czony jakby po nasiąk­nię­ciu wodą. Po obu stro­nach widać było zadra­pa­nia na skó­rze. Chłopcy wycią­gali szyje, żeby na nie spoj­rzeć, ale nie wstali z miejsc.

Matka Ina ostroż­nie pod­nio­sła jeden z tomów, a chłopcy zoba­czyli irchę pod spodem. Matka Ina unio­sła tom tak, żeby mogli go dobrze widzieć. W dol­nym rogu okładki zło­tymi cyframi wytło­czony był rok.

Chłopcy wie­dzieli, jak stara jest Księga Bez­i­mien­nej Aku­szerki. Stu­dio­wali ją już, a histo­rie z niej opo­wia­dano im przez całe życie. Ta księga była o cztery lata star­sza niż te, które znali.

– Księga Bez­i­mien­nej Aku­szerki to tak naprawdę te dzie­więt­na­ście pamięt­ni­ków – zaczęła Matka Ina. – To, czego dotąd się uczy­li­ście, to tak zwany kanon. Zawiera opo­wieść umie­ra­ją­cych. Księgę umie­ra­ją­cych bar­dzo trudno się czyta, dzieją się w niej okropne rze­czy. Nie­któ­rzy z was mogą pła­kać, może wam być nie­do­brze. To nor­malne. Mnie także było słabo, kiedy ją czy­ta­łam. Nie­mal wszyst­kie matki czuły to samo. Wy, chłopcy, jeste­ście tak samo silni jak my i też może­cie się tak czuć. Uczy­li­ście się już o rojach i zna­cie Księgę Honusa. Ta część waszej nauki zakoń­czy się na Księ­dze bez­sen­nych. – Wska­zała do tyłu na sterty leżą­cych na biurku ksią­żek. – Oto reszta jej histo­rii. Kanon jest krótki, ale cała histo­ria jest dłuż­sza, bar­dziej skom­pli­ko­wana. Każ­dego roku zostaje wybrana grupa skry­bów, żeby sko­pio­wać cały cykl. W tym roku to wy jeste­ście tą grupą.

W sali zapa­no­wało oży­wie­nie. Chłopcy byli dumni, że to ich wybrano, i prze­jęci tym, że dowie­dzą się o wiele wię­cej, niż dotąd ich nauczono. Ich twa­rze drżały niczym pyszczki kró­li­ków. Byli jed­nak całe życie uczeni, że przy mat­kach mają być posłuszni i cisi, więc w sali sły­chać było led­wie szmer.

Matka Ina była z nich zado­wo­lona.

– Zacznie­cie dzi­siaj. Oto ory­gi­nały. Ludzie aż tak nam ufają. Nie możemy ich zawieść. To ozna­cza czę­ste mycie rąk. Posłańcy przy­niosą pod­grzaną wodę i czy­ste ręcz­niki. Ozna­cza to rów­nież, że będziemy musieli opu­ścić żalu­zje. Tak stary papier nie może być cały dzień nara­żony na dzia­ła­nie świa­tła sło­necz­nego. Będziemy pra­co­wać bar­dzo ostroż­nie i chro­nić te księgi, rozu­miemy się?

– Tak, Matko Ino – odpo­wie­dzieli jed­nym gło­sem.

Ski­nęła głową.

– Dobierz­cie się w pary. Każdy skryba musi roz­po­cząć wła­sną kopię, ale będzie­cie sobie poma­gać w opiece nad książką.

Zanio­sła pierw­szy tom dwóm chłop­com, któ­rzy pospiesz­nie zsu­nęli ławki. Cze­kali z dłońmi na bla­cie. Poło­żyła książkę na ławce, a oni przy­warli do niej wzro­kiem. Kiedy unio­sła okładkę, na pierw­szej stro­nie leżał luźny arku­sik papieru z konopi.

– Może­cie zaczy­nać.

Roz­dział 1
Księga Bez­i­mien­nej Aku­szerki
Tom pierw­szy
Księga umie­ra­ją­cych
15 stycz­nia

Prze­nie­śli tego pacjenta z gorączką, któ­rego widzia­łam na początku tygo­dnia. Zespół face­tów z wszyst­kimi pro­to­ko­łami i czym tam jesz­cze. Podobno było kilka podob­nych przy­pad­ków na tym samym pię­trze, ale z nikim nie gada­łam w week­end, więc o tym nie wie­dzia­łam. Mia­łam się spo­tkać z Karen na drinka, ale ona nic, tylko narzeka. Powinna go po pro­stu rzu­cić i przejść nad tym do porządku dzien­nego. Nie mogę już nawet znieść jego imie­nia, szcze­gól­nie kiedy Karen się upije. Gerry = gówno. Kumam prze­cież = wszy­scy to kumamy.

30 stycz­nia

Wię­cej pacjen­tów z gorączką, w więk­szo­ści kobiety. Przez chwilę mówiło się nawet, że to jakieś masowe zatru­cie pokar­mowe, ale >>> Dal­las, więc to nie tylko u nas. Jack już od wielu dni sie­dzi z tym w labo­ra­to­rium, a ja śpię w dyżurce i pra­wie go nie widuję. Wykoń­czona. Od tygo­dnia pra­cuję na dwie zmiany, połowa pie­lę­gnia­rek się pocho­ro­wała. Od dzie­się­ciu dni nie byłam przy żad­nym poro­dzie. Gorączka 1, dzieci 0. Prze­gry­wamy.

 

31 stycz­nia

Dzwo­ni­łam do Laury w Conn. Gada­ły­śmy o zaku­pach. Tęsk­nię za nią i powie­dzia­łam jej, żeby uca­ło­wała ode mnie dzie­ciaki. Po gło­sie wnio­sku­jąc, u niej to samo co tu. Pyta­łam ją, jak dają sobie radę. Małe mia­steczko = więk­sze szanse, ale nawet tam słabo to wygląda. Zaczy­nam pani­ko­wać. Co tu się w ogóle dzieje, do cho­lery?

2 lutego

Cho­lera. Bra­ko­wało mi poro­dów, ale jesz­cze ni­gdy aż tak.

Już nawet nie wiem, co mówić o odsetku zaka­żeń. Nie potra­fię ująć w słowa wskaź­nika uro­dzeń mar­twych dzieci. Co. Jest. Kurwa? Cały szpi­tal objęty kwa­ran­tanną, ale co to da? Dostaję ese­mesy od Pilar z kli­niki i pisze mi, że z bez­dom­nymi jest rów­nie źle. Na ulicy. Wszę­dzie, do cho­lery. A tym­cza­sem labo­ra­to­rium niczego nie zna­la­zło.

4 lutego

Cen­tra Kon­troli i Pre­wen­cji Cho­rób w całym San Fran­ci­sco. Wia­do­mo­ści są straszne. To, co poka­zują z Nowego Jorku, to po pro­stu nie może być prawda. Metro prze­stało dzia­łać. Nie, żebym się gdzieś wybie­rała, ale… cho­lera. Na dwo­rze kazno­dzieje z mega­fo­nami. Głu­pio im życzyć śmierci, kiedy wokół umiera tylu ludzi, ale już lepiej, żeby to spo­tkało ich niż nowo­rodki.

Jack mówi, że to coś auto­im­mu­no­lo­gicz­nego. Żałuję nie­mal, że zapy­ta­łam, bo miał taką prze­ra­żoną minę, kiedy to powie­dział. Myślę, że to głów­nie dla­tego, że nie wie. Ani anty­bio­tyki, ani inter­fe­rony, ani leki prze­ciw­za­palne, ani uspo­ka­ja­jące, ani eme­tyki… Nic. Nic na to nie działa, jeśli już się zacznie. Wszy­scy jeste­śmy poowi­jani w pla­stik, ale to chyba nie pomaga. Marianne pocho­ro­wała się dwa dni temu. Shir­ley wyglą­dała jak śmierć na cho­rą­gwi, więc ją wysłali do domu. Dr Kauf­mann – omdle­nie pod­czas kon­sul­ta­cji. Budzą mnie krzyki i dźwięki ostrze­ga­jące o asy­sto­liach.

6 lutego

Czuję się bez­na­dziej­nie. Gorączka 1, ja 0.

7 lutego

Wiem, że też jestem chora, ale nikogo to nie obcho­dzi. Wszy­scy są cho­rzy. Jack przy­szedł, posie­dział przy mnie, dotknął mojego czoła. Wyglą­dał, jakby sam chciał już umrzeć. Powie­dział, że nie­któ­rzy męż­czyźni z tego wycho­dzą, ale kobiety i dzieci nie. Powie­dział, że naj­wię­cej przy­pad­ków gorączki odno­to­wano wśród kobiet w ciąży. Mamy stu­pro­cen­tową śmier­tel­ność dzieci pod­czas porodu i nie­mal rów­nie wysoką śmier­tel­ność matek. Usnę­łam w jego ramio­nach. Chyba nie dam rady jutro pra­co­wać.

Chyba to już nie ma zna­cze­nia.

W tam­tych dniach, gdy świat jesz­cze nie upadł, bez ustanku zawo­dziły syreny. Struk­tury, które na­dal się trzy­mały, były stwo­rzone po to, żeby radzić sobie w nagłych wypad­kach i z kata­stro­fami, ale nic nie może dzia­łać wiecz­nie. Roz­pacz roz­prze­strze­niała się ulica za ulicą, ludzie wal­czyli i ucie­kali.

Umie­rali od plagi i umie­rali od bli­sko­ści dru­giego czło­wieka. Kiedy zabra­kło już ludzi, żeby pil­no­wać oświe­tle­nia, mia­sta ogar­nął mrok. Kiedy umil­kły syreny, znik­nęły reguły. Byli tacy, któ­rzy całe życie cze­kali na to, żeby żyć poza pra­wem, i to oni pierwsi wyszli na ulice. Byli tacy, któ­rzy wie­dzieli, co się sta­nie. Wie­dzieli, że lepiej nie otwie­rać drzwi, gdy sły­szy się woła­nie o pomoc. Inni tego nie wie­dzieli. Czego nie zdo­łała doko­nać cho­roba, z zaska­ku­jącą łatwo­ścią osią­gnęli ludzie.

Obu­dziła się w szpi­talu, w dyżurce pie­lę­gnia­rek. Na jej łóżku nie było żad­nej karty pacjenta, nawet nazwi­ska. Kobieta wie­działa, kim jest i gdzie jest, ale poza tym wszystko znik­nęło.

Usta i gar­dło miała tak suche, jakby od wielu dni nie piła wody. Chwilę zajęło jej zorien­to­wa­nie się w sytu­acji. Pró­bo­wała włą­czyć świa­tło i oszo­ło­miona wpa­try­wała się długo w maszyny, które upar­cie odma­wiały posłu­szeń­stwa. Przy pierw­szym ciele przy­sta­nęła, spraw­dziła puls. Przy­sta­nęła jesz­cze przy dru­gim i trze­cim. W końcu zro­zu­miała. Wypa­dła z budynku przez wyj­ście awa­ryjne. Nie roz­legł się żaden alarm.

Świe­ciło jasne słońce, odbi­jało się od zstę­pu­ją­cej wła­śnie na zatokę mgły. Z nara­sta­jącą paniką prze­szła te kilka prze­cznic mię­dzy szpi­ta­lem a miesz­ka­niem. Nie spo­tkała nikogo. Nie jeź­dziły żadne auto­busy, na uli­cach nie było samo­cho­dów. Nie dzia­łały świa­tła. Pamię­tała, jak zaj­mo­wała się ofia­rami plagi. Te wszyst­kie nie­stwo­rzone plotki. Pamię­tała, jak umie­rali jej przy­ja­ciele, nim w końcu i ona zacho­ro­wała. Wie­działa, co się stało, a jed­nak na­dal to nie miało sensu.

Dotarła do miesz­ka­nia i zdjęła szpi­talny far­tuch. Był brudny, po dyżu­rze zawsze był brudny od krwi, wód pło­do­wych, moczu i wszyst­kiego, co może wycie­kać z ciała. Tym razem był aż sztywny z brudu. Nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć, jak długo miała go na sobie. Zdjęła bie­li­znę i weszła pod prysz­nic, sta­ra­jąc się zebrać myśli. Try­snęła lodo­wata woda, zaczęła więc roz­pacz­li­wie krę­cić kur­kiem. Spa­dło ciśnie­nie i po chwili woda zupeł­nie prze­stała lecieć. Naci­skała, cią­gnęła i krę­ciła w każdą stronę. Odkrę­ciła kran nad umy­walką. Nic.

Zzięb­nięta i naga weszła do kuchni. Banany były czarne, a chleb zie­lony. Zna­la­zła pudełko kra­ker­sów i usia­dła na kana­pie. Wci­snęła guzik na pilo­cie, ale tele­wi­zor się nie włą­czył. I tak przez chwilę się w niego wga­piała, pała­szu­jąc kra­kersy, aż nie mogła już znieść nad­miaru soli.

W cie­płej lodówce zna­la­zła butelkę gato­rade’u. Wypiła go, sto­jąc tak na bosaka.

Wyszła z kuchni i sta­nęła w salo­nie. Jej miesz­ka­nie znaj­do­wało się pod pozio­mem ulicy. Przez dłu­gie, wąskie okna wpa­dało słabe świa­tło. Stała, tępo wpa­tru­jąc się w pod­łogę, cisza ata­ko­wała jej uszy.

– Co jest, kurwa? Co jest, kurwa?

Pyta­nie wra­cało przez długi czas. Odpo­wiedź nie nastę­po­wała.

Wło­żyła majtki i jakiś stary T-shirt i poszła do łóżka. Zako­pała się we wła­snym zapa­chu, w naj­bez­piecz­niej­szym i naj­bar­dziej pocie­sza­ją­cym miej­scu na całym świe­cie. Posta­no­wiła w ogóle nie myśleć. Spała pra­wie cały dzień. Obu­dził ją godzinę czy dwie przed świ­tem. Był w jej łóżku. Jego cię­żar na mate­racu prze­su­nął ją na bok. Drgnęła i przez sekundę myślała, że to Jack wró­cił do domu. Usia­dła z uśmie­chem, na tę jedną cudowną sekundę zapo­mi­na­jąc o wszyst­kim. Potem wró­ciła świa­do­mość.

Pchnął ją, przy­ci­snął jej ramiona i oddy­chał ciężko. Od razu zro­zu­miała wszystko, każdy okropny ele­ment.

Wszy­scy nie żyją. To nie jest Jack. Jest sama.

Puścił jedno jej ramię, żeby roz­piąć roz­po­rek. Prze­su­nął dłoń, którą ją trzy­mał, na jej szyję, drugą odcią­ga­jąc jej majtki. Przy­ci­skał jej gar­dło, wyko­rzy­stu­jąc swój cię­żar w taki spo­sób, żeby nie mogła się pod­nieść ani zła­pać tchu. Kop­nęła raz, drugi, jej stopy zaplą­tały się w pościel. Wie­działa, że to nic nie da. Wbi­jała mu paznok­cie w twarz, ale chyba tego nie zauwa­żał. W pół­mroku wła­ści­wie go nie widziała. Był tylko kształ­tem, cię­żarem, agre­sją, na którą nic nie mogła pora­dzić.

Natarł, pró­bu­jąc wepchnąć się do środka. Prze­krę­ciła bio­dra, poru­szała nimi na lewo i prawo, zaci­snęła kolana. Prze­kli­nał i wal­czył z nią, roz­py­cha­jąc jej nogi kola­nami i pochy­la­jąc się moc­niej na jej szyi. Wal­czyła już o oddech, przed oczami ciem­ność i jakieś wybu­chy. Puściła go i poczuła, że jej ręce opa­dają bez­wład­nie. Szarp­nęła całym cia­łem, sta­ra­jąc się skrę­cić na bok, pod­cią­gnąć kolana pod sie­bie. Wyczuł, że zwija się jak kot, i nagle zaczął z nią współ­pra­co­wać. Prze­wró­cił ją na brzuch i przy­ci­snął jej plecy.

Jed­nym ruchem prze­rzu­cił nogi tak, że były teraz po obu jej stro­nach, rzu­cił się na nią ciężko, przy­ci­ska­jąc ją mocno. Poczuła jego oddech na karku i fru­stru­jącą go nie­pełną erek­cję. Pchnął swoją nie­moc w jej suche, zaci­śnięte wargi. Zsu­nął ręce z ple­ców na jej tyłek, żeby siłą roz­su­nąć pośladki.

Gdy tylko z niej opadł, roz­pacz­li­wie się­gnęła do noc­nego sto­lika. Bły­ska­wicz­nym ruchem otwo­rzyła szu­fladę i ude­rza­jąc się o jej kra­wędź, się­gnęła do środka. Prawą ręką zna­la­zła scy­zo­ryk. Otwo­rzyła go kciu­kiem, kiedy męż­czy­zna usi­ło­wał roz­su­nąć jej uda. Ode­pchnęła nocny sto­lik, prze­wró­cił się. Zamach­nęła się wypro­sto­waną ręką, wciąż wła­ści­wie go nie widząc. Trzę­sąc się w panice i na­dal na wpół ślepa po pod­du­sze­niu, nie tra­fiła tam, gdzie chciała, i nóż ude­rzył w jego brodę, roz­ci­na­jąc ją głę­boko.

Zła­pał się rękoma za ranę. Widziała jasność jego twa­rzy i dłoni w ciem­no­ści. Jęk­nął głu­cho i ude­rzył ją nagle prawą ręką, tra­fia­jąc w kość policz­kową. Cios ześli­zgnął się, ale i tak głowa pole­ciała jej do tyłu. Zauwa­żył to i się­gnął po nią oby­dwoma rękoma, z jego brody cie­kła cienka strużka krwi. Kiedy miał obie dło­nie spusz­czone, zadała kolejny cios i tym razem tra­fiła. Ostrze wbiło się w szyję. Pocią­gnęła je jak sza­lona, aż jej ramię wygięło się pod sze­ro­kim kątem. Nóż prze­ciął skórę, roz­dzie­ra­jąc i szar­piąc ciało, gdy go wyrwała. Męż­czy­zna uniósł dło­nie do szyi, a ona zoba­czyła jego krew, czarną w tym sła­bym świe­tle, pul­su­jącą przez jego palce.

Zabeł­ko­tał. Patrzyła.

Teraz, kiedy już jej nie ata­ko­wał, wró­ciły jej nawyki medyczne. Zaczęła odru­chowo myśleć, jak obwią­zać mu ranę prze­ście­ra­dłem. Tym­cza­sem krew ryt­micz­nie zale­wała jej i jego ręce. W jego twa­rzy dwie czarne, wpa­tru­jące się w nią dziury. Ciemna krew pla­miła jej łóżko. Była cała w tej krwi. Scy­zo­ryk spadł na pod­łogę. Pomy­ślała o tele­fo­nie i uświa­do­miła sobie, że pole­ciał przez pokój, kiedy prze­wró­ciła nocny sto­lik. Potem przy­po­mniała sobie, że i tak jest już bez­u­ży­teczny.

Znów spoj­rzała na męż­czy­znę. Stru­mień krwi słabł. Jego ramiona opa­dły bez­sil­nie, odgłosy krztu­sze­nia się usta­wały. Uci­snęła moc­niej ranę i przy­po­mniała sobie, jak on ją przed chwilą przy­ci­skał, zupeł­nie tak samo.

Szybko było po wszyst­kim. Jego ręce się roz­luź­niły i zsu­nęły z szyi. Wtedy go puściła, patrząc, jak wiot­czeje. Na jego szyi widziała dziurę, poszar­pany rów, z któ­rego cie­kła powolna ciem­ność.

Kiedy pró­bo­wała się wydo­stać z łóżka, zaplą­tały jej się stopy. Wypa­dła z niego ciężko. Usi­ło­wała wstać, ale tra­fiła kola­nem na leżący na pod­ło­dze, wciąż otwarty scy­zo­ryk. Zacięła się. Auto­ma­tycz­nie poszła do łazienki, po omacku zna­la­zła w szafce wodę utle­nioną. Odkrę­ciła białą zakrętkę brą­zo­wej butelki i lała na małe ska­le­cze­nie na kola­nie, aż butelka była pusta. Spie­niona, zimna ciecz pocie­kła jej po łydce aż na kafle pod­łogi.

– Pato­geny prze­no­szone przez krew – powie­działa zupeł­nie neu­tral­nym tonem.

Spo­koj­nie wyrzu­ca­jąc inne rze­czy na pod­łogę, zaczęła szu­kać pod zle­wem kolej­nej bute­leczki. Kiedy zna­la­zła, otwo­rzyła ją i potrzą­snęła nią nad pier­sią. Zapo­mniała zdjąć folię zabez­pie­cza­jącą, więc nic się nie polało.

– Aha.

Pal­cami pra­wej dłoni chwy­ciła pla­sti­kowe pół­kole i pocią­gnęła. Chlu­snęła woda utle­niona. Lała ją po ramio­nach i szyi, zmy­wa­jąc z ciała krew. Polała majtki, aż były zupeł­nie mokre w kro­czu. Na pod­ło­dze utwo­rzyła się różowa spie­niona kałuża. Namókł dywa­nik przy drzwiach do łazienki. Kiedy skoń­czyła, zakrę­ciła butelkę i sta­ran­nie wrzu­ciła do kosza w łazience.

Zzięb­nięta i oszo­ło­miona poszła do sypialni i sta­rała się nie patrzeć na trupa. Wło­żyła dżinsy, które zna­la­zła na krze­śle. Mokrą koszulkę cisnęła na pod­łogę, a z szafy wycią­gnęła inną. Wło­żyła bluzę z kap­tu­rem, potem zna­la­zła skar­petki i zasznu­ro­wała buty. Pode­szła do łóżka i zasło­niła prze­ście­ra­dłem twarz, któ­rej wła­ści­wie ni­gdy nie widziała. Jej ręce zna­la­zły komórkę na pod­ło­dze i wsu­nęły ją do tyl­nej kie­szeni dżin­sów. Zamknęła ostroż­nie scy­zo­ryk i scho­wała w kie­szeni z przodu. Z potrza­ska­nego sto­lika noc­nego wyjęła dzien­nik i wepchnęła do przed­niej kie­szeni bluzy. Zamknęła drzwi na klucz i wyszła z pustymi rękami.

 

Samotna kobieta wyszła na ulicę i zoba­czyła poma­rań­czowy róż na wscho­dzie, który ozna­czał, że nie­długo wzej­dzie słońce. Szła stro­mymi wzgó­rzami San Fran­ci­sco, nie czu­jąc się sobą i nie myśląc. Dotarła do miej­sca, które znała. Do kawiarni, w któ­rej była kilka razy. Weszła do środka, zzięb­nięta i otę­piała. Usia­dła na sta­rej skó­rza­nej sofie.

Na uli­cach nie było nikogo, kto usły­szałby jej wycie. Łkała i tak się trzę­sła, że myślała, że pęk­nie. W gło­wie jej huczało, roz­bo­lało ją gar­dło. Pię­ściami waliła się w pierś. Cho­wała twarz w dło­niach i krzy­czała. Zada­wała pyta­nia bez odpo­wie­dzi. Bła­gała. Prze­pra­szała. Wście­kała się.

Kiedy nie miała już nic wię­cej do powie­dze­nia, umil­kła i sku­liła się w rogu sofy. Pod­cią­gnęła kolana, złą­czone. Objęła się ramio­nami i nacią­gnęła kap­tur na twarz. Myślała, że zaśnie, ale zamiast tego patrzyła na wschód słońca, nagi, surowy. Kiedy było już zupeł­nie jasno, wstała sztywno i wyszła. Dotarła do dziel­nicy Mis­sion, choć nie miała poję­cia, dokąd zmie­rza. Chod­niki pokryte były potłu­czo­nym szkłem i śmie­ciami, poje­dyn­czymi butami i nie­bo­tycz­nymi ster­tami miej­skich odpad­ków. Na uli­cach stały samo­chody, w nie­któ­rych miej­scach sta­ran­nie zapar­ko­wane, w innych wdzie­rały się na chod­niki. Kilka ulic było zablo­ko­wa­nych z powodu mniej­szych i więk­szych wypad­ków. Zoba­czyła samo­chody z cia­łami w środku, także ciało na moto­cy­klu zgnie­cio­nym mię­dzy dwoma mniej­szymi samo­cho­dami. Potem sta­rała się już nie patrzeć.

Mis­sion zawsze była brudną dziel­nicą, zawsze wyglą­dała na opusz­czoną, ale tak naprawdę dotąd tęt­niła życiem. Teraz była pusta i prze­ra­ża­jąca. Szyby w skle­pach i restau­ra­cjach były powy­bi­jane. Nie było żad­nego ruchu. W oknach miesz­kań nad skle­pami wisiały koce i flagi zamiast zasłon, wyglą­dały nie­chluj­nie jak zwy­kle, tylko śmier­tel­nie spo­koj­nie. W chłod­nym poran­nym powie­trzu sły­szała jedy­nie trze­po­ta­nie i gru­cha­nie gołębi oraz oka­zjo­nalne okrzyki mew. W mie­ście nie było tram­wa­jów ani tłu­mów ludzi, szcze­ka­nia psów ani muzyki wyle­wa­ją­cej się z okien i małych rady­jek noszo­nych przez bez­dom­nych. Czuć było zapach morza, słodki smród gni­ją­cego jedze­nia i tru­pów. Zaułki cuch­nęły sikami, może zresztą zawsze tak było. Przy­sta­wała przed każdą kolejną prze­cznicą, odru­chowo myśląc o samo­cho­dach, świa­tłach i bez­pie­czeń­stwie. Powinna zmu­sić się do tego, żeby prze­stać się mar­twić, czy nie roz­je­dzie jej samo­chód, a zacząć się zasta­na­wiać, co zrobi, jeśli spo­tka żywego czło­wieka. Nor­mal­nie spa­cer w tej dziel­nicy ozna­czał zapach trawki, który snuł się z okien i od co odważ­niej­szych prze­chod­niów. Jej zmy­sły pani­ko­wały. Mia­sto było mar­twe.

Zaczął ją kusić inny zapach. Gdy zbli­żyła się do węgła, usły­szała ciche odgłosy. Skryła się w odrzwiach teatru, pod mar­kizą. Nasłu­chi­wała. Gdzieś po dru­giej stro­nie skrzy­żo­wa­nia ktoś goto­wał. I śpie­wał.

Przy­cza­iła się tam, bo zapach stał się sil­niej­szy. Czuła czo­snek i grzyby, była tego pewna. Docie­rały do niej tylko urywki pio­senki, ale głos wydał jej się wysoki. Uznała, że powinna zawró­cić i pójść inną drogą. Długo ze sobą wal­czyła. W końcu wygrały głód i zwy­kła cie­ka­wość. Wysu­nęła się ostroż­nie i pode­szła do skrzy­żo­wa­nia. Rozej­rzała się i prze­cięła je na ukos, wymi­ja­jąc sklep alko­ho­lowy, który śmier­dział tak, jakby ktoś roz­bił w nim wszyst­kie butelki. Zmie­nił się wiatr i znów poczuła zapach. Czo­snek, kuku­ry­dza i ser. Zabur­czało jej w brzu­chu.

Zbli­żyła się do sta­rej mek­sy­kań­skiej restau­ra­cji z wybi­tymi oknami i spło­wia­łym szyl­dem. Drzwi były otwarte na oścież. Nikogo nie zoba­czyła. Weszła do środka, wycią­ga­jąc szyję w stronę dźwięku. Teraz lepiej sły­szała pio­senkę. Była stara, z hisz­pań­skimi sło­wami. Śpie­wa­jąca ją osoba nie­źle uda­wała nie­ży­ją­cego pio­sen­ka­rza. Kobieta prze­szła do kuchni.

Przy gazo­wym grillu stał wysoki ciem­no­skóry męż­czy­zna. Piekł pupusy i się pocił. Odwró­cił się w jej stronę z uśmie­chem, ale natych­miast wyba­łu­szył oczy i roz­dzia­wił gębę.

– A ty kim jesteś, do cho­lery? – Miał dziwny akcent.

– Ja… Ja… Pięk­nie pach­nie. Nie chcia­łam tak cię zasko­czyć. Czy ty…? – Stała w drzwiach, usi­łu­jąc się zde­cy­do­wać: ucie­kać czy nie. Nie wie­działa, o co ma go zapy­tać. Czy jesteś nie­bez­pieczny? Czy będziesz to jadł? Strach i cie­ka­wość wal­czyły z gło­dem i zdez­o­rien­to­wa­niem. Stała, nie potra­fiąc pod­po­rząd­ko­wać się żad­nemu z nich.

Powoli odło­żył szpa­tułkę.

– Słu­chaj, chcia­łem tylko zro­bić coś do jedze­nia. Nie chcę żad­nych kło­po­tów. Cze­kam na kum­pla. Jeśli to twoje miej­sce, to prze­pra­szam.

– Nie, nie moje. Jestem z innej czę­ści mia­sta. Nie widzia­łam nikogo innego na ulicy.

– To tak jak ja, laska. Myśmy już z Chic­ke­nem myśleli, że jeste­śmy dwoma ostat­nimi dup­kami na całej ziemi.

Przyj­rzała mu się. Wie­działa, że jest gejem. Było to widać w każ­dym jego ruchu. W tym, jak stał lekko podany bio­drami w stronę pie­kar­nika, w tym, jak uło­żył usta, gdy nazwał ją laską. W tym, jak deli­kat­nie i zręcz­nie prze­rzu­cał pupusy. W tym, jak jej nie zlu­stro­wał spoj­rze­niem ani nie sku­pił wzroku na niczym poza jej twa­rzą. Wie­działa i natych­miast go poznała. Była to szybka decy­zja, ale prze­cież miesz­kała i pra­co­wała z gejami z San Fran­ci­sco całe swoje życie. Pra­wie wszy­scy jej przy­ja­ciele byli gejami, szcze­gól­nie że gdzieś po jej dwu­dzie­stych pią­tych uro­dzi­nach więk­szość jej przy­ja­ció­łek prze­pa­dła w kró­li­czej norze zwa­nej mał­żeń­stwem, po czym wyło­niły się z niej już jako matki. Roz­luź­niła się nieco i weszła do środka.

– Nie wyglą­dasz mi na sza­brow­niczkę – powie­dział, znów sku­pia­jąc się na jedze­niu.

– Bo nią nie jestem. Byłam chora na to samo gówno co wszy­scy, a potem obu­dzi­łam się w szpi­talu uni­wer­sy­tec­kim. Gdzie się wszy­scy podziali?

– Byłaś w szpi­talu, powia­dasz? W wia­do­mo­ściach mówili, że wszy­scy umie­rają, a w szcze­gól­no­ści kobiety. Jakiś mądrala powie­dział, że grozi nam wymar­cie i że wszyst­kie kobiety umrą.

Oparła się o ścianę, wpa­tru­jąc się w jedze­nie.

– To było bar­dzo zaraź­liwe. Roz­no­siło się drogą kro­pel­kową. Poja­wiło się wszę­dzie naraz. Niby wie­dzia­łam, że to śmier­telna cho­roba, ale ni­gdzie nikogo nie ma. To do mnie jakoś nie dociera.

Wyłą­czył gaz i prze­ło­żył pupusy na papie­rowe tale­rzyki. Tale­rzyki były z tych tanich, więc musiał wziąć kilka, żeby utrzy­mały cię­żar jedze­nia.

– Jestem Joe. Mój kum­pel Chic­ken poszedł po wodę. W kra­nach jej nie ma. Wie­rzyć mi się, kurwa, nie chce, że gaz jakimś cudem działa.

Zaniósł tale­rze do jadalni. Zmiótł ze stołu szkło i zmięte ser­wetki.

– To może sia­daj, zjedz coś.

Usia­dła naprze­ciwko niego na jed­nym z nie­pa­su­ją­cych do sie­bie krze­seł.

– Jestem Karen – powie­działa, pla­sti­ko­wym widel­cem prze­su­wa­jąc pupusy na swój talerz.

Nie wycią­gnął do niej ręki i ona też nie zro­biła tego gestu. Wró­cił do kuchni i przy­niósł cztery rodzaje ostrych sosów.

Resztę grzecz­no­ści pomi­nęli, bo chciało im się jeść. Umie­rała z głodu, ślina jej cie­kła na widok gorą­cych plac­ków na tale­rzu. Odgry­zała wiel­kie kęsy, roz­to­piony ser parzył jej pod­nie­bie­nie.

Nie miała na imię Karen. Karen zmarła tydzień temu, jesz­cze z iden­ty­fi­ka­to­rem. Facet nie poprosi jej prze­cież o dowód toż­sa­mo­ści. Póki co posta­no­wiła być Karen. Pokro­pił swoją stertę plac­ków jasno­czer­wo­nym sosem i pochło­nął ją rów­nie szybko jak ona. Kiedy ich tale­rze były puste, zwol­nili. Ona wzięła jesz­cze jeden pla­cek, on dwa.

Polała swój zie­lo­nym sosem.

– Aż mi się nie chce wie­rzyć, że to wszystko wciąż jest dobre. Całe moje świeże jedze­nie się zepsuło. Wydaje mi się, że byłam w szpi­talu z dzie­sięć dni, może dłu­żej.

– Tu pra­wie wszystko też się zepsuło. – Mówił z peł­nymi ustami, ale zasła­niał przy tym usta prawą ręką. – Całe mięso zgniło, więk­szość sera. Kie­dyś tu pra­co­wa­łem. Mają tu starą chłod­nię, w któ­rej trzy­mali grzyby, cebulę, czo­snek. Była dobrze zamknięta. Tak myśla­łem, że warzywa mogą być okej, ale było też tro­chę cia­sta na tor­tille i sera. Nic się nie zepsuło, bo ser jest dobrze wysu­szony. Mam dziś fuksa. Wie­dzia­łem, że gaz działa, bo mija­li­śmy kilka prze­cie­ków przy Van Ness Ave­nue.

– Ja też mam dziś fuksa. Żyję.

Bolało ją przy prze­ły­ka­niu, ale powie­działa to szcze­rze. Roz­legł się jakiś hałas na tyłach kuchni i Joe zerwał się z krze­sła.

– Chic­ken?

– Joe, ratuj! Zła­pało mnie!

Joe pobiegł do kuchni, a Karen za nim. Chic­ken oka­zał się wyso­kim czar­nym mło­dym męż­czy­zną. Nie mógł mieć wię­cej jak dwa­dzie­ścia lat. Wyglą­dał na prze­stra­szo­nego. Oczy miał wiel­kie, jego sze­ro­kie dło­nie zda­wały się pod­trzy­my­wać go w drzwiach. Lewą nogę miał zaplą­taną w drut ostrzowy. Owi­jał mu się wokół spodni, a dżins nasiąkł już w kilku miej­scach krwią.

– Cho­lera – jęk­nął Joe.

Inne książki tego autora