Sezon drugiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

17

S02E08

EWA

Sytuację rozpatruję wieloaspektowo, tak jak mnie nauczono.

Wybieram się na rok do zamkniętego domu, co w moim przypadku jest tylko częściową nowością. Są pewne motywy, które już przerabiałam, i wiem, że sobie poradzę. Człowiek to zwierzę, które dopasowuje się do wszystkich warunków.

Wybieranie się do takiego domu przypomina organizację własnego pogrzebu. Warto uporządkować sprawy i pożegnać się z bliskimi. Tyle że ja nie mam spraw do uporządkowania, a nie czuję potrzeby organizowania kolacji przy świecach z Mają. Zadzwoniłam do niej i w kilku słowach powiedziałam, dlaczego znikam. Nie nadmieniłam, na jak długo, a ona nie zapytała.

W ostatnim czasie powstał pomiędzy nami mur, którego nie da się obejść. To mur niedopowiedzeń i domysłów. Bez jego rozbicia przyjaźń nie może funkcjonować. Jako jedno z zadań po „odzyskaniu wolności” wyznaczam sobie polepszenie relacji z Mają. Nigdy się na niej nie zawiodłam i wiem, że to ja wszystko zepsułam.

Wyznaczanie celów pozwala poradzić sobie z izolacją.

Siedzę na podłodze obok biurka obklejonego kurzem dziesiątek lokatorów. Deszcz stuka w okno i parapet. Z burzy nic nie wyszło. Skończyło się na kilkuminutowej ulewie, która zmieniła się w upierdliwą mżawkę.

Składam na pół kolejne rysunki. Tusz, ołówek, pastel… Większe formaty zaginam do wielkości paczki papierosów. Staram się ich nie oglądać. Nie były dość dobre, żeby je gdziekolwiek zawiesić. Nie były dość banalne, by je od razu wyrzucić.

Nie jestem artystką. Być może wcale nie mam talentu, lecz swego czasu na rysowaniu udawało mi się zarabiać. Dorabiać – poprawiam się natychmiast. Wystarczyła strona internetowa, drobny marketing i kilka sponsorowanych reklam. Potem potoczyło się samo. Wystawa tu, wernisaż tam, zaproszenia na nudne pogadanki oraz imprezy pełne obłudy. Nikt na nich nie wierzył w koncepcje tego, co nazywał sztuką. Nikt nawet nie silił się na to, by inni uwierzyli w jego wiarę. Jednak byłam szczęśliwa.

Wszystko to zawdzięczałam Markowi. To on założył mi blog, który przekształcił w porządną platformę internetową. To on wykupił tamte reklamy i uruchomił kontakty… To on wierzył, że ja, tworząc, wcale nie muszę wierzyć. Ani w Boga, ani w sztukę, ani w odbiorców.

Jak zwykle przy wspominkach myśli zaczynają mi się plątać. Nie chciałam zbluźnić.

Marka nie ma.

Boga też nie.

Wyjmuję szufladę z biurka i odkładam ją na podłogę. Zaglądam do wnęki. Jest w niej mnóstwo kurzu oraz dostrzegam ślady powylewanych tuszów. Jedną ściankę okleja biały bluzg zaschniętego korektora. Jak ktoś to, do cholery, zrobił? Po co?

Staram się znaleźć w zacieku jakiś sens, lecz najwyraźniej go tam nie ma. Nawet na siłę nie mogę się doszukać w nim kształtu liter lub skojarzyć z czymkolwiek. Oto abstrakcja. Czyjaś skrywana przed światem sztuka.

Biorę swoje prace i wciskam je w głąb mebla. Mną się, ale to nic. Kiedyś, za kilka lat, gdy to biurko się rozpadnie, ktoś zastanowi się, kto stworzył te bazgroły. Być może nawet skojarzy mnie z twórcą białego zacieku.

Wciskam szufladę i z zadowoleniem stwierdzam, że dosuwa się do końca. Cieszy mnie, że powierzyłam biurku swoją tajemnicę. Lepiej mi.

Nie chciałam, by te prace trafiły po prostu na śmietnik.

Zostało mi do zrobienia jeszcze tylko jedno.

Wyciągam telefon i włączam Wi-Fi. Na szczęście ktoś udostępnia niezabezpieczoną hasłem sieć. Uruchamiam wyszukiwarkę, po czym wpisuję jedno słowo. Stara komórka trawi dane. Odrywam oczy od ekranu i zerkam za okno.

Deszczowe łzy spływają po szybie.

Wracam do wyników wyszukiwania.

Etacort.

Tak mi się wydawało. Mnie również proponowano go w terapii, ale ostatecznie dałam radę bez niego.

Nabieram powietrza i powoli je wypuszczam.

Świetnie. Będę robiła za żonę świra.

Będę zamknięta ze świrem w jednym domu.

18

S01E08

SARA

Adam jest zdenerwowany. Choć ciągle żartuje, widzę to w jego ruchach. Drżą mu ręce i co chwilę ukradkiem na mnie zerka. Chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, ile jest w stanie dostrzec w człowieku postronna osoba. Patrząc przed siebie, ogarniam nieco więcej niż drewniany barek i tacę z alkoholami.

Siedzimy na tylnej kanapie zabytkowej limuzyny. Jej resory niwelują każdą nierówność i sprawiają, że czuję się jak na łóżku wodnym. Mogłabym zasnąć.

– Jeżeli podobne warunki będą nam towarzyszyły do końca, rozważę przedłużenie udziału. Nawet mógłbym zejść ze stawki.

Adam gładzi skórę kanapy i zmienia pozycję. Zakłada nogę na nogę, po czym obraca się do mnie. Ponownie stawia buty na doskonale wyczyszczonym welurowym dywaniku. Zachowuje się, jakby w dupie miał robaki.

– Nic się nie bój. Będziemy się świetnie bawić.

– Mhm – wzdycham.

– Nie widzę entuzjazmu.

– Bo go nie ma. Może pojawi się, gdy dostanę przelew.

– Wtedy pewnie nie zwrócisz uwagi na kogoś ubranego tak jak ja? – Adam ma na sobie hawajski T-shirt, krótkie spodenki khaki i czarne adidasy. – Będę musiał kupić garnitur. Ostatni, jaki miałem, spaliłem, a potem szkoda mi było forsy na nowy. Poza tym nie było okazji, żeby…

Wchodzę mu w słowo.

– Spaliłeś garniak?

– Tak – potwierdza bez mrugnięcia okiem. – Jeżeli chcesz na mnie donieść straży ochrony przyrody czy ministerstwu klimatu, uprzedzam, że wszystkiego się wyprę. Ślady starannie zatarłem. Nie został cień dowodu.

– Po co palić garnitur?

Adam wydyma policzki i uśmiecha się błazeńsko.

– Powiedzmy, że uwydatniał mi brzuch. Poza tym fason się przeterminował i…

– A tak na serio?

W tym momencie przesuwa się szybka oddzielająca nas od przedniej części limuzyny i w jej miejsce pojawia się obiektyw kamery. Z tyłu widzę pyzatą twarz operatora.

– Uwaga, za dziesięć sekund kręcimy – oznajmia nieco zdenerwowany. – Jesteście gotowi?

– Tak.

Kiwam głową.

– Trzy, dwa, jeden…

O wszystkim zostaliśmy uprzedzeni, więc wiem, co się teraz wydarzy. Z zamontowanych w zagłówkach głośników płynie melodyjny głos zawodowego lektora. Kojarzę ten głos z telewizji.

Sara i Adam za kilka minut zjawią się w swoim wymarzonym małżeńskim lokum. Rozpocznie się nowy etap ich życia. Czy sprawdzą się jako mąż i żona? Jako kochankowie? A może będziemy świadkami telewizyjnego rozwodu?

Trzymamy za nich kciuki.

Adam chwyta moją dłoń i nasze palce się splatają. Jest lodowaty. Przebiega mnie nieprzyjemny dreszcz, lecz zmuszam się do uśmiechu. Przypominam sobie słowa Vogla.

Radość, optymizm, jakiekolwiek emocje! Tego oczekują od was widzowie.

Limuzyna zwalnia i w końcu się zatrzymuje. Operator unosi kciuk. To umówiony znak.

Odwracamy się w stronę szyby po mojej lewej, a kierowca w tym samym momencie ją opuszcza. Znajdujemy się na wąskiej drodze wśród pól. Na poboczu ustawionych jest kilka kamer oraz wóz transmisyjny. Liczba kręcących się wokół ludzi przytłacza mnie. Po raz pierwszy od kilku godzin wątpliwości powracają.

Muszę powstrzymać nadchodzący atak paniki.

Mężczyzna w garniturze podchodzi do limuzyny. Obok niego idzie znana prezenterka, która stara się utrzymać równowagę na kilkunastocentymetrowych szpilach. Robi to po mistrzowsku. Wspólnie niosą wydrukowany wielki czek z jedynką i szóstką zer.

Błyskają flesze aparatów.

Prezenterka nachyla się w stronę szyby. Adam pochyla się i opiera dłoń na moim udzie. Wzdrygam się. Jestem pewna, że kamery to wychwyciły. Zastanawiam się, czy ten grymas wyszedł źle, a może jedynie naturalnie?

To zły początek.

Prezenterka uśmiecha się tak szeroko, że niemal widzę jej ósemki. Obraca się, pozuje z mężczyzną i czekiem do kamer, a potem ponownie wkłada głowę do limuzyny.

– Siemanko, moi drodzy! – Szczebiocze nowomową celebrytów. – Jak się macie? Jakie emocje towarzyszą telewizyjnej młodej parze?

– Podekscytowani… – wyduszam pierwsze słowo, lecz zaraz się rozkręcam. Tę gadkę miałam przygotowaną. – Przynajmniej wesele spędzimy w swoim towarzystwie, a nie słuchając nakazów ledwie znanych wujków i ciotek. No i nikt nie powie, że nie odpowiada mu muzyka.

Adam jeszcze mocniej wyciąga się w stronę okna i zaciska dłoń na moim udzie.

– Mija kilkadziesiąt minut, a ja zakochałem się w niej na śmierć – stwierdza.

Nie podoba mi się ten dobór słów.

19

S02E09

EWA

– Slovian Village!

Opaska spada mi z oczu i przez chwilę mroczki przesłaniają mi widok. Mrugam, starając się przyzwyczaić do jasnego dnia. Najpierw wyostrzają się kontury najbliższego otoczenia.

Michał siedzi obok mnie i intensywnie przeciera oczy. Ma starannie przystrzyżoną brodę oraz ułożone włosy. Prezentuje się całkiem nieźle. Do białej koszuli z podwiniętymi rękawami założył błękitne spodenki oraz brązowe mokasyny. Gdyby nie zarost, wyglądałby jak golfista z reklamowego obrazka.

Milionerzy nie noszą zarostu. Nie wiem, gdzie to usłyszałam.

Rylski otwiera drzwi suva i skinieniem ręki zachęca nas do wyjścia.

– Śmiało. Jesteśmy na miejscu.

– Slovian Village? – dopytuje Michał.

– Właśnie tak. To nazwa robocza.

Staję na nieutwardzonej drodze i zaczynam rozumieć, skąd to miano. Znajdujemy się na ogromnej polanie w środku lasu. Teren ogrodzono wysoką siatką. Za nami jest solidna brama, podobna do tych prowadzących na amerykańskie rancza.

 

Nie to jest jednak najważniejsze.

Pośród nicości wzniesiono dwa drewniane domy. Wydaje się, jakby miały co najmniej sto lat i tylko w pewnym stopniu je odświeżono. Oba składają się z parteru oraz wysokiego poddasza. Bardziej przypominają ośrodek survivalowy niż luksusową rezydencję, o której myślałam.

– Pięknie, prawda?

Rylski ukradkiem wskazuje na metalowy słup obok nas. Na jego szczycie dostrzegam wszechwidzące oko kamery.

– Pięknie – mówię bez przekonania.

– Co za zadupie… – Michał wzdycha. – W chłodne noce mam chodzić do lasu i rąbać drewno?

– Niekoniecznie. – Rylski się uśmiecha i rusza w stronę bliższego domu. – Macie przygotowane zapasy. Na pewien czas powinno wam wystarczyć. Większe polana znajdują się w drewutni, tam też jest siekiera i inne narzędzia. Poradzicie sobie.

Michał niby przypadkiem trąca mnie w biodro. Zwraca tym jednak moją uwagę.

– To żart? – pyta niemal bezgłośnie.

Wzruszam ramionami. Na razie staram się niczego nie analizować. Na to jeszcze przyjdzie czas. Przedwczesne ocenianie i wyciąganie wniosków zaburza bieżący odbiór. To prawda objawiona w wielu poradnikach z cyklu „jak przeżyć życie”. Oczywiście wiem, że większość z nich piszą najwięksi nieudacznicy.

– Możecie poruszać się po całej polanie – wyjaśnia Rylski. – To łącznie blisko dwadzieścia hektarów. W domach znajdują się pewne udogodnienia, lecz chodziło nam o maksymalną prostotę.

– Chyba styl skandynawski po polsku – wtrąca Michał.

– Mam nadzieję, że przynajmniej jest tu prąd… – dodaję.

– Oczywiście. To był niestety jeden z wymogów ekipy technicznej. Choć przyznam, że rozważaliśmy format całkowicie słowiański, niemal bez sprzętów współczesnych.

– Cudownie. Po prostu cudownie.

Nie mogę powstrzymać się przed sarkazmem. Kompletnie nie tego się spodziewałam. Będziemy stanowić żywe eksponaty martwego skansenu. Dlaczego nie interesowały nas takie „szczegóły”?

– Teren produkcji został zmieniony w porównaniu do sezonu pierwszego. Chcieliśmy czymś zaskoczyć widzów.

– Świetnie…

Rylski zatrzymuje się w połowie klepiska. Już z kilkunastu metrów czuję zapach nagrzanego drewna i smoły. Firanki falują w otwartych oknach domu. Mimo to wnętrze tonie w ciemności. Przyglądam się wykuszowi na poddaszu. Zapewne właśnie tam jest główna sypialnia. Musi rozciągać się z niej całkiem ładny widok. Próbuję się pocieszać i doskonale zdaję sobie z tego sprawę.

To gorzej niż więzienie.

Jestem dziewczyną z miasta, która dostawała spazmów, gdy musiała wyjechać na szkolny obóz.

Nagle mam wrażenie, że za firanką przemyka czyjś cień. Ktoś bez wątpienia tam stał i się nam przyglądał.

– Nie tak to sobie wyobrażaliście? – Rylski odwraca się i bada nasze reakcje. – Sporo zmian, prawda?

Michał stoi obok mnie na bosaka. Mokasyny trzyma w dłoni i wystawia twarz do słońca.

– Czy teraz ktoś jest we wnętrzu domu?

Rylski przekrzywia głowę i mruży oczy. Moje pytanie wyraźnie go zaskoczyło.

– Nie… – zapewnia. – Cała ekipa już dawno się wyniosła. A skąd ta wątpliwość?

Mimo upału po plecach spływa mi chłodna strużka potu.

– Tak po prostu… Chyba… – Macham ręką. – Nieważne.

– W każdym razie teraz jest moment, gdy możecie złożyć specjalne zamówienia lub zadać ostatnie pytania.

Nagle coś przychodzi mi na myśl.

– Czy mogłabym dostać sztalugę? Chciałabym czasem pomalować…

– Jesteś artystką? – pyta Michał. – Dobrze wiedzieć. Ja nie potrafię poradzić sobie z prostą kreską.

Rylski wyciąga telefon i coś zapisuje.

– Załatwione – oznajmia. – Sztalugi sprowadzi ekipa, która, w zależności od potrzeb, będzie dostarczała wam wszelkie niezbędne produkty.

– Poza tymi, które mamy sobie wyhodować? – kpi Michał.

– Oczywiście możecie się tym zająć. Nie macie jednak prawa zamienić z dostawcami choćby słowa. Pamiętajcie o tym.

Rylski odwraca się, chcąc ruszyć w stronę domu.

– Mam pytanie. – Michał nagle wskazuje na niewielki taras. – To stało się właśnie tutaj? – pyta.

Przez jego twarz przebiega tik, który widziałam przedwczoraj.

Co miało się stać? – dopytuję w myślach.

I nagle zapala mi się czerwona lampka ostrzegawcza.

20

S01E09

SARA

Brama otwiera się na pilot i po chwili wjeżdżamy na teren posiadłości. Rozglądam się po okolicy, w której spędzę kolejne miesiące. Nie jest źle. Naprawdę.

Zielona linia lasu, łąka i ugór. Poza tym niemalże całkowita pustka. Pojedyncze drzewa odcinają się od poszarzałej od suszy łąki. W powietrzu, ćwierkając, krążą ptaki.

Nie mogę narzekać. Wielokrotnie marzyłam, żeby dostać się do takiej głuszy, lecz nigdy nie było na to czasu.

Limuzyna zwalnia i kierowca wchodzi w delikatny zakręt. Po chwili po mojej lewej pojawia się przysadzista, piętrowa willa. Jej ściany pomalowano na przyjemny, piaskowy kolor, a dach pokrywają panele fotowoltaiczne. Wokół okien odcinają się białe, eleganckie boniowania. Nad wejściem znajduje się niewielki balkon z giętą, metalową balustradą.

Urocze. Naprawdę budynek i okolica są urocze.

– To tu? – pytam chyba samą siebie.

Adam milczy. To do niego niepodobne, lecz najwyraźniej analizuje natłok nowych informacji. Rozgląda się, zerkając raz w jedno, raz w drugie okno. Już nie dotyka mojego uda. Teraz zaczyna mi nawet tego brakować.

Limuzyna zatrzymuje się i po chwili ktoś otwiera drzwi. Nie zdawałam sobie sprawy, że okna są lekko przyciemniane, więc promienie słońca niespodziewanie mnie rażą. W powietrzu unosi się letni żar.

– Oto wasz dom. – Słyszę czyjś radosny głos.

Rozglądam się i dostrzegam przemykających przy willi operatora oraz dźwiękowca. Mężczyźni po chwili znikają za załomem muru. Będę musiała się przyzwyczaić do ich obecności.

– Zapraszamy!

Gdy tylko staję na brukowanym podjeździe, podchodzi do mnie wysoki, przeraźliwie szczupły blondyn. Uśmiecha się i przedstawia niewyraźnym tonem. A może to ja jestem tak podekscytowana, że pojęcie jego imienia i nazwiska zwyczajnie mnie przytłacza.

Daniel? Zdaje się, że to Daniel.

– Zlecono mi oprowadzenie was po posiadłości – oznajmia, poszerzając uśmiech do nieprawdopodobnych rozmiarów. Dopiero teraz zaczynam kojarzyć go z któregoś z telewizyjnych programów. – Jesteście gotowi?

Adam wymienia z nim uścisk dłoni i entuzjastycznie zaciska pięść.

– Nie ma co zwlekać!

A więc nie ma co zwlekać. Wlokę się za nimi po raz kolejny, przekonana, że kompletnie nie nadaję się do nawiązywania bliższych relacji. Jestem przesadnie oziębła. Chciałabym umieć zagaić tak, jak robi to Adam. Kilka słów, które momentalnie zjednują mu każdego.

Biały żwir chrzęści pod moimi butami. Jestem tak zestresowana, że poruszam się niemal automatycznie. Gdy mężczyźni się zatrzymują, robię to samo. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że przepuszczają mnie w progu. W tym samym momencie w powietrze wystrzeliwuje kolorowe konfetti, a wraz z nim unoszą się balony.

Ktoś bije brawo, ale nie mam pojęcia kto. Jestem otumaniona.

Wchodzę do środka i wdycham zapach środków czystości. W domu pachnie podobnie jak w szpitalu. Nie podoba mi się to. Będziemy musieli poprosić o trociczki albo świece zapachowe. Mam nadzieję, że po jakimś czasie uda się zatrzeć ten aromat.

Po jakimś czasie…

Będziemy mieli go dość.

– Rozgośćcie się.

Dopiero sobie przypominam, że nie mam swoich rzeczy.

– Moja torba została…

Zdaję sobie sprawę, że Daniel trzyma ją w dłoni.

– Ta torba? – Podnosi ją wyżej i puszcza mi oko. – Masz we mnie odźwiernego, lokaja i tragarza. Wszystko jest pod kontrolą.

Kolejne mrugnięcie.

– Wow! – Adam spogląda ponad moim ramieniem i dopiero jego okrzyk każe mi skupić się na wnętrzu domu. – Ja cię kręcę.

Podłoga została wykonana z czarno-białej terakoty, która lśni we wpadającym przez potężne okna świetle. Idziemy przez korytarz pokryty nowoczesnymi stiukami. Na ścianach wisi kilka abstrakcyjnych grafik.

– Przejdźmy do salonu – zachęca Daniel.

Wchodzimy za nim do obszernego pomieszczenia, które ma co najmniej cztery metry wysokości. Z dworu nie spodziewałam się aż tak przestronnego wnętrza. Chromowany stół przypomina mi biurko z gabinetu Vogla. Wokół niego stoją krzesła z tego samego kompletu, a nieco dalej ultranowoczesna, polakierowana na czerwono szafka. Nad nią we wnęce znajduje się gigantyczny telewizor. Ściany zdobi kilka kolejnych abstrakcji. Całość ożywiają dwie wielkie palmy zasadzone w terakotowych donicach.

Wtedy mój wzrok pada na błyszczące, czarne pianino. To Kawai K-300 Premium, model, o którym zawsze marzyłam, a na który nigdy nie było mnie stać.

Podbiegam do niego i boję się dotknąć. Jest piękne. Klawiatura Millennium III z najlepszej jakości komponentów, aluminiowe listwy typu Die-Cast… Wiem o nim wszystko.

– Moja babcia była mniej podekscytowana, gdy zawiozłem ją na Jasną Górę. – Adam staje tuż obok mnie, ale najwyraźniej nie rozumie mojego zafascynowania. – Wolałbym perkusję. Choć nie umiem grać nawet na cymbałach…

– Boże… – szepczę.

Daniel zjawia się tuż obok. Kątem oka dostrzegam błysk jego oczu.

– To nasz pierwszy prezent – oznajmia. – Wiemy co nieco o waszych pasjach. Chcesz zagrać?

Nie, nie. Nie teraz. Wypieram się i od razu reaguję zniechęceniem. Wolałabym, aby nie było tu tego pianina, niż żebym na zawołanie robiła za małpkę cyrkową. Już to przerabiałam…

Na szczęście Daniel nie naciska. Prowadzi nas do kolejnego pomieszczenia. Omawia system zdalnej klimatyzacji oraz zdalnego sterowania funkcjonalnością domu. Rolety zasłaniają się w zależności od nasłonecznienia. Istnieje również system wentylacji oparty na ilości tlenu w powietrzu.

Dom roi się od podobnych gadżetów. Kuchnia przypomina fragment statku kosmicznego, a słuchając o funkcjach lodówki i piekarnika, zdaję sobie sprawę, że mam pojęcie o technologii sprzed jakichś dwustu lat. W zależności od potrzeb możemy elektronicznie przesuwać modułowe blaty. Szafki pokrywa tworzywo przypominające mieszaninę szkła oraz metalu.

– Oświetleniem można sterować ręcznie lub ustawić w tryb automatyczny. Ach, jeszcze jedno.

Daniel wskazuje na szafkę pod oknem. Naciska przycisk na pilocie i drzwiczki same się rozsuwają.

– To barek. Znajdziecie w nim między innymi kadryla i rieslinga z winnicy Equus. To chyba twoje ulubione trunki? – zwraca się nonszalancko do Adama.

– Skąd…

Odpowiedzią jest jedynie kolejny szeroki uśmiech.

– Mam jeszcze co najmniej jedną niespodziankę.

Dostrzegam, że Daniel ukradkiem zerknął w lewo i do góry. Zapewne gdzieś tam jest kamera. Muszę to zapamiętać.

Mijamy małą sypialnię oraz pokój, który od podłogi po sufit wypełniają regały z książkami. Drzwi do nich są otwarte, lecz Daniel się nie zatrzymuje. Prowadzi nas na koniec korytarza.

Dwukrotnie klaszcze i momentalnie rozsuwają się przed nim drzwi z przyciemnianego szkła.

– Ta-dam!

Mężczyzna odskakuje z gracją i znika za ścianą.

– O kurde…

Przed nami znajduje się basen z lazurową wodą oraz wydzielonym jacuzzi. W nozdrza uderza mnie przyjemny zapach chloru. Właśnie tak pachniała większość moich wakacji.

Mam ochotę zrzucić ciuchy i już w tej chwili wskoczyć do wody. Przepłynąć kilka długości, a potem obrócić się na plecy. Zanurzyć uszy, słuchając jedynie uspokajającego pluskania.

– Mówiłem, że będzie cacy. – Adam gwiżdże z zadowoleniem. – Zaczynam wierzyć w to, że uda mi się tu przeżyć.

– To coś wspaniałego! – piszczę nieco zbyt teatralnie.

– Prawda?

Daniel znów się pojawia. Zerka gdzieś nade mną i po raz kolejny szczerzy zęby. Natychmiast wyczuwam na sobie spojrzenie ukrytej kamery.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?