Krew

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Krew
Krew
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,80  60,64 
Krew
Audio
Krew
Audiobook
Czyta Robert Jarociński
42,90  30,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Cały świat to scena,

A ludzie na nim to tylko aktorzy.

Każdy z nich wchodzi na scenę i znika,

A kiedy na niej jest, gra różne role.

W. Shakespeare, Jak wam się podoba?,

tłum. M. Słomczyński

Zawsze gdy na mnie spojrzysz

wiedz, że jestem smutny

nie dlatego

(dlaczegokolwiek o czym pomyśleć możesz)

ale dla czegoś innego, dalekiego,

czym ty się nigdy nie trwożysz...


Umrę ci kiedyś

Oczy mi zamkniesz

i wtedy

swoje

smutne, zdziwione

bardzo otworzysz...

J. Tuwim, Inne

Ku pocieszeniu chorym na ciele i duszy

1

Cisza rozsadzała jej mózg. Lubiła to uczucie. Po wielu godzinach spędzonych w chaosie współczesnego świata, wśród rozwrzeszczanych ludzi, w otulinie kakofonii ulicznych dźwięków i milionów nieustannych bodźców cisza była wybawieniem. Niewielki dom położony kilka kilometrów od Lublina stał się dla niej enklawą spokoju. Prywatnym ustroniem, na który zarobiła, zaharowując się ponad siły, co – jak przyznawała przed samą sobą – stanowiło jeden z wielu paradoksów jej życia. Zaharować się niemal na śmierć, aby móc żyć. Poza tym nadal tkwiła w spirali pożyczek, odsetek oraz umykających terminów płatności. Niech to wszystko szlag… Niech to szlag.

Odganiając te myśli, głęboko nabrała powietrza. Stała na niewielkim, kamiennym tarasie, z którego rozciągał się widok na ścianę lasu. Dwie granice dwunastoarowej działki stanowiła linia drzew. Po przeciwnej stronie domu biegła asfaltowo-żwirowa droga, od pokonywania której każdego dnia ucierpiały nie tylko jej buty, ale przede wszystkim zawieszenie maleńkiej, czerwonej mazdy – jej dawnego marzenia, zrealizowanego niespełna przed dwoma laty. Czwartą granicę działki stanowiła miedza dzieląca ją od nieuprawianego pola, porośniętego kładącymi się trawami oraz chaszczami.

Był duszny, czerwcowy wieczór, a słońce znikło już za drzewami, pozostawiwszy na niebie czerwoną poświatę. Część nieba zasnuwały fioletowe, upiorne chmury, w których kobieta starała się doszukiwać znajomych kształtów. Od dziecka był to jeden z jej ulubionych sposobów na oczyszczenie myśli. Wpatrywała się w rozwleczony, nieco pokraczny parowiec, który z minuty na minutę coraz mocniej upodabniał się do rozpłaszczonej żaby. Żaba przemieniała się w wieloryba, a wieloryb…

Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu. Dźwięk przypominał odgłosy wydawane przez automaty do gier w chwilach, gdy na wyświetlaczu pojawiał się napis GAME OVER. Ustawiła go pod wpływem impulsu, po kilkudziesięciu minutach wybierania spośród zbyt wielu melodii.

Wyprostowała się i z niechęcią sięgnęła do kieszeni. Wyjęła komórkę, po czym zerknęła na wciąż zaklejony fabryczną folią ekran. Owszem, ostatnio dość często robiła sobie prezenty. To właśnie były uroki życia, z którego należało jak najintensywniej korzystać. Zbyt długo zajęło jej zrozumienie tej banalnej prawdy. I kosztowało ją to zbyt wiele cierpień.

Dzwonił jej ojciec. Przesunęła palec w stronę przycisku odbioru, ale nie nacisnęła go. Przez chwilę wpatrywała się w wyświetlacz. Przygryzła usta. Po kolejnych kilku sekundach dzwonek się wyciszył, a na ekranie pojawił komunikat o nieodebranym połączeniu.

– Potrzebuję świętego spokoju… – wycedziła, odkładając telefon na szklany stolik, na którym stały butelka wina oraz puszka piwa. – Pieprzonego spokoju. Czy to aż tak wiele?!

Przytknęła palce do skroni, po czym zaczęła je powoli masować. Od wielu lat towarzyszył jej natłok myśli. Niespodziewanie zalewały ją i sprawiały, że nie mogła się na niczym skupić. Nieuporządkowane, chaotyczne strzępki wspomnień, dygresje oraz dziecinne fantazje. Gdy czuła, że ten moment znowu nadchodzi, usiłowała się jak najszybciej upić lub położyć spać. A właściwie to drugie stanowiło konsekwencję pierwszego. Przez wściekłe napady czasem na całe dnie pogrążała się w swoim świecie. Jej ciało stawało się wówczas jedynie zewnętrzną skorupą, którą kierował jakiś zaprogramowany autopilot. Mimo to z pewnością nie zachowywała się wtedy normalnie, co prawdopodobnie zaważyło na niepowodzeniu kilku związków, w których tkwiła i tak zbyt długo. Oczywiście, zgodnie z radą ostatniego partnera mogłaby pójść do specjalisty, ale prawdę mówiąc, nie wiedziała, czy tego chce. Taki był jej świat i przyzwyczaiła się do niego. Może bez tych napadów życie stałoby się zbyt intensywne? Może nie potrafiłaby wtedy pracować tak wiele i tak mocno, by móc kupić dom pod miastem? Zresztą, on również nie stanowił szczytu jej marzeń. Fasada wymagała solidnego odświeżenia, a większość ścian w środku była pomazana przez dzieci poprzednich właścicieli. Musiały to być dosłownie rozpieszczone demony. Jednak dom miał jedną, zasadniczą zaletę – jeden z czterech niewielkich pokoi zaadaptowano na saunę. Taką w skandynawskim stylu, obitą drewnem i z możliwością rozpylania rozmaitych olejków zapachowych, które poza snem oraz alkoholem stanowiły najlepszy sposób na przegnanie natłoku myśli.

Dzwonek telefonu odezwał się po raz kolejny. Kobieta nawet na niego nie zerknęła. Przez drzwi tarasowe weszła do ciasnego salonu, w którym stała czerwona, nowoczesna kanapa, stół w takim samym kolorze oraz drewniany regał z zaskakująco dużym telewizorem. Minęła go, po czym skręciła w wąski korytarz. Idąc nim, zaczęła się rozbierać. Rzuciła na podłogę białą bluzkę oraz niebieskie jeansy. Przytrzymując drzwi do sauny, zdjęła stanik i majtki. Całkowicie naga weszła do niewielkiego pomieszczenia, w którym przyciemnione, zielonkawe światło tworzyło niesamowitą atmosferę. Przy uruchomionym niedawno termostacie temperatura stale utrzymywała się w okolicach pięćdziesięciu pięciu stopni, lecz kobieta delikatnie ją podkręciła. Miała ochotę wypocić z siebie wszystkie te cholerne myśli. Ojciec, przeszłość, mnóstwo facetów, znów ojciec, faceci, seks, ohyda, ciało, które jest jedynie skorupą, znów faceci…

Usiadła na długiej, drewnianej desce. Zapomniała o ręczniku, ale nie chciało się jej po niego wracać. Odchyliła głowę i oparła ją o ścianę. Zamknęła oczy. Z dysz, delikatnie sycząc, płynęło gorące powietrze. Powoli się odprężała, a jej myśli się uspokajały. Szybko jednak zrobiło się jej zbyt duszno. Pobudzone upałem serce, zamiast spowolnić, zaczęło przyśpieszać. Jego dudnienie przegnało z głowy ostatnie strzępki niedawnych myśli. Przecież właśnie tego chciała…

Otworzyła oczy i wyciągnęła dłoń ku gałce termostatu. Skręciła temperaturę, lecz gorące powietrze leciało z dysz jeszcze szybciej. Pomieszczenie wypełniała gorąca, nieprzyjemna para.

– Cholerne gówno…

Coś musiało się zepsuć. Jak mnóstwo rzeczy w tym domu, odkąd go kupiła. Dwa krany, drzwi tarasowe, kaloryfer… Mimo że poprzedni właściciele zapewniali o doskonałym stanie technicznym budynku oraz sprzętów, lista usterek była naprawdę długa. Wstała i cicho klnąc, skierowała się do drzwi. W środku zrobiło się tak gorąco, że parzył ją każdy oddech.

Wściekła nacisnęła klamkę, ale ta nie ustąpiła.

Nacisnęła ją ponownie, znowu bez skutku, jakby drzwi się zablokowały. W pierwszej chwili poczuła jedynie narastającą złość, lecz błyskawicznie zastąpił ją strach. Co zrobi, jeśli… Nawet nie chciała wyartykułować tej myśli. By nabrać głębiej powietrza, przysłoniła nos wierzchem dłoni.

Przerażona uderzyła pięścią w grube, drewniane drzwi, lecz te ani drgnęły. Nagle w niewielkiej okrągłej szybie dostrzegła dziwny cień, który powoli wyłaniał się zza kłębu pary.

Ktoś uważnie przypatrywał się jej z drugiej strony. Nie miała wątpliwości, że ten ktoś szeroko się uśmiecha. I nie był to przyjazny uśmiech. Był to najbardziej przerażający uśmiech, jaki w życiu widziała.

2

– Otwórz drzwi! – wrzasnęła z całych sił. – Otwieraj!

Nie krępowała jej nagość ani nie przerażał jej fakt, że ktoś obcy jest w domu. To nie miało znaczenia. Liczył się tylko piekielny gorąc, który oblepiał ją nie tylko od zewnątrz, ale i coraz mocniej od środka. Każdy oddech wtłaczał w płuca wrzące powietrze. Nozdrza ją piekły, a w gardle paliło. Przysłoniła nos oraz usta zagięciem ręki. Drugą dłonią ponownie chwyciła klamkę. Szarpnęła nią z wszystkich sił. Bezskutecznie.

Za drugim razem coś się poluzowało i kobieta w głębi świadomości pojęła, co się stało. Nacisnęła klamkę ponownie, a ta, zgodnie z jej przeczuciem, odkręciła się od zamka, po czym z głuchym brzęknięciem upadła na podłogę.

– Kurwa…

Nachyliła się, dotykając czołem szyby. Para była tak gęsta, że niewiele widziała. Poza tym piekły ją oczy i musiała nieustannie mrugać. Nie była nawet pewna, czy po drugiej stronie wciąż widzi czyjś cień. Może to wszystko się jej przywidziało? Może było jedynie wytworem pędu myśli pobudzonego przez temperaturę? Kiedyś zdarzało się jej popadać w kompletne otępienie, w którym potrafiła machinalnie ciąć sobie żyletką nadgarstki albo skórę między palcami. Samoudręka była sposobem ucieczki od rzeczywistości. Jednak nie mogłaby przecież zamknąć się od zewnątrz.

– Otwieraj!

Nie miała pojęcia, czy ktokolwiek ją słyszy. Być może kierowała te nawoływania wobec wytworu własnej fantazji. Starała się skupić, lecz panika wyzwalała jeszcze większą kotłowaninę myśli. Schyliła się po klamkę. Podniosła ją i usiłowała wcisnąć ją na swoje miejsce, ale brakowało w niej kilku śrub. Musiały potoczyć się gdzieś pod drewnianą ławę.

 

– Cholera…

Cofnęła się o kilka kroków i z impetem natarła barkiem na drzwi. Przeszył ją paraliżujący ból, ale zawiasy nawet nie drgnęły. Zielone światło stawało się tak delikatne, że poruszała się niemal w półmroku, jakby w środku księżycowej nocy znalazła się pośród gęstej mgły.

Boże…

Zaczynało brakować jej powietrza. Skóra na całym ciele paliła, choć schładzał ją wciąż obficie wydzielany pot. Podłoga zrobiła się tak gorąca, że musiała przestępować z nogi na nogę. Kręciło się jej w głowie. Nie wiedziała, ile to wszystko trwa, ale na przemian wydawało się jej, że czas mknie błyskawicznie lub gwałtownie się zatrzymuje. Ból oraz cierpienie trwały nieskończenie długo.

Komórka… Chciała wezwać pomocy, ale przypomniała sobie, że zostawiła ją na tarasie.

– Pomocy! – krzyknęła, zdzierając sobie gardło. – Po…

Umilkła, zdając sobie sprawę, że to bezcelowe. Wpuszczanie do ust wrzącego powietrza było tylko kolejną torturą, niemogącą niczego zmienić. Najbliżsi sąsiedzi mieszkali kilkaset metrów dalej, jedyną szansą na ratunek byłby ktoś przechodzący ulicą, ale po pierwsze, niemal nikt nią nie chodził, a po drugie, jakim cudem jej krzyk miałby wydostać się z pomieszczenia obitego kilkoma warstwami drewna oraz specjalnych tworzyw?

Zaczęła płakać. Piekł ją każdy fragment skóry. Wymachiwała rękoma, bo bolał ją nawet dotyk wewnętrznej strony ramienia do pachy. Zdała sobie sprawę, że przestała się pocić. Kręciło się jej w głowie i miała wrażenie, jakby w gardle utkwiły jej rozgrzane do czerwoności węgle. Podbicia stóp gwałtownie opuchły. Z trudem się poruszała, lecz zdobyła się na kolejny wysiłek. Wspięła się na ławę, aby być jak najwyżej. Wyciągnęła głowę niemal pod sam sufit. Powietrze tam było nieco, ale tylko nieco, chłodniejsze. Przede wszystkim udało się jej zaczerpnąć głęboki, nieco mniej bolesny oddech.

Jeden.

Drugi.

Trzeci.

Oszalała ze strachu wpadła na pewien pomysł. Rozejrzała się po pomieszczeniu, lecz nie dostrzegła niczego, czym mogłaby osłonić rękę. Nawet cholernego ręcznika…

Wściekła, niemal odchodząc od zmysłów, zeszła na wrzącą podłogę i natychmiast ugięły się pod nią nogi. Musiała podeprzeć się o ścianę. Dotyk sprawił jej niewyobrażalny ból. Mimo półmroku widziała, że na jej skórze pojawiają się pełne wysięków bąble. Była cała czerwona.

Gotowała się żywcem. Na zewnątrz i od środka.

Ciężko dysząc, dowlokła się do drzwi, po czym uderzyła dłonią w szybę. Wzmacniane szkło nie ustąpiło. Uderzyła ponownie. I znów. A potem po raz kolejny… Każdy z ciosów był słabszy od poprzedniego.

Opadała z sił, a jednocześnie receptory nerwowe zdawały się pracować na zdwojonych obrotach. Ból stawał się niewyobrażalny. Nigdy, przenigdy tak nie cierpiała. Zaczęła uderzać się dłońmi po ciele, a pękające pęcherze zdawały się sprawiać jej krótkotrwałą ulgę. Mózg zdawał się rozsadzać jej czaszkę, jakby przestał się w niej mieścić. Mogła nabierać powietrze tylko bardzo płytko. Chciała jeszcze raz wziąć oddech, lecz nie miała już dość sił, by wspiąć się na ławę. Dysząc, osunęła się na podłogę. Spojrzała ponownie ku okienku w drzwiach. Mimo kłębów pary ponownie dostrzegła w niej cień.

To była śmierć.

3

Dzień pierwszy

– Jeszcze jeden?

Barman porozumiewawczo mrugnął do Karola Werskiego. Był to jego stały klient i wiedział o nim tyle, że gdy tylko zaszumi mu w głowie, to nie będzie potrafił oderwać się od kolejnych dawek alkoholu. Właściwie zależało mu tylko na ich regularnym dostarczaniu. Tak było i tym razem. Pięćdziesięciokilkuletni, nieco otyły mężczyzna skinął głową. Przez jego pożółkłą twarz przemknął porozumiewawczy grymas.

– Lej – mruknął.

Barman nalał i Werski natychmiast wypił. Odstawił kieliszek, z impetem stukając nim o kontuar. Siedząca obok blondynka zerknęła na niego z przyganą.

– Coś nie tak? Moja droga, to bar, a nie restauracja Savoya.

Kobieta nie odpowiedziała. Odwróciła się, by kontynuować rozmowę z ubraną całkowicie na różowo koleżanką. Już dawno musiały przekroczyć trzydziestkę, lecz w sposobie ubierania oraz w zachowaniu usiłowały pozować na znacznie młodsze. Werski odwrócił się do barmana. Na kamiennym blacie stał ponownie uzupełniony kieliszek.

– Znowu chcesz mnie upić, chłopaku. Ale to dobrze, bardzo dobrze. Przecież mamy to na celu, ja i ty, prawda?

Westchnął i sięgnął po wódkę, lecz w pół ruchu się rozmyślił. Oparł się łokciami o kontuar. Barman puścił do niego oko.

– Jest pan jednym z tych gości, których wolę po przyjęciu dawki alkoholu, nawet sporej, niż trzeźwych.

– Osz ty! – Werski uśmiechnął się i rozbawiony pogroził mu palcem. – Usiłujesz dać mi do zrozumienia, że na trzeźwo jest ze mną coś nie tak? O to ci chodzi, że tak powiem, między wierszami?

– Absolutnie. Po prostu z dwóch wersji wybieram tę, która opowiada całkiem zabawne historie.

– No i daje zarobić. A poza tym robi z siebie kompletnego durnia. Zdaje się, że ostatnio odgrywałem jakąś scenkę, choć pamiętam to tylko jak przez mgłę. Chyba mi się nie przyśniło?

– Król Lear. – Barman na samo wspomnienie zarechotał. – Albo Ryszard Któryś-tam, nie pamiętam. Ale to było po prostu wyborne! Szef powinien pana zatrudnić na występy zamiast tych nędznych stand-upperów.

– Szefowi nie spodobałoby się, że inni klienci… i klientki – Werski wymownie łypnął w stronę kobiet, lecz te były pochłonięte rozmową – mogą być zdegustowani podobnymi wygłupami. Tak się kończy, jak człowiekowi alkohol za mocno strzeli do łba.

– Mnie to tam…

Barman machnął ręką i odwrócił się ku grupie młodych osób, które przekrzykując się, usiłowały ustalić, co zamawiają. Werski powiódł wzrokiem po rzędach butelek ustawionych na czarnych, podświetlanych kolorowymi ledami półkach. Nie smakowało mu niemal nic poza wódką. Właściwie wódki też nie lubił, ale kac po niej był najbardziej znośny. Kolorowe alkohole wykańczały go z roku na rok coraz szybciej, a do tego rano nie potrafił zwlec się z łóżka.

– Prawda to jest pies, którego korbaczem wyganiają do budy – zadeklamował pod nosem – gdy tymczasem jaśnie wielmożnej bonońskiej suszce wolno przy kominie leżeć i cuchnąć…

Blondynka ponownie się odwróciła, lecz tym razem nie spojrzała na niego z wyrzutem. W jej oczach tliło się zaciekawienie. Wymieniła kilka słów z koleżanką, po czym odsunęła się nieco od kontuaru, by móc usiąść do niego bokiem.

– To Shakespeare?

Werski skinął głową, po czym wychylił wódkę. Poczuł się dziwnie zmieszany. Przenikliwe spojrzenie kobiety sprawiało mu przyjemność, a jednocześnie wprawiało w zakłopotanie. Blondynka ponownie wymieniła kilka uwag z koleżanką, lecz lecąca z nieodległych głośników jazgotliwa muzyka kompletnie zagłuszyła jej słowa.

– Król Lear – obwieścił, usiłując przekrzyczeć wzmagający się harmider. – Piękna scena!

– Niech pan wyrecytuje coś jeszcze.

– Podobało się pani?

– Moja koleżanka uwielbia teatr… – Blondynka skinęła głową ku kobiecie w różu, jakby w ten sposób ich sobie przedstawiała. – Wie pan, chodzi na każdą premierę, choć potem nieustannie narzeka. Zbyt to nowoczesne, zbyt smutne, zbyt wesołe… Nie ma to jak dawne sztuki, prawda, Kamila?

Kobieta nazwana Kamilą jedynie się uśmiechnęła, gdyż nie mogła słyszeć słów koleżanki.

– W każdym razie… – ciągnęła blondynka – gdy tylko skończy się ta wariacka piosenka, mógłby pan… No, sam pan wie.

Werski nie wiedział, ale uwaga, którą przykuł swoją osobą, bardzo mu się podobała. Nawet się zarumienił. Chciał coś powiedzieć, lecz w kieszeni poczuł wibrację telefonu. Wyciągnął go i przepraszająco machnął w stronę kobiet. Nie patrząc na ekran, odebrał.

– Halo – odezwał się, przytykając palcem drugie ucho. – Proszę powtórzyć.

Wstał z hokera i odwrócił się plecami do baru. Pochylił się, jakby to mogło mu pomóc lepiej słyszeć.

– To jakaś pomyłka – wyszeptał.

Jednak to, co usłyszał, nie było pomyłką. Karol Werski momentalnie pobladł i zapomniawszy o rachunku oraz kobietach, pośpiesznie ruszył do wyjścia.

4

Deryło był głodny. Jednak to nie głód potęgował jego rozdrażnienie, lecz pasmo nieszczęść, które nie zwiastowało tego wieczoru niczego dobrego. Po pierwsze, w komendzie w dorocznej loterii dobroczynnej wylosował rolę policjanta przebierańca, mającego bawić dzieci na zabawie dla rodzin pracowników. To jeszcze był w stanie przełknąć, tym bardziej że do imprezy zostało kilka dni. Drugim nieszczęściem okazał się bunt jego ukochanego, restaurowanego od dwóch lat auta – citroëna model H. Byli niemal równolatkami i psuli się w podobnie zastraszającym tempie. Mimo to w samochodzie części można było wymienić, co u człowieka zdawało się znacznie utrudnione. Prawie trzy kwadranse zeszły mu na ustalaniu przyczyny awarii, a następne pół godziny mocował się z gaźnikiem. Na szczęście prawie sześćdziesięcioletni silnik można było rozebrać i złożyć za pomocą młotka oraz śrubokrętu. Na tym dobre wieści się kończyły.

Trzecim ogniwem łańcucha nieprzewidzianych wypadków był wybór okrężnej drogi do domu. Deryło uznał, że nie będzie pchał się w korek przez centrum, a pojedzie północną obwodnicą miasta, nadrobi kilka kilometrów, ale finalnie wypadnie na Nałęczowską, z której do domu miał już tylko kilkanaście minut. Znał przy tym uroczy skrót boczną drogą mający mu zapewnić ciekawe doznania wizualne. Koncepcja była dobra, ale realizacja znacznie odbiegła od założeń. Gdy na owej bocznej drodze dostrzegł starego golfa stojącego na światłach awaryjnych oraz krążącą wokół niego zrezygnowaną kobietę, musiał się zatrzymać. Kolejne pół godziny stracił na wymienianiu koła z przebitą oponą na dojazdówkę.

Wreszcie cały umazany w smarze, psiocząc, że robi z siebie Marię Teresę, ruszył w kierunku domu. Zastanawiał się, co ma w lodówce, gdy odezwała się jego komórka. To był punkt kulminacyjny. Po całym dniu, a nawet po całym tygodniu, gdy nie miał wiele roboty, posterunkowa Nowak uprzejmie poinformowała go o zwłokach odnalezionych w domu oddalonym kilka kilometrów od Lublina.

– Ja pierdolę! – Deryło tylko w ten sposób skwitował wiadomość, po czym poprosił podwładną o wskazanie adresu.

Citroën oczywiście nie miał nawigacji, a komisarz nie potrafił obsłużyć jej w telefonie, więc musiał się zdać na starą mapę. Przynajmniej w okolicy, do której się kierował, niewiele się zmieniło przez ostatnie półtorej dekady i przyjechał niemal równocześnie z technikami. Czarny bus, wypchany po dach specjalistycznym sprzętem, zatrzymał się na pełnym wybojów poboczu. Po drugiej stronie wąskiej drogi znajdował się niewielki, dość nowoczesny dom. Posesja nie była otoczona żadnym ogrodzeniem, a przez jej środek biegł chodnik z żółtej kostki brukowej. Pod otwartą, drewnianą wiatą stał maleńki, czerwony kabriolet.

– Już was tu przywiało? – zagadnął Deryło do znajomego technika, który niósł kombinezon. – Niech to cholera.

– Miło pana widzieć, komisarzu.

– Nie powiem, że z wzajemnością.

– Ma pan coś na policzku. Smoła czy…

– Smar. Myślałem, że na dziś już zakończyłem robotę i oddałem się majsterkowaniu.

– Plany są po to, aby trafiał je szlag, nie wiedział pan?

Mężczyźni uśmiechnęli się do siebie, choć na ich twarzach zagościł cierpiętniczy wyraz.

– Słyszałem, że szykuje się niezbyt przyjemna robota… – Kryminalistyk poprawił kombinezon.

– Dlatego nigdy nie dopytuję o cholerne szczegóły. Wolę tkwić w błogiej nieświadomości, dopóki nie zjawię się na miejscu, i serdecznie dziękuję, że właśnie pozytywnie mnie nastroiłeś. – Deryło pomachał do krągłej kobiety, która również nosiła kombinezon. – Zepsułeś moje kilkanaście minut spokoju. Ale widzę, że jesteśmy na miejscu w komplecie…

Dopiero teraz dostrzegł stojący za domem wóz strażacki oraz pojazd firmy energetycznej.

– Brakuje mi tylko karetki…

– Już odjechała – odezwała się techniczka. Pocałowała Deryłę w policzek i założyła rękawiczki. – Przed chwilą dostaliśmy komunikat, że dom jest cały do naszej dyspozycji.

– Nie mogłem się doczekać.

– Sezon znów się rozpoczął, prawda, komisarzu?

– Sezon na świrów?

 

Kobieta wzruszyła ramionami. Szli obok siebie, kierując się w stronę domu. Przed wejściem stało dwóch policjantów. Jeden z nich miał trupio bladą twarz, czerwone usta i przeszklone oczy. Na widok komisarza z wszystkich sił starał się natychmiast doprowadzić do porządku. Poprawił mundur i wyprostował się jak struna.

– To zapewne duet odpowiedzialny za ściągnięcie nas tutaj? – Deryło westchnął. – Byliście w środku?

Blady policjant skinął głową.

– Najpierw przyjechali ci od energetyki… Doszło do jakiegoś przeciążenia czy coś i ustalili, że to tutaj – bełkotał nieco bez składu. – Drzwi były otwarte, więc weszli do środka… A potem wezwali już nas, na wszelki wypadek, bo niby to wszystko to mógł być tylko nieszczęśliwy wypadek, prawda? Tyle że… Sam pan zobaczy. Nie, to nie był wypadek. – Policjant chciał splunąć, lecz się powstrzymał. Głośno przełknął ślinę. – To popieprzone, panie komisarzu. Jak z jakiegoś koszmaru… Albo gorzej.