Grób

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

DZIEŃ DRUGI (DWADZIEŚCIA CZTERY GODZINY DO WIELKIEGO ZNIKNIĘCIA)

8.

Liza obudziła się tuż po piątej. Miodową roletę w oknie jej przyczepy kempingowej rozświetlały promienie wschodzącego słońca. Odwróciła się na drugi bok. Przez chwilę leżała, obejmując zwiniętą poduszkę. Zbyt długo dzień w dzień zasypiała i budziła się obok ukochanego mężczyzny, by potrafić spać sama. Wierciła się, kotłowała, ale niemal zawsze rano przyciskała do piersi poduszkę lub skraj kołdry. Żal i rozpacz mogły przeminąć, lecz nie poczucie pustki. Przez pewien czas wypełniał ją deszczowy pies. Stał się uosobieniem jej lęków oraz bólu. Teraz, gdy zabrakło również jego, o dziwo, Liza po raz pierwszy od dawna poczuła, że nie chce do końca życia być sama.

Nie chce budzić się wtulona w cholerną pościel.

Poleżała jeszcze kilka minut i się podniosła. Sięgnęła po telefon. Nie miała żadnych nowych wiadomości, skrzynka mailowa również była pusta, a do rozpoczęcia pracy pozostały jej ponad dwie godziny. O dziwo, media nie podchwyciły jeszcze sprawy. Zaskakujące, biorąc pod uwagę fakt, że informacje o podobnych odkryciach wyciekały szybciej niż sterowane plotki z biur partyjnych. Jedynie „Kurier Gdański” podał notkę o szczątkach znalezionych kilkanaście kilometrów od miasta, dodając, że reporterzy redakcji będą śledzić sprawę na bieżąco. To pewnie pismaki z tej redakcji pojawiły się w lesie poprzedniego dnia.

Langer powoli zwlokła się z łóżka. Przecisnęła się między rozkładanym stolikiem i szafką z ubraniami. Wnętrze przyczepy było ciasne, lecz ergonomiczne. Na niewielkiej przestrzeni zmieściły się wszystkie potrzebne do życia sprzęty. Oddzielna kabina z toaletą i prysznicem stanowiła doskonałe udogodnienie. A wszystko to za połowę ceny uzyskanej ze sprzedaży mieszkania, które dzielili z Michałem.

Nowoczesna, choć nieprzesadnie luksusowa przyczepa stała się jej domem. Albo raczej – domem jej samotności.

– Przyzwyczaj się. – Langer spojrzała na swoje odbicie w niewielkim lustrze. Nie wyglądała źle. Nie była jedną z tych kobiet, dla których podkrążone oczy urastają do rangi tragedii narodowej. Po prostu się nimi nie przejmowała. Dbała o siebie, może ostatnimi czasy nieco zbyt przesadnie, ale nie składała żadnych obietnic, nie miała żadnych życzeń. Nie marzyła. To jej w zupełności wystarczało. Po raz pierwszy od dawna była pogodzona z życiem.

W niewielkiej lodówce miała mnóstwo produktów. Parę miesięcy temu można w niej było trafić co najwyżej na butelki z piwem i lody. Teraz sam wybór serów na śniadanie zaimponowałby niejednemu Francuzowi. Langer nastawiła czajnik elektryczny, po czym poszła do części sanitarnej. Po kilkunastu minutach wyszła z niej odświeżona, z wilgotnymi włosami i delikatnym makijażem. Miała na sobie przygotowaną zeszłego wieczoru jedwabną bluzkę w biało-czarne pasy. Biały żabot był plisowany i przysłaniał piersi.

Langer zalała kawę i zjadła dwie kanapki. Jedną z wyrazistym w smaku cantalem, a drugą z jej ulubionym Crottin de Chavignol. Z pękatego słoika wyłuskała kilka kandyzowanych wiśni. Cukier pomagał jej wkroczyć w dzień z dodatkową porcją energii. Kiedy uzupełniła go kofeina, wszystko było na swoim miejscu. Nie miała pojęcia, jakim cudem przez tak długi czas mogła robić z siebie cholerną cierpiętnicę. Życie miało sens. Było piękne i toczyło się dalej. Choć jednocześnie przypuszczała, że może to być jedynie odbicie, po którym deszczowy pies powróci.

Wyszła z domu jeszcze przed wpół do siódmej. Wsiadła do zakupionego przed miesiącem dziesięcioletniego peugeota 1007 i przez chwilę siedziała w ciszy. Zapowiadał się kolejny gorący dzień. Mimo wczesnej pory w środku auta szybko zrobiło się duszno. Mieszkańcy innych przyczep jeszcze spali. W ustawionych w części rekreacyjnej grillach dogasały rozżarzone węgle, a wokół przepełnionego kosza na śmieci leżały butelki. Poprzedniego wieczora Liza przebiegła się kilka kilometrów do i wzdłuż plaży, po powrocie wzięła prysznic, po czym zwaliła się do łóżka. Nawet odgłosy dzikiej zabawy nie mogły wyrwać jej ze snu. Przed paroma miesiącami myślała, że w szczycie sezonu mieszkanie w tej okolicy będzie dla niej bardziej męczące.

Zmieniała się.

Obojętniała na to, na co nie miała wpływu.

Wyjęła szklaną lufkę i odpaliła papierosa. Uruchomiła silnik auta, po czym opuściła szyby. Zaciągnęła się jedynie kilka razy. W końcu z wyrazem zdecydowania na twarzy wyrzuciła niedopałek do przypominającej kubeczek popielniczki. Potrząsnęła nią, wzbudzając taniec iskier.

Podjęła decyzję.

Nie mogła się już wycofać.

Powoli wyjechała z parkingu i włączyła się do niewielkiego porannego ruchu. Pojedyncze auta mknęły w stronę centrum lub morza. Plażowicze chcieli rozbić swoje parawany przed innymi. Toczyła się rywalizacja o to, kto wstanie wcześniej po całonocnej zakrapianej imprezie. Wakacje.

Po kwadransie Langer wmaszerowała na cmentarz. Bramy były już otwarte, a przed wejściem ustawiali się sprzedawcy wieńców i zniczy. Liza zlekceważyła ich spojrzenia. Szybkim krokiem przeszła kolejnymi alejkami. Znała je niemal na pamięć. Przez kilka miesięcy chodziła nimi codziennie, czasem nawet co kilka godzin. Teraz pojawiła się na cmentarzu po raz pierwszy od wielu tygodni. Nie miała wyrzutów sumienia. Właściwie zjawiła się tu pod wpływem impulsu, ale nie czuła niczego.

ŚP.

Michał Kasprzycki

Żył lat 39

Zmarł tragicznie

Pokój jego duszy

Patrzyła na granitową tablicę z wyrżniętymi złoconymi literami i… naprawdę nie czuła niczego. Wcześniej za każdym razem z jej oczu ciekły łzy. Teraz wydawała się całkowicie pogodzona z losem. Jakiś wewnętrzny głos powtarzał jej, że właśnie tak musiało się stać. Że nie ma sensu kwestionować tego, czego się już nie zmieni. Mogła jedynie myśleć o przyszłości. Po tej i po tamtej stronie życia.

Mechanicznie odmówiła modlitwę, nie zdając sobie sprawy, że pomieszała słowa. Nachyliła się i wierzchem dłoni zgarnęła z grobu zeschnięte liście. Przez moment zastanawiała się, czy nie powinna wrócić po znicz lub choćby pojedynczą różę. Dawanie facetowi róży wydawało się jej głupie. Jednak grób Michała wyglądał pusto i smutno. Wszystkie w pobliżu były przystrojone jak choinki na święta, pełne świeczek na baterie, sztucznych kwiatów, a także modnych w ostatnim czasie dekoracji z muszelek.

Liza zerknęła na zegarek. Mechaniczna bulova, którą niegdyś nosił Michał, wskazywała za trzy siódmą. Gdyby się pospieszyła, miałaby dość czasu, by wrócić do bramy i…

Kobiecy wrzask przeciął ciszę cmentarza. Z pobliskiego drzewa ciężko poderwał się gołąb. Langer pospiesznie sięgnęła do kieszeni. Już dawno powinna zmienić ten idiotyczny dzwonek, ale nie było to na tyle istotne, by o tym pamiętała.

Zerknęła na wyświetlacz. Komunikat wskazywał, że dzwoni Zak. Med.

Zakład medycyny. Patolog.

Szybko przeciągnęła palcem po ekranie i przyłożyła komórkę do ucha.

– Langer. Halo?

– Wpadniesz do mnie, kochana?

Zdziwił ją głos po drugiej stronie słuchawki. Odsunęła ją od ucha i upewniła się, że dzwoni doktor Zalewski. Sześćdziesięcioletni patolog musiał być w doskonałym humorze.

– Aż tak się spoufaliliśmy od ostatniego razu?

– Nie będę pytał ponownie. Po prostu przyjedź.

– Wolałabym usłyszeć zachwyty pod adresem wyników pańskiej pracy przez telefon. Albo dostać je na maila.

– Myślę, że naprawdę lepiej będzie spotkać się osobiście.

– To pomysł inspektora Siweckiego?

– Nie – zaprzeczył kategorycznie Zalewski. – Właśnie ze względu na niego chciałbym się spotkać. W przeciwnym razie mogłaby pani zbyt łatwo stracić tę sprawę.

Langer sapnęła. Nie znosiła takich gierek.

– Błagam, doktorze, o co chodzi? Niczego nie rozumiem.

– Tu nie ma nic do rozumienia.

– Ale…

– Za dwadzieścia minut wyłączam komputer, drukuję raport i zmykam do domu. Przy okazji wyciszam komórkę.

Zalewski nie powiedział nic więcej. Rozłączył się, zostawiając Lizę z mnóstwem kotłujących się w jej głowie pytań.

9.

Kwadrans po siódmej Liza weszła do zakładu medycyny sądowej. W środku zawsze pachniało środkami czyszczącymi i migdałami. Przynajmniej ona wyjątkowo wyraźnie czuła ten drugi zapach.

Korytarze były całkowicie puste. Zresztą nigdy nie plątało się tu zbyt wielu ludzi. W trakcie roku akademickiego można było natrafić na studentów, lecz w wakacje zakład sprawiał wrażenie wymarłego – co było wyjątkowo niezręcznym określeniem. Choć przez wielkie okna wpadało dużo światła, wysokie, wąskie korytarze zdawały się nader posępne.

Langer minęła szyby wind i wbiegła po schodach na pierwsze piętro. Gabinet doktora Zalewskiego mieścił się tuż za rogiem klatki schodowej. Dwukrotnie zapukała, po czym, nie czekając na zaproszenie, otworzyła drzwi.

Rolety w niewielkim gabinecie były opuszczone, więc w środku panował półmrok. Patolog siedział za pomalowanym na biało metalowym biurkiem i przeglądał plik kartek. Gdy Langer weszła do środka, nawet nie podniósł głowy. Oblizując opuszki palców, przekładał kolejne dokumenty. Na przemian mruczał coś do siebie i podśpiewywał.

Poza biurkiem w gabinecie znajdowało się niewiele mebli. Biblioteczka została wciśnięta w sam róg pomieszczenia, a stojąca za plecami doktora szafa musiała pamiętać wszystkich jego poprzedników. Jej drzwi były wypaczone i wyraźnie odstawały od ramy. Naprzeciw okien, po lewej stronie od wejścia, stały dwie metalowe etażerki wypchane tekturowymi teczkami oraz plikami zszytych kartek. Niektóre z nich z biegiem lat przybrały kolor zżółkniętych paznokci palacza. Zwisająca nad biurkiem lampa miała poprzecierany chromowany klosz. Na ścianie przy samych drzwiach wisiał drewniany wieszak, a na nim zielonkawy kitel oraz kilka czepków.

Zalewski przełożył kolejną stronę, po czym przywołał Langer palcem. Wciąż na nią nie patrząc, odłożył dokumenty i sięgnął po myszkę. Poruszył nią, rozjaśniając ekran komputera stacjonarnego. Ukryte pod biurkiem urządzenie zarzęziło.

 

Liza postanowiła nie odzywać się pierwsza. Dziarskim krokiem podeszła do krzesła ustawionego naprzeciw doktora. Odsunęła je, uważając, by nie zadrzeć odstającego w tym miejscu od podłogi linoleum. Usiadła i pochyliła się, opierając dłonie na kolanach. Dopiero gdy głośno mlasnęła, Zalewski uraczył ją krótkim spojrzeniem. Skinął głową i, o dziwo, uśmiechnął się porozumiewawczo. Wciąż bez słowa patrzył na ekran. Kilkukrotnie kliknął, otarł pot zbierający się na czole pod czepkiem, a w końcu wyprostował się i założył nogę na nogę. Poprawił okulary.

– Być może cię rozczaruję, moja droga – odezwał się, mrużąc oczy. – A może wcale nie.

– Jeżeli wydusi pan z siebie, o co chodzi, będziemy mogli się tego dowiedzieć szybciej.

Langer wychyliła się, starając zerknąć w ekran komputera, ale pod kątem nie była w stanie niczego dostrzec.

– Zdaje się, że nie będziesz prowadziła tej sprawy.

– Co takiego?

– To nie twoje kompetencje. Ot co.

– Pozwoli pan, że decyzję zostawimy inspektorowi. Nie jest pan od tego, by…

Langer urwała. Gwałtownie odchyliła głowę do tyłu i wypuściła powietrze. Uderzyła dłonią o kolano.

– No tak. Mogłam się domyślić. Jak dawno? – zapytała enigmatycznie.

Zalewski spojrzał na nią z zainteresowaniem. Po raz pierwszy zmierzył ją wzrokiem dłużej niż przez ułamek sekundy. Z uznaniem skinął głową. Jego uśmiech jeszcze się poszerzył.

– Brawo, brawo, moja droga. Nie spodziewałem się, że… – Doktor zawiesił głos, po czym ponownie zerknął w ekran komputera. – Po czym poznałaś, że to babranie się w starych śmieciach?

Liza uniosła dłoń i potarła środkowym i wskazującym palcem o kciuk.

– Gleba – oznajmiła z satysfakcją. – Torfowa, ciężka gleba, która doskonale konserwuje ciała. I w której każda ingerencja zostawia ślady na długo. Poza tym strzępy odzieży, fryzury… To ofiary drugiej wojny?

– Bardzo możliwe.

– Ile ciał wykopano?

– Na razie doliczyłem się szczątków siedmiu osób, choć z dwóch zostały tylko resztki. Ale spodziewam się, że będzie ich więcej. Na miejsce przyjechali archeolodzy i to im zostawiłem robotę fizyczną. Mam swoich zaufanych ludzi, a w lecie zyskuję pewność, że nie zaprzęgną do pracy studentów, którzy połowę kości pomylą z kamieniami.

– Widzę, że wierzy pan w przyszłość polskiej nauki.

– Wierzę w to, że wszyscy musimy się uczyć. Ale do rzeczy. Odpowiadając na twoje pytanie: tak, moim zdaniem te szczątki mogą pochodzić z czasów wojny. Choć muszą potwierdzić to badania.

– Były w doskonałym stanie. Jakby pochowano ich przed paroma dniami…

Zalewski rozparł się w fotelu. Założył dłonie za głowę i spojrzał gdzieś ponad Lizą. Zapewne w tej pozie egzaminował studentów. Lekko znudzony, pewny siebie i żądny pochwalenia się swoją wiedzą.

– Sama zwróciłaś uwagę, że gleba torfowa konserwuje – odezwał się mentorskim tonem. – Jadłaś kiedyś przeterminowane owoce w zalewie octowej?

– Staram się jadać tylko przeterminowane warzywa.

Patolog zaśmiał się krótko.

– O nic się nie bój. Takie owoce w zalewie się nie przeterminują. Ta popieprzona Unia nakazuje umieszczanie terminów przydatności, ale w occie owoce mogłyby leżeć i od czasów wojny. Tak jak zwłoki. Torf działa na bardzo podobnej zasadzie. Są w nim obecne kwasy huminowe oraz fulwowe. W środowisku bez tlenu, o niskim pH, nie ma miejsca na mikroorganizmy, które zajadałyby się materią organiczną. Ważne, żeby te ciała trafiły do niego przy niskiej temperaturze. Wtedy mamy z głowy również bakterie gnilne…

Langer nerwowo zerknęła na zegarek. Bulova wskazywała za dwadzieścia sześć ósmą. Od czterech minut powinna być na komendzie. Podniosła się z fotela i poprawiła bluzkę.

– Dziękuję za wykład. – Dygnęła zirytowana. – Kwasy huminowe i fulwowe – mruknęła w zadumie. – Zapamiętam do końca życia.

– To mogą być ofiary wojny – powiedział Zalewski, nie zmieniając pozy zadumanego egzaminatora.

– Czyli nic tu po mnie. Ściągnął mnie pan do siebie, aby powiedzieć tylko tyle?

– Nie.

– Nie?

– Niech pani nie będzie taka w gorącej wodzie kąpana. – Zalewski wyraźnie nie wiedział, czy dalsze mówienie jej na „ty” nie spowoduje wybuchu gniewu. – Pomaleńku.

Liza przygryzła wargę i ciężko wypuściła powietrze. Oparła się o fotel. Nie odezwała się. Wbiła wzrok w patologa i w myślach błagała samą siebie o zachowanie spokoju. Zachowując spokój, wkurwiała bardziej, niż kiedy okazywała zdenerwowanie. A przede wszystkim nie chciała dać po sobie poznać, jak bardzo jest ciekawa ustaleń doktora. Doskonale wiedziała, że ten właśnie odgrywa się na niej za nieco nieregulaminowe i niezbyt eleganckie pospieszanie przy ostatniej sprawie.

– Proszę spojrzeć. – Zalewski ospale odwrócił w jej stronę ekran komputera. – Widzi pani komisarz? To coś bardzo nietypowego. Prawda? Myślę, że nie żałuje pani, że zabrałem jej te kilka minut. Przyznaję, że nigdy czegoś takiego nie widziałem.

10.

– Up!

Krótka komenda padła w niemal całkowitej ciemności, którą rozpraszały jedynie światło przesączające się z sąsiedniego pomieszczenia pod drzwiami oraz poświata elektrycznego budzika. Czerwone cyfry wskazywały siódmą czterdzieści jeden.

Piotr Gromczyński obudził się już przed ponad godziną, lecz od tego czasu przeczytał w komórce najnowsze wiadomości, przejrzał pocztę oraz zagraniczne serwisy branżowe. Gdy on spał, w zachodnich stanach USA kwitło życie. Właściciele firm i konsorcjów dzielili się ze światem strategicznymi nowinkami. Choć i tam było już zbyt późno na konferencje prasowe, wymieniano się tweetami oraz wstawiano prywatne posty. Menadżerowie lubili chwalić się osiągnięciami. Albo zamieszczali zdjęcia z tajemniczym uśmiechem, obwieszczając wszem wobec, że wkrótce wydarzy się coś przełomowego. Dzięki temu wywoływali szum wokół siebie oraz swoich przedsiębiorstw. Przełomowe wydarzenia zazwyczaj okazywały się równie efektowne co zalane wodą fajerwerki.

Piotr Gromczyński obserwował, jak ciężkie żaluzje, obudzone jego komendą głosową, ruszyły w górę. Silnik unosił je mozolnie, odsłaniając przyjemny widok za oknem. Słońce oświetlało idealnie skoszony trawnik oraz rząd tui, odgradzający posesję od szutrowej ulicy.

Działkę przecinała wyłożona kamieniami dróżka. Niemal w połowie długości do bramy rozdzielała się i obiegała niewielki basen. Na powierzchni wody, która wydawała się intensywnie lazurowa, unosiło się urządzenie sprzątające. Filtrowało wodę oraz usuwało liście i inne zanieczyszczenia. Było to rozwiązanie znacznie łatwiejsze, choć droższe, od rozkładanej nad basenem przesłony. Zresztą przesłony powodowały, że woda szybko się muliła i zaczynała brzydko pachnieć. Nie pomagały ani specjalne pastylki, ani jonizator. Przez kilka ostatnich sezonów przerobił już wszystko.

Gromczyński włożył sięgający kolan szlafrok z merceryzowanej bawełny. Szlafrok miał ciepły bordowy kolor, ale kołnierz szalowy pokrywał znacznie żywszy, elegancki wzór paisley. Postawny, okołoczterdziestoletni mężczyzna otulił się nim i posuwistym krokiem ruszył do drzwi. Przeciągnął się. Mijając próg, poklepał się po kieszeni. Zadowolony wyczuł w niej komórkę z wyświetlaczem tak dużym, że można by ją pomylić z tabletem.

Gdy znalazł się na korytarzu, zaczął cicho nucić. Po chwili umieszczone w kontaktach czujniki wykryły dźwięki, a z głośników schowanych pod sufitem dobiegła muzyka. Gromczyński uwielbiał ten myk. Wszelkie nowinki techniczne sprawiały mu niesamowitą frajdę. Choć podobne systemy na Zachodzie montowano już od lat, w Polsce miał problemy ze znalezieniem nie tyle sprzętu, ile ekipy potrafiącej go zamontować i wyregulować. Poza tym Gromczyński, jako totalne muzyczne beztalencie, musiał sprowadzić urządzenia najwyższej jakości. Takie, które w mruczeniu przypominającym jęki zasapanego nosorożca rozpoznają fragmenty piosenek. Udawało im się to zadziwiająco często. Niemal za każdym razem. Intencje nucącego trafnie rozpoznawał jednak jedynie co drugi lub trzeci. Albo jeszcze rzadziej.

Gromczyński wszedł do przestronnej kuchni i skierował się prosto do lodówki. Kątem oka dostrzegł, że Adam, jego dziewiętnastoletni syn, przechadza się po ogrodzie. Trzymał w dłoni książkę i czytał, swoim zwyczajem bezgłośnie poruszając ustami.

Piotr otworzył jedno z dwu skrzydeł stalowej lodówki. Wyciągnął butelkę soku pomarańczowego i pociągnął wielki łyk wprost z niej. Ugasiwszy poranne pragnienie, otarł usta wierzchem dłoni. Zamknął lodówkę i jeszcze przez kilka chwil obserwował spacerującego przed domem syna.

Chłopak był jego oczkiem w głowie. Zdolnym, ambitnym, a przede wszystkim – mającym okres buntu już dawno za sobą. Przeżyli ciężkie lata. Przede wszystkim po tym, gdy zginęła Klara. Jego ukochana żona i matka Adama. Zdawało się, że to wszystko wydarzyło się ledwie kilka miesięcy temu. A minęło już prawie dziesięć lat. Dziesięć długich, wypełnionych tęsknotą lat, w ciągu których przez życie Gromczyńskiego przewinęło się wiele kobiet chętnych ulec bogatemu i dość jeszcze młodemu wdowcowi. Chętnych go uwieść. Chętnych zwieść go obietnicą pięknego wspólnego życia. Gromczyński pozostawał jednak obojętny na wszelkie awanse. W sprawach biznesowych był przesadnie aktywny, ale romanse i związki zupełnie go nie interesowały. Kilkukrotnie zastanawiał się jedynie nad tym, czy nie powinien znaleźć sobie kogoś dla dobra Adama. Za każdym razem dochodził jednak do wniosku, że nie jest to już konieczne. Owszem, mali chłopcy potrzebują matki. Lecz gdy wreszcie był w stanie dopuścić do siebie kogokolwiek, jego syn był już nastolatkiem.

Wsparcie było mu potrzebne tylko przez pierwszy rok po tragedii. W tamtym czasie prawidłowo rozwijający się chłopiec popadł w apatię. Ojciec zajmował się nim, jak potrafił, i mimo natłoku pracy wygospodarowywał dla niego tyle czasu, ile tylko mógł. Adam odtrącał ojcowską rękę. Kilkukrotnie uciekał z domu, buntował się i stronił od rówieśników, ale z biegiem czasu jego stan wracał do normy. W końcu stworzyli z ojcem naprawdę dopasowany duet, który przestał opierać się na relacji mentora i ucznia, a stał się niemal kumpelski. Gromczyński nie kontrolował syna, ten zaś nie nadużywał jego zaufania. W jakiejś cichej, dorozumianej rywalizacji chciał mu jedynie udowodnić, że potrafi osiągnąć tyle, co on. Że również może być dobrym specjalistą i biznesmenem. Z łatwością zjednywał sobie przy tym przyjaciół, a nawet zyskał w klasie opinię człowieka, który pisał sprawdziany za wszystkich wokół. Z tego też Piotr był dumny. Nie chciał, żeby jego syn okazał się samolubnym gnojkiem, jakich pełny był świat biznesu.

– Co czytasz?

Chłopak aż podskoczył, gdy dobiegł go tubalny głos ojca. Piotr niemal bezszelestnie wymknął się tylnym wyjściem i zaszedł syna od tyłu. Nie było to trudne, bo chłopak był całkowicie pochłonięty lekturą.

Adam zamknął książkę i obrócił w stronę ojca okładkę. Znajdowało się na niej zdjęcie Donalda Trumpa, który mierzy w czytelnika palcem. Prezydent USA miał rozwiane włosy, lekko otwarte usta i wściekłe spojrzenie. Wydawało się, że wypowiada do czytelnika swoje legendarne you are fired.

– Warte zachodu?

Piotr przesunął wzorkiem po okładce, stanął obok syna i delikatnie klepnął go w ramię. Książka nie wydawała się zbytnio go interesować.

– Może być. Przynajmniej ktoś się skupił na jego sposobie prowadzenia biznesu, a nie na zachowaniu.

– To nie jedno i to samo?

– Przez dziewięćdziesiąt dziewięć procent czasu nie. Przynajmniej nie chodzi o zachowanie wobec kobiet czy mediów. Interesują mnie relacje z podwładnymi, partnerami handlowymi i…

Adam zawiesił głos, widząc, że ojciec go prawie nie słucha. Był do niego podobny jak dwie krople wody. Postawny, z szerokimi ramionami i pociągłą twarzą amerykańskiego amanta z lat sześćdziesiątych. Giętki w ruchach. Miał gładko ogolone policzki, a jego ciemne oczy wydawały się zawsze rozbawione. Po matce odziedziczył jedynie ładny, prosty nos, tak różny od szerokiego nosa, który nieco szpecił twarz ojca i na niej dominował. Bez wątpienia był chłopakiem, który podobał się wielu dziewczynom. Poza tym był pogodny i miły w obejściu.

Piotr stanął nad brzegiem basenu. Woda była oczyszczona i pachniała chlorem. Delikatny wiatr marszczył jej taflę, zamieniając elegancki wzór z hiszpańskich płytek na dnie w niebieskie mazaje, stworzone przez nadpobudliwego przedszkolaka.

– Daleko mi do Trumpa, ale, jeśli chcesz, możesz mi dziś potowarzyszyć w firmie – zaproponował, obserwując reakcję syna. Widząc na jego twarzy zaciekawienie, od razu poczuł się raźniej. – Mam dziś spotkanie z Chińczykami z HaXimu. To może być ciekawe doświadczenie. Szczególnie jeżeli będą się chcieli zaprezentować jak ostatnio.

 

– Popis technologii zakończony dwoma rannymi?

– Gdyby to była ich wina, wyrzuciłbym ich na zbity pysk. Nie ryzykowałbym zdrowiem pracowników.

– Trump powiedziałby, że to była ich wina, pozwał ich, a potem zawarł korzystną ugodę. – Adam się uśmiechnął. Odłożył książkę na niebieski leżak i odwrócił się do ojca. – Nie dygaj. Pomogę ci wszystko zorganizować. Mów tylko, co mam robić. Jestem umówiony po południu do kina, więc zależy mi, żebym się wyrobił do czternastej… No, niech będzie, do czternastej trzydzieści.

Gromczyński zatrzymał się na słowie-kluczu.

– Kino? Z kim idziesz?

Adam chciał dać ojcu kuksańca w ramię, lecz jego uwagę przykuł przemykający za szczebelkami bramy cień. Szczebelki były zbyt gęste, by dostrzec coś więcej, ale ktoś wyraźnie zbliżał się do furtki. Ojciec mógłby to sprawdzić na podglądzie dzięki systemowi, który miał zainstalowany również na komórce. Nie miało to jednak sensu. Nim stary Gromczyński zdążył ponownie zadać pytanie, rozległo się metaliczne brzęczenie.

Piotr drgnął i się wyprostował. Odruchowo upewnił się, czy ma dobrze zawiązany szlafrok.

– Ki diabeł?

Podszedł do zamontowanego przy drzwiach ogrodowych interkomu i zerknął na ekran. Przed wejściem stał wysoki chłopak z bejsbolówką i kurtką pokrytymi logotypami firmy kurierskiej. W dłoniach ściskał paczkę.

– Halo?

– Dzień dobry. Mam przesyłkę do pana Piotra Gromczyńskiego.

– Proszę.

Zamiast nacisnąć guzik, Piotr zakończył rozmowę i wyszeptał w stronę drugiego mikrofonu komendę: open. Brama natychmiast zaczęła się otwierać.

– Czekasz na coś?

Adam zmrużył oczy, obserwując idącego przez podjazd kuriera. Większość paczek ojciec zamawiał na adres firmy, a on nie spodziewał się teraz żadnej przesyłki.

– Chyba nie. Przynajmniej nic nie pamiętam.

– Ani ja.

– Niespodzianki są przyjemne. Prawda?

Piotr Gromczyński wyszedł naprzeciw kuriera. Wziął od niego tekturowe pudło i postawił je koło jednego z leżaków. Gdy składał podpis na czytniku, kurier rozglądał się z zaciekawieniem po posiadłości.

– Dziękuję. – Skinął głową, chowając czytnik i rysik do kieszeni. – Gdyby chciał pan ocenić jakość naszych usług…

Gromczyński machnął ręką, dając mu znać, że może nie strzępić sobie języka. Wymienił z synem porozumiewawcze spojrzenia. Nie dalej jak dwa dni temu rozmawiali o wprowadzeniu systemu oceniania satysfakcji i zadowolenia pracowników w firmie Piotra. Doszli do wniosku, że to kompletna bzdura. Najlepsze relacje utrzymywało się, rozmawiając w cztery oczy, a nie wypełniając ankiety lub zaznaczając czerwone, żółte bądź zielone buźki.

– Co to jest?

Gdy brama zamknęła się za kurierem, Gromczyński chwycił paczkę i obrócił ją w dłoni. Bez zastanowienia zdarł taśmę. Jednocześnie otworzył oba tekturowe skrzydła.

– O kurwa! Niech to szlag!

Wzdrygnął się jak kobieta, która po przebudzeniu widzi na pościeli tuż obok siebie wielkiego, włochatego pająka. Bez zastanowienia cisnął paczkę na ziemię. Zaczął się trząść i ciężko sapać. Zacisnął pięści, gotów do walki. Instynktownie przesunął się bliżej syna, który przestraszony zerkał na przemian na ojca i na wyrzucone przez niego pudło. Nie miał jednak odwagi sprawdzić jego zawartości.

– Tato…

Piotr milczał. Rozglądając się jak spłoszone zwierzę, położył dłoń na ramieniu syna i poprowadził go do domu.

– LOCK UP! – wrzasnął w stronę mikrofonu przy drzwiach.

11.

Langer wpatrywała się w ekran komputera. Choć wyświetlane na nim zdjęcia zwłok były bardzo dobrej jakości, nie miała pojęcia, co doktor Zalewski chciał jej pokazać. Spoglądała na głowę kobiety z kręconymi czarnymi włosami. Już ją widziała w wykopie. Teraz ułożona na matowym stole sekcyjnym, pozbawiona korpusu, sprawiała jeszcze bardziej przerażające wrażenie. Po oczyszczeniu z ziemi pergaminowa skóra wydawała się postrzępiona i sucha, jakby do twarzy zmarłej przykleiła się rozpuszczona przy ogniu siatka foliowa. Oddarty kawałek brązowej tkanki opadał na wypukły podbródek.

Komisarz przeniosła wzrok na ułożone obok pozostałe części ciała. Fragment tułowia z obeschniętymi, jakby pozbawionymi tłuszczu piersiami oraz pomarszczonym brzuchem. Brakowało lewej nogi. W biodrze zionęła dziura o nieregularnych, poszarpanych brzegach. Udo prawej nogi było natomiast nadgniłe i czarne. Staw kolanowy został wygięty pod nienaturalnym kątem, a piszczel wydawała się zdeformowana. Oblekała ją skóra w kolorze intensywnego sosu grzybowego. Miała ciemniejsze przebarwienia oraz punkty przypominające nacięcia.

Patolog kliknął i na ekranie pojawiło się kolejne zdjęcie. Przedstawiało niemal kompletne zwłoki mężczyzny. Te były znacznie mocniej ubrudzone ziemią, ale i tak z twarzy z łatwością można było wyczytać regularne rysy czterdziestokilkulatka. Jego ręce zostały rozłożone na boki i obrócone wewnętrzną stroną do góry. Bicepsy oraz mięśnie przedramion zachowały się w całkiem niezłym stanie. Lewy nadgarstek był mocno wygięty, a dłoń opierała się na stole na kłykciach. Końcówki zagiętych palców zgniły. Paznokcie poodpadały i odsłoniły sczerniałą tkankę, spod której przebijała żółtawa biel paliczków.

Uwagę Langer zwróciła szeroka fałda skórna kilka centymetrów powyżej nadgarstka. Mogła to być blizna, zmiana chorobowa lub nietypowy rezultat procesów gnilnych. Podobna fałda skórna znajdowała się na piszczeli kobiety, którą widziała na poprzednim zdjęciu.

Następna fotografia przedstawiała ciało mniej więcej dziesięcioletniego chłopca. Jego klatkę piersiową zasłaniał strzęp koszulki. Do ud i krocza przywarły resztki spodenek. Materiał zmieszał się z tkanką, co dawało wrażenie, jakby dziecko miało kolorową, fakturowaną skórę. Głowa chłopca była odgięta do tyłu, usta – rozwarte, a nozdrza – szeroko rozchylone. Jego rysy były trudne do rozpoznania. Twarz musiała spocząć w innej mieszance gleby niż dobrze zachowane nogi, gdyż jej skóra wysuszyła się i przypominała pomalowaną niemal na czarno maskę. Oczodoły były uszkodzone. Można je było rozpoznać jedynie po cienkich liniach zakonserwowanych brwi.

Langer wyciągnęła się, jakby zmieniając perspektywę, mogła zobaczyć na zdjęciu więcej szczegółów. Wyczuwając jej intencje, Zalewski pokazał kolejną fotografię. Przedstawiała szczątki chłopca od dołu i boku. Komisarz od razu dostrzegła charakterystyczny fałd skórny pod lewym kolanem. Zmarszczyła czoło.

– Chwila…

Powstrzymała patologa, gdy po raz kolejny sięgnął ku myszce. Metodycznie lustrowała fotografię. Koszulka na boku chłopca rozpadła się i odsłoniła przebijające spod resztek skóry żebra. Kilka centymetrów niżej świeciła otwarta jama brzuszna. Proces rozkładu się zatrzymał i pozostawił przyklejone do skraju resztki narządów wewnętrznych. Przypominały kawałki suszonej wołowiny. Langer domyśliła się, że zwłoki chłopca leżały właśnie na tym boku. Jeszcze przez moment przyglądała się zdjęciu, wreszcie przeniosła wzrok na patologa.

Zalewski odsunął się od biurka i wyprostował w fotelu. Ponownie założył dłonie za głowę. Ukradkiem odciągnął czepek chirurgiczny od włosów. Nad jego siwymi brwiami skrzyły się drobne kropelki potu. W pomieszczeniu nie było klimatyzacji, więc mimo grubych ścian robiło się gorąco i duszno.

– Nie chciałem cię zabierać na osobistą wycieczkę i oglądanie. Co prawda, to dwa piętra niżej, więc gdybyś nalegała…

Liza weszła mu w słowo.

– Trupy mi nie przeszkadzają. Są mniej problematyczne niż większość ludzi.

– Naprawdę chcesz to zobaczyć?

– Chyba że pan, doktorze, mnie wyręczy i szybciej opowie o swoich wnioskach. – Langer ostentacyjnie zerknęła na zegarek. – Od ponad kwadransa powinnam być w komendzie.

– Jesteś w pracy.

– Moja praca nie polega na przeglądaniu makabrycznych zdjęć. Ani na ich ocenianiu, choć tym w skali od jeden do dziesięciu dałabym słabą czwórkę. Za to pańska robota…

Zalewski oderwał ręce od głowy i złożył je na piersi. Przymknął oczy.

– Ci ludzie nie zginęli wskutek działań wojennych – odezwał się, jakby recytował wykuty na pamięć raport. – Ich ciała nie noszą śladów typowych dla ofiar konfliktów zbrojnych, zabitych w wyniku strzelanin, wybuchów pocisków czy bombardowań. Nie zginęli w gruzowisku ani nie zakopano ich żywcem. Nie mam jednak żadnych wątpliwości, że wszyscy zostali zamordowani.