Inna

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Aleksandrze, która tchnęła życie w ten tytuł


Jedyny sposób, żeby uwolnić się od pokusy, to jej ulec.

George Bernard Shaw


A ci, którzy tańczyli, zostali uznani za szalonych przez tych, którzy nie słyszeli muzyki.

Fryderyk Nietzsche

Wyobraź sobie, że się budzisz i nie pamiętasz ostatnich lat własnego życia. Co przez ten czas robiłeś, gdzie pracujesz ani – z kim przestajesz. Skonsternowany, przytłoczony milionem pytań, włóczysz się po wielkiej rezydencji i trafiasz na przerażający widok. Na piękną nagą kobietę. Nie, to nie ona jest przerażająca, ale fakt, że została skrępowana, a w usta ma wciśnięty wymyślny knebel.

Teraz przychodzi czas na prawdziwe pytania.

Czy jesteś mordercą? Zwykłym porywaczem? A może to wszystko jest tylko seksualną zabawą?

Odważysz się zdjąć knebel, aby usłyszeć prawdę o sobie?

Czy raczej dasz się ponieść instynktom?

OSIEDLE BALTIC RESORT, GDZIEŚ, DZIŚ, PRZED CHWILĄ

Od dwóch dni leje. Jak to nad polskim morzem.

Przesuwam po biurku maszynę do pisania: najnowszy model laptopa, marki… no, mniejsza z tym. Patrzę przez okno. Podobne do wszystkich okien na tym osiedlu, podzielone jednym szprosem pionowym i dwoma poziomymi. Przez sześć kawałków szyby gapię się na nasączony jak gąbka trawnik. Chyba niedawno go kosiłem, lecz już widzę niedoskonałości. Cholernie nierówne pasy. Zboczenia.

Miejsc, w których straciłem równowagę, nie da się ukryć. Nie da się również ukryć poprawek i drugich podejść. Koła kosiarki zawsze pozostawiają ślady. Wyryte w mózgu głębokie koleiny na trasie, którą się pokonało. Wzdłuż czy wszerz? Z tym zawsze mam problem.

Zerkam na leżącą obok książkę i od razu przypominają mi się słowa ciotki.

„Używaj zakładek. Jeśli będziesz zostawiał książki w ten sposób, porozklejają się, a potem na pewno rozpadną”.

Nieważne, dlaczego je pamiętam, ale prześladują mnie przez całe życie. Dobrze, ciociu.

Wyciągam z podajnika drukarki kartkę i od linijki odrywam jej równy kawałek. Kawałki muszą być równe. Wkładam jeden z nich do książki, sprawdzam, czy nie ma rozklejeń, i spokojnie odkładam ją na bok. Nie rozkleiła się. Jeszcze nie tym razem.

Za oknem bez przerwy ulewa. Deszcz bębni o rynny, o blaszany parapet i o solidną dachówkę. Sennie jest. Wakacyjnie i bardzo sennie. W kominku trzaska drewno, aromatyczna lipa. Lubię aromat sosny, ale sosna zawsze obkleja palenisko żywicą. Lipa musi więc wystarczyć.

Właściwie obyłoby się bez palenia, aż tak zimno na dworze przecież nie jest, ale lubię odrywać się od pracy i patrzeć w ogień. To podobno pierwotne, atawistyczne uczucie. Prapradziadowie naszych pradziadów siadali w jaskiniach wokół ognisk, snując pradawne opowieści. Widać byli bardziej odporni na zaczadzenia niż dzisiejsza młodzież zamykająca się romantycznie w garażach.

Patrzenie w ogień to atawistyczne uczucie. Podobnie jak to, że opowiadaną historią mogę przesłać wprost do Twojej wyobraźni. To, co właśnie wystukuję na klawiaturze laptopa i co jest obrazem w moim umyśle, teraz staje się również Twoim wyobrażeniem. Jeszcze nie wiem, do kogo trafi ten dziennik. Jeszcze nie mam co do tego koncepcji ani zielonego pojęcia.

Ale wkrótce będę miał.

Za oknem jest ta sama pora co u Ciebie. Przecież nie ma znaczenia, czy określę ją środkiem nocy, czy dniem. Ja siedzę tu, a Ty tam.

Oprócz zapachu palonego drewna lubię również aromat kawy. Nie znoszę za to jej smaku. Lubię stawiać przed sobą na biurku filiżankę z espresso, lubię się nią inhalować, ale na samą myśl o przełknięciu napoju robi mi się niedobrze. Kawa smakuje zaszczanym węglem. Dla jasności, nigdy nie jadłem zaszczanego węgla, lecz jestem przekonany, że ma identyczny posmak.

Dość o tym, bo zaraz zwrócę obrzydliwą, tłustą jajecznicę na boczku, której nie lubię tylko wtedy, gdy się nią przejem. A mam wrażenie, że ile razy najdzie mnie na nią ochota, dorzucam jeszcze dwa jajka. A potem kolejne dwa. W końcu łapczywie pochłaniam całą misę doskonale wymieszanej jajecznej papki. Nie lubię też, gdy żółtka są oddzielone od białek.

Ogień powoli dogasa, ostatnie polana z trzaskiem pękają i rozpadają się na żarowy miał. Trudno. Trzeba zejść do piwnicy. Trzeba zejść na dół.

Wstaję, choć wstawać teraz wcale nie mam ochoty. Wolałem ciszę, stukot deszczu i trzask drewna. Zostawiam to tylko na chwilę.

„Od każdej miłości trzeba odpocząć” – powiedział ktoś całkiem filozoficznie.

Chyba miał rację.

Z laptopa muszę się przenieść na telefon. Muszę dalej pisać, żeby w chwili, kiedy zapomnę, móc wrócić do swojego początku. Prawdę mówiąc, nie mam bladego pojęcia, dlaczego to robię.

[→ notatka przeniesiona na telefon komórkowy]

[→ notatka kontynuowana na telefonie]

Właściwie to dobrze, że nie ciągam się z tym całym sprzętem. Komórkę wymyślił ktoś mądry, ale udoskonalił – ktoś naprawdę wybitny. Mogę wciąż pisać, robić notatki, a przy tym oświetlać sobie drogę latarką.

Podważam rant płytki i delikatnie ją odsuwam. Tak by nie została żadna rysa. Żaden widoczny ślad.

To bardzo ważne.

Jeszcze ważniejsze od tego, żeby przy koszeniu starać się unikać jakichkolwiek poprawek, o czym ciągle zapominam. Muszę gdzieś umieścić karteczkę samoprzylepną.

Odciągam ukryty właz do schronu przygotowanego na wypadek, gdyby nad Bałtykiem pojawiły się huragany podobne do tych pustoszących amerykańskie wybrzeża. Opowiadał mi o tym poprzedni właściciel, ale to także pamiętam jak przez mgłę. Jak przez okno, w którym jest więcej szprosów niż szkła.

Schodzę na dół ostrożnie, zapisując to zdanie dokładnie w pół drogi. Stopni jest siedem, więc stoję na czwartym, licząc zarówno od góry, jak i od dołu.

Czas ruszać dalej.

W piwnicy śmierdzi wilgocią, rdzą i mokrym kamieniem. To przez tę cholerną ulewę. Woda nasącza trawnik, a potem wsiąka w chropawe mury fundamentów. Jeszcze kilka dni, a wilgotność wzrośnie na tyle, że do rozpalenia kominka będę potrzebował benzyny. Rozpalanie benzyną daje przykry aromat, który utrzymuje się stanowczo zbyt długo.

Do tego, u licha, mamy wakacje! Sto metrów stąd, na plaży, zamiast kałuż powinny znajdować się bicepsy i piersi. Ale chrzanić to. Nie mój cyrk, nie moje małpy.

Oświetlam latarką pierwsze pomieszczenie. Znajduję się dokładnie pod kuchnią, o czym przypomina mi szereg przestarzałych zaworów. „Teraz tak się nie buduje, ale to porządna metoda” – powiedział mi agent nieruchomości, gdy kupowałem ten dom. Nie wiedział, że wcześniej właściciel zdradził mi, ile majstrował przy swoim schronie.

To są wspomnienia sprzed lat. Nie muszę ich spisywać, bo choć schowane za mgłą, przynajmniej istnieją.

Mijam metalową szafkę z narzędziami, ze sprzętem ogrodowym, szlauchem i szpargałami, których nigdy nie miałem czasu przejrzeć. Dotykam zimnej, lodowatej tafli stalowych drzwi. No tak, zapomniałem o kłódce.

Szukam klucza, bo gdzieś z tyłu głowy przewija się myśl, że noszę go zawsze przy sobie. W kieszeniach spodni? Nie. W małej kieszonce na piersi? Również nie.

Znajduję go przez przypadek. Jest tak mały, że w ogóle go nie czułem, a pewnie też dlatego nie schowałem go do kieszeni. W załamaniach materiału mógłby się po prostu zgubić. Dlatego przytroczyłem go sznurkiem do szlufki i przywiązałem do klamry paska.

Sprytna metoda, choć efekt nie rzuca się w oczy tak, jak bardzo bym chciał.

Wkładam klucz do dziurki, powoli przekręcam i z radością wyczuwam, że mechanizm ustępuje. Tam jest drewno. Tam jest materiał na moje domowe ognisko, przy którym będę mógł spisywać historie.

Popycham ciężkie drzwi i oświetlam małe, pomalowane na biało pomieszczenie. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że to nie farba pokrywa ściany. Zostały one starannie wyłożone grubą warstwą styropianu, z którego łączeń wypłynął czerwony klej. Przypomina krew skapującą z czaszki po trepanacji.

Boże!

W kącie tej nory siedzi naga, skulona dziewczyna. Mruży oczy, zasłania je dłońmi, odwraca głowę, jej spojrzenie ucieka, ucieka… Ma zmierzwione lisie włosy, opuchnięty policzek i małe, naprawdę małe, niemal dziewczęce piersi. Nagle wszystko sobie przypominam.

Szczapy drewna trzymam w altance na podwórzu, a tutaj jest miejsce tylko dla niej. To jej prywatne królestwo.

– Cześć, Izabel, moja najdroższa – witam się z nią ze łzami w oczach, szczęśliwy, że na moment odzyskałem wspomnienia. – Tak bardzo cię kocham…

OSIEDLE BALTIC RESORT, GDZIEŚ, DZIŚ, PRZED CHWILĄ

Życie to gra dwustronna. Nie jak szachy, ale jak te kurtki, które można założyć puchem do środka lub na wierzch. Przynajmniej ja widzę je właśnie w ten sposób.

– Jak bardzo mnie kochasz, Izabel? – pytam niemal szeptem, żeby jej nie przestraszyć. Nie chcę, żeby się bała.

– Wypuść mnie! Proszę! Przecież nic ci nie zrobiłam…

Skomle. A ja nie lubię skomlenia. Jedną dłonią wystukuję tekst, a drugą nerwowo masuję się po udzie. Nie pamiętam, skąd się wzięła długa, chaotycznie zszyta rana. Choć przy Izabel pamiętam więcej niż wcześniej, to jednak i tak nie wszystko.

Szwy zaczynają swędzieć, a przecież nie swędziały. Szlag. Szlag. Szlag.

– Powiedz, że mnie kochasz.

– Kocham cię, kocham, tylko…

– Ciii… Żadnego tylko.

Przyzwyczaiła się już do światła na tyle, żebym mógł świecić prosto na nią. Nie krzywi się i nie mruży oczu. Wie, że machnięcia latarką są jak machnięcia batutą. Nie można ich przerywać.

– Wstań – proszę, a może też trochę jej każę. – Wstań, kochanie.

Najpierw niepewnie się odsuwa, dotyka pokrytego utwardzaczem styropianu i zastyga w bezruchu. Sprawdza mnie. Sprawdza, czy może mi zaufać.

 

– Nie bój się. Śmiało, wstawaj – zachęcam ją coraz bardziej niecierpliwie. Nie wiem, na jak długo starczy mi baterii telefonu. Czerwone dziewięć procent. To chyba dość mało. Gdybym pamiętał, jak długo trzyma ten model. Ale znam go tak naprawdę dopiero od paru godzin.

Izabel podnosi się opieszale, rozciągając ścięgna i mięśnie.

– Chyba mówiłem, żebyś nie siedziała tak długo w jednym miejscu. Cała drętwiejesz.

Chyba mówiłem, bo nie do końca to pamiętam.

– Mówiłem? – dopytuję.

– Tak, tak – zapewnia, a ja, nie wiedzieć czemu, niezbyt jej wierzę.

Stoi naprzeciwko mnie, nieco dalej niż na długość ramienia, i jedną ręką zakrywa maleńkie piersi, a drugą – łono. Mierzy jakieś pięć i pół stopy, czyli po ludzku ma nieco ponad metr sześćdziesiąt wzrostu, kruchą budowę ciała i długie nogi. Pępek ma mocno wklęśnięty, żebra – odsłonięte, a brzuch – zapadnięty. Kiedy jadła? Kiedy ją karmiłem? Szlag by to trafił, ale nie jestem pewny.

W kącie, obok łańcucha, który prowadzi do jej nogi, leży metalowa psia miska. Jest pusta. Przenoszę na nią światło latarki, upewniam się, ale – bez dwóch zdań – w środku nie ma nawet śladu jedzenia. W drugiej, nieco mniejszej, widzę skrzącą się wodę. Świeżą?

– Nie ruszaj się – nakazuję.

Podchodzę do miski, nachylam się i wącham. Cuchnie. Ale to nie woda cuchnie, tylko kał, bo biedna Izabel właśnie popuściła. Czyli coś jadła. Oświetlam ją i przyglądam się, jak się kuli, ze strachu, ale chyba też nieco ze wstydu.

– Nic się nie stało, kochanie. – Szukam w kieszeniach chusteczek, ale znajduję tylko dwie monety. Zdążyłem o nich zapomnieć, odkąd przetrząsałem ubranie w poszukiwaniu klucza. – Nic się nie stało. Nie krępuj się, to przecież całkiem normalne. Miłość jest od zawsze odporna na obrzydzenie, na chorobę, ból i problemy. Nie możemy się siebie wstydzić. Na starość być może będziemy musieli sobie podcierać pośladki, wkładać czopki, a może nawet – wyciskać krosty. Choć chyba nie. Krosty, zdaje się, to problem dzieciństwa?

Izabel nie wygląda na rozbawioną tym prostackim dowcipem. Jeszcze się przyzwyczai. Raczej nie będzie miała innego wyjścia, choć zdaję sobie sprawę, że słuchanie w kółko tych samych żartów może być męczące.

– Na starość może będziemy musieli… – Rozbawiony, chciałem powtórzyć to, o czym mówiłem przed chwilą, ale widzę, że Izabel drży.

Z jej oczu płyną łzy, a pod nosem zbierają się smarki.

– Zimno ci?

– T-tak.

– T-tak, t-tak – powtarzam, chcąc ją rozluźnić.

Telefonom komórkowym brakuje jeszcze tylko termometrów. Choć z pewnością są już i tak wyposażone modele, ale mój aparat, siłą rzeczy, był ze średniej półki. A średniacy najwidoczniej termometrów nie potrzebowali.

Rozpinam kołnierz koszuli, wyciągam głowę do góry i odsłaniam szyję. Szyja jest najbardziej wrażliwą częścią ludzkiego ciała. Wiem o tym, lecz nie mam pojęcia skąd. Coś mi podpowiada, że nie jest to jedynie wiedza książkowa, ale być może nigdy już tego nie ustalę. Szkoda. Naprawdę szkoda, jak wiele informacji ulatuje mi przez pałce. Tfu. Przez palce. Jestem pewien, że prawie nikt nie zauważyłby tej różnicy.

Izabel nieudolnie stara się obetrzeć dłonią kał z nogi. Jednak jedynie go rozsmarowuje i smród się wzmaga.

– Na Boga, nie mamy tu wentylacji – warczę. Nie chciałem, żeby to zabrzmiało niegrzecznie, lecz ze smrodem naprawdę może być problem. Jeśli wsiąknie w styropian, trzeba będzie zrywać całą warstwę. Na szczęście preparat usztywniający nieco temu zapobiega.

Nie pamiętam, po co rozpiąłem kołnierzyk koszuli. Nie pamiętam, czy zanotowałem, dlaczego to robię.

Muszę cofnąć się parę zdań…

Uf.

Dobrze jest notować wszystko, dokładnie, krok po kroku. To pozwala uporządkować sobie życie i nabrać do niego zdrowego dystansu. Naprawdę gorąco polecam.

Nie jest tak zimno, jak się mogło zdawać, skoro tak cholernie pada i wieje. Mamy w końcu sierpień. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Piwnica została dobrze odizolowana przez warstwę betonu, która ma chronić ją w trakcie ataku El Chapo, „Schleswiga-Holsteina” albo innego tajfunu. O tym też opowiadał mi poprzedni właściciel. Dziwne, że tyle pamiętam.

Na szyi nie czuję zimna, a to znaczy, że nie potrzeba dodatkowego grzania.

– Mógłbym ci przynieść kozę – mruczę trochę do Izabel, a trochę do siebie. – Ale boję się, że mogłabyś narozrabiać. Nie potrafisz się nawet załatwić do nocnika.

Oświetlam ją raz po raz, jakby była tancerką w klubie ze striptizem. Jednak ona się nie porusza. To znaczy porusza się tylko nieznacznie, dygocąc i chlipiąc. Wiodę latarką po podłodze piwnicy. Byłem pewny, że dałem jej nocnik i, oczywiście, się pomyliłem. Musiałem zapomnieć. Oprócz rzadkiego gówna, które obkleja jej nogi, w kącie widzę plamy moczu. Czuję też jego kwaśny…

– Wypuść mnie. Błagam. Nikomu o niczym nie powiem!

Niech to szlag. Podchodzę do Izabel kilkoma sztywnymi krokami i chwytam ją za włosy. W ostatniej chwili powstrzymuję się przed szarpnięciem, i to tylko dlatego, że boję się, że telefon wypadnie mi z ręki.

– Nigdy mi nie przerywaj, kiedy coś zapisuję – dyszę ciężko. – Nigdy! Rozumiesz?

Staram się uspokoić. Pisanie dobrze robi na emocje. Szczególnie jeśli trzeba trafić w małe, maleńkie klawisze i pilnować, żeby słownik nie poroże stawa, o właśnie, nie przekręcał słów. Z moją pamięcią byłoby to samobójstwo.

Izabel kuli się w samym rogu piwnicy. Łańcuch jest naprężony, ogniwa brzęczą. To piękny dźwięk, choć nie wiem, z czym mi się kojarzy.

– Nigdy, proszę, nie przerywaj mi, kiedy notuję – odzywam się całkowicie łagodnym tonem. – Kocham cię, bardzo cię kocham, ale każda pieprzona miłość ma swoje granice. Nie chcę cię zabić, kochanie. Naprawdę nie chcę.

Pięć procent.

Muszę spadać.

OSIEDLE BALTIC RESORT, GDZIEŚ, DZIŚ, PRZED CHWILĄ

Nie pamiętam prawie niczego.

Zegarek. Szybko szukam zegarka. Wiem, że muszę pisać. Zapisywać wszystko, choć nie jestem pewny, w jakim celu. To tak cholernie boli. Rozmasowuję udo, wyczuwam szew, piszę, bo laptop leży przede mną. Ostatni wpis, ostatnia linijka pochodzi sprzed prawie sześciu godzin.

[→ notatka przeniesiona na urządzenie mobilne]

Co jest, do cholery?!

Urządzenie mobilne. Na biurku, obok laptopa leży komórka – i muszę zapamiętać tę nazwę. Dwu-, może trzyletni blackberry, choć nie mam pojęcia, w jaki sposób mogę cokolwiek datować. Który mamy rok? Osiemnasty? A może już dwudziesty?

Albo jeszcze gorzej…

Dotykam klawiatury, przerażony, że przecież nie pamiętam żadnego PIN–u, ale niczego nie trzeba wpisywać. Ekran od razu się rozjaśnia i wyświetla się długa notatka.

Zaraz, chwila, muszę się wstrzymać, nim zacznę czytać. To jakieś szaleństwo. Obłęd.

Patrzę na kominek, w którym tylko na dnie paleniska hulają pojedyncze iskierki żaru. Musiałem go rozpalać dawno, co najmniej pół doby temu. Przez cały ten czas spałem? Chyba nie bardzo, bo nie czuję się przesadnie wyspany. Powieki lekko mi się kleją, a z tyłu głowy i na karku ktoś zamontował ciężarki.

Łupie mnie.

Rozglądam się po pokoju w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów, jakichkolwiek wskazówek, co się dokładnie stało, ale doskonale wiem, że wszystko jest zapisane na telefonie. Tyle że ja nie chcę czytać. Boję się. Naprawdę bardzo się boję tego, co mogę tam znaleźć.

Pokój jest taki przytulny. Niewielki kominek, nad nim lustro w złoconej ramie, po bokach dwa wielkie obrazy ze scenkami morskimi oraz z ubogim portem. To mi przypomina, że jestem w Baltic Resort lub Resort Baltica, będę się jeszcze musiał upewnić. Za podzielonymi na sześć części oknami leje deszcz. Monotonnie, jednostajnie i dosadnie. Ulewa wali w parapet, w rynny, w dach, który jest pewnie omszały i ceramiczny, w kolorze płomiennej czerwieni. Właśnie ten odcień przewija się w jakimś wspomnieniu, ale może dotyczyć czegoś całkiem innego. Auta? Ścian w sypialni?

Krwi?

Na biurku są laptop, telefon, opróżniona szklanka i blok kartek. Obok – książka założona papierkiem. Nieco dalej drukarka, a przy niej linijka. Wiem, że do czegoś całkiem niedawno była mi potrzebna, lecz… Nieważne. Przy krześle, na którym siedzę, leży podwójne opakowanie papieru toaletowego.

Niech to szlag.

Szedłem do kibla się wysrać i nagle wszystkiego zapomniałem? Nie, to raczej niemożliwe. Tym bardziej że nie siedzę na górze gówna.

Musisz pisać.

Cholerny wewnętrzny głos, który molestuje mnie tym jednym rozkazem jak zepsuty gramofon. A jeśli nie będę pisał? Jeśli rzucę ten laptop w kąt i go zdepczę? Co się niby wtedy stanie?

Boję się. Tak bardzo się boję, że jeśli przestanę pisać, coś się wydarzy. Ale co? Nie przestanę, to z całą pewnością, będę pisał, pisał, pisał, choćbym nie wiedział, co i dlaczego. W pokoju są jeszcze piękny żyrandol i perski dywan w kolorze zgniłego mięsa, a oprócz tego na panoplium wisi interesująca kolekcja broni. Skrzyżowane szabla i pałasz oraz kilka pistoletów. To wszystko moje?

Chciałbym wstać, ale gdy wstanę, przestanę pisać. Chociaż… zaraz…

Przecież właśnie do tego musi mi służyć ta cholerna komórka. To mój przenośny respirator. Rozrusznik serca na wypadek, gdybym zapomniał. O czym? Oblewa mnie zimny, lodowaty pot. Spływa po karku i wzdłuż kręgosłupa, przeszywają mnie dreszcze. To chyba niepokój.

Kładę dłoń na blacie. Lewą, żeby prawą wciąż stukać. A teraz zamieniam je rolami. Nic. Żadnych śladów. Staram się dostrzec swoje odbicie w ekranie laptopa, ale kontrast jest zbyt mocny i widzę tylko niewyraźny zarys. Boże. Ile mam lat? Dłonie, odkąd je pamiętam, niby nic się nie zmieniły, włosy wciąż są ciemne, niepoprzetykane siwizną.

Muszę to zrobić.

Z obawą najeżdżam na ikonkę kalendarza w dole ekranu.

Dzisiaj. Teraz.

Wyświetlają mi się tylko te dwa słowa.

– Kurwa mać – nie powstrzymuję przekleństwa. – To jakiś obłęd.

Gładzę się po policzkach i wyczuwam jedynie delikatną szorstkość. To znak, że goliłem się nie wcześniej niż sześć godzin temu. Po dwunastu moja twarz przypomina papier ścierny. Po dwóch dobach muszę używać maszynki elektrycznej. Tyle wiem. Golenie…

Wydaje mi się, że niedawno kosiłem trawnik, i rzeczywiście wygląda na równy. Dość równy, ale nie całkiem. Za nim jest mur, kamienny, łączony grubą zaprawą. Nie widzę bramy. Furtki też nie. Główne wejście i podjazd muszą się znajdować z drugiej strony domu. Czy mam samochód? Czy tylko jeden?

O właśnie, czy tylko jeden, bo może mam żonę?

Obrączki brak, ale przecież są różne sytuacje. Są narzeczeństwa, związki partnerskie, relacje nieformalne – to wszystko wiem. W głębi duszy czuję, że kogoś kocham i że ten ktoś jest gdzieś blisko. Muszę się skupić. Zamyślić. Na chwilę odsunąć ten laptop.

Pamiętam.

Dzięki Bogu pamiętam jej imię.

Izabel.

To tobie wszystko zawdzięczam.

Tak bardzo cię kocham.

Gdzie jesteś?

No dobrze. Muszę sięgnąć po telefon. Od tego się nie ucieknie, a wiem też, że nie jestem tchórzem. Nie jestem. Tchórzem.

Automatycznie zerkam na wskaźnik baterii – dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Tuż obok rząd cyfr: 1.01.2001. To chyba automatyczna data. Razem z nią pulsuje wyświetlacz godziny. 00:00. Przewijam ekran szybkimi ruchami palca, przewijam długą, bardzo długą notatkę, a potem znów wracam do laptopa. Moje oczy zachodzą mgłą.

Boże, to jakieś piekło!

[Tę wiadomość, ten wpis, możesz wykasować albo ustawić jako codzienne przypomnienie – zdecyduj potem]