Grób

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Liza rozejrzała się, starając się uchwycić spojrzenie jednego z dwóch techników plączących się obok grafitowej furgonetki. Obaj byli zbyt zajęci, by zwrócić na nią uwagę. Poruszali się niespiesznie, bo – ku ich zadowoleniu – okolicę od świata oddzielały czerwono-białe taśmy policyjne. Cieszyły się większym szacunkiem niż te informujące o terenie robót budowlanych.

Robotnicy zniknęli jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Na miejscu, zgodnie z życzeniem komisarz, pozostały jedynie dwie koparki. Chciała, aby Rembert zastał praktycznie taką samą scenerię, jaką zastała ona. O dziwo, do lasu nie dostali się jeszcze przedstawiciele mediów. Dzięki temu w okolicy panowała niemal zupełna cisza, przerywana jedynie niepokojącym szumem wiatru.

– Idź. – Langer skinęła głową. – Ja już tam byłam i nie wyczaruję nic więcej.

Orest przyjrzał się jej uważnie.

– Czyżby wielka gwiazda policji miała dość?

– Nie drażnij mnie.

– Przecież najgorszy widok to dla ciebie kaszka z mleczkiem. Ubóstwiasz to. Jesteś sadystką, i dobrze o tym wiesz. Żywisz się swoją pracą.

– Znów mnie analizujesz? – Komisarz wytrzymała spojrzenie Remberta. – Nie zrobię ani kroku, żeby drugi raz nie deptać śladów. Technicy i tak mają ochotę mnie zabić.

– Rzucasz mnie lwom na pożarcie?

Langer nie odpowiedziała. Z ponurą miną skinęła głową, dając znać, że chwila rozprężenia dobiegła końca. Podobne utarczki potrafiły rozładować stres i przygotować na najgorsze, ale nie mogły trwać zbyt długo. Oboje doskonale o tym wiedzieli.

– Okej. Do roboty!

Rembert poprawił kołnierzyk śnieżnobiałej koszuli i wbił dłonie w kieszenie granatowych spodni. Powolnym krokiem ruszył w stronę wykopu. Jeden z kryminalistyków coś do niego krzyknął, lecz psycholog całkowicie go zignorował. Miał nadzieję, że Langer stanie w jego obronie. Nie pomylił się, bo po chwili za plecami usłyszał szorstką wymianę zdań.

Im bliżej dołu się znajdował, tym więcej domysłów krążyło mu po głowie. Podobnie jak Liza, do prowadzenia wielu spraw miał niesztampowe podejście. Jadąc na miejsce zdarzenia, nie chciał żadnych informacji. Po prostu miano go dowieźć i pozwolić działać. Każde zdanie, intonacja i uzupełniające je mimika lub gest potrafiły zniszczyć świeżość odbioru. Jeżeli miał odtwarzać jakieś zajście lub sposób działania sprawcy, musiał być jak dziecko zapamiętujące twarz rodziców. Jego umysł musiał stanowić białą kartę, pozbawioną uprzedzeń oraz naleciałości cudzych emocji. Wystarczyło mu, że z zachowania Langer wywnioskował, jak bardzo jest zdenerwowana. Mimo że była wyjątkowo odporna psychicznie, wyczytał z jej ruchów niepewność i zdezorientowanie. Mógł się założyć, że czuje się całkowicie skołowana. Nie miała żadnych teorii ani przypuszczeń. To, co widziała, wywołało w niej szok. Nie tak potężny, jak ten spotykany na przykład u ofiar wypadków, ale na tyle wyraźny, że przybrała maskę. Nie zachowywała się tak swobodnie jak zwykle ani nie kipiała specyficzną energią.

Ostatnie dwa kroki Rembert zrobił z zamkniętymi oczami. Wsłuchiwał się w świst wiatru w koronach drzew, zza pleców dobiegały go odgłosy kłótni Lizy i kryminalistyków. Gdzieś w oddali żałośnie pogwizdywał jakiś ptak. Powietrze miało duszny zapach nagrzanej ziemi i wilgoci. Zapach grobów. Poza tym czuł…

TO.

Zbyt dobrze znał ten zapach, by go z czymś pomylić.

Otworzył oczy i wyjął dłonie z kieszeni. Czubki jego butów znajdowały się kilkanaście centymetrów od krawędzi wykopu. Przez chwilę patrzył właśnie na nie. Następnie powoli, jakby dawkując emocje, powiódł wzrokiem dalej. Prosto ku…

Gwałtownie odwrócił głowę.

Zamrugał i nabrał głęboko powietrza. Odciął się już od otaczającego go świata. Nie mógł utracić doskonałego skupienia, więc z powrotem spojrzał w głąb wykopu. Zmusił się, by szeroko otworzyć oczy. Teraz nie słyszał ani kłótni, ani szumu drzew. Całą jego uwagę pochłonęło to, co znajdowało się kilkadziesiąt centymetrów niżej.

Spoglądał na co najmniej kilka makabrycznie splątanych zwłok. Mężczyźni oraz kobiety ubrani byli w strzępy rozpadającej się odzieży. Łyżka koparki rozerwała nadgniłe ciała części z nich. Na samym skraju wykopu leżała wyrwana z barku, sczerniała ręka. Kilka centymetrów dalej tkwiła głowa kobiety z kręconymi, czarnymi włosami. Cienka niczym pergamin skóra odeszła z połowy jej twarzy. Zamiast nosa zionęła czarna pustka wnętrza mózgoczaszki. Fioletowe wargi były zapadnięte i niemalże zlewały się z brązowym strzępem skóry na podbródku, jakby kobieta poplamiła się jakimś gęstym sosem. Zza warg wystawały białe, drobne zęby. Kilku brakowało. Mimo że usta były rozwarte, w środku nie było widać żadnych pozostałości języka.

Rembert przeniósł wzrok na kolejne ciało. Zostało odsłonięte tylko częściowo i ponad powierzchnię ziemi wystawały jedynie ręka z kurczowo zaciśniętą dłonią oraz fragment rozpadającej się klatki piersiowej. Powłoki brzuszne zasuszyły się i zapadły. Skóra na biodrze pękła, odsłaniając biel kości. Tuż obok niej z ziemi wystawała pokrywa czaszki z resztką krótkich siwych włosów. Nieco dalej znajdowały się piszczel oraz niemalże całkowicie pozbawiona tkanki stopa. Paliczki rozpadły się niczym rzucona o tablicę kreda. Ze ściany wykopu zwisała zdarta z któregoś ze szkieletów zmarszczona brązowa skóra. Przypominała ogromny płat wędzonych smakołyków rzucanych psom do obgryzania. Jednak wyraźnie dało się na niej dostrzec pępek oraz fragment podbrzusza z włosami łonowymi.

Kolejna głowa tkwiła kilkanaście centymetrów poniżej czubka buta Remberta. Była obrócona bokiem tak, że można było wyraźnie dostrzec obkurczoną resztkę płatka ucha i brązowo-czarną skórę rolującą się na kości policzkowej. Obklejony ziemią policzek został mocno trącony rozkładem. Odsłaniał pojedyncze, nierówne zęby. Z uszkodzonego oczodołu wypełzł gruby biały robal.

Rembert przytknął dłoń do nosa i się wyprostował. Starał się zapamiętać każdy szczegół. Choć łyżka koparki zmieniła ułożenie ciał, to nadal mogło być ono istotne.

– No, do roboty, chłopie – szepnął do siebie. – Nie pękaj.

Jego uwagę natychmiast przykuło kilka szczegółów.

6.

– I co o tym powiesz, Oreście?

Langer z upodobaniem zwracała się do Remberta, odmieniając jego imię. Wymawiała je, przedłużając głoski niczym hrabina przyzywająca nosowym głosem kamerdynera Lee-ooona. Niemal zawsze przy tym mina psychologa wprawiała ją w lepszy nastrój. Niemal zawsze, bo tym razem Orest pozostał śmiertelnie poważny.

Stali kilkanaście metrów od wykopu, prawie dokładnie naprzeciw powalonych sosen. Za plecami Langer zaparkowana była furgonetka kryminalistyków, a niedaleko łomotała targana wiaterkiem policyjna taśma. Aktywiści proekologiczni oraz budowlańcy zniknęli. Szef ekipy zaklinał się jednak, że nie pozwoli na kolejne wstrzymanie prac przez państwo. Bez względu na to, co „ci cholerni greenpeace’owcy nawrzucali do tych dołów”.

– Podejrzewasz, że to ofiary zbiorowego mordu? – Rembert otarł chusteczką pot z czoła.

Langer spojrzała na niego z ukosa.

– W naszym związku to nie ty jesteś od zadawania pytań.

– Czasem odpowiedzi innych pozwalają mi udzielić swoich.

– Albo się zasugerować.

– Nie. – Rembert energicznie pokręcił głową. – Kiedy już wszystko zobaczyłem, nikt nie może mi nic zasugerować. Teraz będę pracował już tylko na swoich wspomnieniach.

– Moje słowa staną się ich częścią.

Psycholog westchnął.

– Przekonałabyś diabła, że jest aniołem. Błagam cię, daj mi się nad tym chwilę zastanowić.

Powolnym krokiem ruszył w stronę taśmy policyjnej, podniósł ją i przeszedł pod nią. Wiedział, że Liza pójdzie za nim. Gdy znaleźli się na skraju niewielkiej polany, spojrzał w błękitne, poprzetykane pojedynczymi chmurami niebo. Odchylił głowę do tyłu i starał się zebrać myśli. Kołnierzyk koszuli wżął mu się w spocony kark.

– Naliczyłem szczątki co najmniej trzech osób – odezwał się szeptem. – Jeżeli korpusy i kończyny nie należą do głów, robi się ich pięć. Nie wiem, czy zostały zakopane w tym samym czasie ani kiedy to zrobiono. Nie znam ran ani innych obrażeń. Mogę się tylko domyślać, że nie zginęły śmiercią naturalną. – Rembert opuścił głowę i rozłożył ręce. – Czego ode mnie oczekujesz? Zgadywanki?

– Opinii.

– Ale sama dobrze wiesz, że…

Orest przerwał, widząc chmurne spojrzenie Langer. Komisarz wyciągnęła z paczki papierosa i przetoczyła nim między palcami. Drugą dłonią sięgnęła po długą szklaną lufkę. Przez ostatnie miesiące, gdy udało się jej odegnać nawracającą depresję, zachowywała się zupełnie inaczej niż wcześniej. Powtarzała, że zdołała oswoić deszczowego psa. Deszczowy pies był jej imaginacją smutku oraz wewnętrznego cierpienia.

Gdy Rembert spotkał ją po raz pierwszy, przypominała wrak człowieka. Przy życiu trzymały ją tylko praca oraz narzucone twarde rytuały. Obowiązek wstania, zjedzenia czegoś i wykonania roboty najlepiej, jak potrafiła. Nie interesowały jej ubiór ani wygląd. Z pewnością zbyt często zaglądała też do kieliszka, choć potrafiła to starannie ukryć. Orest wiedział, że pod szorstką skorupą kryje się wrażliwa, pełna ciepła i empatii kobieta. Nie dopytywał o jej przeszłość. Nie byli ze sobą dość blisko. Mimo że kilkukrotnie niebezpiecznie zbliżyli się do granicy między kumplostwem a czymś więcej, zawsze wracali na z góry upatrzone pozycje. Liza musiała czuć się tam komfortowo, a Orest nie zamierzał niczego przyspieszać. Poza tym sam również nie szukał usilnie bliskości. Czasem wydawało mu się, że komisarz dopuściła go bliżej siebie, wiedziona jedynie dziwną litością. Współczuciem, które – jak sądził – przenosiła z samej siebie na niego.

Mimo to nie mógł zlekceważyć zmiany, która zaszła w niej w ostatnim czasie. Punkt zwrotny stanowiło zakończenie sprawy Ślepca. Kilka dni później Langer przyszła do pracy subtelnie umalowana i ubrana w spodnie z szerokimi nogawkami oraz wysokim stanem. Do tego miała na sobie koszulę stanowiącą kwintesencję art déco. Widać było, że w tym stroju czuje się lekko i wygodnie. Właśnie taki musiała mieć styl przed pojawieniem się deszczowego psa. Przestała również pakować w siebie każde najbardziej śmieciowe jedzenie, jakby konsumpcja stanowiła jedynie przykry obowiązek. No i papierosy… Nie odpalała już ich jednego od drugiego, w przerwach starając się nałykać jak najwięcej dymu. Choć nadal paliła przemycane zza wschodniej granicy mińskie, robiła to przez elegancką szklaną lufkę. Do obrazu wykwintnej damy sprzed stu lat brakowało jej jedynie długich białych rękawiczek. Tych zapewne nie wkładała tylko dlatego, by uniknąć zbędnych spojrzeń przełożonych. I tak dostrzegano jej przesadną awersję do munduru.

 

Langer powoli wypuściła dym wprost w twarz psychologa.

– Siwecki będzie chciał ode mnie raportu – odezwała się po chwili. – Ustnego, pisemnego, wszystko jedno. Będę musiała mu powiedzieć coś więcej, niż sam się dowie ze zdjęć. A że, mój drogi, jesteś formalnie moim podwładnym – Liza ponownie zaciągnęła się papierosem, po czym powoli wypuściła dym – wymagam, żebyś wykonał swoją robotę. Wtedy w swoją historię wplotę twoje spostrzeżenia i wszyscy będą szczęśliwi. Przynajmniej dopóki raportu nie prześle patolog.

– Wiesz, że nie lubię wróżyć z fusów.

– W tym dole było znacznie więcej niż fusy.

– Okej, niech ci będzie. – Rembert wsunął dłonie do kieszeni i odwrócił się do komisarz bokiem. Przymknął oczy, jakby starał się sobie przypomnieć szczegóły tego, co zobaczył w wykopie. – Po pierwsze – odezwał się tonem wykładowcy dyktującego studentom definicję – nawet biorąc pod uwagę, że koparka przemieliła ciała, nikt nie dbał o godność pochówku tych ludzi. To wyklucza tezę o dzikim pochówku, co się czasem zdarza na Zachodzie.

– Tam było iks trupów – wtrąciła się Langer. – Nie chodziło o pochowanie babci, która zamarzyła sobie spocząć w ukochanym lesie.

– To fakt. Dlatego od razu przechodzę do punktu drugiego.

– Do rzeczy, Oreście!

– Seryjny morderca. – Rembert pstryknął palcami, wiedząc, że tylko na to hasło czeka Liza. – Wszelkie badania i przeanalizowane przypadki każą twierdzić, że seryjni zabójcy wyjątkowo rzadko robią dla swoich ofiar cmentarze. Mogą profanować zwłoki, ale nie składują ich w jednym miejscu.

– Dlaczego?

– To proste. W znakomitej większości nie chowają ciał do grobów. Wolą je zniszczyć w kwasie, zalać betonem, utopić w jeziorze i tak dalej albo wręcz przeciwnie. Pragną się nimi pochwalić.

– W tym przypadku raczej o chwaleniu się nie ma mowy…

– Tego nie wiemy. – Psycholog otworzył oczy i spojrzał na Lizę. – O ile w ogóle doszło tu do morderstwa, sprawca mógł wiedzieć, że w okolicy będą prowadzone roboty budowlane. To byłoby odroczeniem sobie w czasie gratyfikacji.

– Dowiedzenie się, że jego ofiary zostały odkryte, to gratyfikacja?

– Tak. Albo to, że zaczną o nim pisać gazety. Wielu z nas marzy, aby obudzić się któregoś dnia i stać się sławnym. Przyjemność tym większa, jeżeli wydarzy się to z zaskoczenia. Sprawca nie miał pojęcia, kiedy zaczną się prace ani czy w ogóle będą prowadzone dokładnie w tym miejscu. Wystarczyło, żeby koparka zaczęła kopać kilka metrów dalej i…

Rembert przeniósł wzrok za Langer i wymownie cmoknął. Wypuściła dym, po czym powoli zerknęła przez ramię. Z niezadowoleniem odnotowała obecność pierwszej ekipy telewizyjnej. Dwóch dziennikarzy starało się przepytywać broniących dostępu do kryminalistyków policjantów. Ci próbowali trzymać ich na odległość, unikając jednocześnie obiektywu kamery.

Orest z powrotem zerknął na komisarz. Domyślał się, że Liza podświadomie pragnie kolejnej sprawy podobnej do Ślepca. Skoro tamta pozwoliła jej poczuć się lepiej, następna mogła pomóc jej wzbić się jeszcze wyżej. Całkowicie przegnać deszczowego psa lub dostarczyć potężnej dawki endorfin. To musiał być jedyny przypadek w historii, gdy trafienie na miejsce zbiorowego, makabrycznego pochówku działało lepiej niż prozak.

Rembert postanowił nieco stonować rosnące podekscytowanie komisarz. Cofnął się i założył ręce na piersi. Wiatr rozwiał jego jasne włosy.

– Od początku zakładasz działanie seryjnego zabójcy – powiedział. – Dlaczego?

Liza wzruszyła ramionami.

– Wcale nie. Choć prawdę mówiąc, nic innego nie przychodzi mi teraz do głowy. Sam widziałeś ten syf. Jeśli nie seryjny zabójca, to kto? Opętany grabarz?

– „Gdy odrzucisz to, co niemożliwe, wszystko pozostałe, choćby najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą”.

– Tak, też czytałam Sherlocka Holmesa. Tyle że sam powiedziałeś, że seryjni zabójcy nie chowają ofiar.

Rembert pokręcił głową.

– Nie powiedziałem, że oni tego nie robią. Powiedziałem, że robią to rzadko.

– Zawsze może być gorzej.

– Co masz na myśli?

– Nie wiem. – Langer z zadumą popatrzyła w stronę wykopów. Z tej perspektywy drzewa całkowicie je przesłaniały. Przeniosła wzrok na ziemię i przygryzła wargę. Zawinęła w chusteczkę niedopałek papierosa, a lufkę ochuchała i wsunęła do wewnętrznej kieszeni. Kucnęła tak, że strzeliły jej kolana. Ostrożnie nabrała w dłoń kilka grudek ziemi. Delikatnie roztarła je między palcami.

– Czy może być ktoś gorszy od seryjnego zabójcy? – dopytywał Rembert.

– Nie wiem – powtórzyła Liza. – Po prostu głośno myślę.

Utkwiła zaciekawione spojrzenie w tłustym czarnym śladzie, który ziemia pozostawiła na jej palcach.

7.

Dziewczyna, na której komórce znajdował się filmik uwieczniający przepychanki z budowlańcami, nie zamierzała współpracować z policją. Najwyraźniej nie zależało jej na szybkim odzyskaniu telefonu. Odmówiła podania hasła do urządzenia i udostępnienia plików. Miała takie prawo. Tym samym uruchomiła maszynę biurokratyczną, nieświadomie obaliła kilka drzew potrzebnych do stworzenia papieru na dziesiątki dokumentów, a przede wszystkim – zmusiła do pracy policyjnych informatyków. Ci ze względu na model telefonu obiecali, że poradzą sobie z jego zabezpieczeniami do następnego przedpołudnia. Zapewniali, że jeżeli zajdzie taka potrzeba, będą harować całą noc. Liza szczerze w to wątpiła. Tym bardziej, że ich praca w nocy sprowadziłaby się do godzin spędzonych przed komputerami we własnych domach. Bez kontroli, bata nad głowami i ponagleń. Zapewne z wyciszonymi komórkami. W końcu nie mogli się rozpraszać.

Nic na to nie mogła poradzić. A nauczyła się, żeby nigdy się nie zadręczać rzeczami, na które nie ma wpływu. Przynajmniej starać się tego nie robić. Tym bardziej, że informatykom pozostał jeszcze kawał dnia. Odrobina nadziei na pchnięcie choć jednego elementu sprawy do przodu.

Gdy Langer i Rembert wrócili na komendę, minęła już czternasta. Ona osobiście dopilnowała zabezpieczenia terenu oraz wydobycia pierwszych szczątków. Poza tym musiała odbyć przymusową pogawędkę z przybyłym na miejsce prokuratorem i podzielić się z nim swoimi teoriami. Właściwie to nawet nie były teorie. Zbyła go, podając kilka kompletnie abstrakcyjnych pomysłów. Te bardziej konkretne wolała zachować na później. Prokurator, jako nadzorujący czynności, mógł ją zmusić do przyjęcia określonej strategii, i dopiero wtedy zamierzała przedstawić mu argumenty zaprezentowane choćby przez Oresta. To gwarantowało pewien luz. Poza tym akurat ten prokurator nie sprawiał wrażenia nadgorliwca.

Liza zerknęła na tablicę ze skrzyżowanymi łyżką oraz widelcem i informacją, że zjazd do knajpy Baltic Food znajduje się pięćset metrów przed nimi. Niemal na samych przedmieściach Gdańska przy trasie E75. Znaleźli się tu, gdyż nadrobili parę kilometrów, by nie tłuc się drogą gminną o standardzie i szerokości ścieżki rowerowej z paleolitu.

– Chcesz coś zjeść? – zaproponowała, delikatnie zwalniając. – Ja stawiam.

Rembert oderwał wzrok od drogi i spojrzał na nią z lekkim uśmiechem. Przez kilka sekund bez słowa się jej przypatrywał.

– No co?

– Wspólną wyżerkę zaproponowałem ci po raz pierwszy w dniu, kiedy się poznaliśmy.

– Prowadzisz dziennik najważniejszych chwil swojego życia?

– Nie. Po prostu pamiętam, co mi wtedy odpowiedziałaś.

Liza spojrzała na psychologa z ukosa.

– Hę? Aż tak cię obraziłam?

– „Tylko szlugi i kawa”. Tyle odpowiedziałaś na moje awanse.

– Musisz mi to przypominać? Czy każdy pieprzony psycholog przypomina pacjentom chwile, gdy byli w dołku?

– Nie jesteś moją pacjentką. – Rembert z powrotem odwrócił się w stronę okna. Po obu stronach ekspresówki ciągnęły się szerokie pasy bezdroży. W oddali po prawej majaczył tandetny, pomalowany na niebiesko lokal przypominający nadmorskie bary rybne. – Nie wiem, czy to jest najlepszy wybór na romantyczny obiad.

– W zjedzeniu czegokolwiek po tym, czego się dzisiaj naoglądaliśmy, nie ma miejsca na romantyzm. Poza tym to nie randka. – Langer gwałtownie weszła w zakręt i zjechała w asfaltową drogę dojazdową. Wyhamowała dopiero na niewielkim parkingu, na którym stało kilkanaście aut. – Serwują tu dobre rzeczy – odezwała się pewnym tonem. – Nie oceniaj tej budy po pozorach.

Choć Rembert nie był do końca przekonany, wkrótce musiał przyznać Lizie rację. Pstrąg z pieca podany z młodym szpinakiem i ciecierzycą w sosie winnym smakował doskonale. Bez wątpienia był pierwszej świeżości. Mimo to psycholog wciąż miał przed oczami obrazy zaobserwowane przed paroma godzinami. Choć nie była to dla niego pierwszyzna, nie mógł pozbyć się zapachu wilgotnej ziemi oraz jej specyficznego posmaku. Z początku rozgrzebywał danie, lecz wreszcie dał się ponieść mistrzostwu szefa kuchni. Cały niesmak i ohyda wspomnień błyskawicznie uleciały. Zastąpiła je czysta przyjemność ucztowania.

Langer się nie patyczkowała. Pochłonęła łososia serwowanego na pesto z czosnku niedźwiedziego wraz z boczniakiem królewskim oraz musem z moreli. Spałaszowanie całej porcji zajęło jej mniej niż pięć minut. Dopiero gdy przełknęła ostatni kęs, zerknęła na Remberta i zdała sobie sprawę, że marzył o tym, by zaproponowała mu spróbowanie.

– Polecałam ci właśnie tego łososia – odezwała się, wyciągając lufkę oraz papierosy. Siedzieli przy stoliku na zewnątrz, więc nie musiała się nigdzie przenosić. Przyjemny wiatr rozgarniał upał i łomotał czapą ogromnego granatowego parasola z nadrukowaną kotwicą.

– Pesto z czosnku niedźwiedziego za bardzo kojarzyło mi się z posmakiem lasu. – Rembert się uśmiechnął. Jego zaróżowiona twarz przypominała twarz rozmarzonego nastolatka. – A później zrobiło mi się to całkiem obojętne.

– Mówiłam, że to dobre miejsce.

– Często tu jadasz?

Langer wzruszyła ramionami. W rzeczywistości jadła tu tylko raz. Kilkaset metrów stąd na bocznej drodze jej narzeczony miał wypadek. Spłonął we wraku auta. Po kilku miesiącach od tamtego wydarzenia coś ją tu przyciągnęło. Chciała na własne oczy zobaczyć miejsce, w którym rzekomo wypadł z drogi. Dość prosty odcinek z szerokim poboczem oraz dobrą widocznością. Biegli stwierdzili, że wpadł w poślizg. Tylko dlaczego nigdzie nie było śladów gwałtownego hamowania? Dlaczego później się okazało, że był zamieszany w sprawę głośnego napadu na bank? Choć zapewne o tym nie wiedział, jako doskonały informatyk sporządził systemy zabezpieczające skrytki przestępców. Mogli je otworzyć tylko równocześnie, za ogólną zgodą.

Liza zdała sobie sprawę, że Orest uparcie się w nią wpatruje.

– Mam coś na twa…

Dopiero po chwili zrozumiała, że dzwoni jej komórka. Kobiecy wrzask dobiegający z jej kieszeni zwrócił uwagę innych klientów. Pospiesznie odebrała. Zamieniła kilka zdań, po czym schowała telefon.

– Dziwne… – szepnęła.

Rembert splótł dłonie i nerwowo zastukał paznokciami. Liza podniosła na niego wzrok. Drgnęła, jakby się obudziła.

– Przepraszam… Dzwonił Wojtiuk. – Nazwisko aspiranta wymówiła z wyraźną niechęcią. – Nasze ekologiczne dredziary przysięgają na wszystkie świętości, że nie wykopały tych dołów. Ich koleżka odmówił współpracy i chce, żeby mu sprowadzić papugę. Właściwie nie mamy żadnych podstaw, żeby psuć im krew, ale…

– Ale?

– Nie, nic. Po prostu kto inny miałby tam kopać? Akurat tuż obok miejsca, w którym pochowano Bóg wie ilu ludzi. Wiesz, że nie wierzę w cholerne przypadki, nawet jeśli chodzi o wyścig plemników do jajeczka…

Langer oderwała filtr od papierosa i wyrzuciła go do popielniczki. Słońce schowało się za chmurą, a po parkingu przesunęła się ostra linia dzieląca światło od cienia. Nagły powiew wiatru wzbił w powietrze wir nieuprzątniętego popiołu. Lizie przypomniało się dziwne wrażenie, które miała w lesie. Przeświadczenie, że coś lub ktoś kryje się za drzewami i uparcie się w nią wpatruje. Po raz kolejny poczuła na sobie złowrogie spojrzenie.