Siedem dni w raju

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Czasami wystarczała tylko chwila słabości, by obalić królestwo.

Zakary Montegova doskonale zdawał sobie z tego sprawę i kiedy Violet odskoczyła od niego jak oparzona i podeszła do samochodu, w milczeniu przyglądał się idealnej linii jej pleców i krągłym biodrom.

Dio mio, czyż przykład własnego ojca nie był dostateczną nauczką? Skutki tamtych wydarzeń straszyły na królewskim dworze do dziś, objawiając się przesadną ostrożnością, jak w przypadku Remiego, katuszami przeżywanymi w milczeniu przez królową Isadorę czy wreszcie hulaszczym trybem życia przyrodniego brata Zaka i Remiego, Julesa, który był fizyczną manifestacją wiarołomności zmarłego króla.

Zak dobrze pamiętał, jak po śmierci ojca wyszły na jaw jego zdrady, co doprowadziło kraj do niestabilności. Tę z kolei gotowi byli wykorzystać chciwi władzy generałowie.

Chwile słabości miały też moc łamania najsilniejszych charakterów.

Właśnie z tego powodu Zak prowadził życie, na które składała się praca, wytrwałość i podejrzliwość wobec wszystkich i każdego z osobna. Jak na razie żadnej kobiecie nie udało się zawładnąć na dłużej jego uczuciami ani nawet myślami. Ani trochę nie żałował, że to Remi miał objąć tron i postarać się o potomstwo.

Dlaczego zatem pozwolił, by sześć lat temu Violet Barringhall zalazła mu za skórę tak mocno? Początkowo nie chciał iść na jej przyjęcie urodzinowe, zresztą wbrew woli matki, która przyjaźniła się z Margot Barringhall, plotkarą, oportunistką i miłośniczką brukowej prasy. Była uosobieniem wszystkiego, czego Zak nie znosił, ale jego matka z jakiegoś względu ceniła sobie tę przyjaźń. Ostatecznie więc poszedł i od chwili, gdy poznał dorosłą wersję nastolatki, którą widział przedtem zaledwie dwa razy w życiu, nie był w stanie oderwać od niej oczu. Godzina, którą planował spędzić na przyjęciu, zmieniła się w dwie, potem w cztery.

Siedział tam, mimo że nie przypadli mu do gustu znajomi Violet. Potem poszedł za nią do ogrodu. Zastanawiał się, czym to się skończy. Wyobrażał sobie nawet, że to próba wytrzymałości, z której wyjdzie zwycięsko, pokonawszy nieznośne ciśnienie w spodniach i palącą potrzebę dotykania Violet. Chciał sprawdzić, co go tak w niej pociągało.

Więc poszedł za nią. Pieścili się i całowali. Ale to tylko rozpaliło jego apetyt. Zmusiło do przeprowadzenia gruntownego śledztwa w sprawie rodziny Barringhallów. Nie czuł się z tego powodu winny. Robił tak zawsze, by uniknąć powtórki skandalu, na jaki naraził rodzinę jego ojciec. Na poważnie rozważał także możliwość nawiązania romansu z Violet.

Niestety odkrył, że Barringhallowie nie są odpowiednim towarzystwem. Przede wszystkim tkwili w długach aż po szyję. Hrabia Barringhall roztrwonił większość majątku, częściowo z powodu nieudanych inwestycji, a częściowo z powodu życia ponad stan, po czym zmarł, zostawiając rodzinę w tarapatach. Hrabina Barringhall zaś przejęła obowiązki po mężu i postanowiła podreperować finanse, sprzedając pikantne historyjki brukowcom, a gdy córki osiągnęły pełnoletność, wydać je za mąż za kogokolwiek, kto miał pieniądze, ale brakowało mu arystokratycznego tytułu.

Zak wpadł w furię, gdy zrozumiał, że omal nie wpadł w pułapkę zastawioną przez Margot Barringhall. Telefon od jego matki trzy miesiące temu z prośbą, by przyjął Violet na staż, tylko umocnił jego ostrożność.

Od jej przybycia do Nowego Jorku celowo zasypywał ją zadaniami, sądząc, że w końcu się załamie i zrezygnuje lub choćby poprosi Margot o wstawienie się za nią.

Nigdy się tego nie doczekał. Wściekły z powodu porażki, zrzucił na jej szczupłe barki jeszcze więcej niewdzięcznej pracy. To także nie pomogło. Violet miała talent organizacyjny i doskonale czuła cele fundacji, tak więc radziła sobie nawet z niemożliwymi zadaniami i terminami.

Zak nie należał do ludzi, na których łatwo było zrobić wrażenie. Owszem, Violet Barringhall okazała się twardszym orzechem do zgryzienia, niż początkowo myślał, ale pamięć o jej gibkim ciele, westchnieniach rozkoszy i niecierpliwych dłoniach obejmujących jego twarz wtedy w ogrodzie dowodziła, że miała także inne ukryte talenty.

Wyczuwał w tym podstęp. Pozwalając sobie na pochwały czy wręcz ignorując zagrożenia, mógł popełnić błąd, który kosztowałby bardzo wiele jego rodzinę.

Dlatego wolał się trzymać z dala od wysokiej, posągowej piękności z błyszczącymi orzechowymi włosami i oczami w kolorze turkusowych wód u wybrzeży Montegovy.

Wsiadając do samochodu, ukradkiem obserwował, jak Violet z gracją zakłada nogę na nogę. Siedziała wyprostowana z dłońmi ułożonymi na torebce i głową lekko przechyloną pod idealnym kątem. Znać było efekty edukacji w prywatnych szkołach dla panien z wyższych sfer. Jedynie pulsująca szybko żyłka u nasady szyi sygnalizowała, że Violet wcale nie była aż tak pewna siebie, jak to chciała pokazać.

Wpatrywał się w kremowy odcień gładkiej jak aksamit skóry stworzonej wprost do tego, by obsypać ją pocałunkami…

Basta!

Zmienił pozycję, ale było mu niewygodnie. Spróbował więc kolejnej.

Dio mio, co się z nim działo? Po raz pierwszy od bardzo dawna czuł niepokój.

– W jaki sposób zamierza pani robić notatki? Nie widzę żadnego notesu – rzucił zły, kierując spojrzenie na maleńką torebkę leżącą na kolanach Violet.

– Mam aplikację w telefonie. Można robić krótkie notatki albo nagrać spotkanie, a następnie wykonać transkrypcję. W ciągu godziny protokół jest gotowy.

– A gdybym chciał go mieć szybciej?

– Wtedy zapytałabym, po co iść na przyjęcie, jeśli Wasza Wysokość ma inne pilniejsze sprawy do załatwienia. Proszę nie zrozumieć mnie źle. Doskonale wiem, że Wasza Wysokość jest mistrzem wielozadaniowości, ale taka informacja pomogłaby mi określić priorytety na dzisiejszy wieczór.

Limuzyna zatrzymała się przed ambasadą Montegovy, co wybawiło Zaka z konieczności udzielenia odpowiedzi.

– Cóż, tego dowiemy się w trakcie spotkania – powiedział enigmatycznie i wysiadł, po czym przeszedł na drugą stronę i podał jej dłoń, gdy wychodziła z auta.

Przyjęła pomoc i zgrabnym ruchem postawiła nogę na chodniku. Zak zdążył poczuć przyjemne ciepło i zatęsknił za nim niemal od razu, gdy cofnęła dłoń.

Generał Pierre Alvardo, minister obrony w rządzie Montegovy, czekał już na nich w przestronnym holu na parterze.

– Dziękuję Waszej Wysokości za spotkanie. Sprawa jest niecierpiąca zwłoki, inaczej nie niepokoiłbym Waszej Wysokości o tak późnej porze.

– Sam to ocenię – powiedział Zak, który przyjął zaproszenie tylko dlatego, że Alvardo znany był ze swojej porywczości. Królowa matka nie mogła się z nim spotkać z uwagi na obowiązki parlamentarne, a z kolei Remi wyjechał z misją dyplomatyczną na Bliski Wschód.

Alvardo obrzucił ciekawskim spojrzeniem Violet, po czym przeszedł na język ojczysty księcia.

Zak niemal od razu podniósł dłoń.

– Możesz mówić po angielsku. Lady Barringhall podpisała umowę o poufności i jest świadoma konsekwencji jej naruszenia.

Violet uśmiechnęła się uspokajająco.

– Lady Barringhall nie trzeba o tym przypominać, Wasza Wysokość.

Alvardo tylko otworzył szerzej oczy, ale nie skomentował riposty. Będąc ministrem obrony, wiedział, że nie wszystko i nie zawsze należy mówić.

W sali konferencyjnej Zak poczekał, aż Violet uruchomi aplikację, i od razu przystąpił do rzeczy.

– Czy chodzi o grupę dysydentów, o której informowano mnie dwa miesiące temu?

Alvardo kiwnął twierdząco.

– Wywiad przekazał, że grupa się powiększyła i prawdopodobnie szykuje rebelię Playagovie.

– Prawdopodobnie? Nie ma potwierdzonych informacji na ten temat? – zaniepokoił się Zak.

Alvardo uciekł spojrzeniem.

– Nie udało nam się wprowadzić tam naszego człowieka.

– Rozumiem, że potrzebny jest wniosek o możliwość otwartego ścigania grupy?

Minister ponownie pokiwał głową.

– Chciałbym prosić Waszą Wysokość o instrukcje.

– Taka akcja może wywołać panikę.

– Wydaje mi się, że to niewysoka cena w zamian za uzyskanie pewności co do ewentualnych zamiarów grupy.

– Ja tak nie uważam – sprzeciwił się Zak.

Spojrzał na Violet, czując, że ta mu się przygląda. Natychmiast spuściła oczy, skupiając się na telefonie.

– Ależ… Wasza Wysokość – Alvardo urwał i Zak odniósł wrażenie, że minister waży słowa. – Jeśli szybko nie zareagujemy, cała sprawa może się wymknąć spod kontroli.

– W takim razie proszę podwoić wysiłki i zamiast domysłów dostarczyć mi dowody. Nasz naród przeszedł dostatecznie wiele i nie potrzeba nam kolejnej fali niepokojów spowodowanych pogłoskami. Obserwujcie ich nadal bez podejmowania działań i raportujcie wszelkie zmiany – powiedział, postanawiając, że przyjrzy się sprawie sam.

Niedawna decyzja matki o ustąpieniu z tronu i przekazaniu władzy Remiemu nie została jeszcze oficjalnie ogłoszona. W takiej sytuacji konieczny był ostrożny monitoring wszelkich ryzyk. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała Montegova, był kryzys, czy to polityczny, czy wojskowy.

– To wszystko – dodał i generał wstał, skłonił się, po czym opuścił salę.

Zak zauważył, że Violet zmusza się do zachowania milczenia. Przetrzymał ją jednak, aż samochód wydostał się z ruchliwego Midtown i zmierzał w stronę Upper East Side, gdzie odbywało się przyjęcie.

– Jeśli ma pani pytania, proszę je zadać.

– Czy naprawdę należy się obawiać tych dysydentów?

Zak wzruszył ramionami.

– Zagrożenie zawsze istnieje. Sztuka polega na tym, by oddzielić sygnał właściwy od nieistotnego szumu.

– Ale to, o czym mówił generał, wyglądało poważnie.

 

– Alvardo jest ministrem obrony. Uważa, że źle wykonywałby swoje obowiązki, gdyby nie alarmował o wszystkim, co zauważy.

– I nie budzi to obaw Waszej Wysokości?

– Nauczyłem się zaglądać pod powierzchnię. Generał przygotowuje dla mnie raporty, które sam weryfikuję. Jeśli to konieczne, badam sprawę głębiej. Prawda i tak zawsze wychodzi na jaw – dodał, przypominając sobie sekrety ojca, które wykryto dopiero po jego śmierci. Miało to być także ostrzeżenie dla Violet. Jeśli knuła coś wspólnie z matką, niech wie, że on będzie na wszystko przygotowany.

Przyglądał jej się, gdy skromnie spuściła wzrok, a następnie odwróciła twarz, udając zainteresowanie scenerią za oknem.

– Myśli Wasza Wysokość, że tym razem sytuacja też wymaga głębszego zbadania? Naprawdę ktoś chce obalić królestwo? – zapytała znowu, a z jej oczu wyzierał autentyczny niepokój. Jeśli planowała porzucić tytuł lady i zostać księżną, było to nawet zrozumiałe.

Znowu wzruszył ramionami.

– Są tacy, którzy myślą, że monarchie nie mają przyszłości.

Obserwował jej reakcję. Wyglądała na zmartwioną, ale nie dostrzegł desperacji, jakiej można by się spodziewać po kimś, komu właśnie rozpada się misternie ułożony plan. A może była lepszą aktorką, niż mu się zdawało?

– I co Wasza Wysokość na to?

– Nie po to moi przodkowie walczyli o swój kraj, byśmy teraz oddali go w ręce rebeliantów. Zresztą na tronie Montegovy nie zasiadają krwiopijcy i despoci. Zarówno matka, jak i brat są członkami parlamentu. Ich głos liczy się tak samo jak głosy innych parlamentarzystów. Jako głowa państwa, królowa ma oczywiście pewne uprawnienia, ale nie stoi ponad prawem. Jeżeli ktoś czuje, że został potraktowany niesprawiedliwie, ma wiele możliwości dochodzenia swoich praw w legalny sposób, a nie w drodze rewolucji.

– Ale przecież przodkowie Waszej Wysokości także tłumili krwawe powstania.

Zak uśmiechnął się pobłażliwie, choć do dziś pamiętał strach mrożący krew w żyłach, kiedy dekadę temu Montegova stanęła na skraju rewolucji.

– Dokładnie. Po co zatem powielać złe wzorce, jeśli możemy postępować w cywilizowany sposób?

– Dlaczego Wasza Wysokość udaje nonszalancję przy tak poważnym temacie?

Zak spiął się, czując, że on także jest pod baczną obserwacją.

– Może po prostu zastanawiam się, skąd to nagłe zainteresowanie Montegovą? – skontrował.

Zmieszała się, lecz tylko na chwilę.

– Pracuję dla Waszej Wysokości, więc interesuję się tym zawodowo. Po drugie, moja matka pochodzi z Montegovy.

Oczywiście wiedział o tym. Pamiętał, że Barringhallowie lubili wykorzystywać swoje powiązania z Montegovą, jeśli akurat było im to na rękę.

– Jest pani zatem obywatelką naszego kraju w jednej czwartej – powiedział i uśmiechnął się cierpko. – Jak często odwiedza pani nasz piękny kraj?

Violet zaczerwieniła się.

– Nie tak często, jak bym chciała – odparła, unosząc wyżej głowę.

– Czyli nigdy. Dobrze zgaduję?

Nie odpowiedziała. Może czas już, by przycisnąć ją mocniej. Powiedzieć, że przejrzał jej plan i skończyć z tą niebezpieczną dla niego zabawą.

– Zgodnie z résumé zwiedziła pani pół świata. W mediach społecznościowych widziałem też sporo zdjęć z podróży. Jak to się stało, że nie odwiedza pani kraju swoich niebrytyjskich przodków? Proszę wybaczyć, ale tak nagłe zainteresowanie sytuacją Montegovy jest w tej sytuacji nieco dziwne.

– Podróże sfinansowałam z wpłat anonimowych darczyńców. Zajęło mi to cztery lata, a zdjęcia dokumentują moją pracę. Moja praca polega na podnoszeniu świadomości lokalnych społeczności.

Zak uśmiechnął się kpiąco.

– Jest pewna różnica między podnoszeniem świadomości, a podbijaniem własnej popularności.

– Naprawdę? Można wiedzieć, czy poza oficjalną stroną internetową posiada Wasza Wysokość sekretne konto prywatne, z którego podgląda życie innych ludzi?

– Nawet jeśli posiadam, to na pewno go nie ujawnię.

Violet zagotowała się z gniewu.

– Jak większość ludzi, wierzy Wasza Wysokość w bzdury wypisywane o mojej rodzinie. Stąd ta podejrzliwość – stwierdziła tylko, nie próbując nawet ukryć rozczarowania w głosie.

– Większość to nie bzdury, lecz fakty.

Zacisnęła usta, a on jak zaczarowany wpatrywał się w różowe wargi, próbując sobie przypomnieć ich smak.

– Kwestia do dyskusji, w której pozwolę sobie nie wziąć udziału. Zdaje mi się, że jesteśmy na miejscu – dodała z wyraźną ulgą.

Zak rzucił okiem w stronę okna i zirytował się. Był tak zaabsorbowany osobą Violet, że kompletnie stracił poczucie miejsca i czasu. Zdziwiło go też, że odrzuciła propozycję kontynuowania rozmowy i nie miała zamiaru bronić dobrego imienia swojej rodziny.

Nie pamiętał, by jakakolwiek kobieta zbyła go w taki sposób. Zaintrygowało go to. Bez słowa wpatrywał się w intensywnie niebieskie tęczówki siedzącej naprzeciwko Violet. Patrzyła na niego z ostrożnością i wyrzutem.

– Wasza Wysokość…

– Zak.

– Słucham?

– Prywatnie możesz mi mówić po imieniu, jeśli masz ochotę – powiedział szybko, przechodząc na ty. Sam był zdziwiony podjętą bez zawahania decyzją.

Nic nie odpowiedziała. Wyczuł jednak, że nie skorzysta z propozycji.

– Spóźnimy się, Wasza Wysokość! – Spojrzała znacząco w stronę drzwi.

Iskra przebiegła przez jego ciało, rozpalając temperament. Do diaska, był przecież księciem. Drugim w kolejce do tronu niedużego, lecz zamożnego państwa. Niewielu ludzi miało odwagę mu się sprzeciwić. Natomiast Violet Barringhall na każdym prawie kroku stawiała opór.

Mógłby przywołać ją do porządku. Miał sporo możliwości. Ale może należało spróbować czegoś innego, czyli przyjąć zasady gry wymyślonej przez Margot i Violet Barringhall. Wysłać im komunikat, jakiego oczekiwały.

Violet zamrugała powiekami, przyciągając znowu jego uwagę do uwodzicielskich oczu. Od dłuższego czasu nie miał kobiety.

Kiwnął dłonią w stronę kierowcy. Drzwi się odblokowały i Zak wysiadł, stając naprzeciw wymierzonym w niego kamerom i aparatom. Ignorując reporterów, podał dłoń wysiadającej Violet, a następnie zaoferował jej ramię i ruszyli w stronę otwartych na oścież dwuskrzydłowych drzwi, stąpając po czerwonym dywanie.

Reporterzy zarzucali ich pytaniami ze wszystkich stron, ale Zak nawet nie przystanął, by udzielić krótkiego wywiadu. Wiedział nie od dziś, że media i tak opublikują, co chcą, zniekształcając jego wypowiedzi i naginając rzeczywistość.

Ale kiedy padły pytania o to, kim jest Violet i czy od dawna się spotykają, Zak uśmiechnął się tajemniczo. Przynęta została zarzucona. Tym razem to on wykorzysta media do swoich celów.

Coś się zmieniło, ale Violet nie umiała dokładnie powiedzieć, od którego momentu. Zak oprowadzał ją po ogromnej sali balowej pełnej ludzi, jakby przyszła tu z nim prywatnie, a nie służbowo. Na szczęście napięty plan dnia wieczoru wybawił ją z konieczności zastanawiania się nad tym.

– Przed kolacją ma Wasza Wysokość trzy krótkie spotkania. Pierwsze z udziałem boliwijskiego attaché. Już tu idzie, zdaje się – szepnęła nerwowo i pod pretekstem sięgnięcia do torebki puściła jego ramię.

Zak kiwnął głową, ale zdążył chwycić Violet za łokieć, zanim zdążyła uciec.

– Zostań. Przy tobie nie będzie przeciągał rozmowy w nieskończoność. Przyda ci się to w pracy, kiedy już wrócisz do Anglii.

Oczywiście musiał znowu przypomnieć, że praca Violet ma charakter tymczasowy.

– Zostanę, jeśli Wasza Wysokość uważa to za konieczne – odparła sztywno.

– Czyżbym wyczuwał lekki dyskomfort w tonie głosu?

– Oczywiście, że nie – odrzekła i uśmiechnęła się jak najszczerzej.

Zignorowała kpiący uśmieszek, kiedy przedstawiał ją attaché jako lady Barringhall, ale przy kolejnym spotkaniu już nie wytrzymała.

– Dlaczego Wasza Wysokość nie przedstawi mnie tylko imieniem i nazwiskiem? Nie posługuję się tytułem od dawna. Zresztą, kogo obchodzą w dzisiejszym świecie tytuły?

– Nie rozumiem – powiedział, ale przecież doskonale rozumiał.

– A może to jakiś test? – zapytała, przypominając sobie, że szefowie bywają zdolni do różnych sztuczek, by sprawdzić pracownika.

– Wszystko jest testem, Violet.

– Odnoszę wrażenie, że uraziłam czymś Waszą Wysokość.

– Przecież użyłem tylko twojego tytułu, dlaczego uważasz to za atak?

Violet zastanowiła się, czy nie przesadza, ale pokusa odkrycia prawdy okazała się silniejsza.

– Może w takim razie od razu to wyjaśnimy, żeby oczyścić atmosferę.

Oczy Zaka rozbłysły złowieszczo.

– Nareszcie przechodzimy do sedna. Czy to jest ten moment, w którym przyznajesz się do prawdy?

Violet ściągnęła brwi w zastanowieniu.

– Do prawdy?

– Że całe to przedstawienie, które odgrywasz, ma ukryty cel?

– Naprawdę nie rozumiem. Wasza Wysokość chyba nie sądzi, że planuję go uwieść? – Violet spojrzała z miną taką, jakby się miała roześmiać w głos.

Storpedował ją spojrzeniem.

– A nie taki masz plan? Trzeba było powiedzieć od razu. Zaoszczędzilibyśmy sobie niedomówień.

Przyjrzała mu się uważnie i dostrzegła coś, o czym prawie zdołała zapomnieć. Żar w oczach, taki sam jak tamtego wieczora w ogrodzie.

– Celowo przekręca Wasza Wysokość moje słowa. Nie mam żadnego planu ani ukrytego celu. To niedorzeczne – powiedziała podniesionym głosem, aż kilka osób stojących w pobliżu odwróciło głowy.

W tym samym momencie rozległ się dyskretny dzwonek, sygnalizujący koniec koktajlu.

– Dokończymy później – powiedział książę i spojrzał na zegarek.

– O nie! – syknęła Violet. – Powiedziałam już wszystko, co miałam do powiedzenia. Nie interesuje mnie, co Wasza Wysokość myśli o moich motywach i…

– Czyżby? Przecież jesteś tu tylko po to, by dostać ode mnie listy polecające po zakończeniu stażu.

– Jestem tu po to, żeby pracować. Jeśli to nie jest kolejny test, to może forma szantażu? Mam wziąć udział w jakiejś chorej grze, bo inaczej nie wystawi mi Wasza Wysokość dobrej opinii? O to chodzi?

Zak uśmiechnął się z pobłażaniem.

– Lepiej nie rzucać na oślep oskarżeń, bo może się okazać, że to ty prowadzisz grę.

Aksamitny głos podszyty był szyderstwem, a twarz Zaka wyrażała absolutne opanowanie.

Violet nie miała najmniejszego zamiaru dać się zastraszyć.

– Robię wszystko, czego Wasza Wysokość ode mnie wymaga, ale jeśli marnuję czas, bo Wasza Wysokość i tak nie zamierza tego docenić, to proszę przynajmniej mieć odwagę powiedzieć mi to wprost i zakończymy naszą współpracę jeszcze dziś – rzuciła gniewnie. Serce biło jej jak szalone. Nigdy w życiu nie była równie wzburzona.

Podeszli do stolika. Zak odsunął krzesło i zaczekał, aż usiądzie, a gdy to zrobiła, pochylił się.

– Kilka tygodni biegania po biurze i nadskakiwania mi raczej nie wystarczy. Jeśli chcesz otrzymać te listy polecające, musisz się postarać. A uwodzenie zostawmy na później. Kto wie, może nawet zechcę cię przenocować u siebie.

Violet zaczerwieniła się z ledwie skrywanej złości i osobliwego podniecenia, jakie wywołała bliskość Zaka i ciepły oddech, który czuła na szyi.

– Co takiego mam jeszcze zrobić, żeby Wasza Wysokość docenił moją pracę? – zapytała, próbując zapanować nad drżeniem głosu.

Zak usiadł na swoim miejscu i przez chwilę przyglądał się jej zaróżowionej twarzy. Gdy się złościła, była jeszcze bardziej pociągająca.

– Skoro już o to pytasz, mam pewien pomysł. Fundacja zamierza wybudować osadę ekologiczną w Tanzanii. To inicjatywa realizowana wspólnie z rządem. Ma pomóc w rozwijaniu branży turystycznej, by zapewnić dochód lokalnej ludności. Chętnie posłucham, co mogłabyś wnieść do tego projektu.

Violet poczuła nagły przypływ ekscytacji, jak zawsze, gdy słyszała o nowych inicjatywach.

– Jak dużą osadę?

– Trzydzieści domków wypoczynkowych na początek i zaplecze cateringowe. Drugie tyle w kolejnych etapach budowy.

– Mogę pomóc w weryfikacji wolontariuszy i wybrać takich, którzy rzeczywiście chcą pracować, a nie pojechać na darmową wycieczkę.

Zak skinął głową z niejakim uznaniem.

– To cenna pomoc. Kilku jest już na miejscu, ale większość będzie rekrutowana w najbliższych tygodniach.

Violet zastanowiła się.

– Za niecałe trzy miesiące rozpocznie się pora deszczowa. Jeśli nie chce Wasza Wysokość, by projekt stanął w miejscu, trzeba zrobić jak najwięcej w te trzy miesiące.

 

Zak uśmiechnął się zadowolony. Najwyraźniej zdała test.

– Proszę uwzględnić mnie w tym projekcie. Mój staż dobiega końca, mogłabym przenieść się do Tanzanii i pomóc przy budowie ośrodka.

Tym Zak nie był zaskoczony. Propozycja wręcz podbudowała jego sceptycyzm.

– Nie byłabyś pierwszą arystokratką, która próbuje zdobyć popularność dzięki takiemu projektowi. Od razu powiem, że to niemożliwe.

– Proszę tylko, aby Wasza Wysokość pozwoliła mi przez kilka tygodni robić to, co umiem najlepiej. Czy można być aż tak cynicznym, by nie dać komuś spróbować?

Tym razem uśmiechnął się lodowato.

– Jesteś dziś w bardzo bojowym nastroju.

– Taki mam charakter i nie boję się ciężkiej pracy. Może to Wasza Wysokość łatwo sprawdzić, wysyłając mnie do Tanzanii.

Pochmurnym spojrzeniem przygwoździł ją do krzesła. Jednak zanim zdążył odpowiedzieć, na podium pojawiła się znana celebrytka, która często prowadziła zbiórki i bale charytatywne. Spojrzała kilka razy w stronę stolika, przy którym siedział Zak, a ten kiwnął jej głową. Violet porzuciła na chwilę rozmyślania o osadzie w Tanzanii.

Kobieta była starsza od Zaka jakieś dziesięć lat, ale wyraźnie go kokietowała. Nie przeszkadzało jej nawet to, że był w towarzystwie. Violet nie mogła jej za to winić. Być może starała się mu przypodobać, a może po prostu umiała wprawić gości w dobry nastrój. Dzięki temu chętniej sięgali po portfele lub książeczki czekowe.

Na koniec kobieta zapowiedziała krótkie wystąpienie księcia Zakary’ego Montegovy. Zak podniósł się i wokół rozległ się cichy szmer podziwu.

W kilka sekund zdobył serca słuchaczy, którzy kiwali głowami, gdy omawiał potrzeby fundacji i liczne projekty związane ze wspieraniem najuboższych społeczności.

– Dla potwierdzenia moich słów dodam, że lady Violet Barringhall, moja specjalna doradczyni przy najnowszym projekcie, który realizujemy w Tanzanii, poinformowała mnie o nadchodzącej porze deszczowej, co zmusza nas do przyspieszenia prac. To oznacza, że musicie się państwo pospieszyć, by zdążyć na nasz pociąg ku przyszłości – dodał z czarującym uśmiechem.

Niektórzy z gości roześmiali się, inni zaczęli klaskać, jeszcze inni obracali się z zaciekawieniem w stronę Violet, zastanawiając się, czy mogłaby im ułatwić dojście do kogoś tak znamienitego jak książę Montegovy.

Violet zupełnie nie zwróciła na to uwagi. W całości pochłonięta była tym, że Zak przedstawił ją jako swoją doradczynię. Serce zabiło jej jeszcze mocniej, gdy spojrzenie Zaka zatrzymało się na niej. Kilka sekund później zaczęła grać muzyka, goście wrócili do przerwanych rozmów, a Zak zajął miejsce przy stoliku.

– Wasza Wysokość powinna mnie uprzedzić – zaczęła Violet, ale w jej głosie nie słychać było wyrzutu, tylko podekscytowanie. Uwielbiała misje na drugim końcu świata, gdzie mogła się skupić na pomaganiu innym.

– Myślałem, że mi podziękujesz – odparł Zak i Violet powstrzymała język.

– Dziękuję za tę możliwość i zanim Wasza Wysokość znowu zwątpi w moje kompetencje, zapewniam, że jestem gotowa do pracy.

– Wystarczy jeden fałszywy krok i…

– Nie będzie fałszywych kroków – zapewniła żarliwie. Wiedziała, że nie może pozwolić sobie na błędy, inaczej nigdy nie pozbędzie się fatalnej opinii, za którą odpowiadali jej rodzice.

– Świetnie. Wyjeżdżamy za tydzień. Jutro możesz wziąć wolne i zacząć się pakować.

– Wyjeżdżamy? Razem?

– Nie wspomniałem o tym? Ja też wybieram się do Tanzanii. Muszę cię mieć na oku – powiedział, zniżając ton. Celowo nie spuszczał z niej spojrzenia, jakby napawał się wrażeniem, jakie wywarły jego ostatnie słowa.

Violet oparła się o krzesło i próbowała zrozumieć niespodziewany zwrot w jej życiu zawodowym.

Nareszcie będzie mogła pokazać Zakowi i całemu światu, że nie była jedynie posiadaczką splamionego tytułu, czekającą na wystarczająco majętnego kandydata na męża.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?