Zjawa

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zjawa
Zjawa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,89  27,91 
Zjawa
Zjawa
Audiobook
Czyta Artur Bocheński
4,99 
Szczegóły
Zjawa
Zjawa
E-book
4,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prawda nie sprawia tyle dobrego, ile złego

sprawiają jej pozory.

François de La Rochefoucauld

Ludzie odkryli, że o wiele wygodniej jest fałszować prawdę niż uszlachetniać siebie.

Caleb Colton

Fotografia staje się więc dla mnie dziwacznym medium, nową formą halucynacji: fałszywą na poziomie postrzegania, prawdziwą na poziomie czasu. Halucynacją umiarkowaną, w pewnym sensie skromną, podzieloną – z jednej strony nie ma tego tutaj, z drugiej ale to naprawdę było: szalony obraz, ocierający się o rzeczywistość.

Roland Barthes

Kamie i Adamowi, przyjaciołom, by po nowemu było jak po staremu. Z Long Island i na Long Island. Najlepszego! Cin cin!

Na pewno kojarzycie zdjęcie Śniadanie na szczycie drapacza chmur. Jedenastu robotników odpoczywających na stalowej belce zawieszonej ćwierć kilometra nad ziemią – dokładnie na 69. piętrze wysokościowca wznoszonego przy Rockefeller Plaza. Wykonano je 20 września 1932 roku i… niemal na pewno jest fotomontażem.

Nogi budowlańców nie zwisają swobodnie, lecz opierają się na jednej płaszczyźnie – jakby po prostu siedzieli. Odpalenie papierosa na tej wysokości i przy panującym na niej wietrze stanowiłoby nie lada wyzwanie, a robotnik bez koszuli, nieważne jak rozgrzany emocjami, solidnie by zmarzł. Do tego, choć żaden z mężczyzn nie ma zabezpieczeń, na ich twarzach nie widać ani cienia strachu.

Powiem Wam coś.

Brzydzę się fotomontażem.

Dzień pierwszy

1

Halloween.

Święto Zmarłych.

Zaduszki.

Trzy ponure imprezy dzień po dniu. Szczerzące martwe uśmiechy dynie, fantazyjne znicze i wieńce ze sztucznych kwiatów. Stroje wróżek, potworów i kościotrupów. Komercja śmierci lub śmierć komercji. Wybór należał do każdego zainteresowanego.

Cukierek albo psikus!

Cukierek i kop w dupę.

Angelika Rylska zatrzymała się przed wystawą sklepu odzieżowego. Witryna była przyozdobiona wydrążonymi dyniami, w których paliły się świeczki na baterie. Obok, między bluzkami z najnowszej kolekcji, leżały maski przedstawiające powykrzywiane twarze.

Białe lub czarne. Jakby nie istniały żadne inne kolory.

Wszystkie przerażające. Ze śladami krwi na policzkach, strzępami włosów lub ustami zaszytymi nicią. Ziejące pustką oczodołów lub straszące oszalałymi spojrzeniami. Urocze niczym maski pośmiertne.

– Już, już jedziemy. – Rylska pochyliła się nad wózkiem, w którym leżał Antoś, jej dwumiesięczny synek. Dziecko rozbudziło się i zaczęło łkać. – Już, już, kochanie…

Zabujała wózkiem i ruszyła w stronę wyjścia z galerii. Do Halloween zostały jeszcze dwa dni, ale – o dziwo – w sklepach nie kręciło się zbyt wielu ludzi. Może dlatego, że był środek tygodnia. Rylska zdała sobie sprawę, że od lat nie zaszła do galerii handlowej poza weekendem. Macierzyństwo, choć było harówką większą niż ta na etacie, miało pozytywne strony.

– Boże – Angelika westchnęła, widząc pracownicę wnoszącą do jednego ze sklepów sztuczną choinkę. Drzewko było nieubrane, lecz mieniło się brokatem.

Ledwie uwiną się ze zniczami, zacznie się Boże Narodzenie. Potem Nowy Rok, walentynki, chwila postnego udręczenia i Wielkanoc. Oto rytm życia komercji.

– Proszę uważać!

Drgnęła, gdy ktoś zaklął tuż obok niej. Wpatrzona w witryny, o mały włos nie staranowała wózkiem kilka idących z naprzeciwka osób. Uśmiechnęła się przepraszająco.

– Auć!

Jakiś szczyl zdzielił ją z bara tak, że się prawie przewróciła.

– Ej!

Obróciła się za nim, lecz całe towarzystwo miało ją gdzieś. Nie usłyszała nawet krótkiego „przepraszam”. To ona była winna.

Zawsze winna jest kobieta z dzieckiem.

Zajmuje zbyt wiele miejsca, czasu i uwagi. Jasne, zdarzało się, że ktoś ją przepuszczał w kolejce, ale zaraz zaczynały się szepty.

„Przecież ona ma czas”.

„Gdzie jej się śpieszy”.

„Niech się nauczy cierpliwości. To jej się przyda”.

Pieprzyć ich. Spojrzała na Antosia i zaraz się uspokoiła. Jej syn się uśmiechał, a jego szeroko otwarte oczy lśniły. Cicho gaworzył. Rozkopał kocyk, którym był okryty.

– Mój kochany łobuz. Mamusia zaraz cię okryje i wracamy do domu. Zrobimy obiad, a potem może uda się nam chwilę zdrzemnąć. No, kochany, dasz się dzisiaj mamie zdrzemnąć? Proszę o kilka minut. Tylko kilka minut w ciszy.

Rylska zrobiła kilka kroków i zjechała w alejkę prowadzącą do toalet. Już z daleka czuć było zapach środków czyszczących. Para obściskujących się nastolatków minęła ją i wyszła na główną halę. Wokół nie było nikogo.

Angelika obeszła wózek i nachyliła się nad synkiem. Drgnęła, słysząc głośny dzwonek tuż obok siebie. Chłopiec również się rozejrzał, wodząc wokół zdziwionym wzrokiem.

– Co jest? – szepnęła Rylska.

Bip-bip!

Sygnał rozlegał się gdzieś tuż obok. Z pewnością nie był to jednak dzwonek jej komórki.

A może?

Może jakimś cudem przez pomyłkę zmieniła ustawioną niedawno melodyjkę? Ten telefon miała od paru dni i nie poznała większości funkcji. Nie było na to czasu.

Bip-bip!

Wyciągnęła z kieszeni nowego iPhone’a, ale jego ekran był wciąż zablokowany.

– Chole…

Bip-bip!

BIB-BIP!

Dźwięk stawał się coraz głośniejszy.

Nagle Rylska zauważyła, że Antoś dziwnie przebiera rączkami. Jakby chciał się obrócić na bok i…

Jak oparzona sięgnęła do wózka. Tuż obok poduszki, pod rozkopanym kocykiem, znalazła starą nokię. Jej ekran świecił się na pomarańczowo.

Kobieta wzięła głęboki oddech i się rozejrzała. Wokół nadal nie było nikogo. Komórka musiała wypaść z kieszeni którejś z osób, w które niemal wjechała. Albo…

Nie zastanawiając się dłużej, chwyciła ją i odebrała.

– Dzień dobry. Znalazłam ten telefon w…

Przerwał jej zdeformowany, gardłowy głos. Kolejne słowa sprawiły, że pod Angeliką ugięły się nogi.

– Do wózka wrzuciłem także ładunek wybuchowy. Jeżeli nie zrobisz tego, co powiem, eksplozja urwie twojemu bachorowi głowę.

***

Fotomontażem jest również zdjęcie, na którym roześmiany turysta pozuje na tarasie widokowym World Trade Center. Jest niczego nieświadomy. Za jego plecami widać potężną sylwetkę nadlatującego boeinga. W prawym dolnym rogu zdjęcia widnieje wymowna data 09.11.01.

To zwykłe, niegodziwe oszustwo.

Żerowanie na ludzkiej tragedii.

Żerowanie na emocjach.

2

– Nie próbuj kombinować. Obserwuję cię. Jeden fałszywy ruch i będzie po wszystkim… Naprawdę po wszystkim. Tak, widzę, jak się teraz rozglądasz. Nie łudź się. Nie zobaczysz mnie. Ale ja widzę ciebie.

Angelika poczuła, że pot spływa po jej skroni. Zadrżała. Widziała kolejne osoby przechodzące po głównej hali. Spacerujące i oglądające witryny sklepów. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Jakby znajdowała się za grubą, matową szybą.

W innym świecie.

– To jakiś żart? Robisz sobie jaja, Kamil?

Kamil, jej kolega ze studiów podyplomowych, był jedynym kandydatem na kawalarza. Od wielu miesięcy Angelika niemalże nie utrzymywała kontaktów z ludźmi. Po bolesnym rozwodzie na początku ciąży osunęła się w świat przyszłego macierzyństwa, a potem Antoś stał się jej jedynym towarzyszem.

Najbliższym.

– Zapewniam cię, że to nie żart.

Rylska obróciła się, próbując zasłonić swoim ciałem wózek. Stanęła na palcach i się pochyliła.

– Zaraz się rozłączę… – wycedziła, starając się panować nad drżeniem głosu. – Nie bawi mnie to…

Przytrzymała telefon ramieniem i oparła się o brzeg wózka. Drugą dłoń wyciągnęła w stronę Antosia.

Zamarła w pół ruchu. Powstrzymał ją wściekły ryk.

– Nie! Nie próbuj tam wkładać ręki! Jeszcze raz spróbujesz mnie oszukać, a skończymy zabawę. Z mózgiem tego uroczego chłopaczka rozchlapanym na twoim płaszczu! Z fragmentami jego tkanki na twojej gębie!

Rylska wyprostowała się i nabrała powietrza. Nagle wyobraziła sobie to, o czym mówił jej rozmówca, i zrobiło się jej duszno.

– Słyszałaś mnie jasno i wyraźnie?

– T-ttak… – wyszeptała przez zaciśnięte gardło.

– Świetnie. Teraz skieruj się do drzwi awaryjnych. Są po twojej prawej stronie.

– Ale…

– Nie ma żadnego ale!

Kobieta na sztywnych nogach obróciła się w stronę solidnych drzwi oznaczonych zieloną tabliczką z napisem „wyjście awaryjne”. Kątem oka spojrzała na Antosia. Chłopczyk przechylił głowę i patrzył na nią zaskoczony. Jego rzadkie włosy były potargane. Uśmiechał się niewyraźnie.

– Razem z wózkiem – nakazał charkotliwy głos.

– Dobrze…

Rylska zauważyła, że kilka metrów od niej po hali przechadza się ochroniarz. Rozmawiał z kimś, trzymając przy uchu krótkofalówkę. Kobieta otarła spoconą dłoń o spodnie i przygryzła wargę. Modliła się, żeby mężczyzna odwrócił się w jej stronę. Głośno tupnęła, a następnie pchnęła wózek tak, że bokiem otarł się o ścianę.

Ochroniarz się odwrócił i na moment ich spojrzenia się spotkały.

– Co ty, kurwa, robisz?! Naprawdę zaraz stracę cierpliwość!

Rylska odwróciła się jak oparzona. Zacisnęła dłoń na uchwycie wózka i popchnęła go do wyjścia awaryjnego.

– Ja nic…

– Dobrze wiem, co chciałaś zrobić. Tylko nie pomyślałaś, że tym facetem mogę być ja. Albo że on wykonuje moje rozkazy, tak jak ty powinnaś.

Poczuła pot spływający jej po plecach. Strach ścisnął jej gardło tak mocno, że nie potrafiła wydusić ani słowa.

 

– Otwórz drzwi i zejdź na dół.

Posłusznie pchnęła solidne drzwi. Przez moment miała nadzieję, że będą zamknięte, lecz zamek ustąpił z metalicznym kliknięciem. Zerknęła w stronę hali. Ochroniarz już zniknął za rogiem.

Zresztą…

Nawet nie chciała myśleć, że mógł nim kierować ten świr po drugiej stronie linii.

Znalazła się na klatce schodowej oświetlonej mdłym, zielonkawym światłem. Schody były wąskie, lecz przewidziano na nich podest dla wózków.

– No, jazda. Złaź na dół.

Angelika z trudem panowała nad nerwami. Miała wrażenie, że nogi w każdej chwili się pod nią ugną. Do tego Antoś zaczął płakać. Pewnie już w momencie, gdy stuknęła wózkiem o ścianę, ale zauważyła to dopiero teraz.

– Ciii… Ci… – mimowolnie wyszeptała do synka.

– Szybciej!

Gdy wjechała na podest, wydawało się jej, że nie zdoła utrzymać wózka. Była przekonana, że czuje ciężar ładunku wybuchowego ukrytego gdzieś obok głowy Antosia. Tuż obok główki rozkosznie uśmiechającego się dziecka.

Nie.

Nie mogła ryzykować.

Musiała być posłuszna.

Z trudem oddychała. Przerażenie ścisnęło jej pierś, a żołądek podszedł do gardła. W ustach czuła kwaśny posmak żółci. Zbierało się jej na wymioty.

Każdy jej ruch niósł się po klatce metalicznym echem. Nie łudziła się jednak, że ktokolwiek ją usłyszy. Schodziła wciąż niżej, słysząc w słuchawce ciężki oddech rozmówcy.

Zatrzymała się na poziomie oznaczonym wielką, fluorescencyjną tabliczką „0”.

– Zejdź jeszcze poziom niżej – nakazał głos.

Angelika, cała dygocąc, wykonała polecenie. Pot oblepił jej dłonie tak, że uchwyt wózka się w nich ślizgał. Choć na tym poziomie czuć było chłodny powiew powietrza, jej twarz była pąsowa. Czuła pot skapujący z czoła na rzęsy.

– Pchnij te drzwi. Wyjdziesz na parking przeładunkowy. Dziś nie ma żadnych dostaw, będziemy sami.

Głos był władczy i rozkazujący.

„Boże, niech to będzie tylko czyjś głupi żart…” – myślała Rylska, kiedy cała drżąc, wyszła na tonący w półmroku parking. Paliły się tylko pojedyncze białe światła znaczące drogę do klatek schodowych i wyjścia awaryjnego. W ich świetle skrzyły się strzałki wymalowane połyskującą farbą na płycie.

– Idź w lewo.

Na parkingu znajdowało się niewiele aut. Dwie naczepy tirów, stare kombi i kilka innych pojazdów.

– Ciii… – Rylska błagalnie zwróciła się do synka. Chłopiec jakby wyczuł jej emocje i płakał coraz głośniej. – Antoś, ciii…

– Jeszcze kilka metrów – nakazał rozmówca.

Minęła rząd kolumn, za którymi znajdowały się puste miejsca postojowe, oznaczone numerami tablic rejestracyjnych, i wyszła na otwartą przestrzeń w narożniku parkingu. Obok niej znajdowała się ubłocona biała furgonetka.

Angelika zadrżała.

Cała dygocąc, rozejrzała się i zaczęła nasłuchiwać. Powinna była uciec. Powinna była zabrać synka i rzucić się do ucieczki już na górze.

Nagle zrodził się w niej bunt.

– Tak, to właśnie do niej musisz wejść. – Usłyszała cichy głos. – Drzwi są otwarte. Śmiało. Przypominam, jeden fałszywy ruch i wiesz, co się stanie. Bum-bum. Po wszystkim.

Rylska pokręciła głową. Zacisnęła dłoń na uchwycie wózka.

– Nie, nie wejdę. Pieprz się!

– Nie wygłupiaj się.

– Powiedziałam, że nie wejdę!

Gwałtownie pochyliła się nad wózkiem, wyciągając dłonie w kierunku synka. Była gotowa biec. Zdecydowała się podjąć ryzyko.

Zbyt późno.

– Wejdziesz.

To słowo usłyszała nie przez telefon, ale tuż za sobą. Sekundę później ktoś chwycił ją od tyłu i zasłonił jej usta.

– Grzeczna dziewczynka.

3

Usiadł przy biurku i przysunął sobie krzesło. Przez chwilę siedział po ciemku. Wreszcie pochylił się i zapalił bankierkę z zielonym kloszem. Niewielkie pomieszczenie wypełniło się światłem. Cień postaci przesunął się po ścianie.

Poza biurkiem w pokoju znajdował się reflektor fotograficzny na trójnogu, w rogu leżała blenda, a pod zasłoniętym oknem stara, poobtłukiwana kuweta służąca do wywoływania zdjęć.

Obrócił w dłoni polaroid. Aparat robił kolorowe fotografie, które niemal natychmiast można było zobaczyć. Cud techniki sprzed czterech dekad. Marzenie całego pokolenia i symbol luksusu. Teraz był jedynie śmieszną zabawką.

Ale jakże praktyczną.

Podniósł się i odłożył polaroid na bok biurka. Otworzył szufladę. Wyciągnął z niej czerwoną bibułę, którą po chwili starannie okręcił klosz lampy.

Pomieszczenie wypełniło rubinowe światło. Kontury przedmiotów wydawały się w nim mniej ostre, a cień przesuwający po ścianie – niepokojący.

Uśmiechnął się. Był dumny z pośpiesznie zaaranżowanej ciemni fotograficznej. Nie kosztowało go to zbyt wiele wysiłku.

Podszedł do kuwety i wyjął z kieszeni kliszę fotograficzną. Szybko przyklęknął, jego kolana trzasnęły. Obrócił się w stronę lampki, po czym zaczął przeglądać kolejne slajdy. Stare zdjęcia, które znalazł u kogoś w piwnicy. Zapomniane wspomnienia.

A może wcale nie zapomniane?

Tyle że cudze.

Obce uśmiechy, obce spojrzenia i obce gesty. Obce twarze.

Doskonałe, aby przetestować swoje umiejętności. Na przyszłość. Na kolejny raz. Polaroid nie mógł mu służyć zawsze. Robił zbyt nieostre zdjęcia. Format również był nieco za mały, a kolory…

Kolory pozostawiały wiele do życzenia. Już lepsze wrażenie robiły czerń i biel lub sepia. Przynajmniej od razu było wiadomo, że nie są naturalne.

Nie udawały czegoś, czym nie były.

Opadł na kolana i włożył dłonie do wypełniającej kuwetę wody. Poruszył nimi. W tym świetle wydawało się, że przez palce przelewa się krew.

Czerwona, krwista ciecz.

– Nie. Jeszcze nie teraz – szepnął do siebie. – Jeszcze nie.

Należało się wiele nauczyć. Tyle że najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Dlatego na razie polaroid musiał wystarczyć.

Obmył ręce i powoli się podniósł. Ponownie sięgnął do kieszeni. Wyciągnął z niej dwa pomięte zdjęcia. Usiadł na podłodze, po czym wbił w nie wzrok. Trzymał je w drżących dłoniach i zachłannie chłonął kolejne szczegóły.

Szczerość. Prawda.

Odpowiednio uchwycone detale.

To był fragment wspomnień, których nigdy nie zapomni. Czystej rozkoszy. Nikt przed nim nie wykonał równie dobrych zdjęć.

To nie budziło żadnych wątpliwości.

Naprawdę żadnych.

Zdjęcia po prostu były zabójczo doskonałe.

4

W ostatnich latach większość pustostanów w centrum Lublina zostało zlikwidowanych. Tak zwany Teatr w Budowie – pozostałość czasów socjalizmu – po kilku dekadach trwania w stanie surowym otwartym stał się nowoczesnym Centrum Spotkania Kultur. Budynek, choć architektonicznie kontrowersyjny, stanowił jedną z nowoczesnych wizytówek miasta, czasem mrugającą iluminacjami, a czasem mogącą robić za schron przeciwatomowy na planie filmowym albo za tor przeszkód dla skaterów.

Na Starym Mieście proces rewitalizacji przebiegał z problemami, lecz jego efekty było widać, już kiedy przechodziło się przez Bramę Krakowską. W ostatnich latach odremontowano jej ceglany mur oraz zamontowano średniowieczną bronę. Dalej było jeszcze lepiej. Kolejne kamienice odzyskiwały dawny urok i życie. Zaniedbane fasady odnawiano, a ponure niegdyś okolice przyciągały turystów. Restauracje pojawiały się nawet w zaułkach cieszących się przed dekadą najgorszą sławą.

Wciąż jednak istniało kilka opuszczonych kamienic, których stan prawny zniechęcał do działania. Włożenie kilku milionów w generalny remont cudzego lokalu stanowiło ryzykowną inwestycję.

Sierżant Monika Krzyska obrzuciła wzrokiem jeden z takich pustostanów. Dwupiętrowa kamienica miała okna zabite dyktą. Na jej podwórzu piętrzyły się zaś śmieci. Połamane meble, puszki po piwie, gnijące ubrania, stare wózki dziecięce oraz milion innych rzeczy, których z powodu upływu czasu nie dałoby się już zidentyfikować.

Spod obłupanego tynku przebijała się rdzawa czerwień cegieł, a stalowa rynna oderwała się od dachu i niebezpiecznie zwisała nad bramą. Nikt nie kwapił się do jej podwieszenia. Zamiast tego teren częściowo otoczono taśmą i ustawiono tablicę informacyjną: „Uwaga, niebezpieczeństwo! Zakaz wstępu!”.

Krzyska stanęła obok swojego dwudziestosześcioletniego towarzysza. Starszy posterunkowy Daniel Zalewski spojrzał w górę. Gdzieś stamtąd dobiegał spazmatyczny, powtarzający się co chwilę płacz dziecka. Nieprawdopodobnie głośny i regularny.

Świdrujący w uszach.

Zwracający uwagę spacerowiczów i turystów, którzy podnosili głowy i starali się zlokalizować, skąd też ten wrzask dochodzi.

– Chodź.

Krzyska szturchnęła partnera i skierowała się ku bramie. Oczywiście, nie było już choćby śladu po którymkolwiek z jej skrzydeł. Podobnie jak po odbojnicach, które zapewne lata temu trafiły na skup złomu.

Dokładnie w momencie, gdy sierżant pośpiesznie przeszła pod żółtą taśmą, gdzieś z oddali dobiegł dźwięk dzwonu wybijającego ósmą rano. Krzyska nie zwróciła na to uwagi. Zerknęła na naderwaną rynnę i skierowała się w stronę klatki schodowej.

– Szybciej – ponagliła Zalewskiego.

Po chwili ich ciężkie buty zadudniły na przegniłych drewnianych stopniach. Klatka była ciemna, większość okien zasłonięto dyktą, a w środku unosił się zapach wilgoci i moczu. Pomieszczenie musiało służyć za toaletę dla tych, którzy w spokoju podwórza chcieli uraczyć się czymś mocniejszym.

Na pierwszym piętrze Krzyska zatrzymała się, nasłuchując. Pokręciła głową. Spazmatyczny płacz dobiegał z góry. Jednak coś jej w nim nie pasowało. Nie tylko był nienaturalnie głośny, ale również piekielnie rozpaczliwy.

Nigdy nie słyszała tak przeraźliwego płaczu.

Ich patrol dostał anonimowe zgłoszenie przed niecałym kwadransem. Większość dzieci pada wykończona po kilku minutach spazmatycznej rozpaczy, tymczasem w tym przypadku…

– Tam!

Krzyska wskazała na schody, które biegły w głębi korytarza. Wnętrze kamienicy miało potencjał. Nie stanowiło sztampowego przykładu architektury sprzed niespełna stulecia, a rozplanowanie klatki schodowej przypominało te stosowane w niektórych hotelach. Zresztą być może niegdyś znajdował się tu hotel?

Zalewski zapalił małą policyjną latarkę. Nie dowierzał starym deskom. Miał wrażenie, że podłoga w każdej chwili może się pod nimi zapaść. Oświetlał kolejne przeraźliwie skrzypiące stopnie.

Jednak gdy znaleźli się na drugim piętrze, latarka okazała się niepotrzebna. Na korytarzu okna były odsłonięte, a szyby – stłuczone. Znajdowały się tu dwie pary drzwi prowadzących do oddzielnych lokali. Jedne z nich wypadły z zawiasów i właściwie stały oparte o ścianę. Drugie, w nieco lepszym stanie, były uchylone, jakby zapraszały do środka. To zza nich dobiegał dziecięcy płacz.

Krzyska sztywnym krokiem skierowała się w stronę mieszkania. Miała dość cholernych menelskich rodzin. Nienawidziła procedur zakładania niebieskich kart, które w ogólnym rozrachunku nie przynosiły żadnej korzyści. Patologia rodziła patologię. A dzieci, które umieszczano w domach dziecka, wpadały z deszczu pod rynnę. Rzadko które miało szczęście i trafiało w dobre ręce. Znaczna część po kilku miesiącach wracała pod skrzydła rodziców, którzy niby byli znów zdolni do ich wychowywania. Akurat to było zaskakujące. Determinacja środowisk patologicznych w dążeniu do oszukania instytucji państwa, byle tylko wydrzeć odebrane sobie dziecko.

Chodziło o pieniądze?

O poczucie więzi?

Ona od dwóch lat miała dziecko i nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na żadne z tych pytań. Tyle że miała coraz mniej cierpliwości do matek z podbitymi oczami i ojców o opuchniętych twarzach. Nie mogła jednak nic zrobić. Zawsze musiała działać zgodnie z tym, co nakazywał system.

Choćby nie wiem jak bardzo bolała ją dziecięca krzywda.

– Halo?! Policja!

Krzyska zapukała w futrynę, lecz płacz zagłuszał wszelkie inne odgłosy. Zrobiła krok naprzód. Mieszkanie tonęło w półmroku. Pomiędzy przejściem do pokoi, po lewej, wisiała rozpadająca się cerata. Po prawej leżały przegniłe na pół drzwi.

Zalewski skierował się do pomieszczenia na wprost. On również chciał mieć to już jak najszybciej za sobą. Po niespełna roku w służbie miał coraz więcej wątpliwości, czy właśnie tak powinna wyglądać jego realizacja dziecięcych marzeń.

Po chwili stracił jakiekolwiek złudzenia.

Gdy wszedł do sporego obskurnego salonu, zamarł. Lodowaty dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa i sparaliżował nogi. Dopiero po chwili Zalewski odzyskał możność działania.

– O kurwa… – wycedził.

Błyskawicznie odwrócił się do sierżant Krzyskiej i szeroko rozłożył ręce. Cały drżał.

– Nie wchodź tam – wyszeptał przez ściśnięte gardło. – Oszczędź sobie tego. Ja pieprzę! Co za masakra… Błagam cię, nie wchodź tam.

5

– Kocham cię.

 

Ewa uśmiechnęła się do niego inaczej niż zwykle. Dostrzegł to. Kąciki jej oczu nawet nie drgnęły.

Zresztą kiedy ostatnio słyszał podobne wyznanie? Dziesięć, dwadzieścia lat temu? Może więcej? W pewnym momencie wszystko odbywało się mimochodem. Miłość nie potrzebowała słów. Aby przeżyć razem ponad ćwierć wieku, trzeba się kochać.

– Ja ciebie też… – odparł Deryło. – I ciebie – dodał, odwracając się do tyłu.

Na tylnej kanapie citroena siedziała Wiktoria. Uśmiechnęła się, ale nic nie odpowiedziała. Na jej policzkach pojawił się rumieniec.

Rozwarła wargi, jednak dostrzegła coś przez przednią szybę i nadal milczała. Zmrużyła oczy, a jej czoło lekko się zmarszczyło. Uśmiech zniknął z jej twarzy. Zastąpiła go pochmurna zaduma.

Komisarz dostrzegł, że jego żona wyciągnęła dłoń, by położyć ją na jego udzie, lecz w ostatniej chwili ją cofnęła. Rzuciła mu krótkie spojrzenie.

– Obudzisz się, kiedy dowiesz się, kto to zrobił.

– Co takiego? – Deryło spojrzał na nią, nic nie rozumiejąc. – Kto, co zrobił? Przecież…

– Jeżeli nie rozwiążesz zagadki, podążysz w stronę nicości. Piekła, nieba albo co tam sobie tylko wyobrazisz. Nie będziesz miał wyboru.

Wiktoria ponuro skinęła głową. Komisarz dostrzegł ten ruch we wstecznym lusterku.

– Jak my wszyscy – stwierdziła, nim zdążył cokolwiek powiedzieć. – Jak my wszyscy…

– Jak wszyscy zamordowani – uściśliła Ewa Deryło.

Komisarz chciał jej zaprzeczyć, lecz nie był w stanie otworzyć ust. Tkwił w koszmarze.

6

Tamara Haler rozmasowała palcami skronie. Siedziała na obrotowym skórzanym stołku i patrzyła na twarz komisarza Deryły. Wydawało się jej, że jego oczy poruszają się pod zasłoną powiek. Jakby intensywnie śnił. Z lekko rozwartych ust dobiegał cichy charkot.

To musiał być koszmar.

Haler delikatnie dotknęła wielkiej dłoni komisarza. Jego ręka była ułożona wzdłuż ciała, na kołdrze. Za oknem temperatury z dnia na dzień coraz bardziej zbliżały się do zera, ale w pomieszczeniu panowało przyjemnie ciepło.

Deryło nawet nie drgnął, lecz jego oddech się uspokoił. Haler pochyliła się i pogładziła jego dłoń. Przez ostatnie miesiące zżyła się z komisarzem jak z bratem. Albo raczej – jak z ojcem. W końcu Deryło był od niej starszy o blisko dwie dekady. W jej uczuciu do niego nie było nawet cienia napięcia seksualnego, a jedynie czysta, głęboka zażyłość. Zrozumienie bez słów – choć w obecnej sytuacji to sformułowanie zakrawało na ponury żart.

Wydawało się jej nieprawdopodobne, że poznali się niespełna rok wcześniej. Tamara przeniosła się do Lublina z Krakowa, by odciąć się od porażek z przeszłości. Trafiła do zespołu legendarnego komisarza Deryły, który sprawił, że szybko zadomowiła się w nowym mieście. Stał się nie tylko jej przełożonym i zawodowym partnerem, lecz także mentorem i duchowym przewodnikiem. Przez rok zdążył ocalić jej życie, a także na jej oczach poświęcić swoje w imię roty policyjnego ślubowania.

Deryło od ponad tygodnia przebywał w śpiączce. Uwięziony w chłodni przez sadystycznego psychopatę, okrył niemal całym swoim ubraniem ranną kobietę. Choć ją udało się uratować, on doznał głębokiego wychłodzenia organizmu. Przez jakiś czas jego funkcje życiowe przełączyły się w stan zawieszenia. Ciało czerpało ciepło z najgłębszych zakamarków i z najważniejszych organów. Nikt nie był w stanie przewidzieć, czy i kiedy się wybudzi. Poza tym nieznany był stopień uszkodzeń, które wychłodzenie poczyniło w jego mózgu.

Haler czekała, aż z sali wyjdzie pielęgniarz. Wynajęli go rodzice Deryły, swego czasu zajmował się jego bratem. To była wystarczająca referencja, by zdobyć jej zaufanie, większe niż stały personel kliniki. Teraz mężczyzna poprawił kroplówkę i odszedł bez słowa. Był zaskakująco dyskretny.

– Brzeski kazał cię wyściskać – odezwała się podkomisarz, spoglądając w nieruchomą twarz przełożonego. – Miał dzisiaj przyjść, ale jego żona ściągnęła go do domu pod pretekstem romantycznej kolacji. Dobrze wiesz, jaki mają klimat… Zresztą od niej też miałam przekazać uściski. Jak i od całego wydziału. Posterunkowa Gestapo zagroziła, że jeżeli do piątku się nie obudzisz, przyjdzie i da ci takiego kopa w dupę, że natychmiast wstaniesz.

Posterunkowa Gestapo, czyli Nowak, słynęła z dosadnego języka i żołnierskiej postawy. Na myśl o jej słowach Tamara smutno się uśmiechnęła.

– Powiedziała też, że jeśli będziesz stawiał opór, pojawi się tu z bronią.

Głos jej zadrżał. Zamilkła i przeniosła wzrok z twarzy Deryły na żółtą ścianę. Wisiał na niej kiczowaty obraz przedstawiający galeon walczący ze sztormem. Wielkie fale przelewały się przez pokład, a jeden z masztów był w połowie złamany. Iskierkę nadziei dawało załodze niewielkie przejaśnienie, widoczne na niebie w rogu dzieła.

Przed dwoma dniami komisarz został przeniesiony do kliniki wybudzeń. Uznano, że w szpitalu już nic więcej nie można zrobić, a w klinice opieka była ukierunkowana właśnie na pacjentów, którzy zapadli w śpiączkę. Placówka mogła się pochwalić wysokim odsetkiem udanych rehabilitacji – jak nazywano specjalne sesje nastawione na wybudzenie.

Haler ukradkiem otarła łzę. Odezwała się ponownie, wciąż nie patrząc na komisarza.

– Pewnie interesują cię nowe sprawy… Na Bronowicach siedemnastolatek wyrzucił przez okno swoją dziewczynę. Z ósmego piętra. To najnowsza nowość. Oprzytomniał, chciał uciekać, ale zaciął się w windzie. Rozumiesz? To chyba fatum. Albo karma. Idiota zaciął się między piętrami i wybił dziurę w suficie kabiny. Wylazł na nią, zaczął się szarpać z mechanizmem, a wtedy dźwig ruszył do góry. Nogawka jego spodni wplątała się w jakieś tryby i voilà. Gnojek skończył jako mielonka. Ponoć jego wrzaski było słychać z podwórka…

Tamara wreszcie ponownie zerknęła na Deryłę. Miała wrażenie, że wyraz jego twarzy minimalnie się zmienił. Kąciki ust jakby drgnęły.

– Eryk…

Komisarz nie znosił, gdy zwracano się do niego po imieniu, lecz Haler co jakiś czas wystawiała jego cierpliwość na próbę. Zdawało się, że Deryło całkiem to polubił. Tym razem jednak nawet nie drgnął.

– Poza tym jest zaskakująco spokojnie. Nudziłbyś się jak mops. Ominęło cię, farciarzu, wypełnianie całej góry makulatury. Jesteśmy tak wydajni jak Komisja Europejska. A premier wciąż gada o ekologii i o…

Haler zamilkła, czując na udzie wibrację telefonu. Westchnęła i wyciągnęła z kieszeni komórkę. Numer, z którego dzwoniono, zapowiadał kłopoty.

– Halo?

Przez kilka sekund uważnie słuchała. Nagle poderwała się ze stołka, klepnęła Deryłę w ramię i pocałowała go w szorstki, nieogolony jeszcze policzek.

– Trzymaj się, tatuśku… – wyszeptała, po czym rzuciła do słuchawki: – Już jadę!

7

Mimo że doroczny zlot na zakończenie sezonu motocyklowego odbył się już kilka tygodni temu, Tamara Haler nie zamierzała przerzucić się na inny środek transportu. Jeżeli nie padał śnieg, jeździła przez cały rok. Nie przeszkadzały jej nawet ujemne temperatury. Uwielbiała prowadzić swojego przeszło trzystukilogramowego potwora, zawsze wyposażonego w ogromne kufry, w których nierzadko przewoziła jedynie powietrze. Traktowała je jednak jako bagażnik, w którym mogła zostawić kask oraz rękawice. No i siatkę z zakupami.

Niestety, gabaryty motocykla nie pozwalały jej lawirować między stojącymi w korku samochodami. Dlatego pod Bramą Krakowską przejechała niemal pół godziny po telefonie od dyżurnego.

Chociaż nie miała nastawionej nawigacji, bez problemu trafiła pod właściwą kamienicę. Przed jedną z bram na Rybnej stało już kilka radiowozów oraz pojazd techników. Teren ogrodzono policyjną taśmą, a w okolicy zebrał się tłum mieszkańców. Dołączyła do nich grupka turystów z Azji. Ci ostatni bezmyślnie fotografowali wszystko, co się wokół nich działo.

Tamara zaparkowała motocykl obok obłupanego muru, który okalał sąsiednią parcelę. Zdjęła kask oraz rękawiczki. Odruchowo przeczesała palcami włosy. Poczuła na sobie wzrok młodego policjanta, który stał przed bramą, i ruszyła w jego stronę.

Nim zdążyła wyciągnąć legitymację, zauważyła Brzeskiego. Aspirant rozmawiał z młodym posterunkowym siedzącym w jednym z radiowozów. Gdy tylko dostrzegł Haler, pomachał do niej. Był blady, miał nietęgą minę, zmierzwione blond włosy, a na twarzy rzadki, wczorajszy zarost. Mimo to sprawiał wrażenie pobudzonego. Wyglądał jak poseł po całonocnych, korzystnie zakończonych głosowaniach. Najwyraźniej został sprowadzony w teren w trybie pilnym.

– To on był tu pierwszy. – Wskazał na posterunkowego w radiowozie.

– A ty? – dopytała Tamara. – Wchodziłeś tam?

– Nie. Wolałem nie grać technikom na nerwach. Tym bardziej że wiedziałem, że ty będziesz chciała się tam wepchnąć.

Haler uśmiechnęła się ponuro.

– Ponoć jest bardzo źle.

Posterunkowy Zalewski wychylił się z radiowozu. Jego młoda twarz była napięta, a oczy – przeszklone. Wciąż oddychał w przyśpieszonym tempie.

– Tam jest tak, że jakby pomyśleć o czymś najgorszym i pomnożyć to przez sto – sapnął. – A i tak nie wyobraziłbym sobie tego, co…

Policjant pokręcił głową. Opuścił ją i otarł wierzchem dłoni czoło.

– Ja pieprzę… Musiałem wyłączyć tę cholerną płytę z nagranym płaczem dziecka. Nie wiem z jakiego chorego albumu to było, ale już nigdy nie włączę żadnej kapeli heavymetalowej.