Naszyjnik z rubinamiTekst

Z serii: Claimed by a King #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maya Blake
Naszyjnik z rubinami

Tłumaczenie:

Małgorzata Dobrogojska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Alexandro Christofides stał wpatrzony w miejsce, gdzie powinien się znajdować jego cenny skarb. Zamrugał raz i drugi, ale zniszczonego brązowego pudełka po prostu tam nie było.

I nie znalazł go pomimo drobiazgowych poszukiwań. Innych rzeczy też brakowało, na przykład stosiku nowych, studolarowych banknotów, czy kosztownych błyskotek, którymi przez lata uspokajał kobiece serca po zerwaniu. Ale on skupił całą uwagę na braku brązowego aksamitnego pudełka. Kiedy tak patrzył na puste miejsce, narastało w nim niedowierzanie i gniew.

Jeden jedyny raz, w przełomowym momencie swojego życia, musiał się z nim rozstać. Droga, którą wtedy obrał, mogła prowadzić tylko do wczesnego i bezsensownego końca. Naszyjnik, który ukształtował historię jego rodziny, był też kamieniem węgielnym jego własnego życia.

I już zawsze miał być dla niego czymś więcej, niż tylko błyskotką. Rozstanie z nim za pierwszym razem przyprawiło go o dojmujące poczucie straty. Pamiętał też, jak bardzo przeżywała to jego matka, i teraz wróciło do niego echo tamtych chwil.

Tym razem jednak rozstanie nie było dobrowolne ani chwilowe. Choć wcześniej odzyskanie cennej pamiątki zajęło trzy długie lata, przez cały czas doskonale wiedział, gdzie był rubinowy naszyjnik. Umowa zawarta z właścicielem lombardu gwarantowała mu cotygodniowe potwierdzenie, że naszyjnik wciąż jest w jego posiadaniu. Że jest bezpieczny i może zostać odzyskany w chwili, gdy Xandro zbierze dość pieniędzy. Oczywiście kosztowało go to rujnujące dodatkowe pięć procent, ale nie dbał o to. I podczas gdy naszyjnik przez wiele lat był symbolem wstydu i hańby, w jego przypadku miało być wręcz przeciwnie. Świadectwem miała być jego krew i pot, a także szarpiące serce łzy jego matki. Potrzebował namacalnego dowodu, że jest na dobrej drodze, tak samo jak potrzebował powietrza w płucach. I osiągnął to, co sobie początkowo założył, czyli uwolnił się od niepewnej przyszłości, a matkę – od harówki ponad siły. Odzyskał naszyjnik i choć zapewne nigdy nie będzie mógł zapomnieć o przeszłości, z biegiem lat klejnot znaczył dla niego coraz więcej.

Za każdym razem, kiedy pokonał oponenta albo zawarł pozornie niemożliwe porozumienie, wiedział, że sukces zawdzięcza niezmiennej potrzebie chronienia naszyjnika.

A teraz naszyjnik zniknął. Ktoś mu go ukradł. Ktoś, komu zaufał, wszedł do jego gabinetu i przywłaszczył sobie jego własność.

Choć odniósł sukces i zdobył władzę o jakiej większość ludzi mogła tylko marzyć, dawno nie stanął przed tak osobistym wyzwaniem. Dotychczas wszystkie wyzwania dotyczyły pracy, dlatego trudno mu było uwierzyć w tę kradzież. Niestety puste miejsce w szufladzie potwierdzało smutny fakt.

Choć niełatwo było mu to przyznać, czuł się, jakby stracił cząstkę siebie. Miał świadomość, że trzy minione trudne lata pozostawiły blizny. Zarzucano mu bezwzględność i chłód emocjonalny, ale on nigdy nie zamierzał zapomnieć o przeszłości i nie tęsknił za miłością tak jak jego matka. Tym niemniej, musiał przyznać, że brak pudełka dotknął go bardzo mocno. Pogrążony w analizowaniu własnych uczuć, ledwo usłyszał pukanie do drzwi.

Ciężkie kroki zatrzymały się gdzieś w pobliżu biurka, ale Xandro nawet nie odwrócił głowy. Przewidywał, co zaraz usłyszy.

– Odszedł, proszę pana. – Nowina została podana z pewną obawą.

Pomimo rozświetlających niebo nad Las Vegas neonów, świat gwałtownie poszarzał.

Prawdę powiedziawszy, ostatnio rzadko zaglądał do pudełka. Wciąż miał w pamięci ciężkie przeżycia i złamane serce matki, a także ogromny wysiłek zerwania z grupą przestępczą i uporządkowania swojego życia. Tym niemniej rubinowy naszyjnik stanowił część jego DNA, co nie pozwalało zaakceptować straty.

Dopiero teraz odwrócił się do intruza.

– Kto i dokąd? – zapytał chrapliwie.

– Starszy strażnik, proszę pana. Benjamin Woods. Przeszedł wszystkie testy dla starszego personelu i otrzymał przepustkę na to piętro.

– Kiedy dokładnie?

– Mniej więcej przed miesiącem – potwierdził Archie Preston, szef ochrony.

Przez chwilę zastanawiał się w milczeniu.

– Więc miał miesiąc, żeby to zaplanować?

– Tak – odparł szef ochrony z wahaniem.

– Jak to zrobił?

– Monitoring pokazuje, że odprowadził ostatniego VIP-a do pokoju o czwartej rano. Potem przyjechał tu windą, a kwadrans później widziano go opuszczającego ten gabinet z plecakiem. Wyszedł z hotelu i wsiadł do taksówki.

Xandro usiłował oddychać spokojnie i zachować cierpliwość. To jeszcze nie koniec.

– Dotarliśmy do kierowcy taksówki – kontynuował Archie. – Woods przejechał tylko trzy przecznice. Kierowca twierdzi, że wszedł w jedną z bocznych uliczek.

Prawdopodobnie przypuszczał, że odnajdziemy kierowcę, więc chciał tylko zgubić ślad.

Preston pokiwał głową.

– Sprawdzamy lotniska i dworce autobusowe…

– Wyjaśnij mi łaskawie, jak to miałoby pomóc, skoro ma nad nami trzynastogodzinną przewagę?

– Mogę tylko wyrazić moje najgłębsze ubolewanie, panie Christofides, i obiecać, że go znajdziemy.

Xandro z trudem rozprostował pięści, powstrzymując się od zadania ciosu czemukolwiek, choćby najbliższej ścianie. Naszyjnik znikł, ale on nie ustanie w wysiłkach, dopóki go nie odzyska.

– Nie wątpię – odparł. – Wiemy, jak się dostał do mojego gabinetu, ale nie wiemy, skąd znał kod do sejfu. Najważniejsze to znaleźć go, zanim sprzeda moją własność.

Archie zmarszczył czoło i podrapał się po karku.

– Jeżeli da mi pan zielone światło, jeszcze dziś wynajmę tuzin detektywów i rozpoczniemy polowanie.

– Zgoda. Odnajdźcie Benjamina Woodsa i członków jego rodziny.

– A to drugie to po co, jeżeli wolno spytać?

Xandro uśmiechnął się smutno.

– Rodzina to zawsze słabość mężczyzny. Zwłaszcza rozbita.

Kiedyś groźba zawieszona nad jego matką stała się impulsem do zmiany własnego życia i chronienia najbliższej mu osoby. Wcześniej nie musiał się posługiwać tego rodzaju szantażem, ale też nigdy dotąd nie pozbawiono go niczego aż tak cennego. Dlatego postanowił użyć wszelkich dostępnych środków, by Benjamin Woods zapłacił za swój czyn. Członkowie rodziny mogli się okazać przydatni.

– W rodzinie, która wychowała złodzieja, muszą być cechy patologii. Dlatego szukajcie ich wszystkich.

Po licznych solennych obietnicach Archie wyszedł, a Xandro znów odwrócił się do okna gabinetu mieszczącego się w hotelu odnoszącej największe sukcesy sieci hoteli i kasyn na świecie. Musiał zajść tak wysoko, wydobyć się z biedy i upodlenia, zdystansować od hańby rodziny tylko po to, by stracić to, co dało m napęd do odniesienia tego sukcesu. Dobrze wiedział, jak łatwo rodzina może się rozpaść, i postanowił wykorzystać każdą słabość złodzieja, aż naszyjnik wróci na właściwe mu miejsce.

ROZDZIAŁ DRUGI

Rytmiczne uderzenia stóp doskonale zgrywały się z muzyką… Cóż, prawie doskonale. Większość ludzi niczego by nie zauważyła, ale Xandro od razu wyczuł opóźnienie.

Bo choć miał niełatwe dzieciństwo, zawsze towarzyszyła mu muzyka. Matka śpiewała arie operowe swojej ulubionej Marii Callas i pieśni z operetek dawno zmarłych kompozytorów. Dlatego znał wszystkie sopranistki i tenorów, zarówno zmarłych, jak i żyjących. Dorastając, oglądał niekończące się czarno-białe musicale, wypożyczane z miejscowej biblioteki, i amatorskie nagrania występów baletowych matki, które jej rodzice zabrali ze sobą, wyruszając statkiem do Nowego Jorku z osiemnastoletnią ciężarną córką, dziewczyną o pięknym głosie i niespełnionych marzeniach.

To gorzko-słodkie wspomnienie było powodem, dla którego bez trudu rozpoznał opóźnienie.

Ale nie dla muzyki znalazł się w Waszyngtonie.

Sala była pogrążona w półmroku, a jedyny strumień światła skierowany na tancerza. Audytorium duże, ale tylko garść zebranych zajmowała krzesła. Obejrzał ich dokładnie, a kiedy nie dostrzegł tej, której szukał, nastrój mu się pogorszył.

Przeleciał tysiące mil, by odnaleźć Sage Woods, siostrę złodzieja, który pozbawił go cennego naszyjnika. Archie nie miał czasu dostarczyć mu jej aktualnego zdjęcia, więc dysponował jedynie podobizną sprzed dziesięciu lat, kiedy dziewczyna była zaledwie czternastolatką. Jednak już wtedy jej nieskazitelna uroda i płomiennorude włosy wyróżniały ją z tłumu. Zignorował ciekawskie spojrzenia, odszedł na bok i czekał, a kiedy sala opustoszała, sięgnął po telefon.

Archie wytropił Sage w Waszyngtonie w rekordowo krótkim czasie, ale Xandro nie był w specjalnie wielkodusznym nastroju. Bardziej niż to, co naszyjnik znaczył dla niego, liczyła się radość matki, kiedy go wkładała, na przykład na jego obronę dyplomu albo kiedy zabrał ją na kolację, żeby uczcić otwarcie swojego pierwszego hotelu.

Jasne momenty w posępnej przeszłości, które teraz tylko pogłębiały poczucie straty. W dodatku Archie odkrył, że złodziej uzyskał kod dostępu do sejfu, włamując się do komputera Xandra.

Postanowił pominąć rodziców Benjamina Woodsa w Wirginii, bo jego szkolni koledzy, których przepytał Archie, donieśli, że najmocniej związany był z siostrą, tancerką. Chciał właśnie zadzwonić do Archiego, kiedy na scenie pojawiła się postać w ciemnym trykocie. Płomiennorude włosy, choć spięte w ciasny kok na czubku głowy, zdradziły ją natychmiast, a smukła sylwetka, którą znał ze zdjęcia w swoim telefonie, zwróciłaby uwagę znakomitej większości mężczyzn.

 

Na jej widok zamarł. Długa elegancka szyja, doskonale wyrzeźbiona sylwetka, starannie odmierzane kroki, proste plecy… Nie pamiętał, kiedy ostatnio oglądał taką doskonałość.

Świat, w którym żył, dostarczał szerokiego wyboru zarówno sztucznego, jak i naturalnego piękna, jednak większość kobiet była specjalnie wyszykowana, by przyciągnąć uwagę. Tymczasem stojąca na scenie dziewczyna stanowiła idealną całość, od której nie mógł oderwać wzroku. Wszystko było w niej doskonałe, od szczupłej talii poczynając, poprzez kocie ruchy, kobieco zaokrąglone biodra, mocne uda, kształtne nogi, na smukłych kostkach kończąc.

Kiedy tak ją obserwował, wyciągnęła z kieszonki przy pasku mały odtwarzacz MP4, wsunęła do uszu słuchawki i przymocowała odtwarzacz do ramienia. Natychmiast pożałował, że nie będzie mógł słyszeć muzyki, pomimo to jednak moment, w którym z całkowitego bezruchu przeszła do ruchu, był tak porywający, że zaparł mu dech w piersi. Jak urzeczony obserwował taniec, który musiał być wynikiem wielu lat ciężkiej pracy.

Nie zdawał sobie sprawy, jak długo jej się przyglądał, w końcu jednak musiał wziąć głęboki oddech i zamrugać, by odzyskać jasność widzenia.

Sage była tancerką współczesną, ale miała przygotowanie baletowe i niektóre elementy jej tańca przypominały mu matkę. W tych rzadkich chwilach, kiedy zapominała o kłopotach i poddawała się muzyce, prezentowała niezwykły talent. Takie chwile bywały rzadkie, więc tym bardziej cenne.

To, co teraz przeżywał, było jeszcze bardzie niezwykłe, bo Sage tańczyła do muzyki, którą słyszała tylko ona. A on nade wszystko pragnął móc ocenić, czy tańczy zgodnie z rytmem. Bo nie potrafił sobie wyobrazić, jaka muzyka kazała jej poruszać się tak pięknie, tak zmysłowo. Był ciekaw, czy spodobałaby się jego matce.

– Przepraszam pana, w czym mogę pomóc?

Najwyraźniej, pochłonięty rozgrywającą się przed jego oczami sceną, nie zauważył, że się zatrzymała, a on sam wysunął się z cienia i został dostrzeżony.

Irytacja przeszła w rozdrażnienie, bo był tutaj w konkretnym celu, na pewno nie po to, by ulec fascynacji tańcem nieznajomej.

– Panna Sage Woods? – Choć nieomal warknął, nie poczuł wyrzutów sumienia.

Dziewczyna zamarła, przesunęła po nim wzrokiem, wyciągnęła słuchawki z uszu. Widocznie zastanawiała się, czy jest przyjacielem, czy wrogiem.

– To zależy – odpowiedziała chropawo.

– Od czego?

– Kto pyta. I czy mi pan powie, co tu robi.

– To miejsce publiczne. Nie potrzebuję specjalnego pozwolenia na wstęp.

– Owszem. Ale w tym momencie trwa prywatna sesja, zarezerwowana i opłacona przeze mnie. Na drzwiach wisi informująca o tym tabliczka.

– Najwyraźniej więc, skoro tu jestem, pani ochrona słabo się przykłada do swoich obowiązków – odparł, wzruszając ramionami.

– To pan nie powinien tu wchodzić – odparła. – Proszę wyjść, bo zawołam ochronę.

W innych okolicznościach podziwiałby jej śmiałość.

– Zawsze jest pani taka nieufna w stosunku do obcych?

– Tak.

– A dlaczegóż to, panno Woods?

Oczy, nie był pewien, zielone albo szare, błysnęły buntowniczo.

– Nie jest pan czasem zbyt bezczelny? Jeszcze nie powiedziałam, że jestem osobą, której pan szuka.

– Proszę zaprzeczyć, a natychmiast wyjdę.

– Oboje wiemy, że pan tego nie zrobi.

– Czyżby?

Jej źrenice zwęziły się lekko.

– Wciąż jest pan tutaj i zabiera mój czas przeznaczony na trening.

– Więc proszę skończyć z tymi gierkami.

– Do żadnych gierek się nie poczuwam – odparła sucho.

Podszedł do wejścia na scenę i poczuł satysfakcję, kiedy cofnęła się o krok.

– Świetnie, ja też nie. Nazywam się Xandro Christofides. Proszę mi udzielić pewnych informacji, a nie będę pani dłużej niepokoił. Jeśli mi pani odmówi i zmarnuje mój czas, zastanowię się, co z tym dalej robić.

– Ja zmarnuję pański czas? – Takie postawienie sprawy wyraźnie ją zaskoczyło. – Chyba coś się panu pomyliło. I kim pan właściwie jest?

– Już się przedstawiłem. Teraz pani kolej.

– Czego pan chce od Sage?

– To poufna sprawa i z pewnością nie życzyłaby sobie mieszania w nią osób postronnych. Chyba że nie przeszkadza jej publiczne pranie swoich brudów.

Tym razem nie odpowiedziała od razu, tylko mierzyła go wzrokiem, starając się oddychać spokojnie, widział jednak, że jest podenerwowana.

– No dobrze, jestem Sage Woods – odparła w końcu. – Proszę mi powiedzieć, o co chodzi.

Już otworzył usta, żeby spytać o brata, ale coś go powstrzymało. Jednym ruchem wskoczył na scenę i spojrzał jej w oczy, chcąc ocenić, czy jest równie dwulicowa jak brat.

Tym razem cofnęła się o kilka kroków, wpatrując się w niego oczami o tak niezwykłym odcieniu zieleni, że nie był w stanie oderwać od nich wzroku.

– Co pan wyprawia? Przedstawiłam się, więc proszę powiedzieć, o co chodzi, bo inaczej… – przerwała gwałtownie.

Sam nie rozumiał, dlaczego przedłuża tę scenę. Chyba nie tylko dlatego, że kobieta zwyczajnie mu się podobała.

– Inaczej? – zachęcił ją kpiąco.

– Nie zamierzam przedwcześnie zdradzać moich intencji. Jeszcze krok, a sam pan się przekona.

Z jakiegoś absurdalnego powodu zachciało mu się śmiać i dopiero dźwięk telefonu przypomniał mu, z czym tu przyszedł. A przed sobą miał być może klucz do dopadnięcia złodzieja.

– Jeszcze czterdzieści osiem godzin temu pani brat, Benjamin, był zatrudniony jako strażnik w moim kasynie w Las Vegas. Z nieznanego mi powodu okradł mnie i znikł. Z moich informacji wynika, że jest pani z nim w kontakcie. Proszę mi powiedzieć, kiedy pani z nim ostatnio rozmawiała i gdzie mogę go znaleźć.

Poczuł, że dobrze zrobił, stając z nią twarzą w twarz. Zauważył, że wstrzymuje oddech, więc widocznie brat nie był jej obojętny. Zapewne spróbuje ukryć informacje o nim.

– Przepraszam, panie…? – Uniosła starannie ukształtowaną brew. – Nie zapamiętałam nazwiska…

– Xandro Christofides – podpowiedział, nie spuszczając z niej wzroku. – Pani brat awansował z krupiera do ochrony VIP-ów w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy. Zresztą pewno pani o tym wie.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

– Nic podobnego, panie Christofides. Nie mam pojęcia, gdzie przebywa Ben. – Wytrzymała jego wzrok jeszcze przez chwilę i cofnęła się w głąb sceny.

Xandro obserwował, jak zatrzymuje się i podnosi mały plecak. Zanim zniknęła za drzwiami, odwróciła się jeszcze i rzuciła przez ramię.

– A nawet gdybym wiedziała, to i tak bym panu nie powiedziała.

ROZDZIAŁ TRZECI

Nie powinna była tego mówić.

To było niepotrzebne i nierozsądne. Niepotrzebnie dała się sprowokować akurat wtedy, kiedy powinna zachować chłód. Tak jak się nauczyła. Emocjonalne reakcje to woda na młyn złych ludzi. Przekonała się o tym boleśnie już jako nastolatka.

Dlaczego więc to powiedziała? Dlaczego go prowokowała?

Może dlatego, że chciała zirytować tego apodyktycznego typa tak samo jak on zirytował ją, przerywając jej trening. Prywatną sesję, opłaconą ciężko zarobionymi pieniędzmi, która miała jej pomóc odzyskać spokój ducha. Potrzebowała takich sesji do życia jak tlenu do oddychania. Najważniejszym celem był sukces najbliższego przesłuchania, ale dla niej taniec zawsze oznaczał więcej. Zbyt dużo poświęciła, by dostać się do tej szkoły.

W przeciwieństwie do niego miała prawo być na tej scenie, dlaczego więc tak po prostu wyszła? Bo spojrzenie tych srebrzystoszarych oczu przywołało niepokojące wspomnienia, sprawiając, że nagle poczuła się nikim. I zamiast odprawić go chłodno, pozwoliła, by emocje wymknęły się jej spod kontroli.

Odprawiła niechciane wspomnienia i pospieszyła do szatni waszyngtońskiego studia tanecznego. Wciąż jednak nie potrafiła pozbyć się niepokoju wywołanego spotkaniem z nieznajomym.

„Powiesz mi, kiedy ostatnio się z nim widziałaś i gdzie mogę go znaleźć”.

Ani proszę, ani dziękuję… Pewno zawsze się tak zachowywał. Rzucał polecenia i oczekiwał, że ludzie będą go obskakiwali. Ale ona już przestała skakać na rozkaz i nie pozwoli się kontrolować. Nie zamierzała być marionetką i poddawać się woli rodziców. To miało swoją bardzo wysoką cenę i wciąż jeszcze ją płaciła. Dlatego nie pozwoli, by ten obcy przysporzył jej jeszcze więcej zmartwień. Był stanowczo zbyt przystojny, zbyt przenikliwy i prawdopodobnie wiedział, że nie powiedziała prawdy.

Rzeczywiście nie wiedziała, gdzie Ben teraz był, ale raz w miesiącu kontaktowali się telefonicznie i niedawno rzeczywiście dzwonił z Las Vegas.

Ostatnio prezentował narastające rozgoryczenie nierównościami społecznymi i ten temat często dominował ich rozmowy telefoniczne. Nie powinien był mieszkać w Las Vegas, bo najwyraźniej przynajmniej od pół roku miał problem z uzależnieniem od hazardu. Namawiała go, by poszukał pomocy. Oczywiście zaprzeczał istnieniu problemu, ale niechętnie obiecał dzwonić do niej raz w miesiącu, żeby się nie martwiła.

Instynktownie czuła, że Xandro Christofides mówi prawdę i Ben rzeczywiście go okradł. Czy powinna była zostać i z nim porozmawiać? Założyć, że brat jest winny, choć nie miała na to dowodów?

Nie. Nic mu nie była winna, a czuła, że nie wolno jej ustąpić nawet na centymetr. Już kiedyś ustąpiła i zaprowadziło ją to donikąd. A kiedy to się stało, pozostawiono ją samą sobie, bo rodziców bardziej interesował własny biznes.

Tylko Ben był wtedy przy niej. Tylko on jeden jej uwierzył. Dlatego zawsze będzie wobec niego lojalna.

Zamknęła szafkę i zarzuciła plecak na ramię. W rewanżu za to co brat kiedyś zrobił dla niej, była gotowa na konfrontację ze stoma takimi jak Xandro Christofides.

Niestety, kiedy wyszła na ulicę, pierwszy z tej setki, wysoki, dumny i niewzruszony, już tam na nią czekał.

I jeżeli w przyćmionym świetle wnętrza mógł budzić lęk, tutaj, w pełnym świetle, pomimo atrakcyjnych rysów i elegancji szytego na miarę ubrania, budził jeszcze większą grozę.

Powstrzymując chęć panicznej ucieczki, zacisnęła dłoń na pasku plecaka.

– Miałam rację, nie potrafi pan przyjąć odmowy. Ciekawe, co pan teraz zrobi? Może mnie porwie?

Zdawała sobie sprawę, że lepiej byłoby powstrzymać się od komentarzy.

Spojrzał na nią w zamyśleniu.

– Nie mam złych zamiarów. I czasem przyjmuję odmowę. Nie toleruję natomiast kłamstwa. A wiem, że okłamała mnie pani, mówiąc o swoim bracie.

Z trudem powstrzymała się od kolejnego wybuchu.

– Proszę to udowodnić – zaproponowała zimno.

– Radziłbym ze mną nie igrać – odparł natychmiast. – W takich okolicznościach szybko tracę cierpliwość. Pani brat zabrał coś bardzo dla mnie cennego. Im szybciej zacznie pani ze mną współpracować w celu odzyskania mojej własności, tym większą pobłażliwość mogę obiecać.

Dopiero po chwili dotarł do niej cały sens jego słów.

– To znaczy, że jeszcze go pan nie oskarżył? – spytała z nadzieją.

– Aż tak dobrze to nie jest. Władze zostały powiadomione o kradzieży i kiedy go znajdę, pani brat poniesie konsekwencje swojego czynu, ale zdradzając mi miejsce jego pobytu, może się pani przyczynić do zmniejszenia wymiaru kary.

– Mam pomóc wsadzić własnego brata do więzienia?

– Popełnił przestępstwo. Chyba nie jest pani na tyle naiwna, by sądzić, że ujdzie mu to na sucho?

– Cóż… Nie mam panu nic więcej do powiedzenia, więc jeżeli to wszystko…

– Na pewno chce pani zrobić sobie ze mnie wroga?

– Chcę żeby mnie pan zostawił w spokoju. Jak na razie, jest tylko pańskie słowo, że Ben zrobił coś złego. Mam pan jakiś dowód jego winy? A w ogóle, co miałby ukraść?

– Sto tysięcy dolarów w gotówce i cztery sztuki biżuterii warte w sumie kolejne sto tysięcy. W tym bezcenną pamiątkę rodzinną.

W tych ostatnich słowach usłyszała tęskną nutę i odgadła, że to z powodu owej pamiątki Xandro Christofides przemierzył pół kraju, by ją odnaleźć. W pierwszym odruchu chciała spytać, co to takiego i dlaczego jest dla niego aż tak ważne. Ale to oznaczałoby konieczność dalszego znoszenia jego obecności i utwierdziłoby go w przekonaniu, że mu uwierzyła.

– Przykro mi z powodu pana straty, niestety nie mogę w niczym pomóc.

Wygłosiwszy tę deklarację, zamierzała się oddalić i wrócić do domu, w którym mieszkała z sześcioma innymi tancerkami w Georgetown. Jednak z jakiegoś powodu nie była w stanie się poruszyć. Jego przenikliwy wzrok radził jej jeszcze raz przemyśleć decyzję i przez chwilę nawet chciała przyznać, że mu uwierzyła. Że jej nieobliczalny brat był zdolny do wszystkiego. I że pomoże go odnaleźć, jeżeli Xandro okaże mu obiecaną wcześniej wyrozumiałość.

 

Ból w prawym nadgarstku, skutek niewyleczonego prawidłowo złamania, przywołał ją do rzeczywistości. Zacisnęła dłoń na pasku plecaka i skupiła się na tym, co ważne. Ben zasługiwał na jej lojalność niezależnie od okoliczności.

– Do widzenia, panie Christofides.

Przez kilka pełnych napięcia sekund nie odpowiadał, w końcu jednak usłyszała:

– Dobrej nocy, panno Woods.

Nic w jego tonie nie wskazywało na zamiar ponownego spotkania, jednak wędrując w stronę domu, nie mogła się pozbyć wrażenia, że hotelowy potentat jeszcze z nią nie skończył.

To przeczucie nie pozwoliło jej spać spokojnie przez kilka następnych nocy, choć usiłowała przekonać samą siebie, że nowy znajomy nie ma nad nią żadnej władzy. Zadał jej pytanie, ona odmówiła odpowiedzi, ot i cała historia.

Desperacko próbowała dodzwonić się do brata, aż nieodebrane wiadomości wypełniły skrzynkę i musiała zrezygnować. Po kolejnej kiepsko przespanej nocy wstała, by ruszyć do pracy w barze sklepu z kawą tuż obok studia tanecznego. Odziedziczyła tę pracę po tancerce, która została zatrudniona w zawodzie. Sage też o tym marzyła. Dlatego zdecydowała się dołożyć pięć godzin treningu tygodniowo i przygotowywała się starannie do kolejnego przesłuchania, które miało się odbyć za miesiąc. Najwyższa pora postarać się o przyzwoitą pracę, bo jej skromne zarobki starczały tylko na jedzenie i opłacenie nieprzyzwoicie wysokiego czynszu.

Nie dopuszczała do siebie myśli, że coś mogłoby się nie udać. Była skazana na sukces, bo powrót do domu absolutnie nie wchodził w grę. Tamte drzwi zostały przed nią zamknięte i tak pozostanie, chyba że rodzice zdecydują się zaakceptować jej pasję. Pomimo upływu trzech lat przykre wspomnienia były boleśnie żywe. Pozostanie w Wirginii i oczekiwanie na przejęcie rodzinnego hotelu oznaczałoby sprzeniewierzenie się sobie samej i uśmiercenie własnych pragnień.

Wspominanie rodziców za bardzo ją przygnębiało, więc zwróciła myśli ku bratu. I znów w jej głowie rozbrzmiały dzwonki alarmowe. Na szczęście Xandro Christofides nie pojawił się ponownie w studio tanecznym. Choć trochę ją to dziwiło, dominującym uczuciem była ulga.

Teraz chciała tylko skontaktować się z Benem i poznać jego wersję całej historii. Żyła nadzieją, że usłyszy wiarygodne wyjaśnienie i będą mogli zostawić tę sprawę za sobą.

– Wszystko w porządku? – Pytanie kolegi tancerza, Michaela, wyrwało ją z zamyślenia.

Pospiesznie wsunęła telefon do kieszeni fartuszka.

– W porządku – zapewniła, ale nadal patrzył na nią sceptycznie.

– Nie wiem, czy mogę w to wierzyć, ale powiem ci coś, co poprawi ci humor. Z gwarancją.

– Zamieniam się w słuch – odparła, chętna oderwać myśli od Bena.

– Pamiętasz, jak ci powiedziano, że na najbliższe przesłuchanie są tylko trzy miejsca?

– No i?

– Otóż podobno jest ich sześć!

Wprost bała się uwierzyć. To mogła być tylko plotka.

– Jesteś pewien? Jak to możliwe?

– Mamy nowego szefa.

– Skąd wiesz?

– Mam swoje źródła.

– Nie wątpię w ciebie, ale już tyle razy słyszeliśmy podobne plotki…

– Rzeczywiście, ostatni alarm okazał się fałszywy, ale tym razem cynk pochodzi z samej góry.

Kiwnęła głową, powstrzymując sceptycyzm. Nawet sześć miejsc to było niewiele, zważywszy, że rywalizowała o nie dwudziestka tancerzy. Jeżeli Michael miał rację, wkrótce się o tym dowiedzą. Tymczasem w przerwie pomiędzy pracą a treningiem postanowiła poszukać w internecie informacji o swoim prześladowcy.

Dowiedziała się, że był bogaty jak Krezus. Dokładając do tego atrakcyjny wygląd, nic dziwnego, że sporo o nim napisano. Jednak większość artykułów pochodziła sprzed lat i dotyczyła jego studiów na Harvardzie i biznesplanu, który w ciągu dwóch lat uczynił go multimilionerem.

Obecnie trzydziestotrzyletni, działając według tego samego planu, został właścicielem sieci hoteli i kasyn dostarczających luksusu i dekadencji najbogatszym z bogatych.

Nie znalazła żadnych informacji o tym, co się z nim działo przed ukończeniem studiów, ale plotka głosiła, że dorastał w najniebezpieczniejszej dzielnicy Nowego Jorku, co wyjaśniało jego słynną bezwzględność, której nie zdołały zamaskować eleganckie ubrania i wdzięk dzikiego kota.

I chyba właśnie ta bezwzględność stała się wabikiem przyciągającym do niego atrakcyjne kobiety. Pokazywały to kolejne zdjęcia, przy czym one się do niego wdzięczyły, a on niezmiennie zachowywał kamienną twarz.

Xandro Christofides najwyraźniej nie potrafił się uśmiechać. Fakt, okoliczności ich spotkania może temu nie sprzyjały, ale wątpiła, czy w ogóle był do tego zdolny. Miała wrażenie, że nie interesuje go nic poza zarabianiem pieniędzy i umawianiem się z pięknymi kobietami.

Firmę prowadził sam i nawet stwierdził w jednym z wywiadów, że woli sprawować pełną kontrolę i nie lubi się dzielić. Widocznie był fanatykiem, skoro osobiście szukał Bena po całym kraju, choć mógł to zlecić swoim pracownikom.

Dlaczego więc nagle przerwał poszukiwania? Przez kilka minut wpatrywała się w jego zdjęcie, a kiedy to sobie uświadomiła, skrzywiła się, zamknęła stronę i zaczęła trening.

Cztery godziny później, kompletnie wykończona, wróciła do domu. O dziesiątej wieczorem mieszkanie było puste, najwyraźniej współlokatorzy spędzali piątkowy wieczór w mieście. Przygotowała sobie kanapkę i wyciągnęła z plecaka trzykilogramowy ciężarek, który zawsze ze sobą nosiła. Była w połowie ćwiczeń wzmacniających nadgarstek, kiedy zadzwonił telefon.

Zerknęła na numer, ale go nie rozpoznała, więc zdecydowała się odebrać.

– Halo?

– Panna Woods? – spytał rzeczowy, damski głos. – Tu Melisa Hunter, dyrektor studia tanecznego Huntera. Przepraszam, że dzwonię tak późno.

– Nic nie szkodzi. W czym mogę pomóc?

– Chcę pani przekazać informacje na temat najbliższego przesłuchania.

Sage wstrzymała oddech.

– Słucham.

– W związku z pewnymi zmianami organizacyjnymi zdecydowaliśmy się je przyspieszyć. Odbędzie się w następny wtorek. Aplikanci, którzy przejdą je pomyślnie, otrzymają angaż do następnej produkcji studia, której premierę zaplanowano na wrzesień. Mówię skrótowo, ale jeżeli chce pani wziąć udział w przesłuchaniu, potrzebuję odpowiedzi jeszcze dziś.

Sage przez chwilę wpatrywała się w przestrzeń, aż w końcu słowa dyrektorki w pełni dotarły do jej świadomości.

– Oczywiście – odparła entuzjastycznie. – Bardzo mi na tym zależy.

– Świetnie. Rano moja asystentka przekaże pani więcej szczegółów.

– Bardzo dziękuję, pani Hunter.

– Bardzo proszę. Ach, i jeszcze jedno. Przesłuchania odbędą się poza studiem.

– To żaden problem – zapewniła Sage pospiesznie.

– Doskonale. Asystentka wyjaśni, jakie dokumenty trzeba przygotować. Proszę nie zwlekać. Nie mamy wiele czasu.

– Jeszcze raz dziękuję.

– Pożegnam już panią. Muszę się jeszcze skontaktować z innymi studentami. Proszę czekać na telefon mojej asystentki.

Rozłączyła się, a szeroki uśmiech Sage przygasł, kiedy uświadomiła sobie, że nie ma się z kim podzielić tą wspaniałą nowiną. Nie zadzwoni do rodziców, bo to by ich nie obeszło. Od początku lekceważyli jej pasję, bo uważali prowadzony przez siebie hotel za jej dziedzictwo i jedyny temat godny zainteresowania. W tej sytuacji uznała, że najrozsądniej będzie dokończyć ćwiczenia. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, musiała dbać o kondycję zarówno fizyczną, jak i psychiczną. Nic nie mogło jej złamać, nawet obawy o przyszłość Bena, gdyby bezlitosny Xandro Christofides jednak go odnalazł.

Kiedy rankiem zadzwonił telefon, miała nadzieję, że to Ben. Niestety. Głos asystentki Melisy Hunter powitała jednak z radością, dopóki nie dotarła do niej treść wypowiadanych słów.

– Przepraszam – powiedziała. – Mogłaby pani powtórzyć?

– Powiedziałam, że trzeba się przygotować na tygodniowy albo dłuższy wyjazd, na ciepłą pogodę. Proszę zabrać krem z filtrem. Jest wprawdzie dopiero maj, ale na wyspie może być gorąco…

– Na wyspie? – powtórzyła Sage ze zdumieniem. – Na jakiej wyspie?

– Przykro mi, ale cel podróży jest na razie objęty tajemnicą. Wasza grupa wylatuje z lotniska Dulles w poniedziałek po południu. Wszystko inne, łącznie z waszymi wydatkami, zostało już załatwione.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?