Z dziennika berlińskiegoTekst

Z serii: Klasyka
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Max Frisch

Z dziennika berlińskiego

Opracował i podał do druku Thomas Strässle

przy współpracy Margit Unser

Przełożyła Małgorzata Łukasiewicz


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału niemieckiego Aus dem Berliner Journal

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by ullstein bild / Getty Images

Copyright © by Suhrkamp Verlag Berlin 2014

All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2017

Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Łukasiewicz, 2017

Redakcja Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Korekta Marcin Piątek / d2d.pl, Alicja Listwan / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

The translation of the book was supported by

the Swiss Arts Council Pro Helvetia

Przekład książki został dofinansowany przez

Swiss Arts Council Pro Helvetia

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-588-3

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Z dziennika berlińskiego

Z zeszytu 1 [1973]

Z zeszytu 2 [1973/1974]

Aneks

Posłowie

Objaśnienia

Przypisy

Kolofon

Z dziennika berlińskiego

Z zeszytu 1 [1973]

6.02

Odbiór mieszkania (Sarrazin Strasse 8)1 i wieczór u Grassa. Nerki.

Wściekły, jak gdyby mnie spotkała niebywała krzywda, potem zrozpaczony, że nie umiem zmienić sytuacji (zrozumiałem już, że o krzywdzie nie ma mowy), wchodzę na parapet, grożę (jeszcze zobaczycie!) w przekonaniu, że dopóki krzyczę, potrafię świetnie fruwać, i nawet skaczę, przerażony i butny, ale krzyku nie starcza na długo, upadek następuje tym szybciej, racja jest po ich stronie.

7.02

Anna Grass2 pożycza nam dwa łóżka, jeszcze nie mieszkamy. Terminy dostaw. Biurko, zamówione wcześniej przez Uwego Johnsona3, już jest, do tego pierwsza lampa. Czekamy na urządzenia techniczne (lodówka, ­lustro i oświetlenie w łazience, zamki w drzwiach itd.). Bez telefonu. M.4 znajduje ładny stół, antyczny, szklanki i trochę naczyń. Nie ma jeszcze ciepłej wody. Pierwsze krzesło. W pustych białych pokojach każdy krok, każdy odgłos rozbrzmiewa echem. Ile jest potrzeb. Pieniędzy nie brak, przeciwnie.

9.02

Świadomość, że mam jeszcze trzy albo cztery lata do wykorzystania; ale nie żyje się z tą świadomością na co dzień, stąd za każdym razem popłoch. Zwłaszcza przy przebudzeniu. O tym nie da się z nikim rozmawiać.

Czekanie na rzemieślników, nie mogę nawet czytać, krążę po pustym mieszkaniu, echo kroków; muzyka z tranzystora, w przerwach głos NRD. Jestem rad.

Wczoraj z Uwem i Elisabeth Johnsonami5 we włoskiej restauracji tu, we Friedenau. Nieprawda, że z wiekiem nie zawiązują się nowe przyjaźnie.

Jeden z rzekomych powodów, dla których nie mieszkam (albo nigdy przez dłuższy czas) w Zurychu: bo tam zbyt wielu ludzi rozpoznaje mnie na ulicy, w knajpie. Zaraz po przybyciu do Berlina (hotel Steinplatz) łapie mnie czytelnik, inżynier od betonu, który właśnie przeczytał dziennik z wczesnych lat, wszystko inne już znał; innym razem czekam w Banku Handlowo-Przemysłowym na odpowiedź teleksem, ale zanim nadejdzie, zjawia się urzędnik, przeprasza, że mnie od razu nie rozpoznano; teleks niepotrzebny. Potem młody ślusarz; kiedy mam mu podać nazwisko, pyta: Pan jest tym pisarzem? Na czytanie nie ma czasu, mówi, może kiedyś, później. To samo w sklepie z lampami, przy czym zawsze podaję nazwisko w odwrotnej kolejności: Frisch, Max; kiedy już zanotował, zdumiewa się: Autor Gantenbeina? W sklepie z antykami facet aż przysiada, woła żonę, żeby jej powiedzieć: To jest Max Frisch. Skąd zna moje nazwisko? No wie pan, mówi, czytamy pana. Nie może się uspokoić, dziękuje za moją fizyczną obecność w jego przepełnionym sklepie. Tapeciarz pyta: Szykuje pan znów jakąś sztukę? Kiedy muszę raz jeszcze iść do sklepu z lampami, bo jednej z lamp nie da się zamontować, i zachodzę do warsztatu na zapleczu, żeby podać technikowi jakiś szczegół, sprzedawca mówi: Ten to przeczytał więcej pana książek niż ja. Cieszy mnie, gdy widzę, dokąd trafiają książki.

Murarz, który mówi jak Barlog6, chce zainstalować lodówkę w czasie przerwy obiadowej, fucha, zaczął trzy dni temu, ale wciąż nie może zdążyć, musi wypożyczyć świder; potem znowu widzę go z taczką, przerwa obiadowa się skończyła. Daje mi ukradkiem znak, że przyjdzie, jak tylko się da. Nic takiego, roboty na pół godzinki. Jutro, powiada w przelocie, jutro już na pewniaka. Sześć śrub na kołki. Świder elektryczny, własność firmy, jest dziś w użyciu gdzie indziej. Daje znak ręką: na pewno dotrzyma słowa. Tytułuje mnie „panem doktorem”. Dziś, znienacka, w kuchni huczy świder. Kolejny otwór, trzeci, zanim go zawołają; szef jest w budynku. Albo poziomica, również własność firmy, akurat jest w użyciu gdzie indziej. Jutro też pan tu będzie, panie doktorze? Potem znów słychać świdrowanie, ale w tej samej chwili widzę go na dole z taczką wypełnioną cegłami; pędzi z taczką. Świdruje za niego pomocnik malarski; sam nie nadąża. Kiedy wchodzę do kuchni, nie ma nikogo; wciąż brakuje ostatniego otwo­ru. Facet nie nadąża. Jest wciąż zagoniony, ­Woyzeck jako murarz7.

[…]

10.02

Pierwsze zakupy na cotygodniowym targu8, który w przyszłości będzie naszym targiem, Breslauer Platz, zaprowadził mnie Günter Grass; ryboznawstwo.

75. urodziny Brechta.

[…]

11.02

Niedziela, wprowadzamy się do mieszkania. Jutro ma być też ciepła woda.

12.02

Uwe Johnson przynosi mały obraz w ramkach, zapakowany, jako wkupne do nowego mieszkania. Co to może być? 5.10.72, kiedy podpisałem umowę kupna, wręczył mi teczkę zawierającą: plan Friedenau, encyklopedyczną notkę o Sarrazinie9, którego nazwisko upamiętnia ta ulica, krótką historię dzielnicy, formularz do założenia konta pocztowego, formularz do rejestracji telefonu. Zapytał, czy po oględzinach trwających kwadrans mam w pamięci mieszkanie, i kazał mi na poczekaniu narysować na kartce plan. Dzisiejszy podarek: mój ówczesny szkic, oprawiony, rysunek flamastrem, na pierwszy rzut oka jak natchniony ręko­pis, który nie od razu rozpoznaję; przedpokój i toaleta z błędami.

13.02

Telewizor jako jedyny mebel w pustym białym pokoju.

Najwyraźniej uważałem, że mam się czuć odpowiedzialny za bieg świata, wynika to z korespondencji (wysłanej na dotychczasowe adresy i przekierowanej tutaj): zaproszenie na Ewangelickie Dni Kościoła w Niemczech, zaproszenie od węgierskiego PEN Clubu i tym podobne, listy od czytelników jako sympatyczne echo tegoż mylnego przekonania.

Ulice Berlina i jego knajpy, berlińskie Wannsee, berlińskie sosny, berlińskie północne niebo, ta czy owa stacja kolejki podziemnej; patyna tego miasta, patyna dla mnie: próby teatralne z Casparem Neherem, Hanne Hiob, Ernstem Schröderem, Tillą Durieux i wieloma innymi (inscenizacji Kortnera i inscenizacji Schweikarta swego czasu nie obejrzałem)10 oraz zdrady małżeńskie11.

 

Po południu do miasta, aby zakupić sprzęty kuchenne; mniej więcej po raz siódmy M. i ja urządzamy kuchnię12. Dwa razy w Rzymie, Via Margutta; w Berzonie; dwa razy w Zurychu, na osiedlu Lochergut i przy Birkenweg. Potrzebne są jeszcze wieszaki.

Pierwsza przymiarka do NRD-owskiej telewizji. Obawiam się, że można się szybko wdrożyć; paradoksalnie te jałowe uproszczenia przypominają czasy nazizmu.

Nasze mieszkanie leży w korytarzu powietrznym Tempelhof, o czym zresztą wiedziałem; samoloty nadlatują z zachodu i startują na zachód. W przerwach cisza, Friedenau, dużo emerytów. Przeraźliwy huk raczej podnieca, niż przeszkadza.

14.02

Potrzeb jest nadspodziewanie więcej, niż można było przypuszczać, potrzebna jest na przykład listewkowa żaluzja z powodu porannego słońca na całym biurku.

W 1959 w szpitalu Männedorf (zapalenie wątroby)13 robiłem zapiski tylko dla siebie. Myśli o szarym poranku, wyuczone na pamięć, więc zdania możliwie krótkie; brakło sił, żeby zapisywać od razu, potem godzinami kroplówka, przy tym strach, że mógłbym zapomnieć te parę zdań, a po kroplówce kompletne wyczerpanie; dopiero po południu mogłem notować z pamięci, przy tym lęk, że zawiodą oczy, mimo okularów musiałem trzymać kartkę tuż przy żółtej twarzy, te parę zdań jeszcze jakoś tkwiło w głowie, ale trudności z pisaniem: N zmieniało się w M, R wyglądało jak P, każdą linijkę trzeba było wielokrotnie przepisywać. Na koniec, zanim nieodwołalnie nadchodził sen, ulga, jak gdyby udało się coś ocalić; ocknąwszy się, wydobywałem kartkę z szuflady, aby sprawdzić, cóż takiego rano wydawało mi się godne uwagi, i stwierdzałem, że tu i tam brakuje nie tylko rodzajnika, ale często też czasownika. Mimo to po wyzdrowieniu przechowywałem te notatki, jakkolwiek chaotyczne. Po co? Kilka lat później, w Rzymie, usłyszałem od Ingeborg Bachmann14, że znalazła notatki ze szpitala (byłem przekonany, że są w zamkniętej szufladzie) i spaliła je. Czuła się uprawniona, a co więcej – zdradzona. Było to przed południem, w Café Canova, Piazza del Popolo. Od tamtej pory nie rozmawialiśmy już ze sobą.

Walka z alkoholem, co tydzień porażka pod tym względem. Diagnoza medyczna (styczeń) jest nienaganna; żaden lekarz nie wie, dlaczego krążą nade mną sępy. Każdy lekarz, w Zurychu czy w Nowym Jorku, pokazuje mój elektrokardiogram z prawdziwym zachwytem. Co do alkoholu: brak mi już nawet woli szczerego wyznania, nawet przed samym sobą.

Z M. spacer wokół Schlachtensee. Gdy jest wesoła, nic w ogóle nie wydaje mi się nierozwiązywalne.

Deformacja wskutek pisarstwa jako zawodu, straszak opinii publicznej; jak gdyby żyło się po to, żeby coś powiedzieć. Komu?

15.02

Jürgen Gruner, szef VOLK UND WELT15, pisze, jak bardzo ucieszyłaby go moja wizyta w wydawnictwie. Pierwsze spotkanie niedawno w Zurychu. Nieświadomy, że nie wolno im, kiedy podróżują na Zachód, przyjmować zaproszeń do prywatnych mieszkań, zaprowadziłem pana Grunera do przyzwoitej restauracji (REBLAUBE) na rozmowę. Wydają teraz HOMO FABER, ale STILLERA wciąż jeszcze nie16; jedno i drugie od dawna opublikowane w ZSRR. Kelnerka proponuje aperitif; pan Gruner natychmiast odmawia, jakby trąciło to przekupstwem, ale gdy zamawiam dla siebie campari, przyjmuje koniak i wodę mineralną. Nie chciałby, mówi już z dokumentami w ręku, nadużywać mego cennego czasu, a kiedy podsuwam mu otwarte menu: Niechże pan nie przesadza z oficjalnością! Jest 19.30, pora kolacji, czasu na rozmowę wystarczy. Mężczyzna w średnim wieku, partyjny, literacko bardzo otrzaskany, choć inaczej niż my; niektórych nazwisk, jemu dobrze znanych, nigdy nie słyszałem. Wbrew oczekiwaniu sprawdzają, czy w NRD nie dałoby się jednak opublikować ­DZIENNIKA 1966–197117; jeśli nie akurat teraz, to później. Haczyk: moje zapiski z ZSRR. Swobodna rozmowa, powiedzmy: swobodna; w pewnym momencie sam mówi: Tak nas wychowano, obowiązek przede wszystkim! Mimo dokumentów, które pan Gruner od razu rozłożył na stoliku, pozwoliłem sobie zamówić butelkę wina, dôle, tylko proszę tego nie brać za nachalną demonstrację naszego zachodniego dobrobytu. Człowiek uważa z pytaniami, łatwymi dla tego, kto pyta, i jest zaskoczony każdą szczerą odpowiedzią, przejawem zaufania. Pozostaje jednak cień lęku, w każdym razie nieustanna oględność, jak gdyby mogła nas słyszeć jakaś nader drażliwa instancja; ponadto troska, by nie wyjść na prowincjusza. Nie, za deser dziękuje; podróż służbowa nie ma na celu rozkoszy podniebienia. Z jedzeniem uwinęliśmy się dość szybko. Sam też nie zamawiam deseru; tyle że moja dieta ma inny charakter. Co wolno nam obydwóm: koniak. Jest dopiero 22.00, właściwie dobrze się rozmawia, ale pan Gruner nie chciałby nadużywać mego czasu, jak mówi, chociaż raz jeszcze zapewniam, że nie mam innych planów na wieczór. Moja propozycja: powałęsać się po mieście, może zajść gdzieś na piwo. Ale pan Gruner raz jeszcze dziękuje, że poświęciłem mu aż tyle czasu. Bóg mi świadkiem, nie chcę go wodzić na pokuszenie i odprowadzam go do małego hoteliku przy dworcu, tak, do zobaczenia w NRD, tak, obustronna serdeczność. Dziś jego list: „z wielką radością dowiaduję się właśnie — ”.18

Wkręcam pięć wieszaków na garderobę, żeby wreszcie było gdzie powiesić płaszcze, i właściwie od razu szkoda. Wszystkie inne ściany są białe i puste. Czy naprawdę potrzebny jest telefon? Właściwie rad jestem, że dostawy się przeciągają. Jeszcze przedwczoraj mówiliśmy: Idę teraz do mieszkania. Dziś mówimy: Idę teraz do domu. Właściwie już mieszkamy. Kartonowe pudła wyglądają jak meble; jak gdyby stały na swoim miejscu. Zamówione zostało to, co się zwykło uważać za niezbędne: regały na książki, tapczan, stara szafa, potem przybywa wygodne krzesło, a kiedyś, gdy trafimy na coś odpowiedniego, przybędzie kanapa i tak dalej, i tak dalej, mały odkurzacz już jest.

Nie mam pojęcia, gdzie stoi mój samochód, nigdzie go nie widać, krajobraz pod Zurychem, wstydzę się powiedzieć, że chodzi o jaguara19. Następnie: Franz Josef Strauss szalenie sympatyczny, potem w postaci żółwia, a ja utrąciłem mu główkę, trzeba zmykać, ucieczka. Nasi znajomi w Zurychu, ich miny: Dobrze mu tak! Różnego rodzaju śmieszne prześladowania. Walter ­Höllerer20 i ktoś, kogo nie umiem zidentyfikować, też zresztą nie może na dłuższą metę pomóc; nie będzie sądu, ale trwają przygotowania do jakiejś śmiesznej egzekucji, przed czym znowu ratuje mnie tylko przebudzenie.

Na początku lat sześćdziesiątych, ponad dekadę temu, Uwe Johnson, wówczas bardzo młody, w skórzanej kurtce, przy piwie nocą na placyku w Spoleto (festiwal)21 w cztery oczy zapytał mnie wprost: Panie Frisch, co pan robi ze sławą? Nie pozwalając, bym potraktował pytanie jak zaczepną kpinę, pozostał zaczepny: Jest pan sławny, czy pan tego chce, czy nie. Jego spojrzenie nie dopuszczało wątpliwości, że nie chodzi tu o pochlebstwo. Pytanie jawnie się czegoś domagało, nie zorientowałem się nawet, jakiej oczekiwał odpowiedzi; otwarcie się czegoś domagał. Nie umiałem odpowiedzieć, nie wiem, czy głosem, czy tylko miną dawał do zrozumienia: Panie Frisch, musi się pan nad tym zastanowić. Od tamtej pory zawiłymi drogami (przypuszczam, że potępiał moje zachowanie wobec Ingeborg Bachmann jako nieodpowiedzialność) zbliżyliśmy się do siebie, ale pozostajemy na „pan”, co przy powszechnym tykaniu brzmi prawie jak riff; moim zdaniem to dobrze, w porządku, serdeczność, która nigdy nie przechodzi w spoufalenie, nawet czułość, zawsze jednak wymagająca. Przedwczoraj rozmowa o Brechcie; jaki byłby dziś jako siedemdziesięciopięciolatek, w jakiej mierze odbiegałby od wizerunku klasyka o jego nazwisku, czy inaczej by się go odbierało. Pytania. Uwe Johnson jest bardziej kłopotliwy niż większość, nawet gdy jest wesoły, dowcip­ny. Stawia mi wymagania. Sposób, w jaki to robi, przynosi zaszczyt; nie tak, jak ci wszyscy mądrale, po to, żeby się samemu poczuć lepiej, gdy tamten zawiedzie; stawia mi wymagania w nadziei.

W Berlinie nie wychodzi ani jedna licząca się gazeta.

Skutki geograficznej odległości. Z Zurychu napisałem jeszcze list do uprzejmego profesora Karla Schmida (UNBEHAGEN IM KLEINSTAAT)22 w Bassersdorfie; stąd i teraz w związku z jego książką, w obiegu od dziesięciu lat, nie napisałbym nic innego, po prostu wcale bym nie napisał.

Żyję teraz bez postanowień na przyszłość.

Żadnych bólów głowy; już to przemawia za Berlinem, lżejsze powietrze; inaczej niż w Berzonie i w Küsnacht, gdzie między zmęczeniem a zmęczeniem zostają nieliczne godziny stanowiące mój dzień. Powiedzmy: powietrze.

Książka, która pośród nowości w ostatnim czasie zrobiła na mnie największe wrażenie: PEŁNIA NIESZCZĘŚCIA Petera Handkego23. Wirtuoz, to wiadomo było bardzo wcześnie, ale nagle ma coś do powiedzenia (tak że już się nie zastanawiam, dlaczego czytam), i też bardzo wcześnie; Handke ma trzydziestkę.

16.02

Stawia mi wymagania – w pewnym sensie odnosiło się to także do Alfreda Anderscha24. Jego oczekiwania, że w Berzonie dojdzie do literackiego sąsiedztwa, szybko się rozwiały. Mimo całej wzajemnej życzliwości. Jego wyobrażenie o pisarzu, jego postawa na co dzień: „qua pisarz”, co skutkuje drażliwym dostojeństwem, powagą nie zawsze wolną od komizmu; bliższa była mi jego prawość jako człowieka. Ceniłem go, nadal cenię. Bardzo szybko, najpóźniej odkąd zamieszkaliśmy w tej samej wsi, odczuwałem lęk, że go urażę, naturalnie niechcący. Przed rokiem faktycznie do tego doszło; nie z powodu oceny literackiej. Po przeczytaniu EFRAIMA25, w manuskrypcie, wysłałem mu długą recenzję (aby uniknąć wszelkich ustnych niezręczności), którą nawet dobrze przyjął, ale książka nic na tym nie zyskała. Coraz mniej gadało się o literaturze, potem gadało się grzecznie, tzn. tylko wtedy, gdy jednemu spodobało się coś, co ten drugi spłodził. Jego bezwzględnej pogardy dla Güntera Grassa czy Petera Handkego nie mogłem podzielać ani podważyć kontrargumentami. Od czasu do czasu działaliśmy sobie na nerwy, co naturalne; zwykły błąd: dwaj przyjaciele (za takich się uważaliśmy, moim zdaniem słusznie) nie powinni mieszkać po sąsiedzku w jednej wsi. Sąsiedztwo zmusza na co dzień do ostrożności, wyklucza kłótnię, która jest sprawdzianem i podłożem przyjaźni; otwartą kłótnię. W większym mieście prawdo­podobnie pozostalibyśmy przyjaciółmi, którzy czasem miesiącami się nie spotykają; w małej wiosce, gdzie już dwa dni po sprzeczce ludzie znowu wpadają na siebie może u wspólnego mechanika, w imię zachowania dobrych stosunków sąsiedzkich unika się tego, co nie przeszkadzałoby przyjaźni. W rezultacie kłamstwo staje się nieuchronne; na koniec ma się temu drugiemu za złe, że samemu nie jest się szczerym; pod nieobecność tamtego człowiek złości się na własną hipokryzję i wystarczy trochę alkoholu, żeby sam robił kiepskie ­dowcipy, których nigdy nie darowałby innym. A więc wyrzuty sumienia. Czy Alfred Andersch miał po temu okazję, nie wiem; zresztą nic mnie to nie obchodzi. Nasze stosunki stały się w każdym razie wymuszone; nie wskutek jakiegoś incydentu, który by je popsuł, ale wskutek rosnącej oględności. On – dżentelmen (mówiąc bez ironii: qua pisarz), ja – trochę zobojętniały albo nerwowy, przy tym banalny, tak czy owak kompletnie nieefektywny; także skrępowany, bo wcale już nie wymieniałem nazwisk, które budziły jego nieprzejednaną wzgardę, więc pewnych spraw nie mog­łem poruszać. Powiedział kiedyś o swoim wydawcy26 coś, co zawsze mówili też inni: Niestety nie ma poczucia humoru, za grosz poczucia humoru. Na to mój obszerny wywód, dlaczego taka opinia zawsze jest wyrazem zasadniczej antypatii, nie tyle czyjąś charakterystyką, ile sygnałem stosunków, w których antypatia ze strony tego, kto wyraża taką opinię, nie dopuszcza w ogóle poczucia humoru u drugiej strony. Ile razy zdarza mi się słyszeć, że Alfred Andersch to porządny człowiek, ale niestety nie ma za grosz poczucia humoru – tego nie powiedziałem. Faktycznie miałem coraz mniej do powiedzenia; tematem ratunkowym dla nas obu byłoby życie literackie, ale i tu czyhały pułapki. Trzeba było brać pod uwagę, że Andersch nie czyta DIE ZEIT, z zasady, odkąd ta gazeta zignorowała go i sponiewierała; co innego NEUE ZÜRCHER ZEITUNG. Trudne były też odwiedziny kolegów, którzy znali nas obu; w pierwszych latach sugerowałem, by skoro już są w Berzonie, przywitali się z Alfredem Anderschem; potem uznałem, że każdy ma prawo odwiedzać tego, kogo chce odwiedzać, jednego albo drugiego. Czy ktoś, kto odwiedza Alfreda Anderscha, musi koniecznie zajść też do mnie? Żaden z nas tak nie uważał; mimo to pewne rzeczy przestały być oczywiste. Z jakiej racji Otto F. Walter, jego dawny wydawca, z którym się pokłócił, miałby u nas nie nocować? Poza tym szanowaliśmy wzajemnie nasze codzienne godziny pracy; żadnego wpadania do siebie w tych porach, w miarę możliwości też żadnego telefonowania. Gisela Andersch27 przychodziła od czasu do czasu popływać; zapewniałem, że mi to nie przeszkadza. Andersch, jak mniemałem, nie lubił gier; na przykład nie grał w boccię. Kiedy później, żeby nie trzymać się kurczowo tego mniemania, zaprosiłem go na partyjkę bocci, powiedział: Dobrze, ale nie dziś, nie, jutro wieczorem też nie, w ogóle nie w tym tygodniu. Nic się nie stało, to była tylko nagła chętka, nie projekt; z czasem jednak chętka przechodzi. Do tego obawa Marianne, że popełniliśmy jakiś błąd; z mojej strony pewność, że popełniłem jakiś błąd. A potem, przy najbliższym spotkaniu: Fred, w dobrym nastroju, jakbyśmy nie popełnili żadnego błędu. I nieprawda, że ten człowiek nie umie się śmiać. Innym razem zgłosił się z misją; nasz wspólny doradca podatkowy, dott. Waldo Riva w Lugano, chciałby wysondować, czy przyjąłbym niemiecki Federalny Krzyż Zasługi28. Dla obywatela Konfederacji Szwajcarskiej dziwny pomysł. Na moje pytanie, czy on, Alfred Andersch, jako obywatel niemiecki, przyjąłby takie odznaczenie, energicznie pokręcił głową: Od tego rządu w żadnym razie!, jak gdybym powinien był to wiedzieć; było to za pierwszej kadencji rządu Brandt–Scheel. Polityczna biografia Alfreda Anderscha jest znana29; od jakiegoś czasu nie potrafiłem się zorientować, gdzie dziś widzi dla siebie miejsce albo pole manewru. Raz (pamiętam) napisał do Gustava Heinemanna, zanim ten został prezydentem, osobisty list z upomnieniem: Wróg jest na prawicy. O tym, że Alfred Andersch ubiega się o obywatelstwo szwajcarskie, nie wiedziałem; rozważania, które go do tego przywiodły, nawet by mnie interesowały, może czegoś by mnie nauczyły; może pozwoliłbym sobie na przestrogę. Czy zależy mu na prawie do działalności politycznej – i jakiej działalności – a jeśli nie, to dlaczego dzisiaj iść w ślady Hermanna Hessego? Latem 1972 roku dowiedziałem się od sąsiadów, że ­Alfred i Gisela Anderschowie uzyskali niedawno obywatelstwo Berzony; stali się więc moimi ziomkami. Przedtem nasz konflikt. W październiku 1971 roku posłałem mu tekst przeznaczony do mego dziennika30, próba przedstawienia naszej relacji, na przykład problemu przyjaźni-sąsiedztwa, żałosne wyznanie mego skrępowania; tekst na pewno też był skrępowany, stąd właśnie moje pytanie do Alfreda Anderscha, czy odradza mi publikację. Naiwne pytanie, zgoda, naiwne w nadziei, że ten tekst, właśnie jeżeli nie dam go do druku, wyjaśni nasze stosunki i raz jeszcze zmobilizuje przyjaźń. Jego list do Nowego Jorku31 mocno i na długo mnie speszył: uzasadniona drwina, że oto pisarz zapytuje, co ma opublikować lub nie; dalej: „Każde twoje zdanie jest fałszerstwem32”. Nie mam tu kopii tej korespondencji, ale wiem, że jego polityczną biografię wysnułem wyłącznie z jego twórczości literackiej. Po oświadczeniu, że wycofuję tekst, jeszcze nieznany moim redaktorom, i nie daję go do druku, napisałem ponownie, w styczniu 1972 roku, po ostatniej korekcie: fakt, że w dzienniku nie przedstawiłem naszych stosunków, tak jak sam je widzę, uważam za swoją porażkę, proszę o wyrozumiałość dla tej porażki. Poproszony przez PARTISAN REVIEW o ułożenie antologii współczesnej literatury niemiecko­języcznej33, napisałem pod koniec lutego (albo na początku marca?) do Alfreda Anderscha z pytaniem, jaki swój tekst chciałby zamieścić w tej antologii, a gdy odpowiedź nie nadchodziła, wysłałem ponownie kopię pierwszego listu z odręczną prośbą o szybką odpowiedź. W połowie czerwca, z powrotem w Berzonie, zadzwoniłem na drugi dzień po przyjeździe; Gisela jak zawsze bardzo uprzejma, ale Fred pracuje, nie może rozmawiać, nie, niestety wieczorem też nie. Pół godziny później zadzwonił sam, nawet uprzejmy, tylko zdziwiony, co to za pilna sprawa. Przyszedł (sam wybrał porę) o czwartej po południu. Krótka wymiana zdań, zapytany, co tam w Nowym Jorku, składam relację, a potem pytam, czy z zasady nie będzie już odpowiadał na moje listy. Alfred Andersch potakuje; właściwie bez gniewu, uważa tylko, że to oczywiste: Po tym twoim tekście. Obaj mieliśmy ten tekst w kieszeni, ale nie trzeba było go wyciągać; obaj znaliśmy go prawie na pamięć i w ogóle, stwierdził Alfred Andersch, nie ma tu nic więcej do powiedzenia. To jak będzie dalej? Jego odpowiedź: Tak jak teraz. Bądź co bądź, jak już w pierwszym liście, zaprotestowałem przeciwko opinii, że każde moje zdanie jest fałszerstwem. „Politycznie bardziej doświadczony, literacko bardziej oczytany” – tak w tekście o Alfredzie Anderschu; to również uznał za fałsz, mianowicie za ironię czy sam nie wiem za co. Potem dołączyła Marianne, nieszczęśliwa za każdym razem, gdy dochodzi do konfliktu; nie znała tekstu, o którym zresztą nie było nic więcej do powiedzenia. Byliśmy bardzo spokojni, może nie odprężeni, ale opanowani; Fred przyjął nawet małą whisky, jak zawsze małą, podczas gdy ja mimo wszystko chciałem jeszcze coś powiedzieć o swoim dzienniku, który tymczasem się ukazał i został też wysłany do Alfreda Anderscha: ile musiałem usunąć, bo było nie dość dobre, tak jak tekst o naszych stosunkach, i że wskutek tego całość jest koślawa. Zgoda, to mój problem. Owszem, słuchał, odpowiedział też na pytanie, nad czym aktualnie pracuje; nad powieścią. Punkt o piątej musiał się zerwać, patrząc na zegarek; praca czeka, a ja odprowadziłem go do drzwi. Od tamtej pory nie rozmawialiśmy już ze sobą.

 

Berlin: poczucie próżni, szerokie ulice, jazda samochodem sprawia przyjemność; gdy człowiek wysiada, aby iść pieszo, wszędzie ma poczucie, że Berlin to nie tu. Mimo szerokości są to tylko boczne ulice, które wcale nie prowadzą do jakiegoś centrum, najwyżej do dzielnic bardziej szykownych; banki i restauracje (międzynarodowe) nie stanowią centrum. Akademia Sztuk i inne wysiłki przywrócenia tu życia, próbuje się tego i owego, wszystko z myślą o tym, by nie zniknąć z historii.

17.02

Życie bez postanowień na przyszłość (co wszelako zakłada sytuację uprzywilejowaną, zameczek, taki jak miał pan de Montaigne, albo książeczkę czekową): niełatwo się tego nauczyć. Sama świadomość, że znajdujemy się w sytuacji uprzywilejowanej, zmusza do postanowień. Przez długi czas mego życia, kiedy nie głodowałem, ale byłem niezamożny, mniej więcej tak jak znakomita większość, w ogóle nie interesowały mnie społeczeństwo, polityka, utopia; moje społeczne zaangażowanie narastało powoli jak mój dobrobyt, który (naprawdę w to wierzę) nigdy nie był dla mnie celem, ale jako fait accompli coraz bardziej zmuszał do postanowień, co to nie uświęcają prywatnego dobrobytu, ale usprawiedliwiają go jako środek do celu. Nie znaczy to tak po prostu, że nie uważam siebie (i ludzi mego pokroju) za socjalistę. Przeciwnie; i bez żadnej ironii: sumienie społeczne to luksus. Czy powinno się sobie pozwalać na ten luksus? Postanowienie, by przyczynić się w pewnej mierze do ulepszenia tego społeczeństwa, wyrasta z potrzeby przyzwoitości – nie wiem, co chciałem powiedzieć – Życie bez postanowień…

Lektura: Christa Wolf LESEN UND SCHREIBEN34, spodziewam się ją zobaczyć w najbliższym czasie („po tamtej stronie”).

W styczniu, na pogrzebie naszej siostry Emmy35, zdziwienie historią własnej rodziny, w powiązaniu z historiami innych rodzin; stół żałobników, dużo starych ludzi, ale również młodzi. Nagle wracały do mnie, po kolei, wszystkie wyparte z pamięci sprawy, tylko nie powód, dla którego zostały wyparte.

Już nieraz śniło mi się, że JAGUAR (cena zakupu: 31 000 franków) został skradziony, nigdy jeszcze, że skradziono na przykład maszynę do pisania. A przecież bez maszyny do pisania byłbym naprawdę w kłopocie.

Odkąd wkładam przygodne zapiski do skoroszytu, zauważam swoje zażenowanie; znak, że pisząc, już myś­lę o czytającej publiczności, kiedykolwiek miałoby do tego dojść. A prócz zażenowania jednocześnie oględność w stosunku do innych, która też potrafi być podstępna, potajemna, a przede wszystkim trąci asekuranctwem; nie piszę: Paul to dupek. Kropka. Bo wtedy byłbym niesprawiedliwy.

Rachunek od drugiej strony. Kobieta trzydziestoośmio­letnia ma jeszcze wszelkie szanse zejść się z innym partnerem. To by było za cztery lata. Nie mam pojęcia, czy M. też robi taki rachunek; próba zagadnięcia jej o to byłaby śmieszna. Tymczasem rachunek leży między nami na kuchennym stole, podczas gdy smacznie zajadamy.

Teraz wiem, że nie piszę, bo mam innym coś do powiedzenia. Hałas samolotów budzi mnie przeważnie o siódmej36, najpóźniej o ósmej jestem do dyspozycji, umyty, ubrany, z pierwszą fajką w ręce. Piszę, żeby pracować. Pracuję, żeby być u siebie w domu.

[…]

18.02

Zwiedzanie Märkisches Viertel: mniej więcej Nowe Miasto, które nasza broszurka37 zaproponowała wtedy, w 1955, dla Szwajcarii.

Niedawno na Breslauer Platz huk, na ziemię spadł odłamek starego gzymsu, trzy metry ode mnie. Wypadek, bez szkody dla innych, naturalny i niesprowokowany wypadek – tak byłoby najlepiej.

Ludzie, w których obecności mimo wszystko człowiekowi coś przychodzi do głowy, pojawia się przynajmniej chęć budowania zdań, zdań nieprzygotowanych, zaskakujących dla nas samych – i ci inni ludzie, w których obecności sam siebie nie słucham, może za to więcej mówię, bo się nudzę: sam siebie. Jedni nie są inteligentniejsi, drudzy nie są głupsi, ma to też niewiele wspólnego ze stopniem ich życzliwości. Więc z czym? Potem znów siedzę jak wór cementu. Temat nie ma albo prawie nie ma znaczenia (nie obchodzi mnie, który redaktor przechodzi akurat do którego wydawnictwa), z pewnością nie ma znaczenia, czy jestem w centrum uwagi, czy nie. Przyjemność, która polega na ustnym artykułowaniu zdania albo wielu zdań, wypowiadaniu się, zaskakuje mnie samego; potem jestem za to wdzięczny tym innym. Przeważnie są to ludzie, których nie spotyka się zbyt często. Kwestia kredytu. Obserwacja par: kiedy jedno w towarzystwie przysłuchuje się drugiemu i jest widomie zirytowane, że partner okazuje się bardziej wymowny niż w domu (nie tylko pod względem tematu, lecz także językowo). Alkohol pomaga jedynie w pierwszej fazie. Jeśli człowiek nie słucha sam siebie, bo wygłasza tylko gotowe zdania, jak długo może słuchać innych? A jeśli wszyscy wygłaszają tylko gotowe zdania (nawet błyskotliwe, ale nieurodzone w danej chwili) —