Bestia

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Lublinianom, z przeprosinami

za trzebienie naszej populacji

(z przekonaniem, że uzupełnią ją ci, którzy

wyruszą szlakiem Deryły i zostaną tu na zawsze).

Gdziekolwiek zwrócę lot, tam czekać będzie

Gniew nieskończony, nieskończona rozpacz!

Gdziekolwiek zwrócę lot, tam wszędzie piekło.

Piekło jest we mnie, a na dnie otchłani

Głębsza, ziejąca czeluść się otwarła,

Przy której piekło dręczące jest niebem.

Zmiłuj się wreszcie! Czyż nie ma już miejsca

Dla mej pokuty i dla wybaczenia?

Nie ma, zostało jedynie poddanie

I lęk przed hańbą, która mnie okryje

Wśród duchów w dole…

John Milton, Raj utracony,

tłum. Maciej Słomczyński

– Proszę pani, błagam o litość? – Tak, tak, litość! Będąc litościwym, umiera się z głodu!

D. A. de Sade, Justyna, czyli nieszczęścia cnoty

1

– Wiesz, co się z tobą stanie?

Elena Wilska wbiła mocniej zęby w szmaciany knebel i wydała z siebie przerażający pisk. Jej źrenice rozszerzyły się, a po zaróżowionych ze strachu policzkach spłynęły łzy.

Oprawca dotknął jej oblepionego potem czoła.

– Chyba masz gorączkę… Mój Boże, jesteś bardzo rozpalona!

– Mmmm…

– Przepraszam, ale nie rozumiem.

Kobieta wierzgnęła, lecz był to jedynie wyraz beznadziejnej rozpaczy. Nie mogła uciec. Kajdany krępujące jej ręce i nogi zostały przytwierdzone do sznura owiązanego wokół metalowego stelaża. Siedziała odwrócona do niego przodem, na nagim betonie, a jej kończyny były wyprostowane. W tej nienaturalnej pozycji piekielnie bolały ją barki oraz plecy. Jednak powoli przyzwyczajała się do bólu oraz niewygodnej pozycji.

Niewiele pamiętała z tego, co wydarzyło się przed tym, jak trafiła do tej obskurnej nory. Szła pustą, osiedlową uliczką i analizowała dane z aplikacji monitorującej jej dobową aktywność. Była zbyt zmęczona, żeby tego wieczoru biegać, ale szybki spacer miał poprawić parametry. Program alarmował, że powinna się jeszcze dotlenić, aby lepiej jej się spało. Marzyła o szybkim zaśnięciu, a potem…

Potem nagle nastała ciemność.

Ocknęła się otumaniona i z nieprzyjemnym ćmieniem głowy. Po kilku sekundach mózg odebrał impulsy bólowe z całego ciała. Była zdrętwiała, a jej ręce oraz nogi unieruchomiono w kajdanach. Sztywny jak kołek język natrafił na szorstką szmatę.

Zrobiło się jej niedobrze, ale opanowała torsje. W przeciwnym razie zadławiłaby się własnymi wymiocinami.

W pomieszczeniu poza stelażem, do którego była przykuta, nie znajdowały się żadne sprzęty. W narożnikach stały zapalone gromnice, które dawały stłumione, żółte światło. Ich płomienie zamrugały, a chwilę później zjawił się On – najpierw jej uwagę przyciągnął czerwony kombinezon, a dopiero po chwili przeraziła ją jego twarz. Miał upiorny, szeroki uśmiech, który odsłaniał bezzębne usta. Jego policzki oraz nos były upudrowane. W miejscu włosów sterczało kilka różnokolorowych kosmyków. Najbardziej przerażająco wyglądały jednak oczodoły – zapadnięte i zionące pustką tak, że możliwe wydawało się zajrzenie przez nie wprost do mózgu potwora.

Dopiero po chwili Elena zrozumiała, że postać ma na sobie maskę upiornego clowna. Ta świadomość jednak wcale jej nie uspokoiła. Tym bardziej że skądś kojarzyła tę maskę, to pomieszczenie, a nawet ten stelaż… Nie potrafiła się jednak na tym skupić.

Clown jeszcze raz dotknął jej czoła i smutno westchnął. Następnie obszedł metalową konstrukcję, po czym przyklęknął. Elena usłyszała, jak strzelają mu kolana.

– Pokaż, proszę.

Sięgnął po jej dłoń i pomimo tego, że zacisnęła pięść, wyprostował jej palec wskazujący.

– Nie walcz ze mną. Chcę tylko twojego dobra.

Pisnęła, ale tym razem dźwięk uwiązł w jej gardle. Gromnice ponownie zamrugały i nagle w ich świetle coś błysnęło. Elena przymknęła oczy, starając się powstrzymać ściekający w ich kierunku pot. Piekły i widziała niewyraźnie, lecz nie na tyle, by nie rozpoznać przedmiotu, który trzymał clown.

– Mmm…

Oprawca jeszcze mocniej chwycił jej dłoń, rozprostowując teraz kciuk. W drugiej ręce trzymał stalowe nożyce do mięsa. Nożyce, które bez problemu rozcięłyby żebra największej gęsi.

– Przykro mi, ale musimy je amputować – szepnął. – Nie da się ich uratować.

– Agmmm…

– Wiesz, co się z tobą stanie.

Przeszywający ból i stanowczy ton szaleńca pozbawiały złudzeń, że to wszystko jest jedynie koszmarem, z którego się zaraz wybudzi. Elena z całej siły starała się wypchnąć językiem knebel, lecz nie była w stanie. Poczuła mdły posmak krwi.

Clown nachylił się ku niej i cicho westchnął. Doleciał ją zapach, który znała z dzieciństwa. Zapach, który, nie wiedzieć czemu, doskonale pasował do tego, co działo się wokół.

Tak pachniały owocowe gumy balonowe…

Nagle jej mózg zaczął łączyć fakty i wysnuwać wnioski. Te sprawiły, że ogarnął ją bezgraniczny strach, a świat zawirował.

Owszem. Wiedziała, co ją czeka.

Chwilę później nożyce z tępym chrupnięciem odcięły jej dwa palce. A potem jeszcze jeden. I kolejny.

Krew rytmicznie bryzgała z krótkich kikutów. Strzaskane kości sterczały z mięsnej pulpy, a skóra wokół gwałtownie pobielała. Ciałem Eleny wstrząsnęła konwulsja.

– Ja też znam przyszłość. I wiesz co? Cholernie nie mogę się doczekać tego, co się wkrótce wydarzy.

Tych słów Elena już nie usłyszała. Świat zawirował, a chwilę później osunęła się w ciemność.

Jednak ciemność nie mogła być ucieczką.

– Nie pozwolę ci spać zbyt długo… – wycedził clown. – To dopiero koniec pierwszego rozdziału. Prawdziwe cierpienia dopiero przed tobą.

2

– Cofnij się, Lubow.

Daniel Milski przez uchylone okienko obserwował mężczyznę w pomarańczowym kombinezonie. W więziennictwie pracował od trzynastu lat, od ponad dekady w tym zakładzie karnym. Przez ostatnie półtora roku był jednym ze strażników nadzorujących izolatki oraz cele dla szczególnie niebezpiecznych przestępców. Znał ich na wylot. Znał również procedury.

Igor Lubow posłusznie, choć z ociąganiem, cofnął się pod ścianę.

– Przeszukanie? – zapytał z ironią.

Był wysokim, szczupłym mężczyzną. Szczególną uwagę przykuwały jego błękitne oczy, które zdawały się lustrować rzeczywistość z zachłanną przenikliwością. Jego wąskie usta wykrzywił sardoniczny uśmiech.

– Wizytacja kibla – odparł Milski.

Odsunął zasuwę i otworzył solidne, metalowe drzwi. Zgodnie z procedurą nieoczekiwanie raz w miesiącu musiał sprawdzać jedyny nieobjęty monitoringiem fragment celi Lubowa – toaletę. Powinien tego dokonywać w asyście drugiego strażnika, ewentualnie tak, jak teraz – nakazując więźniowi stanąć w przeciwległym kącie celi. Procedury zawsze były najważniejsze.

Zgodnie z grafikiem od ostatniej inspekcji minęło dokładnie trzydzieści dni, a jak na złość w sezonie urlopowym każdy pozostały na służbie klawisz miał teraz natłok zajęć. Zresztą podobne „wizytacje” trwały zwykle kilkanaście sekund i kończyły się oceną czystości muszli klozetowej. W przypadku noty negatywnej skazanego mogły czekać drobne represje, od zabronienia mu korzystania z wyrobów tytoniowych po zakaz otrzymywania paczek żywnościowych. Chodziło o dyscyplinę.

Lubow nie palił ani nie dostawał od nikogo wiktuałów zza krat, mimo to jego toaleta lśniła. Milski z uznaniem kiwnął głową.

– Dobrze jest, szefie?

– Nie mam zastrzeżeń. Poza tym, że papier masz odkładać na miejsce.

Papier oczywiście był tam, gdzie powinien – tuż za muszlą, jednak zawsze należało na coś zwrócić uwagę.

– Szefie…

– No?

Lubow zrobił krok w stronę Daniela, a ten błyskawicznie sięgnął po paralizator. Więzień stanął w pół kroku.

– Cofnij się! Natychmiast!

Lubow spolegliwie uniósł dłonie, po czym zrobił krok w stronę ściany.

– Przepraszam… – wycedził. – Mimo tych wszystkich miesięcy za kratami to odruch. Dziwnie się rozmawia z odległości kilku metrów.

Milski powstrzymał sapnięcie ulgi. W myślach pochwalił się, że wciąż jest czujny.

– W porządku. Teraz możesz mówić.

– Chciałem zapytać, czy w przyszłym tygodniu, kiedy opuszczę izolatkę, znów dałoby radę połączyć dwa piętnastominutowe spacery w jeden. Nie muszę wychodzić codziennie, ale przez pół godziny rozprostowałbym kości.

– To nie jest placówka rehabilitacyjna.

– Tyle że…

– Zobaczę, co da się zrobić.

Lubow uśmiechnął się z wdzięcznością.

– Dziękuję, szefie.

– Coś jeszcze?

– Nie.

– W takim razie popraw sobie nogawkę kombinezonu. Regulamin nakazuje dbać o schludność.

Więzień z konsternacją zerknął w dół. Przestąpił z nogi na nogę, po czym się wyprostował. Zmarszczył brwi i zerknął uważnie na strażnika.

– O którą chodzi? Przecież są w porządku…

– Lewa. Odsłania kostkę.

Milski odruchowo wyciągnął dłoń, wskazując na zawiniętą nogawkę. W tym samym momencie Igor Lubow błyskawicznie się pochylił i rzucił coś, co oplotło się wokół nadgarstka strażnika. Z całej siły pociągnął. Zrobił to tak szybko i mocno, że Daniel Milski, mimo słusznej postury, upadł na kolana. Sekundę później więzień był tuż przy nim. Poruszał się z zaskakującą sprawnością, jakby miliony razy ćwiczył każdy ruch. Pozbawił strażnika paralizatora oraz założył mu dźwignię na szyję. Wszystko trwało krócej niż trzy sekundy.

 

– Skręcę ci kark, szefie – oznajmił lodowatym tonem. – Robiąc to nieumiejętnie, sprawię, że twoja tchawica zamieni się w harmonię i przez kilka minut będziesz walczył o nieosiągalny oddech.

– Puść…

Mocniejszy chwyt spowodował, że z ust strażnika dobiegł jedynie charkot.

– Boisz się śmierci?

– Mmm…

– Nie słyszę!

Lubow delektował się władzą, jaką miał nad drugim człowiekiem. Uśmiechnął się i na moment przymknął oczy. Gdy ponownie je otworzył, w ich błękicie pojawił się nowy wyraz – bezmiernego, demonicznego szaleństwa.

– Skup się, bo od odpowiedzi może zależeć twoje życie – wyszeptał. – „Zjawiam się, gdy tego zapragnę, i całkowicie zniewalam. Wzbudzam najgorsze przerażenie, fałszywe, choć bliskie prawdzie. Dostrzec mnie może tylko ten, kto pierwej zamknie swe oczy. Kim jestem?”

3

Przed rozpoczęciem pisania upewnijcie się, że będziecie mieć kilka chwil spokoju. Ile trwa jedna chwila, a ile trwa kilka chwil? To zależy tylko od was. W tej robocie sami jesteście sobie panami i niewolnikami. Do tego w tym samym czasie. To dość niezwykłe, ale właśnie tak musicie na to patrzeć.

Niewolnik i pan… Za każdy przejaw lenistwa musicie walić swojego wewnętrznego czarnucha po gębie. Musicie zagonić się do najcięższej harówki, o jakiej śniliście koszmary.

Więc ile trwa kilka chwil?

Jedni będą potrzebować zaledwie paru minut, inni, aby napisać dwa zdania, muszą przepaść na wiele godzin. Skąd macie wiedzieć, ile potrzebujecie właśnie wy?

Powtarzam, upewnijcie się, że będziecie mieć kilka chwil spokoju. Nie mogą wam przerwać kipiąca zupa ani dym dobywający się z piekarnika. Nie może was oderwać pies chcący wyjść na spacer. Jeśli was to uspokaja – pogłaszczcie go za uszami, ale to wszystko. Żadnych, kurwa, spacerów. Rozumiecie?

Bądźcie gotowi zlekceważyć nawet cholerne trzęsienie ziemi albo alarm ostrzegający przed moskiewską eskadrą, która dostała zadanie obrócić wasze miasto w ruinę. Potrzebujecie kilku chwil spokoju i tylko od was będzie zależało, czy go dostaniecie. To kwestia perspektywy.

To kwestia priorytetów.

To kwestia determinacji.

Albo chcecie stworzyć swój świat i przenieść się tam na amen, albo jesteście tandeciarzami tworzącymi historyjki, które nikogo nie poruszą. Jeśli macie aspiracje, by być tymi drugimi, nie traćcie tu czasu, forsy i nie zawracajcie głowy mi ani pozostałym. Poświęćcie się dwuakapitowym artykulikom w kąciku kucharskim. Choć są tacy, którzy nawet przepis kucharski potrafią napisać z większymi jajami, niż inni prowadzą intrygę kryminalną.

No, dobrze. Wciąż tu jesteście? Wierzę w waszą wewnętrzną szczerość.

Teraz nadszedł czas zaaranżować sobie warunki. Maszyna do pisania, laptop, kartka i ołówek – wszystko jedno. Musi być wam wygodnie. Pomiędzy wami a historią nie może stać żaden cholerny sprzęt. Sprzęt ma jedynie stanowić przedłużenie waszej ręki i wyobraźni. Przedłużenie wyobraźni – czy w tym określeniu jest coś zabawnego, moja droga? Tak właśnie myślałem.

Lecimy dalej. Usiądźcie lub stójcie, jak wam wygodniej. James Joyce, pisząc, leżał na brzuchu, a Ernest Hemingway prężył się na baczność przy pulpicie. Victor Hugo tworzył kompletnie nagi, po zjedzeniu dwóch jajek oraz odczytaniu listu od kochanki. Przykłady można by mnożyć. Scott Fitzgerald kulił się obok miski z rzygowinami, lecz głęboko wierzył, że ma spokój i zadanie do wykonania. Wy macie je również. Będziecie rżnąć, ciąć i mordować. Jeśli go nie wykonacie, nic się nie stanie. Poza tym, że usmażycie się w piekle własnych niewykorzystanych możliwości, rozczarowań i marzeń, że odmienicie swoje życie. Jeśli nie wykonacie planu, będziecie zerami. Są tysiące przykładów autorów, którzy nie wykonali planu – tylko nikt nie zna ich nazwisk.

Pewnie wy też coś już o tym wiecie? Każdy pisarz zaczynał od projektów, które trafiały do szuflady lub – u tych rozsądniejszych – prosto do śmietnika. To normalne. Ja podaję wam rękę, żeby wyciągnąć was z tego piekła. Musicie mi tylko zaufać.

Macie odwagę?

4

Komisarz Deryło pchnął drzwi do gabinetu tak mocno, że te rąbnęły o ścianę. Zaklął i znacznie delikatniej zamknął je za sobą. Zaciągnął się doskonale znanym aromatem. Mimo że nie było go w tym miejscu od kilku tygodni, dałby się pociąć, że dopiero co zaparzono tu kawę.

Przeciągnął spojrzeniem po prostym biurku, szafce z ekspresem oraz dwóch stojących pod ścianą krzesłach. Odkąd wyszedł stąd po raz ostatni, nic się nie zmieniło w tym wnętrzu. Na biurku oraz podłodze piętrzyły się te same akta oraz szpargały. Zresztą to one były powodem, dla którego zjawił się na komendzie. Formalnie wciąż przebywał na zwolnieniu.

Nabrał głęboki oddech i się przeciągnął. Lekarze zalecali jak najwięcej gimnastyki. Poza tym sam chciał jak najszybciej wrócić do pełni formy. Był zbyt przekorny, żeby zdziadzieć pod pretekstem niedawnych wydarzeń. Jasne, z powodzeniem mógłby odejść na emeryturę, ale teraz nawet o tym nie myślał. Marzył o tym, żeby rzucić się w wir roboty.

Podszedł do biurka i wykonał kilka wymachów ramionami. Rozluźnił barki, po czym poruszył na boki głową. Mimo że na jego widok trzy czwarte komisariatu zbiegło się, chętne świętować, wolał pobyć sam. Choć uporządkowanie szpargałów stanowiło jedynie pretekst, by zajrzeć na komendę, pewne przyzwyczajenia się nie zmieniały.

Nachylił się i sięgnął po pierwszą z góry teczkę. Znajdowały się w niej stare, niepotrzebne notatki dotyczące któregoś ze śledztw. Podobnie w dwóch kolejnych. Deryło wyjął kilka kartek i w pełnym skupieniu złożył trzy żurawie origami. Ustawił je na biurku, po czym zadowolony uśmiechnął się pod nosem.

– Szczęście czy pech? – zapytał, ponownie biorąc teczkę.

Mimo pokaźnej zawartości przedarł ją na pół, co wprawiło go w jeszcze lepszy nastrój. Wciąż miał parę w rękach. Zmiął makulaturę w wielką kulkę i rzucił do kosza koło niszczarki. Chybił. Zawiniątko odbiło się od rantu i rozwinęło. Kartki rozniosły się po całym gabinecie.

Deryło zaklął i zacisnął zęby. Dobry humor ulotnił się tak szybko, jak się pojawił. Nachylił się, żeby zebrać papiery leżące najbliżej. Zrobił to zbyt gwałtownie, zachwiał się i kolanem rąbnął w metalowy kosz. Trafił prosto w nerw. Spazm bólu wykrzywił mu twarz.

– Pieprzone gówno!

Pod wpływem impulsu chwycił kosz, jakby chciał wyrzucić go za okno. W tym samym momencie otworzyły się drzwi i do gabinetu weszła Tamara Haler. Stanęła jak wryta. Przez moment wahała się, czy powinna zostać, jednak zaraz jej zaskoczenie ustąpiło rozbawieniu.

– Widzę, że naprawdę wracasz do siebie – zagadnęła, idąc z szeroko rozłożonymi rękoma w stronę komisarza. – I to całkiem dosłownie.

– Pozory…

Deryło z godnością odstawił śmietnik, po czym pozwolił się uścisnąć. Haler wreszcie go puściła i cofnęła się, omijając papierzyska.

– Najlepiej na swoich śmieciach, no nie?

– Nawet nie żartuj. Ciągnęło mnie do tego miejsca jak sępa do padliny, a kiedy już tu jestem, wszystko mnie wpienia.

– Dlatego chciałeś dokonać krwawej zemsty na koszu?

Komisarz machnął ręką, po czym wyrzucił kilka kartek. Następnie sięgnął po dopiero co ustawione na biurku żurawie. Zmiął je, choć wybuch złości sprzed chwili powoli zaczęło zastępować zawstydzenie. Powinien bardziej panować nad sobą. Nawet, gdy nikogo nie było w pobliżu. Na wszelki wypadek.

– Ciągle nie ma tysiąca?

Dopiero po chwili zrozumiał, że pytanie Haler odnosi się do żurawi. Wzruszył ramionami.

– Wiesz, kiedyś się bałem, że nigdy nie zdołam go zrobić – mruknął, obracając zmięte origami. – Teraz boję się, że go zrobiłem i nie miałem o tym pojęcia. I że cała zabawa zaczęła się od początku.

– Miałeś za to dużo szczęścia.

– A najpierw mnóstwo pecha.

Haler westchnęła.

– Zaczynasz się nad sobą użalać. – Uniosła palec i, nie pozwalając Deryle sobie przerwać, dodała: – Sam mnie prosiłeś, żebym ci powiedziała, gdy zaczniesz to robić.

– A ty jak zwykle zapamiętałaś każde słowo.

Deryło ciężko opadł na krzesło. Osunął się i wyciągnął nogi. Miał gdzieś ten bałagan. Do jego powrotu sprzątaczka będzie musiała opanować chaos. Albo – jak kiedyś – wykpi go, argumentując, że nie może tykać dokumentów. Stara cwaniara. Właśnie za takie podejście Deryło ją wręcz ubóstwiał.

– Jeszcze się mogę od ciebie wiele nauczyć.

Słowa Haler puścił mimo uszu. Pogrążył się w pustce. Przymknął oczy i ponownie wciągnął aromat kawy. Powinien wypić jej spore wiadro, ale lekarze nakazali zachowanie umiaru. Normalnie potraktowałby ich jako zbyt zachowawczych tchórzy lub zbyt przezornych dziobaków, ale…

Drgnął, czując dłoń podkomisarz na swoim ramieniu. Tak, musiał wreszcie skończyć z użalaniem.

– Eryku? – dobiegł go jej ciepły głos.

Spojrzał w jej wielkie, brązowe oczy. Choć zazwyczaj, gdy ktoś zwracał się do niego po imieniu, reagował alergicznie, tym razem uśmiechnął się.

– No?

– Cieszę się, że wróciłeś.

5

Lubow nabrał powietrza i naprężył mięśnie. W ułamku sekundy mógł skręcić kark Milskiemu lub skazać go na wielominutową agonię.

– Masz trzy sekundy na rozwiązanie zagadki. Trzy…

W tym momencie zawyła syrena alarmu. Strażnik monitorujący cele musiał dostrzec, co działo się w tej z numerem siedemnaście – w tej, w której znajdowała się izolatka.

– Dwa…

Milski przełknął ślinę. Więzień poluzował chwyt na tyle, by klawisz mógł się odezwać. Przez jego umysł przetaczało się mnóstwo postrzępionych myśli. Najważniejsze było jednak pewne wspomnienie z przeszłości. Miał wrażenie, że zna odpowiedź, ale ta gdzieś umykała.

– Jeden…

– Koszmar! Jestem koszmarem!

Wydawało mu się, że krzyczy, choć w rzeczywistości z jego ust dobył się jedynie bełkot. Gdzieś w głębi korytarza trzasnęła krata. Igor Lubow zaśmiał się nerwowo i z impetem pchnął Milskiego na ziemię. Strażnik rąbnął nosem w twardą podłogę. Jego świadomość zawisła gdzieś na skraju przytomności. Poczuł krew spływającą do gardła.

– Dobrze – wycedził Lubow. – Bardzo dobrze. To prawidłowa odpowiedź.

Z oddali niósł się tupot ciężkich butów. Do celi numer siedemnaście zbliżała się grupa interwencyjna. Więzień nieśpiesznie rozwiązał cienki sznur, którym niedawno obezwładnił strażnika, po czym wyszedł z pomieszczenia. Miał odciętą drogę ucieczki. Aby wydostać się z bloku, trzeba było pokonać co najmniej dwie kraty otwierane centralnie. Nie zamierzał jednak nigdzie uciekać.

Przerzucił linę przez rurę biegnącą tuż pod sufitem i zaciągnął supeł. Na jej drugim końcu znajdowała się przygotowana już wcześniej pętla. Lubow od kilku tygodni, niczym hinduscy bramini, splatał i połykał strzępy materiału. Całe poświęcenie, aby nie trafiono na nie w trakcie niespodziewanego przeszukania celi. Wydalał je, obmywał, po czym doplatał kolejny odcinek wypruty z koca. Żadna, nawet najbardziej szczegółowa inspekcja nie mogła odkryć jego skarbu. Poza tym splot był tak ciasny i mocny, że również koc wydawał się niemal nienaruszony.

Krata na końcu korytarza odskoczyła z metalicznym brzękiem. Natychmiast wypadło zza niej kilku uzbrojonych strażników. Z daleka wymierzyli w Lubowa krótkie karabiny.

– Na kolana! Ręce w górę! Nie rób niczego głupiego!

Wysoki klawisz był purpurowy z nerwów. Reszta zatrzymała się tuż za nim, jakby się spodziewali, że Lubow zaraz wyciągnie spod kombinezonu pistolet lub garść granatów.

– Spokojnie, panowie… Przed chwilą mogłem zabić waszego kolegę, ale zaraz się przekonacie, że ma się całkiem nieźle.

– Na glebę!

Strażnicy powoli ruszyli w stronę więźnia. Wciąż trzymali go na muszkach karabinów. Zbliżali się krok za krokiem, w akompaniamencie ryku syreny alarmowej.

Lubow wyprostował się i upewnił, że lina jest właściwie napięta. Sam zamierzał zdecydować, kiedy nadejdzie jego koniec. Ludzie będą mówili nie tylko o tym, jak żył, lecz również jak umarł.

 

– Mam dla was przesłanie – wypowiedział z nabożnym uniesieniem. – Słuchajcie uważnie. Choć odchodzę, powrócę z tamtego świata i jeszcze was nawied…

Wypowiadając ostatnie głoski, poderwał się i błyskawicznie podciągnął na linie. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, włożył głowę w pętlę. Następnie puścił sznur. Ułamek sekundy później jego ciało wierzgnęło w agonalnym skurczu, a oczy wyszły z orbit.

Nie żył.