Hotel na Bermudach

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Perla cała się zatrzęsła i nie mogła przestać szczękać zębami, gdy Arion, mężczyzna, o którego istnieniu nie miała pojęcia zaledwie przed godziną, podszedł do niej i zmarszczył czoło.

– Jest ci zimno? – zapytał.

Wszystko, tylko nie zimno. Pokręciła głową, zmuszając się do uśmiechu.

– Nie. Denerwuję się trochę. Jeszcze nie… – Przerwała. Jaki miało sens mówić mu o swoim braku doświadczenia? Obojętnie, czy go zadowoli, czy rozczaruje, nigdy więcej nie zobaczy tego cudownego mężczyzny. Używali siebie, by zapomnieć o bólu. Nie była to pora na wyjawianie najgłębszych sekretów. To czas, by zapomnieć, że istnieją. – Nic takiego.

Skinął głową, jakby rozumiał. Wtedy zrobił krok do przodu i pochylił się nad nią.

– Zrobię to dobrze. Obiecuję. – Wtedy zapomniała o wszystkim.

Pocałunek był gorętszy i głębszy od poprzedniego. Dłonie w jej włosach zacisnął w pięści, wszedł głębiej, i jęk satysfakcji powtórzył echem jej krzyk. Wbiła palce w jego mocne i nagie ramiona.

Miał ciało jak niebo. Gładkie jak aksamit, cudowne ramiona, plecy. Ujęła w dłonie jego nagie pośladki i wbiła paznokcie w napięte ciało. Oderwał od niej usta z bolesnym jękiem. Dyszał, spoglądając na nią pożądliwie.

– Obiecaj, że zrobisz to, kiedy wejdę w ciebie głęboko.

Była niemiłosiernie rozgrzana od głowy po palce stóp.

– Obiecuję.

– Aby tak się stało, glikia mou, musisz być naga, tak jak ja.

Perla zdziwiła się, że żar jego ciała nie roztopił jeszcze jej ubrania. Uległa mu, gdy podnosił ją za ręce. W ciszy dźwięk rozpinanego zamka był głośny i nachalny. Niechciane myśli znowu mogły zrujnować ten moment. Co robisz? Wyjdź stąd. Już!

Jakby czytał w jej myślach, przyspieszył. Wędrując ustami po jej szyi, oddalał jej zwątpienie, na nowo rozpalał ogień.

– Powiedz mi, jak lubisz, Pearl mou – wyszeptał między jej piersi. – Jaka jest twoja ulubiona pozycja?

Natychmiast ogarnęła ją panika. Szukała w myślach określeń.

– Na „pieska” – wyrzuciła i zarumieniła się ze wstydem.

Na szczęście nie zauważył tego. Z jakiegoś dziwnego powodu wydawał się zafascynowany jej piersiami, tak jak ona jego włosami.

– To też moja ulubiona pozycja – wyznał. Otarł zęby o jej sutki, a potem zszedł pocałunkami niżej i niżej, aż domyśliła się, dokąd zmierza. Zignorował jej hamującą dłoń na ramieniu.

– Nie…

– Tak! – Rozsunął jej uda.

Wstrzymała oddech, ale przy pierwszym ruchu jego języka, gdy ogarnęła ją rozkosz, odetchnęła. Zanim mogła zareagować na tę pierwszą falę, on rozpoczął serię szybkich ruchów, aż gwiazdy zatańczyły jej przed oczami. Zaspokajał ją ze znawstwem, nieubłaganie dążąc, by straciła panowanie. Perla, targana nieznanymi jej namiętnościami, walczyła z impulsem, by wycofać się przed nieznośnym językiem i jednocześnie, by wypchnąć biodra wprzód. Nieznane uczucie kierowało ją ku błogiemu szczytowaniu.

– Arion! Och… – krzyknęła, gdy przeszedł ją orgazm. Nie mogła opanować drżenia; szlochała, gdy wciągała ją rozkosz.

Cały czas szeptał słowa pocieszenia – balsam dla jej duszy. Całą wieczność później spróbował się odsunąć, a na jej protest pocałował ją jeszcze raz.

– Cierpliwości, pethi mou, teraz rozpocznie się prawdziwa zabawa – obiecał posępnie.

Perla otarła łzy z twarzy.

Otworzyła oczy i zobaczyła, że Arion klęczy na kanapie, nasuwając prezerwatywę. Kiedy spróbował w nią wejść, Perla drgnęła, zadrżała i straciła z nim kontakt. Gdy wciskał się głębiej, a jej ciało opierało się, przerwał.

– Nie jesteś gotowa. Przepraszam, byłem trochę niecierpliwy.

Przeczesała mu włosy dłońmi.

– Pragnę cię.

– Nie jesteś gotowa, nie chcę cię zranić.

Perla szerzej rozsunęła uda i wysunęła biodra.

– Jestem gotowa.

Arion uniósł głowę z nieco zaskoczoną miną.

– Pearl…

– Proszę, nie każ nam czekać. – Ośmielona jego jękiem, jeszcze bardziej naparła. On wsunął się rozkosznie o kolejny cal.

Ból narastał, ale przyjemność warta były chwilowej niedogodności. Spazmatyczny wydech Perli niósł rozkosz. Arion wzmocnił chwyt za jej włosy, napierając całym ciałem.

Theos! Ale jesteś ciasna. Cudownie. – Schwycił wargami jej usta. Język wpychał śmiało, jednocześnie nieubłaganie i rytmicznie w nią wchodząc.

Perla, skąpana w rozkoszy, zacisnęła nogi na jego talii i przyjęła go w pełni. Zalewały ją fale przyjemności. Lecz wtedy on wyszedł z niej. Wstał i ściągnął ją na podłogę.

– Na kolana – rozkazał. – Pora dać ci to, czego chcesz.

Serce biło jej z podniecenia. Stanął za nią, pochylił się i wszedł w nią od tyłu.

– Och! – Krzyk wydostał się z jej duszy; myślała, że zemdleje.

Nie wiedziała, że to możliwe. Jakże się myliła. Krzyczała, gdy wchodził w nią. Znowu zbliżyła się do przepaści. Arion utrzymywał nieubłagane tempo.

– Ruszaj się – zachęcił ją.

Perla, szerzej rozsunąwszy nogi, posunęła się do tyłu, a zmiana tempa jeszcze bardziej zwiększyła jej rozkosz. Nieomal zadławiła się od krzyku, gdy doszła do orgazmu. Arion jedną ręką trzymał ją w talii, a drugą wsunął od spodu, by pieścić jej najczulsze miejsce, przedłużając szczytowanie. Fala wydawała się nie mieć końca. Mimo jej błagań o łaskę on nadal w nią wchodził. Kiedy myślała, że umrze z rozkoszy, usłyszała jego głęboki jęk. Zanurzył twarz w jej włosach, ruchy stały się nieregularne, wstrząsnęły nim spazmy.

Po chwili całował ją w szyję i ramiona, jedną ręką nadal trzymając ją w talii.

– Nie wiem, czy jesteś aniołem, czy czarownicą, by mnie męczyć albo zabrać do nieba.

– Mogę być jedną i drugą?

– Z takimi włosami możesz być, kim chcesz.

– Jakąś masz dziwną fascynację na punkcie moich włosów.

– Fascynację, żeby patrzeć, jak leżą na mojej poduszce. – Wyszedł z niej, wziął ją na ręce i ruszył krótkim korytarzem.

Znowu nie zwracała uwagi na otoczenie. Nawet kiedy przygotował kolejną prezerwatywę, jednocześnie hipnotyzował ją wzrokiem, co podniecało ją tak, jak by się nigdy tego nie spodziewała. Gdy jeszcze raz zapanował nad jej ciałem, oddała mu się jak posłuszna niewolnica.

Perla obudziła się raptownie i uregulowała oddech, aby nie obudzić śpiącego obok niej mężczyzny. Zerknęła na budzik. Było wpół do trzeciej w nocy. Spojrzała na Ariona. Nawet nie wiedziała, jak się nazywa. Hm, on też nie znał jej prawdziwego nazwiska, co było błogosławionym w skutkach nieszczęściem. Nie żeby ich ścieżki miały się skrzyżować za milion lat.

Patrzyła, jak jego pierś unosi się miarowo, i poczuła, że sutki twardnieją jej z podniecenia. Zmusiła się, żeby wstać. Ubrała się w milczeniu, wstrzymując oddech. Tłumiła w sobie cichą nadzieję, że on się obudzi i powstrzyma przed wyjściem.

Byli jak dwa statki mijające się nocą. Niosła z sobą zbyt wielki bagaż, a z tego, co widziała w jego oczach, on też. Może mogłaby… zostać? Nie, co za myśl? Nie miała innego wyboru, tylko wyjść. Choćby dlatego, że w piątek stanie przed parafianami, a wcześniej musi napisać mowę pogrzebową ku czci zmarłego męża.

ROZDZIAŁ TRZECI

Mała kaplica była pełna. Na zewnątrz ustawiło się kilka wozów transmisyjnych, a reporterzy czekali w pogotowiu, by robić zdjęcia, które podsycą gorączkę w mediach dotyczącą złej sławy kryjącej się za tym pogrzebem.

Jak dotąd Perla nie miała odwagi odwrócić się i zobaczyć, jak wiele osób wcisnęło się do kapliczki. Wystarczyło jedno spojrzenie, by się przeraziła. Jednak nie przeoczyła trzech limuzyn, które minęły ją powoli i złowieszczo zaparkowały na cmentarnym trawniku.

Szefowie Morgana. Prawdopodobnie Sakis Pantelides i różni dyrektorzy z Pantelides Shipping S.A. Wczoraj przyszedł list informujący o ich przyjeździe.

Pewnie powinna być wdzięczna, że się kłopotali, zważywszy nikczemne okoliczności, które doprowadziły do śmierci Morgana. Pragnęła w duchu, by ich tu nie było. Ich obecność, bez wątpienia, podtrzyma wrzawę w prasie, a ona także musiała się domagać informacji z firmy, zanim się dowiedziała, co się stało z jej mężem.

To prawda, Sakis Pantelides był łagodny i nieskończenie ostrożny, kiedy przekazywał jej tę straszną wiadomość, ale fakt pozostawał faktem, że Morgan Lowell, mężczyzna, którego poślubiła, i którego tajemnicy dochowała – i nadal dochowuje – zmarł w podejrzanych okolicznościach w obcym kraju, kiedy próbował uciec po okradzeniu swojego pracodawcy. Pantelides S.A. trzymała to w tajemnicy, by chronić się przed niekorzystnym rozgłosem.

Nikt nie rozumiał, że był to kolejny niechciany fakt do przełknięcia, który musiała zachować dla siebie; kolejny szczegół, którym nie mogła się podzielić z rodzicami Morgana, którzy idealizowali syna, a jego śmierć ich przybiła. Dla ich dobra musiała zatuszować prawdę. Znowu…

Zacisnęła dłonie i nakazała sobie koncentrację. Miała teraz na głowie o wiele ważniejsze rzeczy; jak zdoła stanąć przez zgromadzonymi i mówić o swoim mężu, kiedy twarz innego mężczyzny, gorączkowe wspomnienie jego dłoni, pchnięcia jego mocnego ciała nieustannie pojawiały się w jej głowie.

Co ona zrobiła? Co sobie myślała?

Chociaż poczucie winy narastało w niej, wstyd pozostawał sporo poniżej akceptowalnego poziomu. W zasadzie czuła niewiele poza silną obecnością tego kochanka jednej nocy głęboko w swoim wnętrzu.

Rano trzy raz brała prysznic w daremnej nadziei, że pozbędzie się jego zapachu. Jednak było tak, jakby zapanował nad jej myślami i ciałem. Za sobą słyszała szepty i szuranie nogami, gdy zgromadzeni robili miejsce dla nowo przybyłych.

Zabrakło jej tchu, gdy znowu wychwyciła znajomy zapach. Przygryzła wargę i zamknęła oczy. Boże, daj mi siłę, bo jest mi potrzebna, pomyślała.

 

Była wdzięczna, kiedy jej starsza sąsiadka i jedyna przyjaciółka, pani Clinton, ujęła jej dłoń. Kobieta przezornie stanęła między Perlą a rodzicami Morgana, ale każdą komórką ciała czuła ich ból. Ze względu na ich dobroć i ciepło musiała się trzymać. To z ich powodu tak długo znosiła to poniżenie. Morgan o tym wiedział. Liczył na to właściwie i wykorzystywał do szantażu, kiedy groziła mu, że odejdzie…

– Niedługo się zacznie. Nie martw się, moja droga; za niecałą godzinę będzie po wszystkim. Przeszłam przez to samo z moim Harrym – wyszeptała. – Wszyscy życzą ci dobrze, ale nie wiedzą, że najlepiej jest zostawić cię w spokoju.

Perla próbowała coś odpowiedzieć, ale udało jej się jedynie zachrypieć. Pani Clinton znowu poklepała jej dłoń. Zabrzmiały organy. Gdy wstała, znowu wyczuła ten zapach i kolana się pod nią ugięły. Zerknęła w bok i zobaczyła wysokiego, imponującego mężczyznę z lekką blizną nad prawym okiem, stojącego obok pięknej blondynki.

Sakis Pantelides, człowiek, który zadzwonił przed dwoma tygodniami z wiadomością o śmierci jej męża. Jego kondolencje były szczere, ale gdy odkrył, co Morgan zrobił jego firmie, Perla nie była przekonana, czy będzie ją wspierał.

Przeniosła wzrok na władcze ramię, którym otaczał kobietę, swoją narzeczoną, Briannę Moneypenny, i poczuła lekką zazdrość. On zauważył jej spojrzenie i lekko skinął głową na powitanie.

Perla spojrzała przed siebie, ale nadal odczuwała narastający niepokój. To uczucie przybierało na sile w trakcie nabożeństwa. Zanim ksiądz obwieścił odczytywanie przemówień pogrzebowych, żołądek Perli skurczył się ze zdenerwowania. Odegnała to uczucie, które nie miało żadnego związku z rodziną Pantelides, a raczej z tym, co robiła we wtorkową noc.

Obojętnie, na co skazywał ją Morgan, musiała przez to przejść i się nie załamać. Dla jego rodziców. To oni dali jej jedyny dom, jaki znała, i ciepło, o którym marzyła jako dziecko.

Pani Clinton znowu poklepała ją po dłoni, co dodało jej sił. Wydało jej się, że usłyszała za sobą, jak ktoś ostro wciągnął powietrze, ale nie odwróciła się. Musiała się koncentrować z wszystkich sił, by przejść obok trumny z ciałem swojego męża… męża, który za życia czerpał przyjemność z poniżania jej; męża, który nawet po śmierci… najwyraźniej z niej drwił.

Podeszła do pulpitu i rozłożyła kartkę. Denerwowała się i chociaż wiedziała, że to niegrzeczne, nie potrafiła podnieść wzroku. Czuła, że straci panowanie, jeśli oderwie wzrok od papieru. Odchrząknęła i zbliżyła się do mikrofonu.

– Poznałam Morgana w uniwersyteckim barze pierwszego dnia studiów. Byłam zagubioną dziewczyną, która nie miała pojęcia, jak się robi podwójne latte pikantne o smaku dyniowym na chudym mleku, a on był kolesiem z miasta na drugim roku, z którym chciały się spotykać wszystkie dziewczyny. Chociaż umówił się ze mną dopiero, jak znalazłam się na ostatnim roku, chyba zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia…

Perla czytała dalej, oddalając myśl, jak potwornie się myliła co do mężczyzny, za którego wyszła; jak musiała być łatwowierna, skoro zamydlił jej oczy tak skutecznie, aż było za późno.

Lecz nie była to pora, aby myśleć o błędach przeszłości. Czytała dalej, mówiąc to, co trzeba, oddając szacunek człowiekowi, który od pierwszego dnia ich małżeństwa nie miał zamiaru jej szanować.

– …zawsze będę pamiętać Morgana z piwem w ręku i iskrą w oku, opowiadającego sprośne żarty. To był mężczyzna, w którym się zakochałam, i taki zawsze pozostanie w moim sercu.

Tłumione łzy utknęły jej w gardle. Przełykając je, złożyła kartkę i w końcu zdobyła się na odwagę, by podnieść głowę.

– Dziękuję wszystkim za przybycie…

Zamilkła, gdy jej wzrok napotkał parę znajomych, grzesznych, orzechowych oczu.

Nie. O nie…

Ugięły się pod nią kolana. W panice kurczowo chwyciła pulpit. Poczuła, jak dłoń jej się ześlizguje. Ktoś ruszył ku niej. Nie mogąc zaczerpnąć tchu ani ustać, krzyknęła. Zanim upadła, pochwyciły ją czyjeś ręce i pomogły zejść z podium.

Arion Pantelides wpatrywał się w nią, stojąc obok – jak się domyślała – Sakisa Pantelidesa, który mierzył ją pogardliwie lodowatym wzrokiem, aż całe jej ciało zdrętwiało.

Ari próbował oddychać mimo ucisku w piersi, mimo złości i palącej goryczy wypełniającej jego wnętrze. Nie zwracał uwagi na towarzyszący temu ból. Dlaczego miałby odczuwać ból? Nie miał kogo obwiniać poza samym sobą. Czuł rozczarowanie i niesmak.

Czuł też złość, głęboką i silną, gdy patrzył na Pearl… nie, Perlę Lowell, kobietę, która skłamała, podając nazwisko, i wślizgnęła się do jego łóżka, gdy ciało jej męża ledwo ostygło.

Zawiódł siebie, spektakularnie i całkowicie. W najbardziej uświęcone dni, kiedy powinien czcić swoją przeszłość, uległ pokusie. I to z niewłaściwą kobietą. Tak dwulicową i skalaną, jak mąż, którego teraz chowała.

– Wiesz, co się jej stało? – Sakis, jego młodszy brat, zerknął na niego.

Ari patrzył prosto przed siebie, z zaciśniętą szczęką.

– To pogrzeb jej męża. Zapewne tonie w rozpaczy. – Jakże cierpkie były to słowa. Wiedział bowiem, że zdecydowanie nie to czuła Perla Lowell. Kobieta, która potrafiła zrobić z nim to, co zrobiła, na czterdzieści osiem godzin przed pogrzebem męża? Nie, tu nawet nie pojawił się smutek. Natomiast on… Theos. Od bezlitosnej fali wspomnień skręciło go w żołądku. Nakarmił się nią, łaknąc zapomnienia, by usunąć ból, który go przepełniał na wskroś.

Odwrócił się od przedstawienia przed ołtarzem i podążył za szeregiem gości wychodzących z kaplicy.

– Jesteś pewien, że to wszystko? – zapytał Sakis. – Przysiągłbym, że jej odbiło, dopiero gdy ciebie zobaczyła.

– O czym ty mówisz?

– Nie wiem, bracie, ale najwyraźniej sfiksowała na twoim punkcie. Nie znasz jej?

– Nigdy wcześniej tu nie byłem, a przyjechałem tylko dlatego, że ty się upierałeś, że nie możesz. W zasadzie co tu robisz?

– To moja wina. Nalegałam – odezwała się piękna Brianna, już niedługo jego szwagierka. – Myślałam, że jako pracodawca Lowella, Sakis powinien tu być. Próbowaliśmy się do ciebie dodzwonić, ale miałeś wyłączony telefon, a w Macdonald Hall powiedzieli, że wczoraj się wymeldowałeś.

Na to przypomnienie zacisnął szczękę jeszcze bardziej.

Desperacko próbował odnaleźć tę kobietę, która uciekła od niego w środku nocy. Przez półtora dnia jeździł po okolicy, wypatrując czerwonego mini morrisa należącego do kobiety, przez którą stracił zmysły i zapomniał o bólu na kilka cudownych godzin.

Theos! Jak mógł się nie zorientować, że to tylko iluzja? Rzekomo seks ogłupiał mężczyzn. Nic nie mówiono o śmiertelnym ostrzu pamięci i konsekwencjach desperackiego poszukiwania zapomnienia.

– Pożegnaliśmy zmarłego – stwierdził szorstko. – Teraz możemy się stąd wynosić.

– Dlaczego, skąd ten pośpiech? – spytał Sakis, kłaniając się kilku gościom.

– Juto o siódmej rano mam zebranie, a potem wylatuję do Miami.

Sakis zmarszczył czoło.

– Ari, jest dopiero druga po południu.

Jego ciało tego nie uznawało, bo przez cały dzień i całą noc szukał… gonił nieistniejące marzenie. Myślał, że zwariuje. Chciał się stąd wydostać, zanim wróci do kapliczki i wykrzyczy swoją wściekłość przed tą rudowłosą wiedźmą.

– Wiem, która jest godzina. Jak chcesz zostać, proszę bardzo. Odeślę śmigłowiec z powrotem do Macdonald Hall po was dwoje. – Trudno mu było stąd odejść, chociaż pragnął skonfrontować tę dwulicową wdowę. Skinąwszy bratu i Briannie, przedarł się przez tłum gapiów. Kątem oka zauważył, jak w jego stronę kieruje się jakaś rudowłosa. Chociaż wzbierała w nim złość, zdobył się na monumentalny wysiłek, by nie sprawdzić, czy to Perla. Zacisnął pięści i przyspieszył do limuzyny, aby tylko się stąd wydostać.

– Arion, czekaj! – Jej chropowaty głos niemal zaginął w kakofonii nabożeństwa pogrzebowego. A było to prawdziwe przedstawienie. Główna rola Morgana Lowella.

Ari zamarł z jedną ręką na drzwiach samochodu. Powoli wciągnął powietrze i odwrócił się do niej.

Wdowa w czerni. Jakże stosowne.

Wdowa, której ogniste włosy płonęły w świetle dnia bezbożnie i kusząco, tak samo jak kusiły go rozłożone na poduszce przed trzema nocami.

Wbrew jego woli momentalnie wzburzyła się w nim krew i zawładnęło nim podniecenie. Chłonął ją wzrokiem.

Chociaż miała na sobie żałobną suknię, czarną i skromną, nie dał się nabrać. Wiedział, co się pod nią kryło, gorące kształty i zdradliwe uda.

Nie. Nigdy więcej jej nie dotknie. Gdy się złączyli, uznał to za święte i boskie. Dla niej okazało się to tandetnym tarzaniem się w sianie.

– Cześć, Arion… Zdaje się, że nazywasz się Pantelides. – Ostrożnie go badała zielonymi oczyma.

– A ja wiem teraz, że twoje pełne nazwisko to Perla Lowell. Powiedz mi, jaką rolę teraz odgrywasz? Bo oboje wiemy, że zbolała wdowa to tylko fasada. Może w duchu cię to bawi, bo masz frywolną bieliznę pod stateczną czernią?

Przez jej twarz przemknął ból.

Theos, jakże była przekonująca. Lecz nie wystarczająco, by zapomniał, że niemal stracił rozum, gdy dosiadła go z nieubłaganym entuzjazmem dwa dni temu.

– Jak śmiesz? – W końcu odzyskała głos, chociaż była roztrzęsiona.

– A śmiem. To ze mną uprawiałaś seks, kiedy powinnaś być w domu i opłakiwać męża. A teraz, czego chcesz, do diabła?

Pobladła na twarzy. Tak, jego słowa były okrutne, i to rozmyślnie. Lecz na zawsze już skalała jego wspomnienie o tym, czym było ich spotkanie. A to trudno było wybaczyć.

– Chciałam przeprosić za… hm… małe oszustwo. I podziękować ci za dyskrecję. Ale najwyraźniej niepotrzebnie się kłopotałam. Jesteś wstrętnym, zgorzkniałym człowiekiem, któremu nie przeszkadza sprawianie bólu w i tak już trudny dzień. Więc skoro naprawdę wyjeżdżałeś stąd, to krzyżyk na drogę.

Zabolały go te słowa. To ona była tutaj w błędzie, nie on. Nie miał się czego wstydzić. Odwrócił się i szarpnął drzwi. Rzucił jej jeszcze ostatnie spojrzenie.

– Baw się dobrze w swojej roli zbolałej wdowy. Ale jak tłum się rozejdzie i zechcesz wrócić do tej drugiej roli, to trzymaj się z dala od Macdonald Hall. Zanim minie godzina, dostarczę kierownictwu twoje nazwisko i upewnię się, że twoja noga już nigdy nie tam stanie.

Stan fugi.

Perla była przekonana, że to doskonale oddaje jej samopoczucie, gdy podczas stypy odbierała kondolencje, witała się i potwierdzała, że Morgan był życzliwym człowiekiem i dobrym mężem. Czasami nawet uśmiechnęła się, gdy daleki wuj lub ciotka przypomnieli miłą anegdotę.

Pani Clinton, która wiernie trwała przy jej boku, gdy wróciły do domu, który dzieliła z Morganem, a teraz z jego rodzicami, pogłaskała jej dłoń, dodając otuchy.

– To już prawie wszystko, moja droga. Jeszcze pół godziny, a zacznę ostro sugerować, że należy ci się spokój. Wystarczy już tego.

Perla spojrzała na starszą panią. Nigdy nie zdradziła pani Clinton, ani nikomu, prawdziwego stanu jej małżeństwa. Podejrzewała jednak, że starsza pani się domyśla. Perla, widząc współczucie w jej wodnistych oczach, poczuła, jak w niej samej wzbierają łzy.

Nagle jakby coś pękło i nie mogła już powstrzymać potoku gorących łez.

– Och, moja droga. – Przytuliły ją ciepłe ręce, niosące pociesznie, którego była pozbawiona przez całe małżeństwo. Pociesznie, które spodziewała się znaleźć w luksusowym penthousie przed trzema dniami, ale okazało się to kolejną okrutną iluzją.

– Przepraszam, nie powinnam… Nie chciałam…

– Nonsens! Masz prawo robić, cokolwiek zechcesz, w dzień taki jak ten. Co tam maniery.

Zaśmiała się histerycznie, ale natychmiast ucichła. Kiedy zjawił się przed nią kieliszek z płynem w kolorze karmelu, który podejrzanie pachniał jak brandy, podniosła wzrok.

Niezwykle piękna kobieta, która przedstawiła się jako Brianna Moneypenny, niedługo Brianna Pantelides, podała jej drinka, a z jej profesjonalnie umalowanych oczu emanowało współczucie.

– Dziękuję.

– Nie musisz mi dziękować. Też się poczęstowałam. To trzeci pogrzeb, w którym uczestniczyłam z Sakisem w tym miesiącu. Mam nerwy w strzępach. – Usiadła obok Perli, z wdziękiem krzyżując nogi, i uśmiechnęła się. – To nic takiego w porównaniu z tym, co ty musisz czuć, i jeżeli mogę coś dla ciebie zrobić, to się nie wahaj.

– Dziękuję. I proszę, podziękuj narzeczonemu i temu drugiemu panu Pantelidesowi, za poświęcony czas. – Głos jej się załamał, po prostu dlatego, że nie mogła myśleć jasno, kiedy w jej myślach pojawiał się Arion Pantelides wraz ze swoimi oskarżeniami. I chociaż widziała, jak wsiadał do samochodu, nie mogła się opanować, by nie zlustrować pokoju w obawie, czy nie wrócił, żeby znowu ją oczerniać.

 

– Arion wyjechał, ale przekażę mu – odparła Brianna.

– Oczywiście. Na pewno jest zajęty. – Nie dodała, że w świetle tego, co zrobił Morgan, oni byli ostatnimi ludźmi, których się spodziewała na pogrzebie. Pospiesznie wypiła łyk brandy, by dodać sobie odwagi, i niemal się zachłysnęła.

– Jest, ale postanowił przyjechać. A jeszcze coś zaprzątało mu głowę. Mówiąc szczerze, nigdy go takim nie widziałam. – Perla poczuła, że się rumieni na te słowa. – To był niezły widok.

– Hm, mam nadzieję, że wkrótce się z tym upora.

– Ja też.

Podszedł do nich Sakis Pantelides, by złożyć kondolencje. Perla szukała stosownej odpowiedzi pomimo zdenerwowania. Potem patrzyła, jak odwraca się do narzeczonej, a na jego twarzy pojawia się oddanie. Poczuła przypływ zazdrości i bólu. Kiedyś miała nadzieję, że ktoś tak będzie na nią patrzył. Naiwnie wierzyła, że tym kimś będzie Morgan. On jednak ożenił się z nią, a potem ją szantażował i poniżał.

Jako sierota, przez całe dzieciństwo odsyłana z jednej rodziny zastępczej do drugiej, nauczyła się maskować dotkliwy ból i rozpacz. Lecz poczucie pustki nigdy jej nie opuściło.

Poznała Morgana i nagle stała się centrum zainteresowania, a jego urok i dowcip sprawiły, że naiwnie uwierzyła, że znalazła kogoś, kto ją kocha, nie z obowiązku ani za pieniądze wypłacane przez państwo, ale dlatego, że jest warta miłości.

Przejrzała na oczy kilka dni po ślubie. Lecz nawet wtedy wydawało jej się, że może uratować jedyny stały związek, jakiego zaznała. Tygodnie przechodziły jednak w miesiące, a miesiące w lata i zanim zaakceptowała, że po raz kolejny została odrzucona niczym zepsuta zabawka, było za późno, by odejść.

Sakis i Brianna zauważyli jej roztrzęsiony oddech, ale ona nie mogła spojrzeć im w twarz. Bała się otworzyć usta, by nie doprowadzić do katastrofy, szczególnie kiedy Sakis Pantelides świdrował ją wzrokiem.

Niech się tylko nie domyśli, co robiłam z jego bratem.

– Chyba już pora, żebyśmy zostawili panią Lowell w spokoju, Sakis – mruknęła Brianna.

Sakis skinął głową.

– Moi prawnicy będą w kontakcie w kwestiach zawodowych pani męża. Lecz jeżeli potrzebuje pani czegokolwiek w międzyczasie, proszę się bez wahania skontaktować.

Spojrzała na niego i natychmiast odwróciła się, kiedy zmrużył oczy.

On nie może wiedzieć. Ogarnęła ją panika. Arion mu chyba nie powiedział?

Kątem oka zauważyła, że kierują się do nich rodzice Morgana. Przywołała na twarz stosowny uśmiech. Obojętnie, co się działo między nią a Morganem, Terry i Sarah Lowell przyjęli ją do swoich serc. Nie mogła odpłacić im zdradą.

– Doceniam to. Życzę bezpiecznej podróży do Londynu.

Odsunęła się, wdzięczna za odwrócenie uwagi przez przykutą do wózka inwalidzkiego matkę Morgana od rozważań na temat tego, co Sakis Pantelides wie o jej cielesnych poczynaniach z jego bratem.

Nie mogła myśleć o Arionie Pantelidesie i żarze, jaki czuła pod skórą za każdym razem, gdy na nowo odtwarzała zdarzenia z hotelowego pokoju sprzed trzech dni. To już przeszłość. Nigdy się nie powtórzy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?