Przygoda dopiero się zaczyna

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maya Blake

Przygoda dopiero się zaczyna

Tłumaczenie: Piotr Błoch

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Claiming My Hidden Son

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Maya Blake

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-7477-7

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

PROLOG

Dudnienie w uszach było na tyle głośne, że przez krótką chwilę myślałem, że dopadnie mnie udar mózgu, powodując – i to na moje własne życzenie – nieodwracalny uszczerbek na zdrowiu, a tym samym ostatecznie potwierdzając kompletną klęskę.

Jednak to byłoby zbyt proste.

A do tego nagłówki sensacyjnych artykułów w mediach…

Już je widziałem oczami wyobraźni.

„Axios Xenakis z powodów rodzinnych przeszedł udar mózgu!”

Nikt nie miałby pojęcia, jak niedorzeczne stały za tym w rzeczywistości przyczyny i mimo tego że w ostatnim czasie środki masowego przekazu regularnie zachwycały się historią Xenakisa, który ze skraju bankructwa jakimś cudem wspiął się na same wyżyny, to bez chwili wahania przerzuciłyby się na wywlekanie dawnych błędów. Stare trupy zostałyby wyciągnięte z szafy. Uznano by mnie za słabeusza. Skończonego. Nienadającego się do zarządzania międzynarodowym koncernem.

Tak jak mój ojciec!

Podobnie jak mój dziadek, któremu niesłusznie przypięto łatkę, po tym gdy na skutek jednej ryzykownej decyzji, cały jego dorobek został zredukowany niemalże do zera. Niestety to jedno niepowodzenie musiał dźwigać na swoich barkach po sam grób. Kiedyś gigant w swojej branży, a jedna prosta decyzja o wejściu w spółkę z nieodpowiednim wspólnikiem wyrządziła tak drastyczne szkody. Smród tej porażki ciągnął się za nazwiskiem Xenakis przez wiele długich lat jeszcze po jego śmierci.

Zniwelowanie tej wpadki dziadka kosztowało mnie lata katorżniczej pracy i determinacji, ale ostatecznie nie pozwoliłem naszemu rodowemu nazwisku okryć się hańbą na zawsze, a wszystko to przy całkowitym wykluczeniu jakiejkolwiek drogi na skróty w postaci ryzykownych rozwiązań.

A zatem nazwiska Xenakis już nie trzeba się było wstydzić. Teraz stanowiło synonim sukcesu i innowacji – światowego koncernu, o kojarzenie z którym rywalizowały wszystkie firmy z rankingu Fortune 500, corocznie aktualizowanej listy największych amerykańskich przedsiębiorstw.

Jednakże przedsięwzięcie, które właśnie mi zaproponowano, miało chyba na celu wskrzeszenie najgorszych, najbardziej chciwych duchów z przeszłości…

– Ax, czy ty w ogóle słuchasz? Wiesz, co powiedział ojciec? – zapytał Neo, mój brat.

– Oczywiście, że tak. Nie jestem głuchy – naskoczyłem na niego.

– Bogu niech chociaż za to będą dzięki, jednak twoja mina sfinksa wcale na to nie wskazuje.

Zignorowałem go i skupiłem wzrok na człowieku siedzącym za antycznym biurkiem. Ojciec przyglądał mi się z mieszanką żalu i niepokoju. Doskonale znał moje zdanie na dyskutowany temat.

Nie, nie dyskutowany. Forsowany i narzucany.

– Nie – odparłem twardo. – Musi być jakieś inne wyjście.

Napięcie w pokoju wzrosło, lecz sprawa była zbyt poważna, żebym miał ochotę bawić się w dobieranie słów.

Po prostu nie mogłem pozwolić, żeby fakt, że mój dziadek zamiast ojca to właśnie mnie wybrał na swojego spadkobiercę, miał decydujący wpływ na tę dyskusję. Ani też, żeby urazy i poczucie winy, które zawsze zatruwały moje relacje z ojcem, zmieniły moje zdanie na temat wysuniętej – niedorzecznej – propozycji. Co się stało, to się nie odstanie. A ostatecznie odmieniłem bieg rzeczy i odwróciłem los rodziny. Temu nawet ojciec nie był w stanie zaprzeczyć.

– Właśnie że nie ma... Twój dziadek był w pełni poczytalny, gdy zaakceptował to rozwiązanie.

– Nawet jeśli co do innych spraw uznano, że było wprost przeciwnie?

W moim głosie brzmiała z trudem skrywana gorycz. Niesprawiedliwość, jaka stała się udziałem mojego dziadka i mentora, człowieka, który nauczył mnie wszystkiego, co potrafię, piekła niczym rozjątrzona rana przez wszystkie lata od jego przedwczesnej śmierci.

– To nie pora na rozdrapywanie starych ran – wycedził ojciec przez zaciśnięte szczęki.

Choć zaakceptowałem, że niemalże czyta mi w myślach, z trudem tłamsiłem w sobie złość.

– Zgadzam się. To jest pora, by wymyślić sposób, jak wyplątać mnie z tej nonsensownej umowy. To wszystko nie trzyma się kupy. Druga strona ewidentnie mogła narzucić warunki według własnego widzimisię. Jak to się stało, że prawnicy nie podarli jej od razu na strzępy? – zażądałem wyjaśnienia, nadal próbując powściągnąć gniew.

Ojciec zacisnął usta.

– Przez ostatnie miesiące omawiałem ją z naszą radą. Możemy pójść z nią do sądu i najprawdopodobniej wygramy, ale sprawa przeciągnie się w czasie. Ale czy to jest najlepszy moment na tego rodzaju antyreklamę kreującą negatywny wizerunek firmy? Albo powód, by ponownie tytłać w błocie dziadka?

Niestety ojciec miał rację. Zwłaszcza że firma Xenakis Aeronautics pewnym krokiem zmierzała w stronę swojej największej globalnej ekspansji.

I dokładnie na to liczył Yiannis Petras.

– Zaoferowałeś mu dziesięć milionów euro, a on się nie zgodził? To podwójmy ofertę – zasugerowałem.

Neo pokręcił głową.

– Już próbowałem. Petras jest zdeterminowany. Albo opcja A albo B.

Czułem się, jakbym miał eksplodować.

– Po moim trupie. Nigdy się nie zgodzę na opcję A i przekazanie dwudziestu pięciu procent udziałów w Xenakis Aeronautics. Nie za śmieszne ćwierć miliona, którymi jego ojciec poratował dziadka, by w rezultacie sparaliżować biznes spłatą horrendalnych odsetek!

Firma, którą ocaliłem dzięki wieloletniemu, nadludzkiemu wysiłkowi, była obecnie warta kilka miliardów euro.

Brat wzruszył ramionami.

– To pozostaje tylko opcja B. Całe i ostateczne sto milionów euro, plus małżeństwo z jego córką minimalnie na okres jednego roku.

Zimy dreszcz przeszedł mi po plecach.

Małżeństwo.

Ślub z kobietą, której nie znałem, i wejście do rodziny, która mojej własnej przyniosła wyłącznie nieszczęście, ból i – o mały włos – nędzę.

Gdy dorastałem, byłem świadkiem tego, jak pogorszenie się sytuacji potrafiło zantagonizować członków rodziny. Wyciąganie moich najbliższych z bagna, podczas gdy wszystkie inne frakcje uśmiechały się szyderczo i tylko czekały na każde moje potknięcie, otworzyło mi oczy na prawdziwą naturę relacji międzyludzkich.

Na pozór, rodzina Xenakis w tym momencie była postrzegana jako niezwykle silny gracz, ale za plecami nie przestawano jej obgadywać. Każdego ranka budziłem się ze świadomością, że niemało jest takich, którzy czekają, aż wszystko to, co osiągnąłem, runie kiedyś jak domek z kart.

I choć moja dalsza rodzina cieszyła się owocami mojej pracy, a nawet prześcigała się w zabieganiu o moje łaski, to nie miałem żadnych wątpliwości, że najmniejsza pomyłka z mojej strony wystarczyłaby, żeby ich niezbyt poważna lojalność uległa zachwianiu.

Chyba nie miałem im tego za złe.

Jakże bym mógł, skoro moje osobiste doświadczenie tak często podążało tą samą drogą? Każdy związek, w który wchodziłem, ostatecznie okazywał się relacją opartą na chciwości i chęci poprawienia statusu społecznego przez drugą osobę.

Właśnie dlatego moim obecnym związkom narzuciłem ściśle określony rygor czasowy – do kilku tygodni. W skrajnych przypadkach – do kilku miesięcy. To właśnie sprawiało, że sama myśl o związaniu się z jedną kobietą na całe długie dwanaście miesięcy zdawała się całkowicie niewyobrażalna.

Czułem niepohamowany żal do dziadka, że wpakował mnie w taką sytuację, a jednocześnie ogromny wstyd za ten żal.

On sam znalazł się przecież w równie trudnej sytuacji. Widziałem na własne oczy, ile go kosztowało utrzymanie rodziny razem – głębokie bruzdy na poszarzałej twarzy, kiedyś tętniącej radością i śmiechem, i zapadnięte ramiona wskutek ciężaru, którego niemalże fizycznie nie był w stanie udźwignąć.

Wciąż jednak czułem, że powinien był przynajmniej ostrzec mnie przed tym wyrokiem losu wiszącym nad moją głową za sprawą bezwzględnej chciwości rodziny Petrasów. Co więcej, sto milionów było zrozumiałe, ale skąd ten upór bym poślubił nieznajomą kobietę?

 

– A kto jest w stanie odgadnąć tok myśli ludzi takich jakich Petrasowie? Być może chce się jej po prostu pozbyć. Poza tym korzyści i poszerzenie wpływów, wynikające z wżenienia się w rodzinę Xenakis, też mogą tu być nie bez znaczenia – dywagował mój brat.

Owszem. Dawno już dotarła do mnie gorzka świadomość, że dla większości ludzi moja rodzina stanowiła pewnego rodzaju trampolinę, od której można się odbić, by zyskać jeszcze więcej.

– A czy poznałeś kobietę, którą mam poślubić?

Pokiwał głową.

– Ona jest… – zamilkł i uśmiechnął się chytrze. – Zresztą lepiej będzie, jak sam ocenisz, ale myślę, że od razu między wami zaiskrzy.

Zanim zdołałem zażądać bliższych wyjaśnień, przerwał nam ojciec.

– Nie możemy tego dłużej odwlekać. Yiannis Petras chce odpowiedzi do rana.

Czułem, że pętla zaciska się na mojej szyi. Byłem wewnętrznie rozdarty. Małżeństwo to ostatnia rzecz, której chciałem. I to z jakąkolwiek kobietą. A już na pewno z należącą do rodu Petrasów. Z ich powodu parę bliskich mi osób żyło w olbrzymim stresie, a wręcz na granicy wytrzymałości, co doprowadziło je do utraty zdrowia czy nawet przedwczesnej śmierci.

Musi być jakieś inne rozwiązanie…

– Jak ona się nazywa? – zapytałem ojca, wyłącznie by zyskać na czasie, jednocześnie próbując nieudolnie ogarnąć całe to szaleństwo.

– Calypso Athena Petras, ale z tego, co wiem, na co dzień posługuje się imieniem Callie.

– Dramatyczne imię pasujące do dramatycznej sytuacji – z ironicznym uśmiechem zauważył stojący tuż przy mnie Neo.

Byłem wściekły. Petrasowie najpierw osaczyli i przyparli do muru mojego dziadka, doprowadzając do tego, że zapracował się na śmierć, a teraz jeszcze to…

– Pokażcie mi tę umowę – warknąłem.

Musiałem ją w końcu zobaczyć na własne oczy, by oswoić się z tym, do czego miałem się niby zobowiązać. Zacząłem czytać, czując, jak z każdym kolejnym paragrafem pętla zaciska się coraz bardziej… Dwanaście miesięcy mojego życia, począwszy od złożenia przysięgi małżeńskiej, a potem każda ze stron będzie miała prawo wystąpić o rozwód.

Dwanaście miesięcy, kiedy Petrasowie, którzy wskutek powracającej karmy – jeśli wierzyć w takie rzeczy – znaleźli się w jeszcze gorszej sytuacji finansowej niż ta, do jakiej kiedyś doprowadzili moją rodzinę, będą mogli bezkarnie zbijać kasę na swym nowym statusie i powiązaniach.

Zacisnąłem zęby. Zamierzałem zlecić moim prawnikom przygotowanie dokumentów rozwodowych, zanim zbliżę się jakiegokolwiek kościoła. Potem jednak „spuściłem powietrze”, wiedząc, że podświadomie pogodziłem się już z całą sytuacją. Powoli więc odzyskiwałem panowanie nad sobą.

– Tylko nie myśl za dużo, braciszku. Za miesiąc kończysz trzydzieści trzy lata, a to wszystko skończy się przed twoim następnymi urodzinami. Po prostu zaciśnij zęby. – Neo czytał mi w myślach.

– Zbyt długo i ciężko harowałem, żeby odbudować pozycję naszej rodziny, by stracić to wszystko teraz na rzecz jakiegoś chciwego kombinatora. Jeśli nie ma innego wyjścia… przekaż Petrasowi, że się zgadzam.

Ojciec odetchnął z ulgą, ale zaraz potem skierował w moją stronę kolejne nerwowe spojrzenie, takie, które mogło jedynie oznaczać, że jest jeszcze coś, równie nieprzyjemnego.

– Co jeszcze? – burknąłem.

– Oprócz pokrycia kosztów ślubu, musimy również obdarować rodzinę panny młodej czymś w rodzaju… posagu. Petras zażyczył sobie Kosimy.

Skoczyłem na równe nogi, nie bacząc na przewracające się krzesło.

– Że co?!

– Niczyja stopa nie postała na tej wyspie od śmierci twojego dziadka… – zaczął niepewnie ojciec.

– Co wcale nie oznacza, że chcę ją oddać w ręce syna człowieka, który doprowadził do jego śmierci!

W przypływie nagłego bólu oczy ojca pociemniały.

– Tego tak do końca nie wiemy – oznajmił.

– Czyżby? Nie zauważyłeś, pod jaką znalazł się presją? Zaczął pić dopiero wtedy, gdy pojawiły się problemy z Petrasami. Nic dziwnego, że serce tego nie wytrzymało.

– Spokojnie, braciszku. Ojciec ma rację. Dom na Kosimie się rozpada, a ziemia wokół to nic więcej jak tylko sterta chwastów i kamieni.

Ale do mnie nie docierały już żadne logiczne argumenty. Rozwścieczyło mnie to ostatnie, pieprzone żądanie.

– Dziadek kochał tę wyspę. Ona należy do nas. Nie oddam jej Petrasowi. Czy nie wystarczy, że wymusił na nas wykonanie tej koszmarnej umowy?

– I to jest wystarczający powód, byś ociągał się z jak najszybszym zakończeniem tej nikomu niepotrzebnej, ale nieuniknionej historii? – odparował ojciec.

Nie mogąc ustać w miejscu, podszedłem do okna w budynku będącym ostatecznie siedzibą Xenakis Aeronautics, ogólnoświatowego imperium lotniczego, któremu przewodziłem od niemal dekady. Potem, przez całą długą chwilę, przyglądałem się tępo ruchowi ulicznemu w Atenach.

Wkrótce wyczułem, że brat i ojciec zbliżają się do mnie, by stanąć w milczeniu po obu moich stronach.

Czekali na jedyną, być może, odpowiedź, jakiej w ogóle mogłem udzielić. Słowa jednak paliły mnie żywym ogniem, a na języku czułem popiół. Ale nie było innego wyjścia. Musiałem wypełnić wolę dziadka bez względu na własne poglądy w tej sprawie. Albo narazić na ryzyko wszystko to, co stworzył i zapoczątkował. Co okupił własnym życiem.

– Powiedz Petrasowi, że się zgadzam – powiedziałem cicho.

Dłoń ojca wylądowała na moim ramieniu w geście niemego podziękowania, po czym bezgłośnie opuścił gabinet.

Neo wybrał bardziej entuzjastyczną formę gratulacji i zaczął paplać radośnie.

– Pomyśl o tym w ten sposób: przez dwanaście miesięcy będziesz wolny od tych wszystkich knujących intrygi lwów salonowych i top modelek, którzy potykają się jedni o drugich, by coś od ciebie dla siebie wydobyć. Ja zaś chętnie wyręczę cię w dźwiganiu tego ciężaru.

– Jeśli nie chcesz chodzić z podbitym okiem na randki z tymi top modelkami, to sugeruję, żebyś natychmiast opuścił moje biuro – warknąłem.

Echo hałaśliwego śmiechu mojego brata rozbrzmiewało w moich uszach na długo po tym, jak zatrzasnął za sobą drzwi.

W międzyczasie zdążyłem złożyć sobie cichą przysięgę. Petras i jego krewni zapłacą mi za to, co zrobili mojej rodzinie. Zanim upłynie zastrzeżony w umowie rok małżeństwa, pożałują, że po raz kolejny zadarli z rodziną Xenakis.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

„Calypso, uśmiechnij się. Przecież to najszczęśliwszy dzień w twoim życiu! Zaraz ci nałożę więcej różu na policzki… taka jesteś blada… i może jeszcze odrobinę cienia do powiek…”

Pod niezliczonymi warstwami białego tiulu, uznanego przez jakiegoś bezimiennego nieznajomego za idealny materiał na moją suknię ślubną, dłonie dosłownie same zaciskały mi się w pięści. Ale to nie wystarczało. Żeby nie krzyczeć, z całej siły przygryzałam koniuszek języka.

A i tak czas kompletnej histerii miałam już za sobą. Przeżyłam ją jakieś dwa tygodnie wcześniej, kiedy ojciec poinformował mnie, jak zorganizował mi resztę mojego życia. Bo nadeszła podobno moja kolej, by pomóc odzyskać honor rodziny.

Bo jak nie, to…

Zimne dreszcze stały się w ostatnim czasie moim częstym towarzyszem. Zwłaszcza po tym, jak usilnie starałam się nie dopuścić do siebie faktów. Nie wierząc, że ojciec mógłby… Bardzo szybko jednak zaakceptowałam, że owszem, mógłby. Widać długie lata w goryczy i upokorzeniu, a ostatecznie nieumiejętność dorównania własnemu bezwzględnemu ojcu w zdobyciu wątpliwego poklasku doprowadziły go na dobre do ostateczności.

Wizażystka robiła wszystko, żebym wyglądała na podekscytowaną, entuzjastyczną, może trochę rozmarzoną pannę młodą. Niestety zupełnie nie czułam ani ekscytacji, ani entuzjazmu. A już na pewno nie miało to wszystko nic wspólnego z moimi marzeniami. Jedyne, co się w tym żałosnym spektaklu zgadzało z rzeczywistością, to dziewiczy, nieskazitelnie biały kolor sukni ślubnej… Lecz gdybym miała wybór, to także byłoby kłamstwem. Mając dwadzieścia cztery lata i nadal będąc dziewicą, niewątpliwie stanowiłam swego rodzaju rzadkie zjawisko, ale przynajmniej teraz wiedziałam już, czemu ojciec z taką determinacją udaremniał moje wszelkie dotychczasowe kontakty z płcią przeciwną, cenzurował przyjaźnie i ograniczał swobodę.

A działo się tak od momentu, gdy moja matka popadła w niełaskę, kiedy wróciła do domu jako żona marnotrawna, sama tym sposobem wręczając ojcu broń do ręki. Miał teraz wszelkie powody, by z umiarkowanie trudnego do wytrzymania przemienić się w przerażającego tyrana. Długo sądziłam, że jestem przez niego źle traktowana na zasadzie „jaka matka, taka córka”, jednak okazało się, że wobec mnie miał całkowicie odmienne plany, które właśnie dziś miały się ostatecznie wyklarować. Bo dzisiaj jest dzień mojego ślubu.

Wydawało mi się, że zaraz się rozpłaczę.

Na szczęście dla trzech skaczących wokół mnie wizażystek, mój trzęsący się podbródek nie był zaskoczeniem, a raczej oczywistością. Zresztą paplały coś bez przerwy o zrozumiałych emocjach panny młodej, zwłaszcza mającej poślubić kogoś takiego jak Axios Xenakis. Człowiek, którego nigdy przedtem nie widziałam na oczy. To znaczy… jak każdy w Grecji wiedziałam, kim jest, ale nie poznałam go osobiście.

Niesamowicie znany, odnoszący same sukcesy, magnat finansowy młodej generacji, działający w branży lotniczej, wpływowy wódz potężnego rodu Xenakisów. Lider śmiałych innowacji, człowiek, który potrafi wywołać skoki i spadki na giełdach światowych. W głowie dudniły mi nagłówki artykułów poświęconych fenomenowi Axiosa, skupiającemu w jednym ręku tyle władzy, wiedzy i autorytetu. Jakby tego było mało, mężczyzna tak przystojny, że można paść trupem.

To wszystko było absolutnie przytłaczające. I ten jego wzrok na zdjęciach online, który sprawiał wrażenie, że przeszywa człowieka na wylot, by zdobyte o nim w ten sposób najskrytsze informacje wykorzystać przeciw niemu. I kobiety, z jakimi go dotychczas widywano. Głównie przyszłe monarchinie. To zwłaszcza rodziło nieuchronne pytanie: czemu my? Dlaczego ród Petras? A w końcu… zasadniczo dlaczego akurat ja?

Co niby miał zyskać człowiek światowy, medialny, normalnie randkujący z celebrytkami, przykuwając się przysięgą ślubną akurat do mnie?

Niestety ojciec nie wtajemniczył mnie w szczegóły swojego spisku, który najwyraźniej planował od lat. Za moimi plecami.

Gdy sama marzyłam o zyskaniu swobody, nigdy nie brałam pod uwagę, że mogłabym wyzwolić się od ojca przez zamążpójście. Chciałam jedynie decydować samodzielnie o tym, z kim się widuję, co jem, kiedy maluję dla własnej przyjemności bez poczucia winy, bez niczyjego oskarżania, krytyki, oceniania. Pragnęłam swobody życia własnym życiem na moich własnych warunkach.

Nadzieja na to, że pewnego dnia osiągnę swój cel, pozwalała mi całkowicie się nie poddać.

Ale nie chciałam niczego osiągnąć w taki sposób!

Spojrzałam w lustro i szybko się odwróciłam. Moje oczy jak wielkie, puste, smutne jeziora, policzki pokryte sztucznym różem, usta skrzywione… odkąd tylko dowiedziałam się, że obiecano moją rękę nieznajomemu człowiekowi. Który nalegał na szybki ślub.

Wszelki protest skwitowano wzruszeniem ramion. Potem użyto argumentu mojej matki. Wykorzystano moją największą słabość.

Jakby przywołana moimi myślami, mama wjechała do pokoju na elektrycznym wózku inwalidzkim i natychmiast pochłonęła uwagę stylistek. Korzystając z zamieszania, starłam róż z policzków i brzoskwiniową szminkę z ust. Przynajmniej moje oczy zaczęły wyglądać na mniejsze i normalniejsze. Natychmiast opuściłam na twarz białą, koronkową woalkę i wstałam, by podejść do mamy.

Iona Petras słynęła dawniej z niesamowitej urody. Gdy dorastałam, podziwiałam jej posągowy wygląd, żywotność i pogodę ducha. Jej śmiech rozjaśniał moje dni, a inteligencja i umiłowanie sztuki sprawiły, że sama pokochałam muzykę i malarstwo.

Nawet teraz, siwiejąca i przykuta do wózka, nadal była przepiękna. Ale wraz ze złamanym kręgosłupem, ucierpiała jej dusza. I nie mógł tego ukryć żaden, nawet najlepiej wyreżyserowany uśmiech matki panny młodej, mającej wkrótce poślubić mężczyznę wydającego się półbogiem.

Mama wysłuchała cierpliwie radosnej tyrady wizażystek i poszukała mojego wzroku. Tak jak ona kiedyś musiała wrócić do domu ze względu na mnie, tak teraz ja musiałam być posłuszna ojcu ze względu na nią. I obie nauczyłyśmy się godzić z naszym losem.

– Chciałabym teraz zostać sama z córką – oznajmiła i podjechała bliżej.

Kobiety wyszły.

– Czy wszystko w porządku? – zapytała z troską.

 

Zmartwiałam. Spanikowałam? Przestraszyłam się, że czegoś się domyśla. Tego, co starałam się przed nią ukrywać przez ostatnie tygodnie. Zresztą sama nie mogłam już dłużej ignorować narastającego bólu, gdzieś w samym środku, który stał się ostatnio tępy i nieustający. I przypominał mi, że nawet moje zdrowie nie zależy wyłącznie ode mnie… i że mogłam odziedziczyć po babci chorobę, która ostatecznie zabrała ją zbyt wcześnie z tego świata.

– Callie? Słyszysz mnie? Jesteś gotowa?

Gdy dotarło do mnie, że mama mówi o ślubie, przez chwilę miałam ochotę jeszcze raz ulec histerii. Jeszcze raz być wyłącznie egoistką. Uciec i zdać się na los. Niech się dzieje, co chce…

– A czy ktokolwiek na moim miejscu byłby gotowy? Poślubić nieznajomego człowieka? – zapytałam jednak tylko. – Proszę, powiedz mi chociaż, że wiesz już, czemu on tego żąda.

Oczy o odcień ciemniejsze od moich własnych, lazurowych, posmutniały jeszcze bardziej.

– Nie. Twój ojciec wciąż odmawia wyjaśnień. Zgaduję, że cała sytuacja ma coś wspólnego z twoim dziadkiem i starym panem Xenakisem. A teraz muszę się śpieszyć. On zacznie mnie szukać…

Zanim zdążyłam o cokolwiek zapytać, z kieszeni markowego żakietu, idealnie pasującego do jej lawendowej sukni, wyciągnęła wyraźnie trzęsącą się dłonią grubą, kremową kopertę.

– Co to? – zdziwiłam się.

W jej oczach dostrzegłam determinację, jakiej nie widziałam od lat. Ścisnęła mnie mocno za rękę.

– Moja słodka Callie… wiem, że swoim życiem przysporzyłam ci wyłącznie biedy, ale… – wyszeptała.

– Nie, mamo, to nieprawda. Przysięgam… – przerwałam jej natychmiast.

– Nie wiem, czy powinnam być z ciebie dumna, czy cię ochrzanić za to, że umiesz tak świetnie kłamać – próbowała zażartować – ale przecież doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co zrobiłam. I że mój egoizm uwięził cię ze mną na stałe. Zamiast swobody, jaką cieszą się dziewczyny w twoim wieku… teraz chcę, żebyś coś mi obiecała…

– Czego tylko pragniesz, mamo.

– Weź tę kopertę i ukryj ją w najbezpieczniejszym miejscu.

Na kopercie dawnym, odręcznym pismem wykaligrafowano moje imię.

– Co to? – zapytałam ponownie.

– To od twojej babci.

– Od babci Helenki?

Momentalnie ogarnęło mnie przygnębienie na myśl o najbliższej mi osobie, którą straciłam rok wcześniej.

Matka pokiwała głową.

– Powiedziała mi, że będę wiedziała najlepiej, kiedy ci to dać… Może się mylę, ale chyba teraz… – Zamilkła i powiodła niewidzącym wzrokiem po mojej sukni ślubnej. – I nawet jeśli ten… związek okaże się możliwy do zaakceptowania, będzie ci łatwiej, wiedząc, jak bardzo babcia cię kochała i że jeśli zajdzie taka potrzeba, to pomoże ci „zza grobu” bardziej, niż ja mogłam kiedykolwiek za życia.

– Ależ, mamo, ja wiem, że mnie kochasz.

– Mój egoizm cię skrzywdził. Zostawiłam cię z ojcem, zamiast zabrać ze sobą. Z drugiej strony, gdybym cię wtedy zabrała… – Była bliska łez i mówiła z coraz większym trudem. – Póki co, proszę tylko, żebyś pewnego dnia mi wybaczyła.

– Mamo…

Ale ona patrzyła tylko nieruchomo na kopertę w mojej dłoni.

– Callie, trzymaj się tego. I obiecaj, że nie zawahasz się wykorzystać prezentu od babci.

– Obiecuję…

Chwilę później błyskawicznie zniknęła z mojej sypialni.

Zanim zdążyłam choć przez chwilę pomyśleć nad naszą rozmową, znów znalazłam się w wirze przedślubnych przygotowań. I tak oto jedynym pewnikiem w moim życiu stał się nieoczekiwany podarunek od nieżyjącej babci. Odetchnęłam z wielką ulgą, umieściwszy kopertę w kieszeni, którą odkryłam ze zdziwieniem w niekończących się zakamarkach okalającego moje ciało tiulu.

Nawet nie znając zawartości koperty, lecz wiedząc, że pochodzi od mojej ukochanej babki, poczułam przypływ sił. To babcia Helenka była przy mnie codziennie przez rok nieobecności mamy, kiedy miałam piętnaście lat, i pomagała przetrwać nową sytuację i gniew ojca. Ojca, który teraz nagle pojawił się u mego boku, zaoferował swe ramię, kazał się wyprostować i ruszył ze mną na spotkanie mego przeznaczenia.

Wedle słów służby, kaplica w mieście wypełniona była po brzegi. Przedsmak tego, co mnie czeka, stanowiła już sama bogato ukwiecona bryczka, do której wsiedliśmy.

Przez ostatnie trzy tygodnie, pogrążona w poczuciu kompletnego odrealnienia, obserwowałam pojawienie się na naszym małym „zadupiu” nietutejszych ekip budowlanych oraz architektów krajobrazu, w celu błyskawicznego przywrócenia dawnej świetności kościoła, kaplicy i ich najbliższego otoczenia, czyli wyprowadzenia ze stanu całkowitej ruiny. Obecnie, kiedy w tej materii osiągnięto spektakularny sukces, uliczki Nicrete, sennej wioski na południu wyspy Skyros na Morzu Egejskim, miejsca zwanego domem przez kolejne pokolenia rodu Petras, zaroiły się od super elegancko odzianych przybyszów, gości Axiosa Xenakisa, a najżywotniejszym punktem stał się mały port, bo na wysepkę można się w zasadzie oficjalnie dostać wyłącznie drogą wodną. Pojawiło się w nim więc wiele luksusowych łodzi motorowych i eleganckich jachtów.

Rzecz jasna mój przyszły mąż nie skorzystał z drogi wodnej…

Kiedy nasza bryczka znajdowała się w połowie drogi między domem a kościołem, powietrze przeszył głośny, mechaniczny odgłos potężnych śmigieł. Dzieciarnia zaczęła wykrzykiwać z podniecenia i ruszyła tłumnie na szczyt wzgórza w pobliskim parku, zazwyczaj pełniącym funkcję rodzinnych terenów rekreacyjnych, dokąd najwyraźniej kierowały się trzy ekskluzywne helikoptery. Dzisiaj cały park odgrodzono jaskrawymi taśmami ostrzegawczymi – pewnie, by zamienić go na lądowisko.

Pod woalką pozwoliłam sobie na szczery, pełen pogardy grymas, jednocześnie nieskrępowanie obserwując chytry uśmieszek i ukontentowanie na twarzy ojca. Musiałam się szybko odwrócić, żeby znów nie wpaść w histerię, którą od dawna z trudem tłumiłam. Nie umiałam jednak powstrzymać się od komentarza.

– Jeszcze nie jest za późno, tato. Cokolwiek by to nie było… może gdybyś mi powiedział, to razem znaleźlibyśmy jeszcze jakiś sposób…

– Ja już właśnie znalazłem sposób na wszystko, drogie dziecko.

– Nie nazywaj mnie tak, mam dwadzieścia cztery lata!

Ten odruch buntu, nad którym nigdy nie potrafiłam do końca zapanować, ochoczo podkręcany przez babcię, dopóki żyła, często wymykał mi się spod kontroli. Och, babka nigdy nie lubiła się z ojcem. Stawianie mu się, nawet teraz, mimo potencjalnych konsekwencji dla matki, uważałam za oddawanie hołdu jej pamięci.

– Jeśli chciałaś mi pomóc, trzeba było studiować biznes na uniwersytecie, zamiast tych twoich sztuk pięknych, w których i tak utknęłaś.

– Mówiłam ci już wiele razy, że nie interesuje mnie kariera w korporacji.

Tak samo jak nie chciałam już słuchać o tym, że nie jestem jego wymarzonym synem, który na pewno pomógłby mu uratować Petras Industries, firmę rodzinną, wiecznie oscylującą na krawędzi bankructwa.

– Owszem, i zawiodłaś mnie, tak jak twoja matka. Po raz kolejny wszystko spadło na mnie, i to wyłącznie ja musiałem szukać rozwiązania. I je znalazłem. Tobie pozostaje teraz z uśmiechem spełnić obowiązek wobec rodziny: złożysz przysięgę i poślubisz Xenakisa.

Zagryzłam wargę na wspomnienie kolejnej kości niezgody między nami. Musiałam długo walczyć o swoje prawo do wyjazdu z wyspy na studia, a i tak w końcu wróciłam ze względu na matkę. Od powrotu pracowałam na pół etatu w małej galerii w centrum Nicrete, żeby nie zwariować, i opłakiwałam w duchu niedokończoną pracę dyplomową.

– A co potem? – zapytałam go.

Wzruszył ramionami.

– Potem będziesz należeć już tylko do niego. Ale pamiętaj, że zmiana nazwiska niczego naprawdę nie zmienia. Na zawsze pozostaniesz z rodu Petras. Jeśli przysporzysz rodzinie hańby, poniesiesz konsekwencje.

Odruchowo zacisnęłam pięści. Doskonale wiedziałam, co ma na myśli. Wyciąganie „konsekwencji” stanowiło jego specjalność. Polegało na umiejętnym manipulowaniu poczuciem winy i zapewnieniu maksymalnego poczucia dyskomfortu. Tak funkcjonowały nieustanne groźby pod adresem matki, obejmujące wyrzucenie jej na bruk wyłącznie z podręczną torebką i pozostawienie na pastwę losu, tak jak ona na krótko porzuciła swą rodzinę dla z góry skazanej na niepowodzenie miłości. Ojcem kierowała chęć zemsty w czystej postaci. Matka zdradziła go i upokorzyła, więc odpłacił się uczynieniem z niej więźniarki we własnym domu, nie dając ani na chwilę zapomnieć, że ma nad nią całkowitą władzę. A ja dałam się wmanewrować w całą tę niewyobrażalną sytuację, bo kochałam mamę.