Słodka wendeta

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Zaccheo obserwował, jak niepewność na twarzy Evy walczyła z gniewem, kiedy obróciła się do ojca.

– Dalej, Oscarze. Ona czeka, żebyś posłał mnie do diabła. Dlaczego tego nie robisz?

Pennington zatoczył się w stronę biurka, z poszarzałą twarzą i coraz cięższym oddechem.

– Ojcze!

Kiedy opadł na skórzany fotel, Eva rzuciła się w jego stronę, ignorując krzywe spojrzenie siostry. Obie robiły zamieszanie wokół ojca i fala satysfakcji Zacchea rosła, w miarę jak rosło przerażenie w ich oczach. Widok Evy, kiedy wysiadając z helikoptera, wyłowił ją z tłumu, wzbudził w nim uczucie, na które, jak sądził, był już odporny. To niepokojące wrażenie niczym zawrót głowy intrygowało go i dręczyło od samego początku, kiedy ujrzał ją po raz pierwszy. Na spowitej złotym światłem scenie nuciła hipnotycznym głosem, pieszcząc palcami czarny statyw mikrofonu, jak gdyby dotykała ukochanego. Nawet wiedząc już, kim była i co sobą reprezentowała, oszukiwał się, wierząc, że jest inna, wolna od piętna zachłanności, nawet jeśli w duchu pogardzała jego wychowaniem. Ostateczny cios zadała mu, odcinając się publicznie od jakichkolwiek związków z nim w dniu, w którym zapadł na niego wyrok. Wtedy łuski opadły mu z oczu. Tamtego feralnego dnia czternaście miesięcy wcześniej wiedział już, jak haniebnie został oszukany.

– Nie wiem, o czym pan mówi, ale mój ojciec nie będzie teraz z panem rozmawiał, panie Giordano. – Ton jej głosu uraził go dotkliwie, rozwiewając jakiekolwiek sentymenty. Poczuł wściekłość.

– Dałem ci dziesięć minut, Pennington. Zostało ci pięć. Lepiej zacznij dobierać słowa, jakimi zwrócisz się do swoich gości.

Piękna twarz Evy pałała złością.

– Zakładasz, że ja nie mam tu nic do powiedzenia? Że zamierzam stać potulnie, kiedy upokarzasz moją rodzinę? Lepiej się zastanów.

– Evo… – odezwał się jej ojciec.

– Nie! Nie wiem, co dokładnie się tu dzieje, ale nie zamierzam w tym uczestniczyć.

– Zagrasz swoją rolę i zagrasz ją doskonale – wtrącił się Zaccheo, odrywając wzrok od jej ponętnych ust.

– Bo co? Zrealizujesz swoje czcze pogróżki?

Nigdy nie przestało go zdumiewać przekonanie utytułowanych bogaczy, że stoją ponad zasadami, jakie rządziły zwyczajnymi ludźmi. Jego własny ojczym był taki sam. Wierzył naiwnie, że pochodzenie i koneksje ochronią go przed skutkami lekkomyślnych praktyk biznesowych. Że Old Boy’s Club zapewni mu bezpieczny azyl. Zaccheo z nieskrywaną przyjemnością patrzył, jak mąż jego matki stoi przed nim z czapką w ręku po tym, jak wykupił rodzinną firmę tamtego tuż pod jego nadętym nosem. Ale nawet wtedy starszy pan nie przestawał traktować go jak obywatela trzeciej kategorii. Tak jak kiedyś Oscar Pennington. Tak jak Eva Pennington w tej chwili.

– Uważasz, że moje groźby są czcze? – spytał cicho. – Więc nic nie rób. To w końcu twój przywilej i prawo. Nie rob nic i patrz, jak kompromituję twoją rodzinę, rozpętując skandal na niewyobrażalną skalę. – Odsłonił zęby w wymuszonym uśmiechu. – To będzie mój przywilej, ale i przyjemność.

Oscar Pennington oddychał gwałtownie i Zaccheo skupił na nim swoje spojrzenie.

– Twój czas się kończy, Pennington.

Eva odpowiedziała zamiast ojca.

– Skąd mamy wiedzieć, że nie blefujesz? Czy możesz przedstawić jakieś dowody?

– Nie możesz, prawda? – Oscar zakpił z chytrym uśmiechem. Na twarzach trójki arystokratów Zaccheo dostrzegł pogardę o różnym natężeniu. Rosnąca pewność siebie starszego pana niemal go rozbawiła.

– Harry Fairfield udziela ci kredytu pomostowego w wysokości piętnastu milionów funtów, bo łączne koszty eksploatacji hoteli Penningtonów i Iglicy nadwerężyły cię tak bardzo, że banki nie chcą już z tobą rozmawiać. Śrubujesz budżet na reklamę, by pozyskać najemców na wszystkie te luksusowe, świecące pustkami piętra Iglicy, a odsetki, jakie jesteś winien chińskiemu konsorcjum będącemu w posiadaniu siedemdziesięciu pięciu procent udziałów budynku, rosną. W poniedziałek spotykasz się z nimi, żeby negocjować prolongatę spłaty. W zamian za inwestycję oddajesz Fairfieldowi córkę.

– Zdobycie informacji o naszych praktykach biznesowych nie upoważnia cię jeszcze do wysuwania wobec nas jakichkolwiek roszczeń – odparła Eva.

– Owszem. Może zainteresuje cię to, że chińskie konsorcjum sprzedało mi swoje siedemdziesiąt pięć procent Iglicy trzy dni temu. Zatem, jak szacuję, od trzech miesięcy zalegacie z płatnością odsetek, czy tak?

Chrapliwy odgłos, coś pomiędzy kaszlem a charkotem, wydarł się z gardła Penningtona.

– Wiedziałem, że jesteś nic niewart, już w chwili, kiedy cię pierwszy raz ujrzałem. Powinienem polegać na swoim instynkcie.

– Nie, potrzebowałeś pozbawionego kręgosłupa kozła ofiarnego.

– Panie Giordano, z pewnością możemy to omówić jak rozsądni ludzie interesu. – Sophie Penningtom podeszła, wyciągając ręce. Zaccheo spoglądał na te ręce, których drżenie chciała ukryć, i zawoalowaną pogardę kryjącą się w jej oczach. Potem przerzucił wzrok na Evę. Nieoczekiwanie i nie w porę poczuł dla niej współczucie. Basta! Odwrócił się gwałtownie i chwycił za klamkę.

– Masz za mną wyjść, jak tylko helikopter będzie gotów to startu, Evo. – Nie musiał kończyć. „Bo w przeciwnym razie” wisiało w powietrzu niczym złowroga groźba. Wypadł stamtąd na taras, chociaż każdym nerwem pragnął tam wrócić i wywlec Evę siłą.

Nie spodziewał się, że widok jej i pierścionka innego mężczyzny na jej palcu wywoła tak silną reakcję. Ten wulgarny symbol cudzej własności wstrząsnął nim do głębi. Świadomość, że prawdopodobnie dzieliła łóżko z tym nieszczęsnym pijakiem, oddając mu swoje ciało, które, jak kiedyś wierzył, należało do niego, wyżerało mu krew niczym kwas metal. Ale nie mógł sobie pozwolić na okazanie tych emocji. Zaciekawieni gości wpatrywali się w niego. Parł przez tłum ze wzrokiem wbitym w helikopter stojącym sto jardów dalej. Szmer narastał za jego plecami, gorączkowe podniecenie w oczekiwaniu na widowisko. Na skandal.

Pochylił głowę, wchodząc pod śmigło helikoptera, i sięgnął po klamkę.

– Zaczekaj!

Stanął. Odwrócił się. Trzysta par oczu obserwowało z nieskrępowanym zainteresowaniem, jak Eva zatrzymała się kilka stóp od niego. Jej ojciec i siostra stali na schodach, z tym samym wyrazem przerażenia na twarzach, ale uwaga Zacchea skupiła się na idącej w jego stronę kobiecie. Na jej twarzy widział raczej bunt niż strach. Także dumę i niemałą dozę pogardy. Poprzysiągł sobie, że będzie żałowała tego spojrzenia. Każdej chwili, kiedy potraktowała go z góry. Owinęła się cienkim szalem niczym zbroją. Jak gdyby mógł ją przed nim ochronić. Jednym szarpnięciem zerwał go z niej, odsłaniając ponętną, zapierającą dech w piersi figurę. Niezdolny powstrzymać szalonej żądzy zrobił krok do przodu i zanurzył palce w gęstwinie jej włosów. Jeszcze jeden krok i znalazła się w jego ramionach. Gdzie było jej miejsce.

Niewielka ilość powietrza, która pozostała w płucach Evy po jej desperackim biegu za Zaccheo, wyparowała, kiedy chwycił ją w objęcia. W ciągu kilku sekund jej ciało przeszło od powodującej dygot styczniowej rześkości do gorąca niczym w piecu. Zaccheo zanurzył palce w jej włosach, drugą ręką objął ją w pasie. Chciała pozostać niewzruszona, uderzyć go dłońmi w pierś i odepchnąć. Ale nie mogła się ruszyć.

– Możesz sobie myśleć, że wygrałeś, ale mylisz się. Nigdy mnie nie zdobędziesz!

Oczy mu zalśniły.

– Taki ogień. Taka determinacja. Zmieniłaś się, cara mia, przyznaję. Mimo to jesteś tu, minutę po tym, jak wyszedłem z gabinetu twojego ojca i godzinę po tym, jak zgodziłaś się wyjść za innego mężczyznę. Jesteś tu, ty, Eva Pennington, gotowa wyjść za mnie. Gotowa stać się kimkolwiek zechcę.

– Powtarzaj to sobie. Nie mogę się doczekać szoku, jaki odczujesz, kiedy ci udowodnię, że jesteś w błędzie.

Zabójczy półuśmiech, który ujrzała wcześniej w gabinecie ojca, powrócił mu na usta, napawając ją przerażeniem. Uświadomiła sobie powód tego uśmiechu, kiedy uniósł jej pozbawione teraz pierścionka palce na wysokość oczu.

– Już mi to właśnie udowodniłaś.

Ku jej uldze Harry kilka minut wcześniej przyjął z powrotem swój pierścionek bez słowa. Zaccheo uniósł jej palce do ust i ucałował, przywracając ją do rzeczywistości. Rozbłysły flesze.

– To nie potrwa długo, lepiej ciesz się tym, póki trwa. Zamierzam wrócić do swojego życia jeszcze przed północą… – Słowa zamarły jej na ustach, bo jego twarz przybrała maskę zimnej furii. Przycisnął ją mocniej do siebie.

– Twoją pierwszą lekcją będzie oduczenie się mówienia do mnie jak do służącego.

Wątpiła, czy ktokolwiek odważyłby się mówić w taki sposób do Zacchea Giordana, ale nie zamierzała z nim o tym dyskutować, kiedy obserwowało ich trzysta par oczu. Wystarczało, że musiała zmagać się z gwałtowną reakcją własnego organizmu na jego dotyk.

– Ależ Zaccheo, to brzmi, jak gdybyś miał mnóstwo lekcji dla mnie, gospodaruj nimi oszczędnie…

– Cierpliwości, cara mia. Otrzymasz instrukcje, jeśli i kiedy to będzie konieczne. – Rzucił wzrokiem na jej usta i wstrzymała oddech. – Skończmy już tę rozmowę. – Pokonał ostatni cal dzielący go od niej i pochylił się do jej ust. Świat zakołysał się i zatrząsł pod jej stopami. Całował ją tak, jak gdyby jej usta należały do niego, jak gdyby całe jej ciało do niego należało. Nie sądziła, że pieszczota męskiej brody może wywoływać tak palące dreszcze, lecz doświadczyła ich, kiedy jedwabisty zarost Zacchea musnął kącik jej ust. Błądziła dłońmi po jego naprężonych bicepsach, zatracając się w magii pocałunku.

Nie była pewna, jak długo tak stała, dryfując w wirze sensacji, kiedy całował ją namiętnie. Dopiero kiedy jej płuca zaczęły domagać się powietrza, a serce załomotało o żebra, przypomniała sobie, gdzie jest i co się dzieje. Zdecydowane ręce odsunęły ją i spojrzała w jego nieprzytomne oczy, drżąc z bezlitosnego pożądania.

 

– Myślę, że nasza widownia napatrzyła się do syta. Wsiądźmy. – Suche słowa Zacchea przywołały ją niczym zimny prysznic do rzeczywistości.

– To było na pokaz? – wyszeptała tępo, drżąc na lodowatym powietrzu.

– A myślałaś, że całowałem cię, nie mogąc się oprzeć desperacji? Przekonasz się, że jestem bardzo powściągliwy. Wsiadaj – powtórzył, otwierając stalowo-szklane drzwi helikoptera na oścież.

Pogładziła zimnymi dłońmi ramiona, niezdolna, żeby się ruszyć. Gapiła się na niego z nadzieją, że dostrzeże w nim ślad tamtego mężczyzny, który kiedyś objął jej twarz palcami i nazwał najpiękniejszą kobietą w swoim życiu. Oczywiście, to było kłamstwo. Wszystko, co dotyczyło Zacchea, było kłamstwem.

Podmuch lodowatego powietrza owiał jej odsłonięte plecy. Potykając się, zaczęła iść po omacku w stronę tarasu. Dotarła zaledwie do drugiego stopnia schodów, kiedy chwycił jej ramię.

– Co ty, do diabła, wyprawiasz?

– Zimno mi – odrzekła, szczękając zębami. – Mój szal… – Wskazała na materiał tańczący na wietrze.

– Zostaw go. To cię ogrzeje. – Jednym płynnym ruchem rozpiął guziki, zrzucił z siebie smoking i otulił nim jej ramiona. Nagły przypływ ciepła był obezwładniający, ale nie chciała zatapiać się w znajomym zapachu mężczyzny, który zniszczył jej życie. Nie chciała najmniejszego śladu jego uprzejmości. Nie była już tą naiwną i ufną dziewczyną jak półtora roku wcześniej. Teraz wiedziała, jak się bronić. Zaczęła zdzierać z siebie marynarkę.

– Nie, dzięki. Wolę nie być oznaczona jako twoja własność.

Położył obie dłonie na jej ramionach.

– Ależ jesteś moją własnością. Zostałaś nią w chwili, kiedy zdecydowałaś się za mną pobiec. Możesz się oszukiwać, jeśli chcesz, ale odtąd tak będzie wyglądało twoje życie.

ROZDZIAŁ TRZECI

@Ladyśw.Klara O MÓJ BOŻE! Co za pokaz fajerwerków @ Dwór/P Lady P uciekła z więźniem kochankiem! # niesamowitejaja

@arystokratycznykoteczek Założę się, że to był chwyt reklamowy, ale, rany, ten pocałunek? Piszę się na to! #chcęlatynowskiegokochankajaktamten

Żołądek podchodził Evie do gardła z każdą nową wiadomością spływającą do jej skrzynki na portalu społecznościowym. Odkąd Zaccheo przewiózł ich helikopterem z Dworu Penningtonów, wzbijając się ponad londyńskie City i lądując na zawrotnej wysokości dachu Iglicy, godziny mijały jak we śnie. Ledwo zauważyła oszałamiające wnętrze dwupoziomowego penthausu, kiedy nad ranem tajemniczy pomocnik Zacchea, Romeo, polecił lokajowi zaprowadzić ją do jej pokoju. W wyłożonym białym marmurem holu Zaccheo zdjął z niej marynarkę i zniknął bez słowa. Mimo późnych godzin sen się nie pojawił. O piątej rano poddała się i wzięła szybki prysznic. Włożyła znowu czerwoną suknię, żałując, że nie poprosiła o koc, którym mogłaby się okryć. Skuliła się na odgłos kolejnego lubieżnego postu, wpadającego do jej skrzynki na tablecie Zacchea.

@Nadkobieta: skazany kochanku hej, szkoda ciebie dla tamtej niestałej małej bogaczki. Prawdziwe kobiety istnieją. Pozwól MI zatrząść swoim światem.

Obraz kobiety trzęsącej światem Zacchea nie bawił jej. Było jej zresztą wszystko jedno. Gdyby miała wybór, znalazłaby się dziesięć tysięcy mil stąd.

– Jeśli zastanawiasz się nad odpowiedzią na którykolwiek z tych postów, odradzałbym – głęboki głos wyszeptał jej do ucha. Myślała, że będzie tu w salonie sama. Żałowała, że nie została w swoim pokoju. Podniosła się i stanęła twarzą w twarz z Zacheo. Dzieliła ich tylko czarna, zamszowa kanapa.

– Nie mam zamiaru odpowiadać. A ty niepotrzebnie się skradasz za plecami. – Pod jego przenikliwym wzrokiem czuła się niczym okaz pod mikroskopem.

– Gdybyś nie była tak zaabsorbowana rozgłosem, jaki wzbudziłaś, usłyszałabyś, jak wchodzę do pokoju.

– Oskarżasz mnie o szukanie rozgłosu? To ty wtargnąłeś na prywatne przyjęcie, zamieniając je w publiczne widowisko.

– A ty wstałaś już o świcie, by sprawdzić wiadomości.

– Sen był ostatnią rzeczą, o jakiej w tej sytuacji myślałam.

Obszedł kanapę i stanął na odległość wyciągniętej ręki. Nie mogła się powstrzymać, żeby na niego nie spojrzeć. Warstwa potu pokrywała mu owłosione ramiona. Wilgotna biała podkoszulka uwypuklała rzeźbiony tułów. Czarne plecione spodnie opinały mocne uda. Z trudem odwróciła wzrok od zarysu jego męskości pod miękką tkaniną.

– Zamierzasz spędzić resztę ranka, gapiąc się na mnie?

Uniosła zaczepnie brodę.

– Zamierzam w świetle dnia porozmawiać z tobą rozsądnie o wydarzeniach poprzedniego wieczora.

– Czyżby nasze poprzednie ustalenia nie były rozsądne?

– Zrobiłam szybkie rozeznanie w internecie. Wypuszczono cię wczoraj. To zrozumiałe, że nadal jesteś poruszony pobytem w więzieniu.

Chrapliwy śmiech odbił się echem od ścian niczym deszcz kul.

– Myślisz, że jestem nieco poruszony? Powiedz mi, bella, czy wiesz, jakie to uczucie znaleźć się w klatce dwa na trzy metry, zjełczałej i wilgotnej, na ponad rok?

– Oczywiście, że nie. Po prostu nie chcę, żebyś zrobił coś, czego byś potem żałował.

– Doceniam twoją troskę, ale lepiej zachowaj ją dla siebie. Wczoraj wieczorem ty i twoja rodzina znaleźliście się zaledwie w oku cyklonu. Prawdziwa zagłada dopiero nadciąga. – Zanim zdążyła odpowiedzieć, kolejne wiadomości pojawiły się na tablecie, więcej lubieżnych postów na temat, co prawdziwe kobiety chciałyby zrobić z Zaccheo. Wyłączyła tablet i wyprostowała się.

– Czy dostanę jakiś plan tej zbliżającej się apokalipsy?

– Za pół godziny zjemy śniadanie. Potem sprawdzimy, czy twój ojciec wywiązał się z tego, co mu poleciłem. Jeśli tak, przystąpimy do dzieła.

Mając w pamięci buńczuczne słowa ojca, spytała z niepokojem:

– A jeśli nie?

– Wtedy katastrofa nadejdzie szybciej, niż myślisz.

Pół godziny potem Eva z trudem przełknęła kęs grzanki z masłem, popijając go łykiem herbaty. Kilka minut wcześniej zadumany Romeo pojawił się z lokajem niosącym stos gazet. Chwilę rozmawiali po włosku ze świeżo wykąpanym i jeszcze bardziej olśniewającym Zaccheo. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Po wyjściu Romea milczał, pochłaniając ogromną tacę jajecznicy, grillowanych pieczarek i wędzonego boczku na włoskim pieczywie.

Cisza przeciągała się, więc odstawiła filiżankę i zerknęła w jego stronę. Stał z rękami na biodrach po drugiej stronie stołu czereśniowego, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Znowu wstrząsnęła nią zmiana, jaka w nim nastąpiła. Chociaż ubrany był teraz staranniej w ciemnoszare spodnie i granatową koszulę z podwiniętymi rękawami, gladiatorska surowość jego ciała zachwyciła ją.

– Evo – zabrzmiało to jak rozkaz. Rozpaczliwie chciała go zignorować. Nie należała do osób chowających głowę w piasek, ale jeśli jej ojciec zrobił to, o co oskarża go Zaccheo, wtedy…

– Evo – powtórzył ostrzej. – Chodź tu.

Nie chcąc okazać złości, wstała, zachwiała się na obcasach, które, chcąc nie chcąc, znowu musiała włożyć, i podeszła. Obserwował chłodno, jak idzie, nie odrywając oczu od ruchu jej bioder. Znienawidziła swoje ciało za reakcję na to spojrzenie. Zatrzymała się o kilka stóp od niego, upewniając się, że dzieli ich stół. Spojrzała na rozłożone gazety. Niewątpliwie zdominowali nagłówki. Pogrubione czarne litery z wykrzyknikami sławiły wygłup Zacchea.

– Nie mogę uwierzyć, że wylądowałeś helikopterem w samym środku pokazu fajerwerków – wyrzuciła z siebie.

– Martwiłaś się o mnie? – zakpił.

– Skoro ty sam najwyraźniej nie dbasz o swoje bezpieczeństwo, dlaczego ja miałabym?

– Mam nadzieję, że zamierzasz bardziej troszczyć się o mnie, kiedy już weźmiemy ślub.

– Ślub? Nie sądzisz, że posuwasz się za daleko?

– Słucham?

– Chciałeś upokorzyć mojego ojca. Gratulacje, zdominowałeś nagłówki we wszystkich gazetach. Nie sądzisz, że już czas z tym skończyć?

– Myślisz, że to jakaś gra? – spytał cicho.

– A co innego? Jeśli rzeczywiście masz dowód, jak twierdzisz, dlaczego nie wręczysz go policji?

– Wierzysz, że blefuję?

– Wierzę, że czujesz się pokrzywdzony.

– Doprawdy? W co jeszcze?

– Chcesz się odegrać na moim ojcu. Właśnie tego dokonałeś. Skończ już z tym.

– A więc twój ojciec zrobił to wszystko – wskazał gazety – żeby powstrzymać mnie przed wybuchem dziecinnej złości? A co z tobą? Rzuciłaś mi siebie pod nogi, żeby kupić dla swojej rodziny czas na sprawdzenie, jak długo potrwa mój blef?

Żachnęła się.

– Daj spokój, Zaccheo…

Oboje zamilkli po tym, jak mimowolnie wymówiła jego imię. Uniósł kciukiem jej brodę.

– Jak daleko się posuniesz, żeby mnie zmusić do bycia rozsądnym? Mam zgadnąć? Wczoraj wieczorem upadłaś tak nisko, żeby sprzedać się pijakowi dla ratowania rodziny.

– W odróżnieniu od czego? Sprzedania się kryminaliście w średnim wieku?

– Doskonale wiesz, ile mam lat. Przypominam sobie dokładnie, gdzie oboje byliśmy, kiedy zegar wybił północ w moje trzydzieste urodziny. A może trzeba odświeżyć ci pamięć?

– Nie wysilaj się.

– To żaden kłopot. Byliśmy świeżo zaręczeni, a ty klęczałaś przy oknie w moim penthausie, nie bacząc na to, że ktoś może nas zobaczyć. Jedyne, co cię zaprzątało, to twoje zwinne pożądliwe małe paluszki na moim pasku. Tak chętne, żeby zdjąć mi spodnie, abyś mogła życzyć mi wszystkiego najlepszego w sposób, o którym większość mężczyzn marzy.

Ogarnęła ją fala gorąca.

– To nie był mój pomysł.

– Czyżby?

– To ty ośmieliłeś mnie do tego.

– Chcesz powiedzieć, że cię zmusiłem? – Skrzywił się.

Wzięła głęboki oddech.

– Chcę powiedzieć, że nie mam zamiaru mówić o przeszłości. Wolę trzymać się teraźniejszości.

Nie chciała pamiętać, jak bardzo pragnęła mu się przypodobać, zachwycona, że to bożyszcze, które mogło mieć każdą kobietę na skinienie palca, zainteresowało się nią, wybrało ją. Pomimo wcześniejszych bolesnych doświadczeń uwierzyła, że Zaccheo pragnął jej dla niej samej. Odkrycie, że ją wykorzystał, aby ubić interes, było ciosem, po którym na większą część roku pogrążyła się w depresji. Początkowo jego oczekiwania były skromne. Kolacja biznesowa tu, impreza charytatywna tam. Była dumna i zaszczycona, mogąc mu na nich towarzyszyć. Aż do tamtej fatalnej nocy, kiedy podsłuchała kilka słów, które zraniły ją jak nic przedtem. „Ona jest tylko środkiem do celu. Niczym więcej…”

Zapytany potem wprost, bezczelnie przyznał się, że ją wykorzystał. Zależało mu wyłącznie na jej pochodzeniu. Szok, z jakim zareagował na zwrot pierścionka, kazał jej się zastanawiać, czy dobrze robi. Dopiero jego aresztowanie kilka dni później potwierdziło, kim był ten, na temat którego snuła głupie marzenia. Spojrzała mu w oczy.

– Dostałeś to, czego chciałeś, twoje nazwisko przy moim na pierwszych stronach gazet. Cały świat już wie, że wczoraj wieczorem wyszłam z przyjęcia z tobą i nie jestem już zaręczona z Harrym.

– Jak Fairfield przyjął to bezceremonialne odrzucenie?

– Harry zachował się jak prawdziwy dżentelmen. Szkoda, że nie mogę powiedzieć tego samego o tobie.

– Chcesz powiedzieć, że nie był załamany, wiedząc, że nigdy więcej cię nie dotknie?

– Nigdy nie mów nigdy.

– Nie myśl, że będę tolerował jakiekolwiek dalsze kontakty pomiędzy tobą a Fairfieldem – warknął.

– Ależ, Zaccheo, czyżbyś był zazdrosny?

Rumieniec przebiegł mu po kościach policzkowych.

– Mądrzej będzie, jeśli przestaniesz mnie poddawać próbom, dolcezza.

– Jeśli chcesz, żebym przestała, powiedz mi, dlaczego robisz to wszystko.

– Powiem to jeszcze tylko raz, więc lepiej dobrze to zapamiętaj. Nie zamierzam przestać, dopóki nie odzyskam wszystkiego, co mi odebrano wraz odsetkami, a reputacja twojego ojca nie legnie w gruzach.

Spojrzała na rozłożone na stole gazety, co do jednej zawierające wszystko, czego Zaccheo żądał. Czy jej ojciec zrobiłby to wszystko, gdyby groźby Zacchea były czcze?

– Wczoraj wieczorem, kiedy powiedziałeś, że ty i ja…

– Weźmiemy ślub za dwa tygodnie? Si, to także miałem na myśli. A teraz dokładnie za dziesięć minut pojedziemy kupić pierścionek zaręczynowy. Więc jeśli jeszcze się nie najadłaś, lepiej dokończ śniadanie. – Rzucił jej lodowate spojrzenie, podniósł najbliższą gazetę i wyszedł z pokoju.

 

Najpierw zatrzymali się przy luksusowym butiku z płaszczami na Bond Street. Zaccheo wmawiał sobie, że nie chce tracić czasu. Ale tak naprawdę musiał czym prędzej okryć ciało Evy, zanim straci resztę szarych komórek z powodu żądzy buzującej mu w żyłach.

W mroku panującym na tarasie w jej rodzinnym domu, a potem w helikopterze pokusa nie aż była tak silna. Ale w jasnym świetle poranka czerwona suknia wydawała się jeszcze bardziej obcisła i seksowna. Musiał się powstrzymywać, żeby się na nią nie rzucić.

Obserwował ją teraz, jak siedziała naprzeciw niego w limuzynie, po drodze do banku na Threadneedle Street, dokąd sprowadzono dla niego samolotem ze Szwajcarii kolekcję brylantów. Skubała palcami klapy nowego białego kaszmirowego płaszcza, a potem zacisnęła pasek na szczuplutkiej talii.

– Nie musiałeś mi go kupować. W moim mieszkaniu wisi całkiem przyzwoity płaszcz.

– Twoje mieszkanie znajduje się na drugim końcu miasta. Mam ważniejsze rzeczy do robienia niż tracić półtorej godziny na stanie w korkach.

– Dochodzenie swego to czasochłonny interes, prawda?

– Nie zamierzam ograniczyć się tylko do swego, Evo. Zamierzam wziąć wszystko.

Uniosła brew.

– Wydajesz się tak pewny, że zamierzam podać ci siebie na srebrnej tacy, czy to nie jest głupie?

– Przekonamy się w poniedziałek, kiedy przedstawione ci zostaną wszystkie obrzydliwe szczegóły. Dzisiaj jedyne, czym powinnaś się kłopotać, to wybór pierścionka zaręczynowego, żeby ogłosić stosowny komunikat.

– Jaki?

– Że jesteś moja.

– Już ci mówiłam, że nie będę twoją własnością. Pierścionek tego nie zmieni.

– Jak gładko okłamujesz samą siebie. – Znowu spojrzał na jej usta, których słodycz, ku własnej irytacji, tak żywo miał w pamięci.

– Słucham?

– Oboje wiemy, że będziesz dokładnie tym i kim zechcę, kiedy tego zażądam. Twoja rodzina jest w zbyt wielkim niebezpieczeństwie, żebyś ryzykowała coś innego.

– Nie pomyl mojej inklinacji do tolerowania tej farsy z czymś innym niż tylko chęcią zrozumienia, dlaczego to robisz. Krewni to właśnie robią dla siebie nawzajem. Sam nie mówisz o swojej rodzinie, więc zakładam, że nie wiesz, co mam na myśli.

Ta drwina sprawiła mu ból. Szacunek dla własnego ojca stracił na długo przedtem, zanim ten zmarł w hańbie i upokorzeniu, a świadomość, że matka sprzedała się dla pieniędzy i prestiżu, pozostawiła w nim gorycz. Do rodziny nie miał szczęścia. Więc dlaczego przypomnienie, że był ostatnim Giordanem, było aż takim zgrzytem?

– Nie mówię o swojej rodzinie, bo jej nie mam. Ale zamierzam to wkrótce zmienić.

– Co masz na myśli?

– W więzieniu miałem mnóstwo czasu, by przemyśleć swoje życie. Zamierzam dokonać pewnych zmian.

– Jakich?

– Nie będziesz już musiała sprzedawać się dla spuścizny Penningtonów. Powinnaś mi podziękować, bo to ty najbardziej starasz się wydźwignąć rodzinę z upadku.

Pobladła.

– Nie jestem prostytutką!

– To co, u diabła, robiłaś ubrana jak kokota, zgadzając się poślubić playboya pijaka, jeśli nie sprzedawałaś się dla mamony? – Na myśl o sukni, którą nosiła pod płaszczem, poczuł pulsowanie w kroczu.

– Nie zrobiłam tego dla pieniędzy! – Zaczerwieniła się i przygryzła dolną wargę. – No tak, częściowo, ale zrobiłam to także dlatego…

– Oszczędź mi deklaracji o prawdziwej miłości. – Nie był pewien, dlaczego wzdragał się na myśl o Fairfieldzie. Wiedział przecież, że zaręczyny z nim były fikcją. Ale nie umknęło mu żałosne uczucie, widoczne w oczach tamtego mężczyzny. Si, był zazdrosny. Eva mogła należeć do niego albo do nikogo innego.

– Wiedziałaś? – nie zdołał się powstrzymać przed tym pytaniem.

– Czy wiedziałam co? – Ściągnęła piękne brwi.

– O planach swojego ojca? – To gryzło go o wiele bardziej, niż chciał to przyznać.

– Jakich planach? – Dostrzegł w jej twarzy rezerwę. Jak gdyby nie chciała, żeby sondował ją głębiej. Był głupcem, myląc, na przekór wszystkim znakom mówiącym co innego, że była nieświadoma zamiarów ojca.

– Jesteśmy na miejscu, proszę pana – rozległ się głos kierowcy. Pytanie Zacchea pozostało bez odpowiedzi.

Wysiadł i skinął głową oczekującemu tam dyrektorowi banku.

– Witamy, panie Giordano – rzekł starszy mężczyzna z na wpół służalczym, a na wpół protekcjonalnym uśmiechem.

– Otrzymał pan moje dalsze instrukcje? – Zaccheo ujął Evę pod rękę i razem weszli do banku.

– Tak, proszę pana. Spełniliśmy pańskie życzenia.

– Miło mi to słyszeć. Z pewnością znalazłyby się inne banki, gotowe poprowadzić interesy mojej firmy.

Bankier pobladł.

– To nie będzie konieczne, panie Giordano. Proszę za mną, jubilerzy wszystko przygotowali.

Eva odchrząknęła.

– Jakie instrukcje mu wydałeś?

– Kazałem mu usunąć z kolekcji wszystkie różowe brylanty.

– Naprawdę? Myślałam, że są teraz ostatnim krzykiem mody.

Wzruszył ramionami.

– Nie dla mnie. Nazwijmy to osobistym upodobaniem.

Zrozumiała i spróbowała uwolnić rękę. Nie pozwolił jej na to.

– Naprawdę jesteś aż tak małostkowy? – spytała, gdy stanęli przed ciężkimi dębowymi drzwiami. – Tylko dlatego, że Harry dał mi różowy brylant…

Chwycił ją gwałtownie za ramiona i przyparł do ściany. Kiedy próbowała się oswobodzić, przysunął się bliżej i zamknął ją w klatce swojego ciała.

– Nigdy więcej nie wymawiaj tego imienia w mojej obecności. Czy to jest jasne?

– Pozwól mi odejść, to nigdy więcej go nie usłyszysz.

– Na to nie licz. – Puścił ją. – Idź przodem.

Odetchnęła i weszła do pokoju. Ruszył za nią, próbując się opanować. Za nimi wszedł dyrektor z trzema asystentami, dźwigającymi duże okryte aksamitem tace. Postawili je na stole konferencyjnym i wycofali się.

– Zostawimy państwa samych.

Zaccheo podszedł do pierwszej tacy i odsunął chroniącą ją tkaninę. Gapił się na brylanty o rozmaitej wielkości i szlifach, zastanawiając się, jak jego ojciec zareagowałby na ich widok. Paolo Giordano nigdy nie zdołał osiągnąć nawet ułamka jego sukcesów, poświęcając w zamian wszystko, łącznie z ludźmi, których powinien kochać. Czy byłby dumny? A może giąłby się w ukłonach jak dyrektor banku przed chwilą, uznając, że nie jest godny nawet ich dotknąć?

– Może zajmijmy się wyborem kamienia. Czy też zamierzamy gapić się na nie przez cały dzień? – Nie była pewna, dlaczego go poganiała. Czy chciała mu zaleźć za skórę, tak jak on bez wysiłku zalazł za skórę jej? Zła na siebie za to, że dała się wciągnąć w ten absurd, postąpiła krok do przodu i popatrzyła w dół na lśniącą tacę pełną klejnotów. Wielkich. Błyszczących. Bez skazy. Każdy wart był więcej, niż zdołałaby zarobić przez pół życia.

Żaden jej nie urzekł. Nie chciała kolejnego klejnotu, żeby zastąpić tamten, zwrócony wczoraj Harry’emu. Nie chciała znaleźć się w pułapce z Zaccheo Giordanem. Pokaz jego niezadowolenia chwilę wcześniej uświadomił jej, że nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Nie chodziło o jego zły humor, ale o to, co poczuła, kiedy przycisnął ją do ściany. Bo chciała stać tam… Dotykać go. Ukoić gniew i przebłyski bólu, jakie dostrzegała w jego oczach, kiedy myślał, że go nie widzi. Boże, chciała oglądać nawet ten wstrzymujący bicie serca półuśmiech. Co z nią było nie tak?

– Wybierasz ten?

Mrugając, gapiła się na kamień, który jakoś znalazł się w jej dłoni. Największy ze wszystkich i jeszcze bardziej wulgarny niż brylant zdobiący jej palec wczoraj wieczorem.

– Nie! – Odłożyła go gwałtownie. – Nigdy nie założyłabym czegoś tak wyzywającego.

– Czyżby?

– Dla twojej informacji, nie wybierałam tamtego pierścionka.

– Ale przyjęłaś go, w duchu, w jakim był dany, jako cenę za własne ciało w zamian za udziały w firmie Penningtonów?

Poczuła zimną wściekłość.

– To nieustanne obrażanie mnie każe mi się zastanawiać, dlaczego znosisz moją obecność. Zemsta z pewnością nie może być słodka, jeśli obiekt twojej kary tak bardzo cię irytuje?

– Może znęcanie się nad tobą sprawia mi przyjemność?

– Więc mam być twoim workiem treningowym w dającej się przewidzieć przyszłości?

– Czy w ten sposób próbujesz się dowiedzieć, jak wysoki wyrok otrzymałaś?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?