Lanny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Max Porter

Lanny


Tytuł oryginału

Lanny ISBN 978-83-8116-796-3 Copyright © Max Porter, 2019 Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2019 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 All rights reserved Redakcja Magdalena Wójcik Korekta Paulina Jeske-Choińska Łamanie Teodor Jeske-Choiński Ilustracja na okładce Russ Gray Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Praszczur Łuskiewnik budzi się z akrowej drzemki na stojąco, zeskrobuje z siebie senne bitumiczne strzępy, na których lśnią grube krople z różnych świństw. Kładzie się, żeby posłuchać pieśni ziemi (nie ma żadnych, więc mruczy sam), potem skulony wycina sobie usta zardzewiałą okrągłą zawleczką i wysysa mokrą skorupę zakwaszonej mierzwy oraz soczystych detrytusożerców. Rozwiera wargi, otrząsa się, rwie i znowu splata, wykrztusza plastikowy kubek i zesztywniały kondom, na chwilkę nieruchomieje niczym w wannie zmiażdżonych włókien szklanych, zatacza się, zrywa maskę i wymacuje twarz. No i co? Dawno zakopana butelka kwasu taninowego. Wiktoriańskie śmiecie.

Drażliwy Łuskiewnik nie powinien sypiać po południu, wtedy nie wie, kim jest.

Ma morderczy nastrój, więc sobie podśpiewuje. Takie oto powolne byle co, jak asfaltowe bąble pękające w skwarze. Uśmiech przez cały ten czas nie odkleja mu się od twarzy. Radośnie pogaduje niczym głupawy wykształciuch do wyschniętych papierowych skrzydełek i podkorzystych podściółkowców, do śladów, które zostawił w zeszłym roku, do myszy i skowronków, nornic i jeleni, do osobliwego wspomnienia siebie jako naprzemiennie solidnego lub nie, jako części miejscowego programu nauczania. Wślizguje się w kolejne marne kostiumy, przeszeleszczając się, przesączając, przepieprzając między drzewami. Parę kroków robi jako inżynier w jaskrawej kamizelce. Potem jeden krok w garniturze wieczorowym, dalej schron przeciwlotniczy Andersona, dres treningowy, zardzewiała chłodnica dżipowa, skórzana mini — ale nic nie pasuje. Na chwilę przerywa jak rura wydechowa, zwija się na kształt sideł króliczych, jako oszczana pokrzywa zaciska się stryczkiem na poróżowiałym jagnięciu. Zgarnia z nieba kosa i rozdziawia mu żółty dziób. Śmiało zagląda do rozdartego pyszczka, niczym w toń czystego jeziora. Puszcza ptaka przez estradę, bosy, krzaczasty, staje w młodniku, tupie rozczapierzonymi stopami. Całe jego ciało pokryte jest korą z wyskrobanymi na powierzchni inicjałami dawno już nieżywych nastolatków. Człapie rozgłośnie przez las rozbudzony i głodny nasłuchów.

Jedna tylko rzecz raduje marudnego Łuskiewnika, a jest nią nasłuchiwanie.

Sunie przez okolicę dokładnie w tempie zmierzchu, aż znajdzie się wreszcie w swoim ulubionym miejscu. Wioska chętnie pręży się na jego powitanie, pogrążona w półmroku. A on wdrapuje się na bramkę w płocie. Niewidoczny, cierpliwy, o rozmiarach muchy.

Nieruchomieje.

Słucha.

No i właśnie.


Ludzkie dźwięki ciągnięte przez pole na uwięzi jego ciekawości, pożerane przez jego zapał.


Super.


Wyśmienita pora.


Wszystko teraz wokół niego, ostrożnie rozplata pasemka, dyrygent wypieszczający dźwięk z orkiestry


umiejętnie, bez pośpiechu, niczym czas powolutku przysuwający śmierć do organizmu, kroczek po kroczku, nasłuchując. Słyszy, jak wioska odwraca się w kierunku snu,


Praszczur Łuskiewnik bierze głęboki wdech, odpręża się, zwiesza przez przełaz, z uśmiechem spija tę angielską symfonię,


pławi się w niej, chłepcze ją, otula się nią, wciera ją w siebie, zapycha nią dziury, przepłukuje gardło, igra, nakłuwa i się pasie, liże, siorbie na jej dźwięk, marząc o tym, żeby zabąbelkowała mu na języku, tym jego miejscu,



Praszczur Łuskiewnik przeżuwa dźwięk miejsca i czeka na swój ulubiony smak, ale ten jeszcze do niego nie dotarł,


To zupełnie nie w porządku, po prostu nie chcemy tu telefonów na kartę, bo wnoszą trujące machizmo do każdego klubu książki,


aż wreszcie słyszy, czysty i prawdziwy, ukochany głos ulubieńca.

Tego chłopca.

Będzie miał łeb delfina, a skrzydła sokoła, ostrzeże przed burzą, bo podczas snu śledzi pogodę.

Praszczur Łuskiewnik otula się zbutwiałymi konarami modrzewia i nadstawia policzek pod ślinę kukułki. Szczerzy zęby w uśmiechu. Łeb delfina, a skrzydła sokoła! Nawiedza go chirurgiczna tęsknota, chciałby rozpłatać wioskę i wyłuskać z niej chłopca. Wyciąć go. Młodego i zarazem starego, zwierciadło i klucz. Ostrzeże przed burzą, śledzi pogodę… Przez chwilę podsłuchuje chłopca, jego myśli przed snem, słowa na dobranoc dla matki, tego, jak czujny umysł przesącza się w pełen obrazów sen. Teraz Praszczur Łuskiewnik opuszcza zakamarek i odchodzi, chichocząc, poszczękując swymi różnymi skórami, uginając się pod lśniącym brezentowym płaszczem, odurzony wsią, nabrzmiały uczuciami. Mrowi go myślenie o tym, jak jedna myśl prowadzi do drugiej, nieprzerwanie, na okrągło, zupełnie nie znając końca.

MAMA LANNY’EGO

Nadpływa piosenka,

ogrzana jego żywinowym oddechem.

Moje rozśpiewane dziecko

niesie mi podarunki.

Sekunda, może dwie i dopiero rozumiem, że to nie on.

Lanny?

TATA LANNY’EGO

Siedzę w pracy w mieście i zupełnie niemożliwa wydaje się myśl o nim, funkcjonującym o sześćdziesiąt minut jazdy pociągiem ode mnie, prowadzącym zwykłe życie w wiosce i obnoszącym po niej swój dziwny umysł. Gdy jestem w pracy, wydaje mi się nieprawdopodobne, że mamy jakieś dziecko i że to właśnie Lanny. Gdyby byli tutaj moi rodzice, z pewnością powiedzieliby: „Nie, Robercie, wymyśliłeś go sobie. Dzieci nie są takie. Wracaj do łóżka. Wracaj do roboty”.

Według opinii na świadectwie szkolnym: „Lanny ma wrodzony talent do łączenia ludzi. Bardzo często wystarczy jego jeden zręczny żart czy piosenka, aby usunąć w klasie niesnaski”. Obiektywnie rzecz biorąc, wydaje mi się, że to możliwe. Wygląda rzeczywiście na Lanny’ego. Ale skąd miałby wziąć te talenty? Czy ja takie mam? Co — lub kto — powinno kierować Lannym i jego umiejętnościami, profilować je? No cóż, kurwa, my. Można mieć dzieci i nie zwariować kompletnie?

„Lanny jest niezwykle utalentowany językowo, a za przygotowany na Światowy Dzień Książki akrostych Wydra Tarka, z którym zapoznał się sam dyrektor, został wyróżniony i dostał odznakę złotego wiązu”.

Co takiego? O czym wy w ogóle gadacie? To ja chcę odznakę.

PETE

W tym czasie znajdowałem i oczyszczałem szkielety różnych truposzy. Głównie ptaków. Kawałkowałem je, otulałem w złotą folię, składałem na nowo w złej kolejności i umieszczałem tak, by zwisały z drucianych klatek. Takie sobie mobile kiepsko poskładanych ptaków. Miałem tego kilkanaście sztuk czy więcej. Galeria chciała mieć coś do pokazania… Na sprzedaż.

 

Zbierałem także różne próbki kory. Opatrywałem je napisami i wkładałem do pudełek.

Trochę rysunków. Trochę mało przyzwoitych hasełek. I różne takie. Zupełnie spoko.

Któregoś ranka wpadła do mnie do pracowni i przynios­ła gałąź z dwoma idealnymi ramionami. Kiedyś widziała moją rzeźbę mężczyzny.

Najpierw zamienialiśmy kilka słów na ulicy, potem raz czy dwa w tygodniu wpadała do mnie na herbatę. Czasami z Lannym, czasami sama. Mieszkali w wiosce raptem rok z okładem, jakoś tak.

No więc zobaczyła tego mojego, z grubsza rzecz biorąc, faceta, Chrystusa bez krzyża i pomyślała, że także z tej uschniętej gałęzi da się zrobić coś podobnego.

Bardzo jesteś miła, powiedziałem.

Cieszę się, Pete, ona na to.

Lubiłem ją. Fajnie się z nią gadało. Miała w sobie ciepło i dobre spojrzenie. Często pokazywałem jej swoje rzeczy, a ona zawsze miała coś ciekawego do powiedzenia. Potrafiła mnie rozśmieszyć, ale wiedziała też, kiedy się odczepić. Jakby umiała wyczuć, kiedy nie miałem nastroju do towarzystwa.

Była aktorką, grała na scenie, trochę w telewizji. Opowiadała o tym wszystkim. O strasznych dupkach w tym całym biznesie. Wcale się nie wydawało, że to o miliony mil od sztuki.

Nie żeby brakowało jej aktorstwa, ale czasami zaczynała się nudzić, kiedy Lanny szedł do szkoły, a jej mąż jechał do miasta. Powiedziała, że pisze książkę. Kryminalny thriller.

Pewnie krwawy wystraszacz, ja na to.

Jest bardzo krwawy i bardzo straszny, odrzekła, aż poczujesz dreszcze.

Często siedziała ze mną, kiedy pracowałem. Kupiła w galerii jedną z moich rzeczy, chociaż nic o tym nie wiedziałem. Jeden z całkiem dobrych dużych reliefów. Powiedziałem, że gdybym wiedział, dałbym jej zniżkę po znajomości, a ona: Jasne, Pete.

Lubiłem ją.

Kleciła ze sobą wszystko, co poniewierało się dookoła.

Kawałki drutu, ołówki, jakieś gałązki.

Zrób coś z tego wszystkiego, powiedziałem kiedyś.

O nie, beznadziejna jestem z plastyki.

Ale to dziwne i smutne — pomyślałem, pamiętam — powiedzieć coś takiego.

Beznadziejna z plastyki.

Musiała to od kogoś usłyszeć, a potem to utkwiło.

Pomyślałem o mamie. Ktoś jej powiedział, kiedy była jeszcze bardzo mała, że kompletnie nie ma słuchu. I już nigdy w życiu nie zanuciła niczego ani nie zagwizdała. Nie umiem śpiewać, mówiła.

I dopiero długo po tym, jak już odeszła, zrozumiałem, jakie to bez sensu.

Nie umiem śpiewać.

No więc siedziała przy moim stole i układała w stosik wygniecione porosty, a gadaliśmy o tym nowym szklanym okropieństwie, które budują na Sheepridge Hill.

Przyglądam się jej.

Najpierw robi ładną figurkę. Wygładza. Dzieli na połowy. Układa w dwie linie. Odpycha je od siebie i przysuwa, aż wreszcie dostaje rządek zielono-szarych zębów. Łączy w prostokąt, paznokciem wyostrza rogi, potem mokrą opuszką wyciska w środku okrągłe kółko.

Beznadziejna z plastyki, a tu proszę, siedzi sobie, układa kopczyk zeschłego zielska w kilka pięknych kształtów i w roztargnieniu zdobi mój kuchenny stół.

Spogląda na mnie i mówi, że wie, jak jestem zajęty i jak sławny, ale jeśli nie uznam tego pomysłu za zbyt głupi, to może dawałbym Lanny’emu lekcje rysunku.

Lekcje rysunku, co za bzdura, pomyślałem.

Chociaż bardzo cię lubię, powiedziałem, i strasznie fajnie rozmawia mi się z chłopakiem, najgorsze, co mógłbym sobie wyobrazić, to dawać mu lekcje rysunku.

Sam jestem jak sukinsyński palec, a do tego ledwie trzymam ołówek.

Zaśmiała się, powiedziała, że kuma, no i odmaszerowała w ten swój ekstrasposób. Wrażliwa na światło, tak bym powiedział. Osoba, która silniej jest wyczulona na pogodę niż większość, znacznie bardziej zbudowana z takich samych atomów jak ziemia niż, zdaje się, ludzie na ogół dzisiaj. Co tłumaczy Lanny’ego.

Poszła więc sobie tego ranka, a ja siedziałem, wdychałem atmosferę tej rozmowy i sporo myślałem o kobietach, jak rosną, dziewczynieją, zatęskniłem za mamą, za siostrami, za paroma koleżankami, ale przez cały czas starannie rozmieszczałem płatki złota na czaszce rudzika, mrucząc sobie Old Sprig of Thyme.

MAMA LANNY’EGO

Dźwięk piosenki,

ogrzany żywinowym oddechem,

wtulał się we mnie, wspinał na podołek,

otulał mi szyję.

Powiedziałam, Lanny z lewej pojawia się na scenie, śpiewając, śmierdząc sosną i innymi przyjemnościami.

A pomyślałam, tylko nie wyrośnij mi z tych przytulań, geotermalny bąbeleczku.

TATA LANNY’EGO

Jak zdążę na 7:21, stracę śniadanie z Lannym, ale uniknę Carla Taylora i najczęściej będę miał miejsce. Jak na 7:41, zobaczę Lanny’ego, ale Carl Taylor dorwie mnie na peronie i będę musiał słuchać o Susan Taylor, przemądrzałych Taylorównach, co będą zdawać w przedmaturalnej, a tu nie ma przebacz, stoisz, czyjś łokieć, czyjś składany rower, do tego wszystkiego jeszcze terkoczące wiadomości Carla na okrągło, a na to cichutka muzyczka z czyichś słuchawek.

Spod domu, szybko przez plątaninę skrzyżowań, w żołądku skacze od tego wszystkiego, w górę Ghost Pilot Lane, przez Ashcote — dwupasmówką do Londynu. Jeśli tylko nie wpieprzą się traktory czy rowerzyści, powinienem być na stacji w niecałe dwadzieścia minut. Mój rekord: czternaście. Zwalniam na Ghost Pilot Lane, gdy widać jelenie. Mogę zwolnić i się rozejrzeć. Albo dać po klaksonie, że jadę, siedemdziesiątką, osiemdziesiątką, szyby opuszczone, żeby się rozbudzić i poczuć auto. Tak, tak, warto je poczuć, sporo mnie przecież kosztowało, a i tak głównie stoi zaparkowane i bezczynnie na mnie czeka.

Jak pojadę szybko, nieraz mam na parkingu przed dworcem pięć minut, siedzę i rozmawiam z samochodem. Dzięki, mówię. Miło z panem współpracować, sir. Niezła z ciebie sztuka, stary, normalnie Bucefał. Właśnie na tym polegają całe te dojazdy do pracy. Drobne przyjemnostki we wszechogarniającej rutynie. Sztuczki okazjonalnego prowincjusza. Mogą być wyjaławiające. Odrobinę żałosne. W sumie sam nie wiem.

Mam nad biurkiem rysunek Lanny’ego. Ja w pelerynie nad drapaczami chmur i napis: „Gdzie się codziennie udaje tata? Nikt nie wie”.

MAMA LANNY’EGO

Pete zapukał do drzwi.

Udało mu się prześliznąć obok starej Peggy bez żadnych wypytywań.

Gratulacje, Pete, ale dopadnie cię w drodze powrotnej. Denerwuje się, że ludzie dokarmiają jej ptaki. Herbaty?

Wpatruje się w buty i skubie brodę.

Nie, dzięki. Widzisz, jak sobie poszłaś wczoraj wieczorem, pomyślałem, wiesz, stary sukinsyn ze mnie, co mi szkodzi, żeby być mniejszy. Nie wiem, jak uczyć, i sam nie znosiłem, jak mnie uczyli, ale jeśli chodzi ci o to, czy Lanny może do mnie wpadać, siadać w kuchni, brać mój papier, rysować ze mną, pogadać o tym, co robię… To czemu nie. Fajny z niego koleś, nie przeszkadza mi jego towarzystwo, a nawet, nie wiem, coś pomoże. No to co, po szkole w poniedziałki albo środy?

Ach, Pete, jesteś ekstra. I dasz sobie zapłacić?

Bez jaj. Nie ma, kurwa, żadnej mowy, kochana. Najwyżej namów swojego bogatego mężulka, żeby kupił któregoś z moich fikuśnych złotych ptaszków, jak je wypuszczę w przyszłym roku.

W porządku, fajnie z twojej strony. Lanny będzie szczęśliwy.

To środa.

Pete z chrzęstem oddalił się po podjeździe. Podniósł rękę i krzyknął przez ramię:

Środa o czwartej, będę czekał!

PRASZCZUR ŁUSKIEWNIK

Praszczur Łuskiewnik ułożył się pod dziewiętnastowieczną żoną wikarego i bawi się korzeniem cisu w jej miednicy. Uwielbia cmentarz. Nasłuchuje…


Praszczur Łuskiewnik pamięta, jak budowali ten kościół,



kamień z daleka, krzemień z okolicy, drewno z tych tu lasów, niech no miejscowi partacze spróbują z ławkami, roślinnymi zdobieniami, deską z wyżłobionymi hymnami, pulpitem ołtarza z… A jakże, jest tu, głowa Zieleńca, śmiejąca się do chrzczonych i zaślubianych, znudzonych i martwych, pogryzająca lipową wilczą jagodę,



Widniał na zwornikach, ozdobnych szablonach, tatuażach, herbach klubów krykietowych, był na każdym angielskim świecidełku i paprochu, można było na nim zarobić, przytulić go, zbluzgać. Jeden temat trwa w każdej sypialni w każdym tutejszym domu. Przesiąknął je niczym woda. Jak zwierzę, warzywo, minerał. Budują coraz więcej, naciskają nań, więc wyskakuje raptem odmieniony, strasząc i określając na nowo. Tutaj jest równie stary jak czas.

PETE

Zaczynamy lekcje.

Siedzimy w środku, bo w dolinie szaleją szerokie na milę płachty ulewy.

Za oknem przelatują smarowidła złej pogody z jakiejś szpachli.

Dwa krzesła przystawione do kuchennego stołu.

Przytulnie. Ogień. Radiowa trójka.

Dwa bloki, dwa ołówki, szklanka soku, kubek herbaty.

Ach, Lanny, przyjacielu, spójrz tylko na te białe arkusze.

Nie czujesz się jak Bóg u początku świata?

Możesz stworzyć, cokolwiek zechcesz.

No to DOBRA, mówię. Narysuj mi człowieka.

A jakiego?

Byle jakiego. Po prostu jakiegoś. Żeby wyglądał jak człowiek. W głowie rzuciłem monetą, drzewo czy człowiek, wylądowała na człowieku, więc od tego zacznijmy.

Nachyla się, głowa odrobinę tylko nad barkami, obejmuje karton i zaczyna coś skrobać, mrucząc pod nosem kawałki słów i kapiące fragmenciki melodii. Koncentruje się. Nie na łapu-capu.

Drapie się po głowie, prostuje, odsuwa rysunek, brwi zmarszczone.

No dobra, popatrzmy. Po mojemu to całkiem fajny człowieczek. Dobra robota. Teraz przyjrzyjmy mu się trochę dokładniej, co jest co.

Skupiona mina zniknęła, twarz Lanny’ego jest teraz jasna, zaciekawiony słucha. Oczy ma jak grab na wiosnę, soczysta zieleń.

No więc tak, Lanny. Skąd mu tutaj wychodzą ręce? Temu kolesiowi ręce wyrastają gdzieś z boku ciała, co o tym myślisz?

Z rozłożonymi ramionami, obracamy się to na jedną, to na drugą stronę, dwa aeroplany przy kuchennym stole. Lanny śmieje się, wskazuje brodą na swoje ręce i zaraz nowa para wyrysowuje się na odpowiedniej wysokości, a nie ze środka naszego biedaka.

No to teraz głowa, Lanny. Mógłbym cię prosić, żebyś się sobie przyjrzał i zobaczył, czy masz tu coś między głową a klatką piersiową?

Szczerzy zęby i wskazuje na szyję, udając, że ją właśnie odkrył.

Obaj się śmiejemy. Wesoło trącamy się napojami i wznosimy toast za lepiej narysowanego faceta.

Długo jeszcze po jego odejściu, po naszej pierwszej lekcji, ciągle siedzę i myślę.

Próbuję odtworzyć dźwięki, jakie wydawał Lanny, tę jego półpiosenkę.

Kwiśna urra, gorzka fura, świśna arra, fliśna tara, miśna bara, witna karra, poltokara, ale spaka ale spaka ale spaka kwiśna ura.

Myślę, że to jakaś melodia z telewizji, może przebój, nie wiem. Może po prostu Lanny zbiera wszystko, co zasłyszy, miesza dźwięki otaczającego świata i splata je z wątkami jakiegoś innego.

Czekam.

Posłuszne podmuchom wiatru kłębki i kłaczki brudu gromadzą się w rogach kuchni.

Pamiętam, jak szare wydawały mi się te ożywione dni, kiedy rzeczy nagle zaczęły się dobrze sprzedawać. Kiedy ludzie chcieli ode mnie kupować przez cały czas. Znali mnie. W całym Londynie. I jakie wydawały mi się czasy wcześniejsze, takie jasne. Gdy byłem jeszcze chłopcem.

Pamiętam, jak kiedyś starsza pani pokazała mi mój własny rysunek mężczyzny i powiedziała, żebym zastanowił się, gdzie anatomicznie zaczynają się moje ręce.

Ta pani od dawna już nie żyje.

Angielskie pory roku jak kołowrotek.

 

MAMA LANNY’EGO

Lanny tańczy po pokoju, podśpiewuje, pachnie podwórkiem.

Wiesz ty, wiesz ty, czy ty wiesz, że wszystkie błazenki, takie rybki, rodzą się samcami, ale kiedy umiera królowa, jeden zamienia się w samicę i staje się królową? No to co jest pierwsze: samiec czy królowa?

Chyba królowa, nogo stołowa.

Obejmuję go.

Co się dzieje, mamo?

Nie odpowiadam, więc wychodzi, wiedziony po ogrodzie ciekawostkami, małymi zagadkami, miniśledztwami.

Nie mogłam mu nic powiedzieć. Nie mogłam wyjawić Lanny’emu, że opisuję scenę, gdy facet na imprezie przypiera kobietę do rogu. Szepcze jej na ucho: „ty kurewko”. Pakuje jej kolano między nogi.

Robię okropne rzeczy, żeby zabawić ludzi. Dostałam od wydawcy niezłą zaliczkę, żeby napisać kawałek o przemocy i zemście; wszystko na podstawie dwunastostronicowego streszczenia, w którym ona truje ważniaka, a jego ciało wrzuca do pieca.

Nagle wydaje mi się, że to straszna chała, wakacje, chłopak jest w domu, mogłabym z nim siedzieć w ogrodzie i słuchać o tych jego błazenkach.

Patrzę, jak głową w dół zwiesza się ze śliwy.

Mąż kwestionuje moralność kryminałów. Mówi, że za bardzo gloryfikuję. Ale co gloryfikuję, tego już nie wie, bo wcale tej książki jeszcze nie czytał. Gram rolę adwokata diabła, powiada, zupełnie jakby jego przytyki bardzo mnie inspirowały czy mi pomagały. Adwokat diabła, dający o sobie łaskawie znać pytaniem, co dostanie do herbaty. Adwokat diabła chrapiący obok mnie, gdy siedzę i czytam.

Jestem dość kiepską matką i dość dobrą autorką kryminałów. Lanny nie ma nic wspólnego z tymi mrokami ludzkiego ducha, o których piszę. Widząc nadciągającą marę, potrafiłby grzecznie zejść jej z drogi. Nie stanie się podły czy nieszczęśliwy z powodu tego, co znajduje się w wordowskich plikach matki. To wszystko siedzi w mojej głowie. Lanny jest cały w swojej głowie. I kto mnie tu teraz osądza? Nie chce mi się nad tym zastanawiać.

Czy mąż w pociągu zamartwia się tym, że przerażająca monotonia zabezpieczania kredytów może kiedyś spłynąć także na Lanny’ego? Wątpię. Czy czuje się zniesmaczony i zawstydzony tym, że na tym samym telefonie, z którego Lanny korzysta, żeby oglądać filmy o płetwalach błękitnych, on ogląda pornosy, żałośnie waląc konia w łazience, podczas gdy ja udaję, że obmyślam mordercze akcje? Nie, nie czuje. To zawsze jej jarzmo.