Grób

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Patolog zawiesił głos, a Langer spojrzała na niego uważnie. Przez zasłoniętą roletę do środka wpadało niewiele światła, lecz po raz pierwszy dostrzegła na jego twarzy poruszenie. Dawne ofiary musiały działać na doktora mocniej niż świeże zwłoki. Przynajmniej jakiekolwiek, w których dostarczeniu Liza miała swój udział.

– Chłopiec i dwie kobiety zostali najprawdopodobniej zagazowani – podjął po chwili Zalewski. – Powinny to potwierdzić kolejne badania. Jeden mężczyzna został zastrzelony pojedynczym strzałem w tył głowy. – Doktor machnął przy uchu dłonią złożoną w pistolet. – Z broni sporego kalibru, przez co odskoczyła mu pokrywa czaszki. Cztery kolejne osoby zmarły w sposób, którego nie jestem w stanie na razie dociec. – Dopiero w tym momencie lekarz otworzył oczy i przeciągnął dłońmi po twarzy. Ciężko sapnął. – To moje wstępne hipotezy, badania potrwają pewnie co najmniej tydzień. Może prawdziwych przyczyn śmierci niektórych z tych ludzi nie odkryjemy nigdy. Czas zaciera ślady sprawniej niż mafia.

Langer delikatnie skinęła głową. Coś się jej nie zgadzało.

– A jednak dzieli się pan ze mną swoimi hipotezami? Chyba po raz pierwszy w życiu nie wymiguje się pan oczekiwaniem na wyniki badań, tylko mnie tu ściąga. Obstawiam, że nie jest to efekt tego, że ostatnio jak gówniara zagroziłam panu poskarżeniem się przełożonym?

– Przełożeni mi nie przeszkadzają. – Zalewski z ironią sparafrazował jej słowa.

– Więc?

– Co przychodzi pani do głowy?

Langer poprawiła się na krześle. Już nie patrzyła w monitor, a prosto w oczy lekarza. Zalewski ponownie przybrał maskę obojętności.

– Sposoby mordów przywodzą na myśl ofiary obozu koncentracyjnego – odezwała się zamyślona. – Ale ciała nie zostały skremowane. Choć w końcowym okresie wojny Niemcom bardziej zależało na paleniu dokumentów niż ciał. Zwłoki wrzucali do masowych grobów. Mieli ważniejsze metody zużycia benzyny niż potraktowanie jej jako rozpałki.

– Widzę, że zna pani historię.

– Ale to nieistotne.

– Nieistotne?

Liza wzruszyła ramionami. Zaczynała się niecierpliwić. Jak najszybciej zamierzała przejść do sedna.

– Gdyby to było wszystko, sprawa nadal leżałaby w obrębie zainteresowania archeologów lub IPN-u. Nie policji. – Energicznie podniosła się z krzesła i stanęła tuż obok biurka patologa. – Nie zawracałby mi pan tym głowy.

– Ma pani rację.

– Chodzi o te bruzdy na rękach lub nogach? Co to jest?

Zalewski – czy to z kurtuazji, czy czując się skrępowany, gdy ktoś stał tuż nad nim – również się podniósł z fotela. Założył ręce za plecy i skinął głową.

– Brawo za spostrzegawczość – pogratulował bez cienia entuzjazmu na twarzy. – To jest coś, co nie miało prawa się zdarzyć.

W tym momencie ciszę w gabinecie patologa przeciął kobiecy wrzask.

12.

Orest Rembert przybył na komendę tuż po siódmej. Odkąd dostał pełny etat i podpisał umowę, starał się sumiennie pojawiać w gabinecie. Mimo że jego praca w znacznej mierze polegała na myśleniu, co na dobrą sprawę mógł robić wszędzie, wolał być widoczny. Zresztą uznał to za formę okazania wdzięczności Siweckiemu, który jako jeden z pierwszych zaoferował etat profilerowi. Choć posłużył się przy tym starym wybiegiem i zatrudnił Oresta jako psychologa, nikt się nie spodziewał, że Rembert zajmie się robotą psychologiczną. Nie miał do tego ani wystarczającego doświadczenia, ani wiedzy. Poza tym w jednostce służyli inni specjaliści.

Intensywne, całonocne myślenie nie przybliżyło go do żadnych odkrywczych wniosków. W zasadzie nie miał pojęcia, czy w przypadku odnalezionych w wykopie szczątków zaszło jakiekolwiek przestępstwo. A właśnie to stanowiło punkt wyjścia dla jego roboty. Musiał mieć dane, które mógł przetworzyć. Bez materiału bazowego pracował w zasadzie na sucho. Tworzenie teorii na podstawie innych teorii, wysnutych na kanwie kolejnych teorii, niechybnie prowadziło do ślepego zaułka.

Najlepsze efekty przynosiła systematyczna praca na bazie sprawdzonych wzorców. Podważanie kilkudziesięciu lat doświadczeń specjalistów FBI mijało się z celem. Jasne, warto eksperymentować, lecz nie można dać się ponieść fantazji.

Zgodnie z najnowszymi trendami pierwszym etapem prawidłowego profilowania powinna być analiza akt i materiałów poglądowych sprawy, następnie oględziny miejsca zdarzenia oraz uczestnictwo w czynnościach policyjnych. Po nich przychodził czas między innymi na wywiady ze świadkami i rodzinami ofiar. Ostatecznie cały ładunek informacji należało nanieść na zdobycze najnowszej wiedzy. W sprawie odnalezionych poprzedniego dnia szczątków wszystkie etapy były dziurawe. Analizowanie przypominało wróżenie z fusów, do którego tak chętnie sceptycy przyrównywali pracę profilerów. Na szczęście coraz częściej ta praca przynosiła zauważalne rezultaty. O dziwo, profile pomagały wytypować nie tylko sprawców morderstw, lecz także – znacznie częściej, choć zarazem mniej spektakularnie – seryjnych gwałcicieli, złodziei oraz oszustów. To skuteczność przy tego typu sprawach stała się podstawą sukcesu Oresta. I jego przepustką do gabinetu, który dzielił z Langer.

Cóż, teraz musiał potwierdzić swoją wartość. Dlatego przez całą noc intensywnie myślał nad ewentualnymi scenariuszami. Gdy tylko wszedł do gabinetu, zdjął marynarkę i zawiesił ją na oparciu krzesła. Na biurku postawił drewnianą czarkę. Następnie przesypał do niej yerbę, której wymierzoną porcję przyniósł w worku foliowym. Zalał ją gorącą wodą i czekał, aż napar się zaparzy. W tym czasie obszedł biurko dokoła. Odruchowo uruchomił kołyskę Newtona i przymknął oczy. Metalowa kulka zawieszona na lince uderzyła w kilka kolejnych, które – choć pozostały nieruchomo – przeniosły energię na kulkę po przeciwnej stronie konstrukcji. Rozpoczął się metaliczny mecz ping-ponga, który Langer doprowadzał do furii.

Dokładnie o wpół do ósmej Rembert pociągnął łyk yerby. Rozumiał zasadność wylania pierwszej partii ze względu na jej ostry, mocny smak, lecz za wszelką cenę pragnął pobudzenia. Nie zwracając uwagi na temperaturę płynu i jego cierpkość, przyssał się do metalowej rurki. Po kilku pociągnięciach opróżnił niemal pół czarki. W momencie, gdy odstawił ją na bok, zadzwonił telefon. Spodziewał się, że Liza zamierza poinformować go o tym, że przybędzie z lekką obsuwą. W końcu niemal nigdy się nie spóźniała.

– Słucham?

– Pani komisarz Langer?

Zasapany, niski głos go zaskoczył.

– Czy ja brzmię jak kobieta? Mówi Orest Rembert…

– Aha. – Głos po drugiej stronie przyjął tę informację obojętnie. – Potrzebuję porozmawiać z komisarz Langer. Jest już w firmie?

– Jeszcze nie. Powinna pojawić się lada chwila. O co chodzi?

– Dzwonię z informatycznego. Rozgryźliśmy zabezpieczenia tego cholernego telefonu.

Chwilę trwało, nim Orest uporządkował podane informacje. Całkowicie zapomniał o zarekwirowanej poprzedniego dnia komórce. Nagle wspomnienia zaskoczyły.

– Ach, tak. I?

– Przesłaliśmy nagranie z miejsca zdarzenia na wasz serwer.

– Dziękuję. Bardzo słusznie!

Rembert natychmiast się rozłączył i uruchomił komputer. Czekając, aż system się załaduje, pociągał yerbę. Przez chwilę obserwował kołyskę Newtona, wreszcie przeniósł wzrok na pusty fotel Lizy. Spóźniała się tylko wtedy, gdy wyskoczyło jej coś bardzo pilnego. Poza tym zazwyczaj go o tym informowała.

Komputer wreszcie się uruchomił. Orest wpisał hasło i natychmiast otworzył zasoby wewnętrznego serwera wydziału. Usystematyzował pliki zgodnie z kolejnością chronologiczną. Na samej górze pojawił się filmik o nazwie składającej się jedynie z cyfr.

Rembert wstał, nastawił ponownie czajnik, po czym zalał yerbę. Nerwowo czekał na Lizę, lecz ta wciąż się nie pojawiła. Dwukrotnie podchodził do okna, opierał się o parapet z rachitycznym kaktusem i spoglądał w dal. Jak na Gdańsk, widok był nieciekawy. Linie kolejowe, blokowisko oraz pozostałości opuszczonego schroniska młodzieżowego z wieżą zegarową oraz gąszczem anten. Tak zwana Biskupia Górka. Gdyby ich gabinet znajdował się dwa lub trzy piętra wyżej, perspektywa całkowicie by się zmieniła.

Wreszcie Orest wrócił do biurka. Odciągnął od szyi węzeł szerokiego, pasiastego krawata i wziął potężny łyk yerby. Rozprostowując i zaciskając palce, odczekał jeszcze dwie minuty. W końcu nie wytrzymał. Przysunął się bliżej ekranu i uruchomił nagranie. W pełnym skupieniu analizował kolejne klatki filmu, który miał niezłą jakość, choć ostrość zogniskowała się przede wszystkim na punktach wskazanych przez nagrywającą. Były to w głównej mierze twarze budowlańców, podczas gdy tło pozostawało lekko rozmyte. Mimo to można było rozpoznać miejsca, w których znajdowały się przynajmniej niektóre wykopy. Odcinały się matową czernią na tle brązowo-zielonej ściółki.

Rembert dwukrotnie obejrzał cały materiał, a przy trzecim razie zastopował go na wybranej scenie. Niemal przytknął nos do ekranu. Wreszcie mógł wyciągnąć konkretne wnioski. Budował teorię na faktach, a nie na fundamencie poprzedniej teorii. Tym bardziej, że co do kilku kwestii nie miał wątpliwości.

Wyciągnął telefon, aby zadzwonić do Lizy. Gdziekolwiek była, musiał się z nią podzielić swoimi spostrzeżeniami.

13.

Mimo że Rembert chciał jej przekazać jakieś istotne wieści, Liza nie spieszyła się do komendy. W drodze z zakładu medycyny porządkowała zasłyszane przed chwilą informacje. Miała wrażenie, że doktor Zalewski zaprosił ją do siebie tylko po to, by wyrazić na głos swoje myśli. I to wobec kogoś, kto nie mógł zakwestionować jego wiedzy ani zdolności.

Rzeczywiście to, co odkrył, wydawało się zatrważające. Budziło wątpliwości i rodziło pytania. Jednocześnie pozostawiało bez odpowiedzi to najważniejsze: o zasadność prowadzenia czynności przez policję.

Przejechała most Na Ostrowiu, a potem zawróciła tylko po to, by chłonąć industrialny krajobraz okolicy: stoczni, rurociągów i dźwigów. Sądziła, że to pobudzi jej umysł do myślenia. Mimo tej próby wciąż jednak tkwiła w tym samym punkcie. Poza tym nie chciała już bardziej przedłużać swojej nieusprawiedliwionej nieobecności w komendzie. Z piskiem opon zjechała z mostu i skierowała się w stronę Śródmieścia.

 

Dwadzieścia minut później wparowała do gabinetu. Rembert siedział w swoim fotelu i jak zahipnotyzowany wpatrywał się w kołyskę Newtona. Dopiero gdy zbliżyła się do biurka, drgnął, jakby właśnie zdał sobie sprawę z jej obecności. Zamrugał i pociągnął solidny łyk yerby. Przeniósł na nią zmęczone spojrzenie przekrwionych oczu. Od razu domyśliła się, że tej nocy nie spał najlepiej.

– Co masz? – zaczęła bez ogródek.

Ostentacyjnie wyciągnęła szklaną lufkę oraz papierosy. Rembert jak na zawołanie zatrzymał kołyskę. Metaliczny mecz ping-ponga zakończył się remisem.

– Tylko nie pal – zaskomlał. – Błagam, i bez tego jest mi duszno do porzygu.

Liza odłożyła lufkę na biurko i się przeciągnęła.

– Co masz? – zapytała ponownie.

– Ty najpierw.

– Grasz dziś pana tajemniczego, Oreście?

Rembert wzruszył ramionami.

– Po prostu sądzę, że możesz mieć do opowiedzenia dłuższą historię. To dobra kolejność.

Langer nie zamierzała wnikać, dlaczego właśnie taka kolejność miałaby być dobra. Pospiesznie dopadła do ekspresu z kawą i podstawiła filiżankę.

– Jak możesz pić ten wyciąg z indiańskich skarpet? – Nie zamierzała czekać na odpowiedź. Gdy tylko z ekspresu spłynęła gęsta kawa, wypiła ją duszkiem. Następnie od razu przeszła do rzeczy. – Zalewski jest w autentycznym szoku. Stara się grać nieporuszonego naukowca z kijkiem w dupie, ale widać, że ma pełne gacie. Nie wiem tylko, czy z radości, czy żalu. Mówię ci, Oreście, wyglądał jak dziki człowiek, któremu pokazano zapałki. Upadło całe jego wyobrażenie o świecie.

– Bo?

Langer spojrzała na niego ze zdziwieniem. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że ten nie ma najmniejszego pojęcia o szczegółach jej rozmowy z patologiem.

– W ekspresowym tempie przebadał kilka ciał – wyjaśniła. – To tylko pobieżne analizy, ale, o dziwo, doktorek już zrobił się rozmowny.

– Ile ciał?

– Cztery albo pięć. Już sama nie wiem. Wciąż przywożą mu następne. Nie tylko ty nie spałeś tej nocy.

– Przyznaję, że moje niespanie okazało się całkowicie nieproduktywne.

Langer na tę uwagę niedbale machnęła dłonią. Dzieliła z Orestem pragnienie jak najefektywniejszego działania, więc doskonale rozumiała jego frustrację.

– Każdej z tych osób za życia usunięto kawałek ciała. Następnie dokonano handlu wymiennego i podstawiono go komuś innemu. Nadążasz? Miały na przykład pół łydki swojej, a pół cudzej. Albo zamieniono je stopami. Doktorek wstępnie ustalił przyczynę śmierci tylko trzech ludzi.

– To znaczy?

– Strzał w tył głowy oraz zagazowanie.

– Brzmi jak ofiary obozu koncentracyjnego.

– Pomyślałam o tym samym. Ale nie to jest najciekawsze.

Rembert odruchowo wyciągnął dłoń w stronę kołyski Newtona, lecz zaraz ją cofnął. Zamiast tego, nie spuszczając wzroku z Lizy, dopił yerbę. Resztka naparu zabulgotała wśród fusów.

– Kości niektórych osób się zespoliły – wyjaśniła Langer. – Na przykład pół łydki faceta A przyrosło do drugiej połowy łydki faceta albo kobiety B. Rozumiesz?

– Jeszcze tak. To całkiem jasne, więc albo gadasz do rzeczy, albo mam pojemniejszy mózg, niż ci się wydaje.

Langer zabębniła palcami w blat szafki. Podstawiła filiżankę pod ekspres i przygotowała kolejną kawę. Nie czekając, aż maszyna przestanie rzęzić, mówiła dalej:

– Zalewski wyciągnął z tego dwa zasadnicze wnioski. Właściwie nie trzeba do nich biegłego lekarza, ale bez niego nie miałabym pewności. Po pierwsze – Liza ponownie wypiła espresso jednym haustem – operacji dokonano za życia tych ludzi. To były właściwie przeszczepy, a wszystko wskazuje, że odbywały się niemal na żywca. – Spojrzała, sprawdzając, jakie wrażenie wywarła na psychologu, i ciągnęła dalej: – Po drugie, to nie miało prawa się przyjąć. Zalewski twierdzi, że dzisiejsza medycyna nie zna podobnych przypadków.

Rembert wzdrygnął się z odrazą.

– Twierdzimy, że to eksperymenty medyczne?

– Albo celowe działanie jakiegoś psychopaty. Zalewski skłania się ku tej drugiej tezie. Ci ludzie mogli być więźniami i ofiarami wesołej działalności jakiegoś świra. Takiego, który był zbyt praktyczny, żeby zrobić z nich po śmierci meble. Chciał trzymać ludzi poskładanych z innych za życia. Choć ich życie mogło być dość krótkie.

Rembert rozparł się w fotelu i odchylił głowę do tyłu. Przymknął oczy, po czym głośno wypuścił powietrze.

– Niewiarygodne – szepnął. – Po prostu popieprzone.

– Delikatnie mówiąc.

– Ale?

– Co: ale?

Z powrotem spojrzał na Langer. Ta po raz trzeci uruchomiła ekspres.

– Zawsze wiem, kiedy coś cię męczy. I chyba nawet się domyślam, o co chodzi tym razem.

Liza dopiła kawę i odstawiła filiżankę.

– Strzelaj. Zobaczymy, jak ci pójdzie.

– Nawet jeżeli to seryjny zabójca, zapewne już nikogo nie zabije. – Rembert z uśmiechem zauważył, że Lizie mina rzednie. – Czekamy jeszcze na wyniki, kiedy dokładnie te osoby zostały pochowane, ale martwisz się, że sprawę przejmie IPN.

– Jesteś złotousty i genialny.

– Nie mów hop. – Orest uśmiechnął się szerzej. – Ale chyba wiem, jak utrzymać nas przy tej sprawie. Mamy w niej wcale nie tak historyczny wątek…

14.

Po kilku sekundach ciszy Langer wzięła pustą filiżankę po kawie i zabębniła w nią łyżeczką.

– Proszę bardzo. Fanfary na cześć złotoustego Oresta – zakpiła. – A teraz już możesz przejść do rzeczy.

– Najpierw filmik. Niech to nam robi za grę wstępną.

– Filmik?

Rembert nie odpowiedział na pytające spojrzenie Lizy. Rozjaśnił ekran i ponownie uruchomił przesłane przez informatyków nagranie. Komisarz obejrzała je w pełnym skupieniu, co chwilę przygryzając wargę. Chłonęła szczegóły filmiku, analizowała zachowanie budowlańców oraz aktywistów i starała się wyciągnąć właściwe wnioski. Mimo to uznała, że zaoszczędzi sobie czasu, jeżeli pozwoli mówić Orestowi. Była przekonana, że ten znał już każdy piksel tego materiału.

– Co wypatrzyłeś?

– Moment, poczekaj. – Rembert odsunął się od biurka i uniósł dłonie. Ponownie odciągnął od szyi węzeł krawata.

– Poluzuj to. Albo zdejmij. Wystroiłeś się jak stróż w Boże Ciało.

– Nie chciałem od ciebie odstawać. Tyle że ciuchy kupiłem w sklepie, a nie w antykwariacie. Masz te kiecki po babci, która wywijała charlestona?

– Żebyś wiedział. – Liza poczuła satysfakcję, że Orest w ogóle zwrócił na to uwagę. Po wielu miesiącach, gdy ubranie nie miało dla niej żadnego znaczenia, znowu chciała wrócić do swojego stylu. I chciała się w nim nie tylko czuć dobrze, lecz także podobać. A choć psycholog starał się jej dopiec, wiedziała, że to rodzaj komplementu. – No dobrze. Mów już.

Rembert wreszcie się poddał, rozpiął kołnierz koszuli i opuścił krawat o dobre kilka centymetrów.

– Moim zadaniem jest wyciąganie wniosków na podstawie maksymalnej liczby przesłanek – odezwał się tonem usprawiedliwienia. – W tym przypadku nie dość, że mam mało przesłanek, to zająłem się wyciąganiem wniosków dotyczących czegoś zupełnie innego niż profilu psychologicznego zabójców lub gwałcicieli.

– Świetnie. A teraz możemy do rzeczy?

Orest skinął głową.

– Wątpię, żeby to aktywiści wykopali doły, w które omal nie wpadł sprzęt budowlańców – wypalił rezolutnie.

– Nie?

– Nie.

– Skąd ta myśl?

Rembert pochylił się nad biurkiem i przewinął film. Zatrzymał go w zapamiętanym wcześniej momencie.

– Przez chwilę dziewczyna w dredach jest tu widoczna. Widzisz? Ma lekko rozwarte usta i podniesione brwi. Wysoko, ale naturalnie. Bez teatralnej przesady. Do tego stara się stanąć jak najwyżej, żeby zerknąć w stronę wykopów. – Orest klasnął. – Jestem pewny, że zobaczyła je po raz pierwszy. Poza tym… – Przewinął filmik o kilkanaście sekund. – Spójrz teraz.

– Na…?

– Rozmieszczenie tych wykopów. Nie widzimy ich wszystkich, bo za plecami tego budowlańca są kolejne. Zaraz zobaczysz. O, teraz.

– Widzę. Zdaje się, że kolejny był też za tamtą linią drzew. – Langer wskazała palcem w stronę monitora. Starała się sobie odświeżyć w pamięci tamto miejsce. Przede wszystkim powracał do niej jednak jego wilgotny, mdły zapach. – Co najmniej jeden był również za tymi krzakami.

– Właśnie. I to jest punkt numer dwa.

– Że…?

– Sama pomyśl. – Orest przeniósł wzrok z monitora na Langer. Na moment przesunął wzrokiem spojrzeniem po jej biuście.

– Oreście… Nie zachowuj się jak neandertalczyk.

– Przepraszam. To podświadome. – Uśmiechnął się niepewnie. – W każdym razie, wracając do tematu: gdybyś była ekologiem, gdzie kopałabyś doły?

– Tam, gdzie nie chciałabym dopuścić ciężkiego sprzętu.

– Brawo. A te zostały wykopane, jakby jakiś pijany grabarz nie mógł się zdecydować, gdzie wykopać grób. Nie ma w tym żadnej logiki. Część jest przy krzakach, część w głębi lasu, niektóre zupełnie na uboczu polany… Zdecydowana większość z nich w ogóle nie przeszkodziłaby w pracach. Gdyby szef robót nie kazał zacząć karczowania od innej strony, niż miał w planach, nie byłoby żadnego problemu. Zresztą, jak widać, i tak go nie było. Poza tym zwróć uwagę na ziemię.

Langer zwróciła na nią uwagę jeszcze na miejscu. Wiedziała, do czego zmierza Orest.

– Wokół starych wykopów jest zupełnie sucha – stwierdziła. – Zważywszy na panującą w lesie wilgoć oraz konsystencję gleby torfowej, można uznać, że została wydobyta jakiś czas temu. Pewnie przed paroma dniami. Choć były też wykopy świeższe. Dlatego uznałam, że powstawały systematycznie.

Rembert był wyraźnie pod wrażeniem jej spostrzegawczości. Po raz kolejny pozbawiła go przyjemności zaskoczenia jej. Z uznaniem skinął głową.

– Brawo. Dopuszczałem możliwość, że już zwróciłaś na to uwagę.

– Staram się zwracać uwagę na wszystko – odparła sucho Langer. – Ale nie wyjaśniłeś jeszcze najważniejszego. Jakim cudem moglibyśmy utrzymać tę sprawę przy sobie, a nie przekazywać jej IPN-owi albo innym archeologom. Nie, żebym przesadnie paliła się do roboty, pytam z czystej ciekawości.

Orest z zadowoleniem zatarł dłonie. Nie miał wątpliwości, że dla Lizy ciekawość jest równoznaczna z rozwiązywaniem spraw. Musiała być jednym z bodźców, które pchnęły ją ku pracy w policji. Zaraz obok marzenia o wybawieniu świata od całego zła.

– Czyli zgadzasz się ze mną, że teoria o aktywistach kopiących te doły jest mało przekonująca?

– Oreście, przeszłam już do punktu drugiego…

– Żeby do niego przejść, musimy zaliczyć punkt pierwszy.

Liza skinęła głową. Czasem sposób przekazywania informacji przez Remberta doprowadzał ją do furii. Nie chciała jednak sprowokować teraz kolejnej zbędnej wymiany zdań.

– Tak, złotousty, w pełni się z tobą zgadzam. W słabości swojej wyznaję, że mnie też nie przekonuje teza, jakoby te doły wykopali aktywiści.

Orest tryumfalnie potrząsnął pięścią.

– A skoro to nie oni, mam inną teorię.

– Że?

– Po co ktoś miałby kopać doły właśnie tam? Zastanowiłaś się nad tym?

– Może potrzebował ziemi albo chciał wydobywać trufle na skalę przemysłową.

Słowa Lizy go ucieszyły. Nie miała czasu zastanowić się nad tym, nad czym on myślał prawie od godziny. W profilowaniu kluczowymi pytaniami były „po co?” oraz „dlaczego?”. Gapiąc się na kołyskę Newtona, opracował chyba wszystkie możliwe i prawdopodobne scenariusze, włącznie z kilkoma możliwymi, lecz kompletnie absurdalnymi. Prawdopodobna była tylko jedna wersja.

Choć przekonywała jego samego, mogła zaskoczyć Langer. Orest rozparł się w fotelu i bacznie wyglądał jej reakcji.

– Sądzę, że chodziło o coś zupełnie innego – powiedział, smakując swoje słowa. – Te doły wykopał ktoś, kto szukał tych zwłok. Teraz. Ostatnio. Przed paroma dniami. A to pozwala nam jeszcze trochę pozajmować się tą sprawą.

15.

– Raz kozie śmierć – mruknęła Langer. – Pakujemy się w paszczę lwa, ale nawet nie próbuj skomleć.

Pchnęła drzwi i dziarskim krokiem weszła do gabinetu inspektora Siweckiego. Od razu poczuła przyjemny chłód. Poza przenośnym klimatyzatorem w pomieszczeniu pracował obrotowy wiatrak. Langer nadstawiła twarz w jego stronę. Ożywczy powiew dodał jej energii.

– Wzywał nas pan, pa…

– Siadajcie.

Siwecki chciał jak najszybciej przejść do rzeczy. Wciągnął tabakę wysypaną między kciukiem a palcem wskazującym i wstrzymał kichnięcie. Miał okrągłą twarz, łysą czaszkę i zaróżowione od nadciśnienia policzki. Przypominał wielkiego bobasa, który w wyniku jakiejś mutacji nabrał rysów pięćdziesięciokilkulatka.

Gdy Liza i Orest usiedli, inspektor opuścił fotochromowane okulary na czubek nosa. Sponad mieniących się niczym tęcza szkieł spojrzał na podwładnych. Kichnął i przepraszająco pokręcił głową.

 

– Wybaczcie. Nie sądziłem, że tak szybko przyjdziecie.

– Do ukochanego szefa? – Langer wydęła wargi w sztucznym uśmiechu. – Pędziliśmy, aż się kurzyło.

– Potwierdzam – wtrącił się Rembert. – Przed wyjściem z gabinetu Liza wypaliła papierosa za jednym sztachnięciem. Coś niesamowitego…

Siwecki mlasnął. Najwyraźniej nie był w nastroju do czczej gadaniny. Zazwyczaj jowialny, teraz miał śmiertelnie poważną minę. Wyciągnął przed siebie ręce i trzasnął palcami. Dawał znać, że szykuje się do długiej, poważnej tyrady.

– Dopóki nie dostaniemy ostatecznych wyników, macie zajmować się sprawą tych cholernych trupów – rozpoczął cierpko. – Macie tworzyć raporty i teorie, zapełniać cholerne teczki. Wszystko na wypadek, gdyby coś jebło. Albo gdyby komuś zamarzyło się rozliczać nas z roboty. A uwierzcie mi, że odnalezienie tych szczątków przyciąga uwagę. Już z samego rana dzwoniła do mnie Warszawa, dopytując, czy to na pewno ofiary wojny. – Siwecki sapnął i położył dłonie na skraju biurka. Poprawił się na fotelu tak, że ten zatrzeszczał. – To scenariusz, który wszystkim odpowiada najbardziej. Rozumiecie? – Zniżył głos do poufałego półszeptu. – Jeżeli to ofiary wojny, to w zasadzie nie mamy problemu. W zasadzie. Dajemy zabawki IPN-owi i umywamy ręce. Ale jeśli jakimś cudem to, nie daj Boże, ludzie zamordowani przez jakiegoś psychola, może być różnie. Tym bardziej, że patolodzy wciąż nie są w stanie przedstawić mi jednoznacznych wniosków. – Inspektor zacisnął pięść, lecz powstrzymał się przed uderzeniem w biurko. Ciężko nabrał powietrza i łypnął na Langer. – A ty, Lizo, co o tym sądzisz?

Odchyliła się na krześle. Odruchowo przegładziła dłonią włosy, upewniając się, że żaden kosmyk nie wymknął się ze spinki. Powiew powietrza z wiatraka przyjemnie smagnął jej kark.

– Wiem tyle samo, co pan, inspektorze – odezwała się, przezornie nie odkrywając wszystkich kart. – Musimy czekać na dalsze informacje. Ponoć odczynniki gleby, w której znaleziono szczątki, utrudniają ich datowanie. To jak szmata, która podczas mycia podłóg nasiąka brudną wodą. Trudno ten syf odsączyć, mimo że w misce mamy wodę z płynem, a do tego…

Siwecki skierował w górę udręczone spojrzenie.

– Błagam cię, postaraj się nigdy publicznie nie przyrównywać ludzkich szczątków do szmaty, którą się myje podłogę.

– Chodziło mi jedynie o metaforę.

– Cokolwiek by to było, postaraj się.

– Ale to tylko…

Inspektor machnął dłonią. Przeniósł wzrok na Remberta.

– A ty? Wyczarowałeś coś?

Orest spojrzał porozumiewawczo na Langer, ale niemal natychmiast przeniósł wzrok na inspektora.

– Być może rzeczywiście to nie są ofiary wojny. Ale raczej w to nie wierzymy. Bez wyników od patologów niewiele zdziałamy…

Tak jak wcześniej uzgodnili z Lizą, pokrótce opowiedział o swoich wnioskach. Ocenzurował się na tyle, by Siwecki nie zapragnął zbyt czujnie nadzorować sprawy. Starał się go zainteresować, a potem pozostawić z niedopowiedzeniami. Analizując wyraz twarzy inspektora, z każdą chwilą zyskiwał pewność, że mu się to udało. Chodziło o to, by zasygnalizować, że poświęcając się czynnościom związanym ze znalezionymi szczątkami, mogą mieć ręce pełne roboty. Po temacie ewentualnego poszukiwania lub znieważenia zwłok przez nieustalone osoby jedynie przemknął. Siwecki łakomie połykał haczyk.

– Zajmiemy się wszystkim z należytą dyskrecją – zakończył poufałym tonem psycholog.

Langer przyszła mu w sukurs i natychmiast przytaknęła.

– Bez dwóch zdań.

– Osobiście będę cenzurował panią komisarz.

Siwecki zbył zapewnienie Oresta machnięciem ręki.

– Każdy zmarły zasługuje na pochówek – stwierdził pompatycznie. – Poza tym, kiedy dokonamy identyfikacji, pojawią się rodziny ofiar. Są na świecie ludzie, którzy chcą wiedzieć, czy ich rodzice lub dziadkowie zginęli, czy wyemigrowali i wiodą złote życie w USA.

– A kiedy ich marzenia o spadku szlag trafia, potrafią się stać wyjątkowo upierdliwi – wtrąciła Liza.

– Wyjęłaś mi to z ust.

– Choć w takich sprawach nie mam doświadczenia, nie sądziłam, by mogło być inaczej.

Inspektor otworzył szufladę i wyjął z niej tabakierkę. Zabębnił palcem o ozdobną pokrywkę.

– Niezidentyfikowane szczątki to zawsze problem – mruknął, dając do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca. – Natomiast te zidentyfikowane to problem podwójny.

– Żywych i martwych. – Langer ponownie uzupełniła jego moralizatorską przemowę.

Podniosła się z krzesła i wygładziła spodnie. Rembert stanął obok niej.

– Mam wrażenie, że te zwłoki nas jeszcze zaskoczą – rzucił, jakby za wszelką cenę chciał dodać coś od siebie.

Siwecki obrzucił go kpiącym spojrzeniem. Otworzył tabakierkę, ostatecznie obwieszczając, że ich pogawędka jest już zakończona. Gdy Liza się odwróciła i ruszyła do drzwi, cicho odchrząknął.

– Ładna kiecka. Gdyby moja żona była dwadzieścia lat młodsza, zapytałbym, skąd masz te cuda.

– I tak bym panu nie odpowiedziała, inspektorze.

16.

Do piętnastej zakład medycyny sądowej milczał jak grób. Langer była przekonana, że Zalewski po całonocnej harówce i przekazaniu jej wstępnych danych postanowił odpocząć. Zaspokoił ich wstępny głód, nie zdając sobie sprawy, że w rzeczywistości jedynie rozbudził apetyty. Jego robota stanowiła jednak jedynie element układanki. Nie mógł przyspieszyć pracy wirówek ani laborantów. W świecie odczynników, próbek chemicznych i analiz nie znano pojęcia „pilne”. Wszystko miało taki sam priorytet. Szczególnie jeśli z wielkim prawdopodobieństwem sprawa czekała na wyjaśnienie już co najmniej pół wieku.

Orest przez kilka godzin raz po raz oglądał filmik pobrany z komórki aktywistki. Obgryzał ołówek i mrużył brwi. Z każdą minutą utwierdzał się w przekonaniu, że ktoś poszukiwał wykopanych przez koparkę szczątków. Według niego wskazywały na to sposób rozmieszczenia wykopów, ich głębokość oraz ułożenie. Właściwie ten, kto je zrobił, miał pecha, że nie trafił na ciała. Jeden z dołów znajdował się kilka metrów od szkieletów.

Zdjęcia przesłane przez funkcjonariuszy pracujących w terenie tylko go w tym upewniły. Archeolodzy poszerzyli dół i trafili na jeszcze kilka ciał. Aby doliczyć się zamordowanych, należało ostatecznie uporządkować kości. Na miejsce ściągnięto też profesjonalny sprzęt do obrazowania 3D. Miał on pomóc w ustaleniu chronologii wydarzeń: w jaki sposób ciała znalazły się w prowizorycznym grobie, jak były ułożone i czy zostały zdefragmentowane przez łyżkę koparki, w wyniku rozkładu czy wcześniej, jeszcze zanim trafiły do ziemi.

– Jadę tam – obwieściła w pewnym momencie Langer.

Orest oderwał od ekranu zamglone spojrzenie.

– Tam?

– Mówiąc „tam” w dzisiejszym kontekście, mogę mieć na myśli tylko jedno miejsce.

Rembert wzruszył ramionami.

– Zawsze mogłaś wpaść na pomysł zrobienia sajgonu w zakładzie medycyny sądowej.

– Właśnie skończyłam pracę. Nie będę nadgorliwa.

– Jakbyś jadąc teraz do tego lasu, wcale nie była…

Liza nie zwróciła na niego uwagi. Zabrzęczała kluczykiem do auta i wyszła z gabinetu.

– Czekaj, jadę z tobą!

Popędził za nią. Pół godziny później przeszli pod biało-czerwonymi taśmami i stanęli tuż nad wykopem, w którym znaleziono szczątki. Technicy zabezpieczyli już wszystkie ślady. Teraz swoją robotę kontynuowali jedynie archeolodzy. Policjant pilnujący terenu poinformował ich, że od wczoraj prokurator się tu nie zjawił. Najwyraźniej spisał sprawę na straty i z radością oczekiwał, aż odfajkuje ją jako podlegającą przekazaniu do IPN-u. Wojewódzka Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu już musiała sobie ostrzyć na nią zęby. Langer sądziła, że dla jej pracowników każde wyjście w teren i oderwanie się od zakurzonego archiwum musi stanowić wielkie święto. Biedacy.

Niemal przez godzinę włóczyli się po okolicy. Liza skrupulatnie oglądała kolejne doły, powalone przez buldożer drzewa i ślady gąsienic koparki. Tymczasem Rembert, mrucząc do siebie, odtwarzał zachowanie budowlańców oraz ekologów. Nanosił wszystkie spostrzeżenia na stworzony w umyśle obraz wydarzeń.

Gdy minęła szesnasta trzydzieści, Langer otarła pot z czoła i spojrzała w niebo. Nie było ani jednej chmurki, słońce paliło jak diabli, a parawanowe fortyfikacje na nadbałtyckich plażach musiały wejść w etap rywalizacji z Manhattanem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?