Trzy miesiące nadzieiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maya Blake

Trzy miesiące nadziei

Tłumaczenie: Karol Nowosielski

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: An Heir for the World’s Richest Man

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Maya Blake

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6438-9

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Saffron Everhart wpatrywała się w ogromny i ostentacyjnie kosztowny bukiet. Tym razem sytuacja była skomplikowana.

Przez te wszystkie lata nauczyła się odczytywać znaczenie i skalę prezentów, którymi ją obdarowywano. Bukiet kwiatów oznaczał brak snu przez kolejne trzy dni, kwiaty i bilet do kosztownego SPA w Szwajcarii – natychmiastowy wyjazd na co najmniej tydzień. Ostatni poziom zarezerwowany był dla kwiatów i biżuterii.

Wsadziła piękny bukiet do kryształowej wazy. Kosztował fortunę!

Powstrzymując przemożną chęć zaciągnięcia się kuszącym zapachem, wstała i odwróciła się w kierunku dwuskrzydłowych drzwi prowadzących do sąsiedniego biura. Za każdym razem konfrontacja z tymi drzwiami była jak atak szczytowy na Mount Everest. Nadeszła pora, by wreszcie pozostawić za sobą tę noc. Musiała odzyskać kontrolę nad swoim życiem, zanim będzie za późno.

Już miała postąpić naprzód, kiedy widok zmierzającego ku niej, elegancko ubranego kuriera zatrzymał ją w miejscu. Byli na czterdziestym dziewiątym piętrze. Żadnego zwykłego dostarczyciela nie wpuszczano na poziomy powyżej piętnastego. Ten zaopatrzony był w czarną aksamitną walizkę z dumnym herbem królewskiego jubilera.

– Nie – wyrwało jej się z ust. – Nie, nie, nie.

Kurier zatrzymał się ze zmieszaną miną.

– Przepraszam? – zagadnął niepewnie. – Mam przesyłkę dla panny Everhart. Będę potrzebował pokwitowania odbioru.

Potrząsnęła głową.

– Nie, to znaczy tak, jest pan we właściwym miejscu. Ale nie będzie żadnego pokwitowania, ponieważ nie będzie dostarczenia przesyłki. Prezent zostaje zwrócony do nadawcy.

Kurier był wyraźnie coraz bardziej zdenerwowany.

– Przykro mi, ale nie można go zwrócić. Był to niepodważalny warunek dołączony do przesyłki.

– Miałam już do czynienia z waszymi standardami. Wiem, że nie o to chodzi.

Na czole kuriera zaszklił się pot.

– W większości przypadków. Ale nie tym razem.

– Dlaczego?

– Ponieważ było to życzenie klienta.

Oczywiście – pomyślała. Jej spojrzenie powędrowało do walizki. Węzeł w jej brzuchu zacisnął się mocniej. Wolałaby, żeby zamiast swojej zawartości wypełniały ją jadowite skorpiony.

Kurier odchrząknął.

– Jeśli można, panno Everhart. Za pozwoleniem Jej Królewskiej Mości wykonana została replika jej naszyjnika. Nasz zakład dostąpił tego zaszczytu – powiedział z nabożnym tonem, wyraźnie zaskoczony jej reakcją.

Wiedziała, że to nie kurier był źródłem problemu, lecz mężczyzna siedzący zaledwie dwadzieścia stóp od miejsca, w którym stała. Podpisała więc dokumenty i z trwogą odebrała przesyłkę. Była pewna, że popełnia ogromny błąd.

Paczka coraz bardziej ciążyła jej w rękach i kiedy już nie mogła wytrzymać dłużej, wróciła do biurka, usiadła ciężko w fotelu i otworzyła niespodziewany prezent. Jej oczom ukazał się nieskazitelnie piękny naszyjnik z układanych warstwami brylantów i rubinów. Pozornie nic w nim nie wskazywało, że jest po prostu łapówką od bezwzględnego, zimnego i lekceważącego mężczyzny.

Już nigdy więcej – myślała, zaciskając zęby. Szybko przeczytała dokument, którego treść zmieniała już chyba z dziesięć razy i wcisnęła: „drukuj”. Złożyła wydrukowaną kartkę na pół i wstała. Zapukała pro forma i otworzyła drzwi do jaskini lwa.

Jej szef.

João Oliviera.

Najbogatszy człowiek na świecie roztaczał wokół siebie aurę magnetycznej siły, oszałamiającej witalności życiowej, zamkniętej w liczącej przeszło metr osiemdziesiąt sylwetce.

Saffron przekraczała te drzwi niezliczoną ilość razy, lecz wciąż nie umiała zapanować nad niepewnością i obawą, które zawsze odczuwała w jego obecności.

Oraz nad wspomnieniem jego elektryzującego dotyku.

João Oliviera miał grube, brązowe, nieco dłuższe włosy, które promieniowały złotą poświatą pod wpływem majowych promieni słonecznych, przedostających się przez szyby ogromnego okna. Pięknie ukształtowane kości policzkowe przykuwały uwagę do twarzy, a bezkompromisowa linia górnej wargi kontrastowała i uzupełniała zmysłowy łuk dolnej. Na mocnej szczęce zaznaczał się delikatny cień zarostu, nawet pomimo świeżo ogolonej twarzy. Całości dopełniały oczy, błyszczące, o odcieniu złotej whisky, otoczone długimi rzęsami.

Gdy weszła, obrzucił ją taksującym spojrzeniem, po czym przywołał do siebie gestem ręki.

Miał w zwyczaju pozbywać się marynarki tuż po rozpoczęciu swojego dnia pracy. Siedział za biurkiem w nieskazitelnie białej koszuli i w kamizelce od swojego włoskiego garnituru.

– Lavinia – rzucił do słuchawki, charakterystycznie przeciągając samogłoski. – Czekałem na telefon od ciebie.

Saffron przez lata walczyła ze swoimi pierwotnymi instynktami i pragnieniami związanymi ze wszystkim, co dotyczyło João. Gdy słyszała jego głos, wstrząsy pożądania uderzały w nią, niczym wystrzelone z łuku strzały.

Włączyła się do rozmowy. Lavinia Archer była głową imperium Archer Group, które skupiało w sobie grupy: Hotele Archer, Browary Archer, Wycieczkowce Archer, Linie Lotnicze Archer, a także wiele pomniejszych firm i inwestycji. Obecnie miała siedemdziesiąt cztery lata. Gdy rozeszła się plotka, że Lavinia planuje sprzedać całość swojego imperium, João zaczął roztaczać swój urok osobisty oraz oplatać wokół niej swoją pajęczą nić szachowych strategii i intryg.

– Wiem, że zmuszanie mnie do czekania sprawia ci wielką przyjemność – kontynuował gładkim tembrem głosu. – Mam nadzieję, że kiedy nadejdzie właściwa chwila, pozwolisz mi się zadowolić.

Mówiąc to, nie spuszczał wzroku z nadchodzącej Saffron, która potknęła się na dźwięk tych słów. Zawstydzona usiadła na brzeżku sofy.

Z głośnika wybrzmiał uwodzicielski śmiech, którego dźwięk wywołał w niej nagłe ukłucie zazdrości. Wiedziała doskonale, że pomimo oddania swojemu szefowi czterech lat życia nie mogła rościć sobie prawa do jego zaangażowania. Była doskonałą organizatorką i to było dla niego najważniejsze.

Nigdy jej nie zapytał o życie prywatne. Po prawdzie nie miała na nie czasu. Była tak zaangażowana w João Olivierę, że dwukrotnie przegapiła swoje urodziny. To była kolejna rzecz, która zmusiła ją do spojrzenia krytycznie na własne życie.

Saffron postanowiła nie tracić już więcej energii. Zakończymy to zadanie i już mnie nie ma. O jego kolejnych schadzkach z supermodelkami nawet się nie dowiem – pomyślała z satysfakcją. Usłużny umysł przypomniał jej zaraz, że od Maroka nie widziała, żeby się z kimkolwiek umawiał, ale…

Spojrzała na szefa, który, przebiegając wzrokiem wzdłuż jej ciała, zatrzymał się chwilę na trzymanym przez nią w dłoni dokumencie, po czym skupił się na oczach.

Jej serce zadrżało.

Od ostatnich ośmiu tygodni traktował ją chłodno i niewzruszenie. Musiała przestać udawać, że jej życie nie skurczyło się wyłącznie do bycia satelitą krążącym wokół świetlistej osobowości João.

Maroko się nie wydarzyło – pomyślała ze złością i zacisnęła wargi.

Sim. Oczywiście, że będę cię szanował. Zadbam o to, by ta spuścizna trafiła w najlepsze ręce – powiedział do słuchawki, stukając smukłymi palcami w gładki, szklany blat eleganckiego biurka.

Podniósł rękę i skierował dłoń po trzymany przez Saffron dokument. W geście tym zawarte było milczące polecenie.

Upływały długie sekundy. João wpatrywał się w Saffie, słuchając kokieteryjnych słów Lavinii. Wreszcie, po całej minucie, spojrzał na pismo i przymrużonymi oczami przebiegł błyskawicznie treść. Jego twarz stężała.

Sim – zamruczał do słuchawki. Saffie poczuła, że jej wnętrzności wywracają się na drugą stronę. – Ale pamiętaj. Nie jestem cierpliwym człowiekiem. Chcę tego i jestem gotów zagrać w twoją grę, lecz… kiedyś któreś z nas może się znudzić. Bądź gotowa i na taki scenariusz, moja droga. Do następnego razu.

 

João swoim charakterystycznym pstryknięciem palcami zakończył rozmowę. Następnie chłodne, zwężone oczy powędrowały od pisma rezygnacyjnego do jej twarzy.

– Co to ma znaczyć? – spytał niskim, grobowym głosem.

– Dokładnie to, co jest tam napisane. Składam rezygnację.

Błysk niedowierzania przebiegł przez jego oblicze, następnie odwrócił kartkę.

– Z powodów osobistych? – zacytował. – Nie masz prywatnego życia, a więc nie możesz mieć żadnych „powodów osobistych”.

Saffie musiała uodpornić się na bezlitosne lekceważenie, z jakim João traktował wszystko, co stawało na przeszkodzie pomiędzy nim a celem, który chciał osiągnąć.

– Jestem wdzięczna, że mi to tak dokładnie wyjaśniłeś. Dziękuję także za kwiaty i biżuterię, jednak nie będę mogła ich przyjąć.

Na jego twarzy ani na chwilę nie zagościł wyraz niedowierzania, chociaż taki prezent usatysfakcjonowałby każdą koronowaną głowę w Europie.

– Zmierzasz do czegoś, jak rozumiem?

– Wszystko jest w tym liście. Rezygnuję z przyczyn osobistych, zaraz po upływie wymaganego okresu.

João spojrzał na list z pogardą.

– Jesteś jedną z najbardziej kompetentnych, odpowiedzialnych i ciężko pracujących osób, jakie znam. Przez te cztery lata nie było zadania, z którego nie wywiązałabyś się w sposób więcej niż zadowalający. – Wyprostował się w fotelu, uwypuklając kształty swego pięknie zbudowanego ciała.

Saffron ścisnęła uda. Żar przeszył jej wnętrze na wspomnienie tego ciała nad nią, nago, w niej...

– Dziękuję. To miło, że zauważyłeś.

Przez chwilę analizował jej sarkazm.

– Tym bardziej zadziwia mnie, że postanowiłaś ubrać swoją rezygnację w tak… cudaczną formę. Jesteś „zaszczycona możliwością” pracy ze mną? Życzysz mi „świetlanej przyszłości”?

Chciała, by list pozbawiony był aspektu emocjonalnego. Miała mu za złe, że podszedł do tego tak szyderczo.

– Wierz mi lub nie, to wszystko prawda…

– Wszystko to nonsens! – W jego głębokim głosie nie było ani nuty litości. – Nie przyjmuję twojej rezygnacji. Zwłaszcza w tak newralgicznym punkcie moich interesów z Lavinią. Musimy zmienić taktykę. Wyciągniemy ją z jej strefy komfortu. Dasz sobie z tym radę?

Saffron cudem powstrzymała wybuch złości. Była, jak to João zaznaczył, solidna, opanowana i… posłuszna – dodała w myślach.

Te cechy miały przynieść jej, sierocie z Domu Dziecka Świętej Agnieszki, lepszą przyszłość. Miała zostać wybrana spośród wielu innych dzieci. Zawsze jednak był to ktoś inny.

To wszystko powtarzało się niezliczoną ilość razy. Nauczyła się nie okazywać żadnych oznak przygnębienia i rozpaczy, ani nawet gniewu, jak niektóre dzieci. Wreszcie, gdy miała czternaście lat, nadeszła pora i na nią. Nie pokazała wtedy po sobie żadnych oznak radości, by nie zostać źle zrozumianą. Przez dwa lata szczęścia pielęgnowała w sobie tę samokontrolę, aż jej zastępcza matka zaczęła gwałtownie podupadać na zdrowiu.

Saffie przez osiemnaście miesięcy czuwała przy jej łóżku. Nie uroniła ani jednej łzy.

Gdy jej zastępcza matka umarła, na skromnej uroczystości pogrzebowej podtrzymywała na duchu obecnych, przytaczając najczulsze wspomnienia o tej wspaniałej kobiecie, aż na wszystkich twarzach zagościł uśmiech. Płakała w samotności.

Prawie z tym samym opanowaniem odwróciła się i wyszła z gabinetu João. Usiadła przy swoim biurku, po czym wybrała numer, który znała już na pamięć. Po rozmowie wzięła atłasowe pudełko i wróciła do biura swojego szefa.

– Czy coś ci dolega? – zapytał João. Brazylijski temperament stopił powłokę obojętności. – Może wezwać firmowego lekarza?

– To nie będzie konieczne. Czuję się dobrze. Po raz pierwszy od dłuższego czasu widzę rzeczy bardziej przejrzyście.

João stężał.

– I te rzeczy dotyczą porzucenia pracy?

– Tak – odparła.

Cisza trwała całą wieczność.

– Zdajesz sobie sprawę, że mogłaś przedstawić całą masę innych powodów oprócz „przyczyn osobistych”, których szczegóły tak skrzętnie skrywasz?

Ta obserwacja ją zmroziła. Zastanowiła się, czy podświadomie nie dała mu znaku.

– Miałam nadzieję, że to uszanujesz.

– Nigdy się nie zwodziliśmy, Saffie. Twój list jest dla mnie sygnałem ostrzegawczym. Widzę to i chcę poznać przyczyny tej afery.

– Po pierwsze: to nie żadna afera. Po drugie: czy przyszło ci kiedyś do głowy, że nie chcę robić tego do końca życia? Ty zapewne jesteś niezniszczalny, ale niektórzy są świadomi swojej śmiertelności. Wybacz więc, że nie pragnę tyrać siedem dni w tygodniu po osiemnaście godzin dziennie.

Cień przebiegł przez brwi João, a w jego oczach mignęło coś na kształt rozczarowania. Był zawiedziony.

– Więc o to chodzi? Jesteś przepracowana? Masz moją zgodę na zatrudnienie jeszcze jednego asystenta.

Saffie podeszła do biurka i położyła na nim pudełko.

– Nie mogę tego przyjąć – stwierdziła. – Nawet jeżeli nie odejdę. Kwiaty przekazałam na galę dobroczynną lady Monroe. Jest pewna, że ten bukiet zostanie zlicytowany za co najmniej dwadzieścia tysięcy funtów…

– Wystarczy już tego. Powiedz, czego oczekujesz, i zamknijmy ten temat, żebyśmy mogli wrócić do pracy! Jeśli tego chcesz, oddaj kwiaty, ale naszyjnik jest twój.

– João…

– Na pewno nie chodzi o pieniądze. Już teraz płacę ci dziesięć razy więcej niż pozostałym. Mogę potroić tę kwotę, ale musisz zostać…

– Nie chodzi o to.

Kiwnął głową.

Bom, przynajmniej dokądś zmierzamy. A więc o co?

Zadrżała. Nie mogła mu powiedzieć, że głównym punktem zapalnym był jego chłód po wspólnej nocy w Maroku.

– Chcesz wiedzieć, dlaczego odchodzę? Dobrze. Uznałam, że nie jesteś receptą na moje wszystkie problemy.

Zmrużył oczy.

– Co to znaczy? Powiedz jasno!

Saffron poczuła ukłucie gniewu.

– Albo co? Zatrzymasz mnie siłą?

Zapadła cisza. João powoli uniósł się zza swojego biurka. Przy jego wzroście poczuła się jeszcze mniejsza. Powoli zdjął spinki z mankietów koszuli i starannie podwinął rękawy. Saffie nie umiała się oprzeć temu pokazowi męskości. Widok jego umięśnionych, mocnych ramion jeszcze bardziej pobudził jej podrażnione libido.

– Co się dzieje, Saffie? – Mocny głos João wyrwał ją z kiełkującego pożądania.

Nerwowo zacisnęła dłonie na pasku torebki. Wiedziała, że rezygnacja z funkcji jego osobistej asystentki będzie trudna. Zwłaszcza po czterech latach. Nie sądziła jednak, że będzie aż tak ciężko.

Spanikowała. João nie zamierzał jej wypuścić, dopóki nie przedstawi mu jakiegoś dobrego powodu. Nie zdawała sobie sprawy, że nerwowo oblizuje wargę, aż do momentu, w którym zobaczyła jego spojrzenie.

Na moment zniknęły z jego twarzy wszystkie ślady obojętności.

– Pamiętasz, kiedy stałam się twoją asystentką? Miałam tu być dwa tygodnie. Minęły cztery lata.

– Masz ostatnią szansę na podanie mi jakiegoś sensownego powodu, Saffie.

W Saffron zapłonęła nagła potrzeba walki. Ignorując kłującą duszność w piersi, dzielnie postąpiła naprzód.

– Dobrze. Więc chcesz nagiej prawdy? Oto ona. Jesteś genialnym biznesmenem, João, lecz jesteś także bezlitosnym wampirem. Wciąż bierzesz, myśląc, że diamenty, kwiaty i wielkie pieniądze zagwarantują ci władzę nad moim życiem. Odłożyłam swoje plany, a teraz do nich wracam. Rezygnuję z pracy, ponieważ chcę więcej od życia. Marzę o rodzinie, o dziecku, o zamienieniu tego w rzeczywistość.

Przerwała. Wewnątrz cała się trzęsła z emocji przed ostatnimi słowami, które były konieczne:

– Pragnę wolności od ciebie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Cisza, która zapadła po dosadnym monologu Saffie, pulsowała niebywałą intensywnością. Osłupiały João odbierał jednocześnie miliony impulsów naraz.

Szok. Granica furii.

Głębokie rozczarowanie.

Konsternacja.

To ostatnie dominowało. Uczucie, że został złapany z opuszczoną gardą w chwili, w której myślał, że nic mu nie grozi, że wszystko jest doskonale zgrane.

Przez chwilę wpatrywał się w swoją asystentkę, zastanawiając się, czy przypadkiem nie był to jakiś ponury żart. Lecz ona nie miała w zwyczaju żartować z takich rzeczy. Ich relacja była świetnie naoliwioną symbiozą współdziałania, wydajności, wzajemnego uznania dla ciężkiej pracy i dobrze nagrodzonej satysfakcji z odniesionego sukcesu.

Była – pomyślał. – Aż do tej nocy, podczas której upici sukcesem daliśmy upust swoim podstawowym instynktom.

Sądził, że pozostawili to już za sobą. Praca Saffie nie ucierpiała. Interesy miały się coraz lepiej.

Powstrzymując wybuch gniewu, przyjrzał się jej twarzy, na której odnalazł zaciekłą determinację. Zdał sobie sprawę: Ona naprawdę tego chce. Chce odejść, by gonić za marzeniami. Za rodziną. Za dzieckiem.

Poczuł się, jakby nagle został rzucony w wirujący ocean bez kamizelki ratunkowej. W swoim życiu miał ich wiele, na każdą sytuację inną. Chciał mieć pewność, że wszystko w jego otoczeniu można swobodnie zastąpić. Jachty, samoloty, dyrektorzy spółek i przywódcy wolnego świata – wszystko to czekało na jego telefon.

Z wyjątkiem Saffron Everhart. Ona jedna była niezastąpiona.

– Więc, uściślijmy – odezwał się. – Rzucasz karierę. Po co? Dla wewnętrznej podróży, by odnaleźć siebie?

Przez chwilę nie odpowiadała.

– Tak, João. Odchodzę dla siebie, lecz nie porzucam kariery. Mam osiem tygodni zaległego urlopu. Mogę zostać i pomóc przygotować twojego nowego asystenta albo…

Odwrócił się błyskawicznie.

– Trochę się pospieszyłaś. Jeszcze nie zgodziłem się na twoje odejście – rzucił.

Uniosła brodę.

– Na szczęście w tym kraju istnieje prawo, które nie pozwala na zatrzymanie mnie w pracy, której nie chcę wykonywać, czyż nie?

Uśmiechnął się sztucznie.

– Pójdziesz z tym do sądu?

– Jeśli mnie zmusisz.

Był pewien, że mówiła prawdę. To, jak dzielnie znosiła jego wzrok, pod ciężarem którego inni dawno by się ugięli, wyzwalało w nim mnóstwo różnych emocji, a nawet… przyciągało go.

Złapał się na tym, że stoi przed Saffie, obserwując delikatną linię jej szyi. Postanowił natychmiast się otrząsnąć.

– Zamierzasz pracować dla kogoś innego?

– No… tak – przyznała.

– Dla kogo?

– To nie ma znaczenia…

– Oczywiście, że ma. Kto to jest, Saffie?

Jeszcze śmielej uniosła podbródek.

– William Ashby.

Fakt, że Saffron chciała porzucić João dla kogoś o tak wyraźnie niższej randze w biznesie, rozwścieczył go jeszcze bardziej.

– Nie sądziłem, że możesz być tak naiwna, Saffie.

– Słucham?

– Naprawdę sądzisz, że pozwolę ci się zatrudnić u mojej konkurencji? Z całą twoją wiedzą na temat mojej firmy?

– Myślisz, że mogłabym zawieść twoje zaufanie? Po… – ucięła, lecz on już wiedział.

– Po czym? – podchwycił. – Po Maroku? Może wreszcie doszliśmy do sedna tego przedstawienia.

Mrugnęła nerwowo i potrząsnęła głową, kierując jego uwagę na błyszczącą kaskadę włosów. Wyobraził sobie, jak opadają swobodnie na jego ciało.

– Nie doszliśmy – zaprzeczyła Saffie. – Nie chcę o tym rozmawiać.

– A ja chcę. Powiedz mi, że Maroko nie stało się przyczyną tej dzisiejszej sensacji, i przejdziemy dalej. Oczywiście nie do marzeń o rodzinie czy dzieciach, bo, jak oboje dobrze wiemy, nie masz nawet chłopaka.

Ogień zapłonął w oczach Saffie.

– Skąd pomysł, że wiesz o mnie wszystko?

Zbliżył się do niej tak blisko, że czuł wyraźnie delikatny, kwiatowy zapach jej perfum.

– Dowodziłaś organizacją mojego życia przeszło cztery lata. To znaczy, że ja jestem równie świadomy twojego. To nie jest tajemnicą, Saffie…

– Pozwolę sobie nie zgodzić się.

João wciągnął powietrze. Z jakiegoś powodu uparła się go opuścić. I to w najbardziej kluczowym momencie jego życia.

– Chcesz, żebym przeprosił cię za to, co zaszło w Maroku?

Otworzyła szeroko oczy. Ich błękit wciągał go do środka.

– Co? Nie. Mówiłam, że…

– Obawiam się tego, co powiesz. Tak jak obawiam się tendencji kobiet do niemówienia tego, co naprawdę myślą.

Jej oczy rozbłysły.

– Przykro mi, że muszę wyprowadzić cię z błędu, ale nie jestem jak twoje inne kobiety. Jeżeli usłyszane przez ciebie po raz pierwszy w życiu słowo „nie” zrani twoje ego, to…

– Uważaj, Saffie.

 

– Dokładnie o tym mówię – kontynuowała. – Nie chcę być już twoją asystentką. Chcę żyć własnym życiem. Masz moje wypowiedzenie. Kontaktowałam się już z działem kadr. Zaraz po twojej akceptacji przygotują mi świadectwo pracy.

Odwróciła się na obcasie, prezentując sztywny łuk kręgosłupa, krągłe biodra i kuszący kształt pośladków.

– Nie zapomniałaś o czymś?

Zatrzymała się na chwilę, a João wykorzystał ten moment i zdecydowanym krokiem podszedł do niej blisko. Nie mógł pozwolić, by tak po prostu wyszła z jego gabinetu.

– O czym? – wypaliła.

– W twoim kontrakcie widnieje klauzula mówiąca o tym, że każdy twój następny pracodawca musi zostać przeze mnie sprawdzony i zaakceptowany. Myślisz, że pozwolę, żebyś uciekła ode mnie do Ashby’ego?

– Dlaczego mi to robisz?

– Chcę zatrzymać najlepszą osobistą asystentkę, jaką kiedykolwiek miałem.

Kiedyś tym komplementem karmiłaby się cały dzień.

– Jestem pewna, że następna też sobie świetnie poradzi.

Nozdrza João rozszerzyły się.

– Wykorzystasz cały zaległy urlop, jak tylko zamkniemy sprawę wykupienia Archer.

– João…

– Polecisz moim odrzutowcem w dowolne miejsce, jakie wskażesz pilotowi. Obiecuję, że nie będę cię zmuszał do powrotu, zanim porządnie nie wypoczniesz i nie pozbędziesz się tego… utrzymującego się niezadowolenia.

Oferta, którą jej złożył, była więcej niż hojna, lecz mowa ciała João wyrażała totalne niezadowolenie.

– Mówiłam ci. Nie mogę jednocześnie tu zostać i dostać to, czego pragnę.

– Ten zarzut interesuje mnie najbardziej. Z czego wysuwasz to założenie?

– Pracowałam z tobą przez cztery lata. Wiem na przykład, że temat rodziny i dzieci w ogóle cię nie interesuje.

Wzruszył ramieniem.

– Nudzi mnie temat dzieci.

Saffie odetchnęła z bólem w piersi.

– Bądź więc tak miły i się odsuń. Przestanę cię zanudzać.

Postanowiła go obejść. Nagle chwycił ją w talii. Ciepło jego dotyku wywołało w niej dreszcze. Westchnęła. Jej najważniejszą zasadą było: nigdy nie wchodzić z nim w kontakt fizyczny!

Tej lekcji nauczyła się w jedyny w swoim rodzaju, niezapomniany i namiętny sposób.

Umowa Gazociągu Montcrief.

Jej zwykle opanowany szef zachowywał się, jakby coś go opętało. Dostał prawdziwej obsesji na punkcie tego kontraktu.

Wtedy po raz pierwszy Saffie dowiedziała się o istnieniu Pueblo Oliviery. Było jasne, że Montcrief to sprawa osobista, że João zrobi wszystko, by go pokonać.

Swojego ojca.

Sukces był podwójny. Nie tylko przypieczętował umowę z Montcrief, lecz również ubił kolejny wielomiliardowy interes, dzięki któremu stał się właścicielem trzeciego już w swoim dorobku klubu piłkarskiego brazylijskiej Serie A.

Totalne zwycięstwo zwieńczone zostało euforycznym świętowaniem całej kadry wykonawczej. Przyjęcie, na którym nie brakowało połykaczy ognia, żonglerów i egzotycznych tancerek, odbyło się w zapierającej dech w piersi, ekskluzywnej willi w Marrakeszu. W tym zmysłowym otoczeniu, Saffie poddała się pokusie, na której wspomnienie do tej pory odczuwała skurcze żołądka i gorączkę podekscytowania.

Chciała móc zrzucić winę za te wydarzenia na zbyt wiele lampek Krug Clos d’Ambonnay lub na pierwszy wykonany przez siebie taniec brzucha, kiedy ubrana w sporo odsłaniający kostium i ozdobiona egzotyczną biżuterią poczuła się tak kobieco i seksownie.

Lecz nie mogła. Prawdziwym powodem był wyraz twarzy João, gdy oparty o kamienny filar przypatrywał się jej tańcowi. Dlatego poszła w jego kierunku, kołysząc biodrami. Sekundę później czuła już ciepło uścisku, gdy ujął jej talię. Przez chwilę patrzył jej w oczy, po czym pocałował z intensywnością, jakiej do tej pory nie znała.

Ten pocałunek rozpalił ich krew. I kiedy wziął ją wówczas na ręce, bez chwili wahania oplotła ramionami jego szyję. Wyniósł ją wtedy z przyjęcia, prosto do swojego apartamentu.

Wtedy poznała, jak to jest, być upitą pożądaniem i uwagą João. Zdobył ją wówczas i obawiała się, że jej życie już nigdy nie będzie takie jak dawniej.

– Nie jesteś jak inni, Saffie. Nie nudzisz mnie – wyrwał ją z zadumy chrapliwy głos. Przypomniała sobie, gdzie się znajduje. Przypomniała sobie też, jak wtedy w Maroku, po wspólnej nocy, przywitał ją z taką obojętnością, jakby się nic nie stało.

– Co to ma znaczyć?

Spojrzał na miejsce, gdzie trzymał dłoń. Jego kciuk powoli przesuwał się po jej skórze.

– Jesteś moją prawą ręką – powiedział, a jego akcent delikatnie się wzmocnił. – Jednym z najważniejszych trybików w mojej biznesowej maszynie. Byłbym idiotą, gdybym pozwolił na odejście tak wartościowej osoby.

Trybik. Biznes. Wartość.

Trzy krótkie pojęcia, a w nich wszystko to, czym zawsze będzie dla João.

– Naprawdę zamierzasz to zrobić? Chcesz zrezygnować z kariery? – naciskał.

Znalazła w sobie siłę, by spojrzeć mu w twarz.

– By móc cię opuścić, tak – odparła.

Jego bystry wzrok lustrował ciało Saffie, zatrzymując się na nerwowo unoszących się i opadających piersiach pod jedwabną fioletową bluzką, długich nogach i kształtnych biodrach.

– Nic nie zmieni twojego zdania?

Szaleńcze tempo życia João nie pozwalało na snucie dalekosiężnych planów. Na pewno nie takich, w których pojawia się rodzina i dziecko.

Niezliczoną już ilość razy wyjeżdżali do Aspen tylko po to, by po pierwszym zjeździe na nartach João żądał szwajcarskich Alp. Tego samego dnia.

Budził ją w środku nocy, by odwiedzili chilijską winnicę, którą następnie kupił w przypływie natchnienia za czterdzieści milionów dolarów. Niedługo później jego prywatny odrzutowiec startował z prywatnej greckiej wyspy.

To nie mogło już dłużej trwać.

– Nie – odparła. – Nic, co mi powiesz, nie zmieni…

– Wiem, że chodzi o Maroko. Dokładnie o seks w Marrakeszu, czyż nie? – bez pardonu wszedł jej w słowo.

Saffie poczuła, że opada z sił. Na szczęście były za nią drzwi, o które mogła się oprzeć. Miała niejasne wrażenie, że chyba głupio otworzyła usta.

– Co? – zamruczała, nie poznając własnego głosu.

– To był błąd, który nie powinien się przydarzyć. Jeżeli cię to usatysfakcjonuje do tego stopnia, że zechcesz zostać, to przepraszam.

– Ja… Nie…

– Nie przyjmujesz moich przeprosin? – Oczy João zapłonęły. – Może nie wierzysz w ich szczerość?

Prawie się roześmiała.

Doskonale wychodziła mu bezwzględność i arogancja, lecz zawsze mówił to, co naprawdę myślał. Dlatego Saffie uwielbiała pracować dla niego. Powstała między nimi specyficzna synergia, efekt bliskiej współpracy na wielu płaszczyznach, podkreślony dodatkowo tym, że w towarzystwie jego wybitnego umysłu nigdy się nie nudziła.

– Nie. To nie o to chodzi.

Uniósł lekko jej podbródek, zmuszając, by spojrzała mu w oczy.

– Trzy miesiące, Saffie. Tylko o tyle proszę. Zamkniemy sprawę z Archer i będziesz mogła odejść. Jeśli zechcesz.

Poczuła jego zapach, gorący, sugestywny i ziemisty. Mieszał się z zapachem wody kolońskiej. Ruszyła niezgrabnie, niczym niewidoma, w kierunku drzwi.

– Saffie – usłyszała niski gardłowy głos. – Dokąd idziesz?

– Na zewnątrz, zaczerpnąć powietrza. Albo z powrotem do swojego biurka, wszystko jedno, moja odpowiedź to w dalszym ciągu: nie.

Sięgnęła do drzwi, lecz od ich pchnięcia powstrzymał ją ciężar ciszy. Zwalczyła w sobie potrzebę odwrócenia się, by sprawdzić reakcję João. Milczenie oznaczało, że jego umysł właśnie się kalibruje i przelicza nowe dane.

– Potrzebuję cię.

Z wrażenia wciągnęła oddech. Przez ponad cztery lata nie słyszała, by João kogoś potrzebował. On chciał, pożądał, brał…

Odwróciła się.

– Pogrywasz sobie ze mną, João?

Stał przed nią wyprostowany, z rękami opartymi o biodra.

– Chcę, żebyś została. I zrobię wszystko, żeby tak się stało. Tym bardziej że znasz mnie lepiej niż ktokolwiek na tym świecie.

Jeśli chodzi o interesy – dodała błyskawicznie komentarz w swojej głowie.

Odgadywała jego potrzeby i zabezpieczała je bezbłędnie, ale nie znała intymnych szczegółów jego życia. Zdążyła się jedynie zorientować, że João Oliviera wybił się z brazylijskich faveli do grona najpotężniejszych ludzi na całej planecie. Media nieustannie informowały o jego przeszłości, a notka biograficzna na stronie kompanii zawierała aż trzy akapity, lecz poza informacją o śmierci jego matki w młodym wieku trzydziestu pięciu lat nie było w nich niczego naprawdę osobistego.

Nie znała przyczyny powstania głębokiej blizny na wewnętrznej stronie lewej dłoni. Nie wiedziała, skąd wysyłał jej lakoniczne życzenia w przededniu Bożego Narodzenia, po których zawsze znikał na dwadzieścia cztery godziny.

Wiedziała za to, że przez życie prowadzi go wściekła intensywność, na granicy obsesji.

– Tak naprawdę wcale cię nie znam, João. I nie ma nic złego w tym, że chcę wybrać inną drogę.

Na jego szczęce drgnął mięsień.