To tylko seksTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maureen Child
To tylko seks

Tłumaczenie:

Julita Mirska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Dziś rozwody są regułą – oznajmił Reed Hudson. – To małżeństwa są anomalią.

– Nie wierzę. – Carson Duke, popularny aktor filmów akcji, westchnął ciężko.

Prawnik pokręcił głową. Większość jego klientów pragnęła jak najszybciej zakończyć związek, który nie spełniał ich oczekiwań. Czasem jednak zdarzali się tacy, którzy siedząc w jego gabinecie, marzyli o tym, aby być w tej chwili gdziekolwiek indziej, najlepiej z ukochaną żoną. Bo przecież składali sobie przysięgę…

Powściągnął grymas. Z własnego doświadczenia, zarówno zawodowego, jak i prywatnego, wiedział, że nie istnieje miłość aż po grób.

– W takich żyjemy czasach.

Założywszy nogę na nogę, Carson zmarszczył czoło.

– Był pan kiedyś żonaty?

– A skąd! – Reed parsknął śmiechem.

Tabloidy ochrzciły go „specem od hollywoodzkich rozwodów”. To wystarczyło, aby kobiety nie próbowały go złapać w małżeńskie sidła. Prowadził sprawy wielu znanych ludzi z Los Angeles i Nowego Jorku, a wszystko zaczęło się pięć lat temu, kiedy reprezentował sławnego komika, którego żona, psychiczny sobowtór bohaterki „Fatalnego zauroczenia”, chciała ogołocić do cna.

Lubił swoją pracę, cieszył się, mogąc uwolnić klientów od złych związków. Jednego się nauczył: że każde małżeństwo może zakończyć się bolesną porażką.

Oczywiście aby dojść do tej prawdy, nie potrzebował klientów; wystarczyła mu własna rodzina. Ojciec z piątą żoną mieszkał w Londynie, a matka z czwartym mężem odpoczywała na Bali. Podobno w kolejce czekał już mąż numer pięć. Dzięki rodzicom Reed miał dziesięcioro rodzeństwa w wieku od trzech do trzydziestu dwóch lat, a że młoda żona ojca znów była w ciąży, liczba rodzeństwa lada moment się powiększy.

Jako najstarsze dziecko w tej rozgałęzionej, eklektycznej rodzinie Reed był tym, który miał nad wszystkim pieczę. Ilekroć brat czy siostra wpadali w tarapaty, przychodzili po pomoc do Reeda. Kiedy rodzice potrzebowali rozwodu, aby poślubić kolejną miłość życia, dzwonili do Reeda. Podejrzewał, że gdy nastąpi apokalipsa, wszyscy też przyjdą do niego.

Spoglądając na Carsona Duke’a, przypomniał sobie zdjęcia i artykuły w kolorowej prasie: aktor i jego ukochana, Tia Brennan, przeżyli szalony romans zakończony bajecznym ślubem na Hawajach. Czytelnicy ekscytowali się ich historią, podawali ich jako przykład idealnej pary. I oto rok później Carson prosił Reeda, aby reprezentował go w sprawie rozwodowej.

– W porządku. – Reed popatrzył na aktora, który wyglądał jak prawdziwy twardziel. Nic dziwnego, zanim zrobił karierę w filmach akcji, służył w marynarce wojennej. – A co pańska żona o tym sądzi?

Carson przeczesał włosy.

– To był jej pomysł. Od jakiegoś czasu nam się nie układa. Ona… my… uznaliśmy, że lepiej, jak się rozstaniemy, póki jeszcze z sobą rozmawiamy.

Reed skinął głową. Brzmiało to rozsądnie, ale często tak jest na początku, a potem nawet te pary, którym zależy na pozostaniu w przyjaznych relacjach, zaczynają skakać sobie do oczu. Nie chciałby, aby to spotkało Carsona i Tię.

– Czy chodzi o inną kobietę? Zdradzał pan żonę? Prędzej czy później wyjdzie to na jaw, więc wolałbym, żeby był pan ze mną szczery.

Na twarzy Carsona odmalował się wyraz oburzenia. Reed uniósł rękę. Wszyscy zawsze twierdzą, że są stroną pokrzywdzoną.

– Przepraszam, te pytania są konieczne.

– Nie zdradzałem! – Carson poderwał się na nogi. Podszedł do okna z widokiem na ocean. Chwilę milczał, próbując się uspokoić, po czym obrócił się do prawnika. – Ani ja jej, ani ona mnie.

– Jest pan pewien?

– Absolutnie. – Aktor ponownie przeniósł wzrok na lśniącą w słońcu taflę wody. – Nie było żadnej zdrady.

Ciekawe. Reed ściągnął brwi. Zwykle pary, które nie chcą ujawniać szczegółów, jako przyczynę rozstania podają niezgodność charakterów. Jednak zawsze jest jakiś powód, a na liście powodów zdrada zajmuje wysoką pozycję.

– Więc dlaczego…?

– Przestaliśmy być szczęśliwi. – Carson oparł dłoń o szybę. – Początek był fantastyczny. Spojrzeliśmy na siebie i jakby w nas grom trafił. Zna pan to uczucie?

– Nie. – Reed uśmiechnął się.

– Nie mogliśmy utrzymać rąk przy sobie. Ale nie chodziło o sam seks. Gadaliśmy całymi nocami, śmialiśmy się, snuliśmy plany, rozmawialiśmy o przeprowadzce do Hollywood, o dzieciach. Niestety w ostatnich miesiącach oddaliliśmy się od siebie. Sporo pracujemy, niemal się nie widzimy.

Kiepski powód do rozstania, pomyślał Reed, ale cóż. Kiedyś reprezentował człowieka, który chciał się rozwieść, bo żona chowała przed nim ciastka. O mało nie powiedział gościowi: kup pan własne i je ukryj, uznał jednak, że nie powinien się wtrącać. Bo ciastka były pretekstem, a nie prawdziwym powodem, on zaś prawnikiem, a nie terapeutą w poradni małżeńskiej.

– Dobrze, przygotuję pozew. Czyli Tia nie będzie się sprzeciwiać?

Carson wsunął ręce do kieszeni.

– Jak mówiłem: pomysł rozwodu wyszedł od niej.

– To wszystko ułatwia. – Reedowi zrobiło się żal mężczyzny, bądź co bądź nie miał serca z kamienia. Czasem wydawał się zimny i bezwzględny, ponieważ tylko zachowując profesjonalny dystans, mógł jak najlepiej pomóc klientom. Carson Duke nie potrzebował współczucia ani litości, potrzebował przewodnika po obcym sobie świecie procedur sądowych. – Proszę mi wierzyć: nie chce pan długiej batalii opisywanej szczegółowo w brukowcach.

Carson wzdrygnął się.

– Nawet nie mogę wynieść śmieci, żeby jakiś paparazzi koczujący na drzewie nie pstryknął mi zdjęcia. Wie pan, jadąc z Malibu, powtarzałem sobie, że byłoby wygodniej, gdyby miał pan biuro w Los Angeles. Ale tu przynajmniej nie ma paparuchów.

Reed to samo sobie wielokrotnie powtarzał – że powinien przenieść się do L.A., ale nie potrafił się do tego zmusić. Zresztą wolał mieszkać i pracować w okręgu Orange: mieszkał w apartamencie w pięciogwiazdkowym hotelu Saint Regis w Laguna Beach, a biuro miał w Newport Beach, tuż nad samym oceanem.

– Przygotuję dokumenty i wyślę je panu kurierem.

– Nie ma potrzeby – odrzekł Carson. – Postanowiłem spędzić tu kilka dni. Zatrzymałem się w Saint Regis.

Reed skinął głową. Słusznie; niech Carson nabierze sił, bo fotoreporterzy rzucą się na niego, kiedy informacja o rozwodzie dostanie się do prasy. A dostanie się na pewno; zawsze ktoś puści farbę. Oczywiście nie będzie to nikt z personelu Reeda. Ufał swoim ludziom, płacił im wysokie pensje nie tylko za wiedzę i doświadczenie zawodowe, ale również za lojalność i dyskrecję.

Ale nie miał kontroli nad innymi. Kiedy dziennikarze odkryją, gdzie Carson mieszka, zaczną wypytywać pokojówki, recepcjonistki, kelnerów. Będą drążyć, dopóki nie dowiedzą się, co aktor robi w hotelu sto kilometrów od swojego domu.

– Pan też tam mieszka, prawda? – spytał Carson.

– Tak. Podrzucę panu papiery do podpisu.

– Zameldowałem się jako Wyatt Earp.

Reed wybuchnął śmiechem. Earp był jednym z najsłynniejszych rewolwerowców i stróżów prawa na Dzikim Zachodzie.

– Jasne. Będziemy w kontakcie.

Po wyjściu klienta Reed podszedł do okna. Tyle razy pomagał rozwodnikom, że dokładnie wiedział, co Carson Duke czuje (ulgę oraz smutek) i o czym myśli (czy nie będzie żałował decyzji).

Zdarzali się ludzie, którzy rozwodzili się z radością, ale ci należeli do wyjątków. Większość cierpiała z powodu utraty czegoś, z czym wiązała nadzieje. Reed widział na przykładzie rodziców, którzy zawierając każde kolejne małżeństwo, wierzyli, że to będzie ostatnie, że tym razem znaleźli prawdziwą miłość.

– I zawsze się mylą – mruknął pod nosem.

Tak, on postępował najrozsądniej: nie angażował się emocjonalnie i nie brał pożądania za miłość. Potrząsając z rozbawieniem głową, wrócił do biurka i zaczął przygotowywać pozew.

Lilah Strong jechała drogą nad Pacyfikiem. Nie spieszyła się. Mimo gniewu, jaki w niej kipiał, rozglądała się, podziwiając krajobraz odmienny od tego, który widziała na co dzień. Nie lubiła się złościć; uważała, że to bezsensowne marnowanie energii. W dodatku człowieka, na którego była zła, nie obchodziło, co ona czuje.

By o tym nie myśleć, zerkała na ocean. Surferzy śmigali po falach, żaglówki kołysały się na wodzie, a na brzegu dzieci z malutkimi wiaderkami i łopatkami budowały zamki z piasku.

Lilah wychowała się w górach. Od bezkresnych oceanów wolała porośnięte drzewami zbocza, polany pełne kwiatów i ośnieżone szczyty. Ale musiała przyznać, że mieniący się w słońcu Pacyfik stanowi miłą niespodziankę. Oczywiście mogła podziwiać widoki, bo posuwała się naprzód w żółwim tempie. Szosa była zatłoczona. Miejscowi, turyści, amatorzy sportów wodnych… Minęły dopiero pierwsze dwa tygodnie czerwca, z każdym dniem turystów będzie przybywać. Na szczęście ona za chwilę wróci do domu. W Orange zostawi swoją małą pasażerkę i…

Na samą myśl o tym poczuła ból. Gdyby była kimś innym, może nie spełniłaby prośby przyjaciółki, ale nie potrafiłaby żyć w kłamstwie. Mimo wewnętrznego sprzeciwu wiedziała, że musi postąpić, jak należy.

Spojrzała w lusterko wsteczne.

– Milczysz? Nic dziwnego, mnie też trudno to wszystko pojąć.

Od dwóch tygodni z lękiem myślała o podróży do Kalifornii. Wciąż usiłowała znaleźć jakieś wyjście, ale zdawała sobie sprawę, że nie znajdzie. Klamka zapadła.

U siebie w Utah czułaby się pewniej. Ludzie ją znali, stanęliby po jej stronie. Tu natomiast była sama.

 

Okręg Orange w Kalifornii dzieliło od Pine Lake w Utah zaledwie półtorej godziny lotu, ale Lilah miała wrażenie, jakby znalazła się na drugim końcu świata, w miejscu kompletnie sobie obcym. Zanim zaparkowała samochód i weszła z Rose do kancelarii prawnej, była kłębkiem nerwów. Wolnym krokiem zbliżyła się do recepcji.

– Dzień dobry, nazywam się Lilah Strong i chciałabym zobaczyć się z panem Reedem Hudsonem.

Recepcjonistka, kobieta w średnim wieku, zmarszczyła groźnie czoło.

– Jest pani umówiona?

– Nie. Przyjechałam na polecenie jego siostry, Spring Hudson Bates.

– Chwileczkę. – Recepcjonistka podniosła słuchawkę. – Szefie, niejaka Lilah Strong chce się z panem widzieć. Podobno przysłała ją pana siostra Spring.

Podobno? Lilah westchnęła ze zniecierpliwieniem. Po chwili recepcjonistka wskazała schody.

– Pierwsze piętro, pierwsze drzwi po lewej.

– Dziękuję.

Czując na plecach zaciekawione spojrzenie, Lilah ruszyła na górę. Przed podwójnymi drzwiami przystanęła, by spowolnić bicie serca, po czym nacisnęła klamkę. Pokój był nieduży, ale gustownie urządzony. W rogu w srebrnej donicy stał dorodny fikus, obok – czarne biurko. Siedząca przy nim młoda kobieta o krótkich czarnych włosach i piwnych oczach uśmiechnęła się przyjaźnie.

– Panna Strong, tak? Jestem Karen, asystentka pana Hudsona. Pan Hudson czeka na panią.

Wstała i podeszła do drzwi. Otworzywszy je, cofnęła się. Lilah policzyła w myślach do trzech i wkroczyła do jaskini lwa.

Gabinet Hudsona był olbrzymi; przypuszczalnie miał na klientach wywrzeć wrażenie. I wywierał. Wielkie okna zajmowały dwie ściany. Za jednym rozpościerał się zapierający dech w piersi widok na ocean, przez drugie widać było szosę nadbrzeżną oraz tłumy na chodnikach.

Drewniana podłoga lśniła. Przy stoliku leżał kosztowny dywan. Meble różniły się od tych w recepcji i pokoju asystentki: tam przeważało szkło i elementy chromowe, tu ciemna skóra. Lilah skarciła się w duchu: nie przyszła po to, by podziwiać wystrój.

– Kim pani jest? – zapytał mężczyzna. – I co pani wie o Spring?

Mierzył co najmniej metr dziewięćdziesiąt, miał niski głos i czarne, modnie przystrzyżone włosy. Ubrany był w czarny prążkowany garnitur, białą koszulę i czerwony krawat. Spojrzenie jego zielonych oczu wydało się Lilah mało przyjazne.

Nie szkodzi. Ona też nie była przyjaźnie nastawiona. Cieszyła się jednak, że zadbała o swój wygląd. W domu zwykle chodziła bez makijażu. Dziś umalowała się, włożyła czarne spodnie, czerwoną bluzkę i krótki czerwony żakiet. Oraz czarne botki na obcasach, w których miała prawie metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Słowem, była przygotowana do spotkania.

– Nazywam się Lilah Strong.

– Wiem, recepcjonistka mi to przekazała. Nie wiem natomiast, co pani tu robi.

Lilah wzięła głęboki oddech, po czym stukając obcasami, podeszła do biurka. Kiedy stanęła naprzeciwko Reeda, dobiegł ją zapach jego wody po goleniu, przywodzący na myśl lasy w Utah. Patrząc w intensywnie zielone oczy mężczyzny, oznajmiła:

– Spring była moją przyjaciółką. Jestem tu wyłącznie z jej powodu. Poprosiła mnie o przysługę. Nie mogłam odmówić.

– Rozumiem.

Ten głos, to spojrzenie… Czy Reed Hudson musi być tak przystojny, tak seksowny? Zresztą niech będzie, ale niech jego wygląd jej nie rozprasza!

– Tak z ciekawości… – Mężczyzna skierował wzrok na jej małą przyjaciółkę. – Wszędzie zabiera pani z sobą dziecko?

Lilah popatrzyła na kilkumiesięczną dziewczynkę, którą trzymała na swoim lewym biodrze. To z jej powodu przyjechała do Kalifornii. Gdyby to od niej samej zależało, nie ruszyłaby się z domu i nie stałaby teraz w gabinecie Hudsona. Ale nie miała wyboru; musiała zrobić to, o co ją Spring prosiła.

Rose klasnęła w rączki i zapiszczała radośnie. Lilah przeniosła spojrzenie z powrotem na mężczyznę.

– Rose nie jest moim dzieckiem – rzekła z nieskrywaną nutą żalu. – Jest dzieckiem pana.

ROZDZIAŁ DRUGI

Reed natychmiast przybrał srogą minę, z której był znany w kręgach prawniczych. W jego głowie rozległ się dzwonek alarmowy. Stojąca na wprost piękna kobieta, która patrzyła na niego z obrzydzeniem jak na wypełzającą spod kamienia glistę, najwyraźniej miała urojenia.

Owszem, w przeszłości kilka cwanych kobiet usiłowało mu wmówić, że są z nim w ciąży. Ponieważ jednak zawsze był bardzo ostrożny, nie dawał się nabrać na ich sztuczki. Ale Lilah Strong? Z nią nawet nie spał. Gdyby się kochali, na pewno by jej nie zapomniał.

– Nie mam dzieci – odrzekł. Pomysł był absurdalny. Biorąc pod uwagę swoje dzieciństwo, rodzinę, karierę, Reed wiedział, że za nic w świecie nie chce być niczyim mężem i ojcem. Odkąd skończył szesnaście lat, nosił w portfelu prezerwatywę. – Żegnam panią.

– Nieźle. – Lilah pokiwała głową.

W jej lśniących niebieskich oczach zobaczył pogardę.

– Słucham?

– Tego się spodziewałam po kimś takim jak ty – powiedziała Lilah, z trudem panując nad wściekłością.

– A co ty możesz o mnie wiedzieć?

– Wiem, że jesteś bratem Spring i nie było cię przy niej, kiedy potrzebowała pomocy! A teraz patrzysz na dziecko, które ma jej rysy, i nawet o nic nie pytasz.

Zmrużył oczy.

– Które…?

– Tak. Rose jest córką Spring. – Na dźwięk swojego imienia dziewczynka zaczęła podskakiwać. Lilah uśmiechnęła się do niej. – Prawda, kwiatuszku?

W odpowiedzi Rose coś zaszczebiotała. Reed przeniósł spojrzenie na dziecko. Teraz, gdy wiedział, że Lilah nie próbuje go w nic wmanewrować, bez trudu dostrzegł podobieństwo między małą a Spring. Okrągła buzia, czarne jedwabiste włosy, oczy zielone jak szmaragdy… Sam miał identyczne.

I nagle go tknęło, że Spring nie żyje. Jego siostra całe życie poszukiwała prawdziwej miłości. Nigdy nie porzuciłaby córki.

Dziecko na sto procent miało geny Hudsonów. Nie ulegało to wątpliwości. Nie dziwił się wściekłości Lilah. Faktycznie nie było go przy Spring, kiedy potrzebowała pomocy. Ale przecież pomógłby, gdyby dała mu znać, że… Chryste, dlaczego nie zadzwoniła?

Przypomniał sobie ich ostatnie spotkanie. Ponad dwa lata temu poprosiła go, aby wypłacił jej zaliczkę z funduszu powierniczego. Była zakochana.

Całe życie patrzyła na świat przez różowe okulary. Widziała w ludziach wyłącznie dobro. Nie przyjmowała do wiadomości, że niektórzy nie zasługują na jej uczucia i lojalność. Niestety ciągle zakochiwała się w mężczyznach pozbawionych zasad moralnych, ambicji i pieniędzy. Pewnie liczyła, że ich „uratuje”.

Po każdym zawodzie miłosnym zjawiała się u Reeda po pieniądze – chciała spłacić kochanka i zapomnieć o nim. Kiedy poznała Colemana Batesa, do Reeda przyjechała inna siostra, Savannah, na której Bates wywarł bardzo złe wrażenie. Reed sprawdził przeszłość mężczyzny; okazało się, że Bates siedział za oszustwo, kradzież tożsamości i fałszerstwo. Spring o niczym nie chciała słyszeć. Twierdziła, że Bates się zmienił, że należy mu się druga szansa.

Reed tłumaczył, że Bates miał już drugą, a nawet trzecią szansę, ale Spring była zakochana i nic do niej nie docierało. W końcu nie wytrzymał. Dorośnij, dziewczyno! Nie myśl, że ciągle będę po tobie sprzątał. Spring wyszła, trzaskając drzwiami. I później, kiedy naprawdę potrzebowała pomocy, nie zadzwoniła.

Starał się zwalczyć wyrzuty sumienia. Obwinianie się nic nie da. Zrobił to, co w owym czasie uważał za słuszne. Gdyby poprosiła go, aby pomógł jej uwolnić się od Batesa, na pewno by nie odmówił.

– Co z moją siostrą? – spytał. – Co jej się stało?

– Zmarła dwa miesiące temu.

Zachwiał się, jakby dostał obuchem w głowę. Przeczuwał, że Spring nie żyje, ale kiedy Lilah potwierdziła jego podejrzenia, przeniknął go dojmujący ból. Pocierając ręką twarz, wbił spojrzenie w dziecko, a po chwili w niebieskie oczy kobiety.

– To straszne. Ja… – Urwał.

Mieli tego samego ojca i różne matki. Młodsza o pięć lat Spring zawsze była radosna, pogodna, ufna. Ale już nigdy jej nie zobaczy…

– Przepraszam, że ja tak prosto z mostu…

Potrząsnął głową. Nie potrzebował współczucia. Rozpacz to prywatne bolesne doświadczenie, którym nie chciał się dzielić, zwłaszcza z kimś obcym.

Widział, że Lilah też cierpi.

– Jak umarła?

– Zginęła w wypadku samochodowym. Ktoś przejechał na czerwonym świetle i…

– Czy sprawca wypadku był pijany?

– Nie – odparła Lilah, gładząc Rose po plecach. – To był starszy mężczyzna. Miał zawał. Też zginął.

Czyli nikt nie ponosi odpowiedzialności. Nikogo nie można winić, na nikogo się wściekać.

– Powiedziałaś, że zmarła dwa miesiące temu. – Reed zamyślił się. – Dlaczego dopiero teraz się u mnie zjawiasz?

– Wcześniej nie wiedziałam o twoim istnieniu. – Lilah rozejrzała się po gabinecie. – Możemy kontynuować przy kanapie? Muszę zmienić małej pieluszkę.

– Słucham?

Skierowała się w stronę czarnej skórzanej kanapy. Zanim zdążył zaprotestować, położyła na niej dziecko, po czym sięgnęła do przewieszonej przez ramię torby. Zmieniła pieluszkę, brudną złożyła i podała zaskoczonemu Reedowi.

– Co mam z tym zrobić?

Kąciki ust jej zadrżały. Podobała mu się z uśmiechem na twarzy.

– Radzę wyrzucić.

No jasne. Poczuł się jak kretyn. Zerknął na nieduży kosz na śmieci i westchnąwszy, otworzył drzwi do pokoju asystentki.

– Karen, możesz to wyrzucić?

Trzymając pieluszkę, jakby to był granat, Karen oddaliła się posłusznie. Kiedy Reed ponownie się obrócił, zobaczył, że dziewczynka stoi przy stoliku i piszcząc ze śmiechu, uderza łapkami o lśniący czarny blat. Jego mała siostrzenica…

– Więc nie wiedziałaś o moim istnieniu? – spytał, wciąż obserwując dziecko.

Lilah odgarnęła falujące złocistorude włosy i podniosła wzrok znad torby.

– Do zeszłego tygodnia. Spring nigdy o tobie ani nikim z rodziny nie mówiła. Myślałam, że jest sama na świecie.

Reeda zabolały te słowa. Siostra wymazała go ze swojego życia? Wymazała tak, że nawet jej najlepsza przyjaciółka nie wiedziała o jego istnieniu? Potarł twarz. Żałował tego, jak potraktował Spring podczas ich ostatniego spotkania. Powinien być bardziej wyrozumiały, ale chciał nią potrząsnąć, bo podejrzewał, że niedługo siostra znów wpadnie w tarapaty. Teraz było za późno, żeby ją przeprosić…

– Zostawiła dwa listy. – Lilah wręczyła mu kopertę. – Swój przeczytałam. Ten jest adresowany do ciebie.

Reed rozpoznał pismo. Odwrócił kopertę: zaklejona. Spojrzał na dziecko, które nadal gaworzyło samo z sobą, po czym rozerwał kopertę i wyciągnął ze środka pojedynczą kartkę papieru.

Reed, jeśli to czytasz, to znaczy, że nie żyję. Co za koszmarna myśl! Ale do rzeczy: jeśli Lilah przywiozła Ci mój list, to przywiozła również moją córkę. Zaopiekuj się nią. Pokochaj ją. Dlaczego proszę Ciebie, a nie mamę albo którąś z sióstr? Bo jesteś jedyny z rodziny, na którego zawsze mogłam liczyć.

A jednak ostatnim razem ją zawiódł. Zgrzytając zębami, wrócił do czytania.

Rose Cię potrzebuje, a ja wierzę, że postąpisz, jak należy. Lilah Strong to moja przyjaciółka, od dwóch lat zastępuje mi rodzinę, więc bądź dla niej miły. Lilah zna Rose od pierwszych chwil jej życia, jest jej „drugą mamą”, odpowie na wszystkie Twoje pytania i na pewno chętnie będzie Ci służyć radą.

Co do Colemana, jak zwykle miałeś rację. Znikł, kiedy powiedziałam mu o ciąży. Jednak zanim się rozstaliśmy, kazałam mu się zrzec praw do dziecka.

Kocham Cię, Reed, i wiem, że Rose też Cię pokocha. Więc z góry Ci dziękuję, a raczej z dołu, bo będę już w grobie. Z góry, z dołu, jak wolisz. Twoja Spring.

Nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać. To cała Spring: ze wszystkiego żartowała. Przed oczami zaczęły mu się przesuwać obrazy, jakby kadry z jej życia. Widział owinięte w kocyk niemowlę, potem smarkulę, która łazi za nim krok w krok, nastolatkę uwielbiającą szokować rodziców i wreszcie młodą kobietę, która ciągle szuka miłości.

Powoli złożył list i schował do kieszeni, następnie utkwił spojrzenie w swojej siostrzenicy. Dziecko było zadbane, otoczone miłością, szczęśliwe. Jego obowiązkiem było utrzymać ten stan rzeczy. Zasępił się. Nigdy nie miał do czynienia z dziećmi.

– Widzę panikę w twoich oczach.

Szybko przybrał neutralny wyraz twarzy.

– Nie zwykłem panikować – oznajmił chłodno.

– Dziwne, bo twoje spojrzenie mówi mi, że wolałbyś, abyśmy były z Rose gdziekolwiek, tylko nie tu.

 

Nie podobało mu się, że Lilah bez trudu go rozszyfrowała. Psiakrew, a od znajomych prawników i sędziów często słyszał, że ma pokerową twarz.

– Mylisz się. Po prostu zastanawiam się, co powinienem zrobić. – Przyznanie się do niewiedzy nie było łatwe. Zawsze miał plan. Także plan B na wypadek, gdyby plan A nie wypalił. Oraz plan C, gdyby z planu B nic nie wyszło. Teraz jednak był zdezorientowany.

– Co powinieneś zrobić? – Lilah uśmiechnęła się do Rose, po czym zmierzyła Reeda kpiącym wzrokiem. – Zaopiekować się malutką.

Tyle to i on wie. Zirytowany przeczesał palcami włosy.

– Tak, oczywiście, ale nie jestem przygotowany. Gdybym wiedział…

– To by nic nie zmieniło. Dzieci wywracają życie do góry nogami. Wszelkie plany biorą w łeb.

– Wspaniale.

Rose wydała z siebie przeraźliwy pisk. Reed miał wrażenie, że za moment pęknie mu błona bębenkowa.

– Chryste! Coś jej dolega?

Lilah wybuchnęła śmiechem.

– Nic, jest normalnym wesołym dzieckiem. – Po chwili spoważniała. – Kiedy dowiedziałam się o twoim istnieniu, zaczęłam szperać w internecie. Znalazłam informację, że masz dużo rodzeństwa. Skoro tak, musisz być przyzwyczajony do obcowania z dziećmi.

Ogarnęła go złość. Sprawdzała go? Z drugiej strony wiedział, że potencjalni klienci też to robią.

– Zgadza się. Mam liczne rodzeństwo, które widuję góra dwa razy w roku.

– Czyli nie łączą was bliskie więzi?

– Nie bardzo, ale to bez znaczenia. – Spojrzał na dziecko, które patrzyło na niego oczami Spring. – Na razie muszę rozwiązać problem.

– Rose to nie problem. To dziecko.

– Jest moją siostrzenicą. I moim problemem.

Oczywiście zajmie się nią, tak jak prosiła Spring, ale najpierw musi ogarnąć sytuację. Był człowiekiem sukcesu; swoją pozycję zawdzięczał temu, że działał według planu, nie na żywioł.

W pierwszej kolejności musi wynająć opiekunkę. Spędzał w pracy wiele godzin, a dziecko potrzebuje nieustannej opieki. Znalezienie kogoś odpowiedniego chwilę potrwa. Więc kto się zajmie małą, gdy on będzie szukał wykwalifikowanej niani?

Zamyślił się. Hm, Lilah znała Rose, opiekowała się nią po śmierci Spring. Może zdołałby ją przekonać, by została dłużej i mu pomogła? Tak, zaproponuje jej finansową rekompensatę. Ci, którym nie zbywa na pieniądzach, z reguły chętnie ją przyjmują.

– Mam dla ciebie propozycję.

W niebieskich oczach pojawiło się zdziwienie.

– Jaką?

– Finansową. – Okręciwszy się na pięcie, wrócił do biurka, wyciągnął szufladę, wyjął oprawną w skórę książeczkę czekową. – Chciałbym zatrudnić cię na jakiś czas. Do opieki nad dzieckiem.

– Dziecko ma na imię Rose.

– Tak. Do opieki nad Rose, dopóki nie znajdę niani na stałe. – Sięgnął po długopis. – Zapłacę, ile zażądasz.

Lilah wytrzeszczyła oczy, po czym potrząsnęła ze śmiechem głową, jakby nie dowierzała własnym uszom. Okej, uznał Reed; skoro nie potrafi podać sumy, to on jakąś zaproponuje.

– Pięćdziesiąt tysięcy.

– Co? – spytała zdumiona.

– Za mało? To sto. – Miał nóż na gardle.

– Oszalałeś?

– Bynajmniej. Pieniądze nie grają roli, kiedy czegoś potrzebuję, a potrzebuję pomocy. Bo znalezienie opiekunki zajmie mi tydzień lub dwa.

– Nie jestem na sprzedaż.

Uśmiechnął się. Z doświadczenia wiedział, że za odpowiednią cenę każdego można kupić.

– A ja nie chcę cię kupić. Chcę cię wynająć. Na tydzień lub dwa. Mogłabyś zostać z dzieckiem…

– Z Rose.

– Z Rose. I sprawdzić, czy osoba, którą zatrudnię, nadaje się na opiekunkę.

Zawsze osiągał cel. Teraz też ani przez chwilę nie wierzył, że Lilah mu odmówi.

– Dobrze, zostanę – odrzekła, patrząc na Rose, która dreptała, trzymając się stołu niczym pijaczyna. – Dopóki nie znajdziesz niani. – Przeniosła spojrzenie na Reeda. – Ale nie wezmę od ciebie grosza. Robię to dla Rose, nie dla ciebie.

– Oczywiście. Mam dziś jeszcze kilka spotkań, może więc jedź do mnie do domu…

– Czyli?

– Karen ci wszystko wyjaśni. A teraz… – Zerknął na zegarek.

– Jesteś zajęty. – Przerzuciła torbę przez ramię i wzięła dziecko na ręce. – Później porozmawiamy.

– Jasne. – Starał się ukryć satysfakcję.

Lilah skierowała się do drzwi. Kiedy go mijała, dobiegł go jej zapach. Cytrynowo-szałwiowy, równie kuszący jak ona sama.

– Mieszkasz w hotelu? – spytała, kiedy o szóstej wrócił z pracy.

Od kilku godzin krążyła po luksusowym apartamencie, zdumiona, że ktoś może żyć w hotelu. Wprawdzie jej matka z ojczymem mieszkali na jachcie, bo uwielbiali podróżować, zwiedzać nowe kraje. Ale hotel? Kto mieszka w hotelu, kiedy jest tyle wspaniałych domów do wynajęcia? Słyszała o paru gwiazdach filmowych, ale Reed Hudson był prawnikiem! Nie wolałby domu? Hotele są takie bezosobowe.

Apartament składał się z salonu, dwóch sypialni i dwóch łazienek. Wszędzie stało mnóstwo zdjęć. Czyli wbrew temu, co mówił, Reed utrzymywał kontakt z rodziną. Ucieszyło to ją i trochę zaniepokoiło.

Ucieszyło, bo Rose będzie miała więcej wujków i ciotek. A zaniepokoiło, bo skoro Reed był człowiekiem rodzinnym, to dlaczego nie pomógł Spring, gdy ta potrzebowała pomocy?

Zamknąwszy drzwi, Reed przeszył Lilah chłodnym wzrokiem. Wyobraziła go sobie w sali sądowej; podejrzewała, że samym spojrzeniem potrafi unicestwić przeciwnika.

– Nie podoba ci się apartament? – Wsunął ręce do kieszeni spodni.

– Podoba.

W przeciwieństwie do gabinetu, w którym przeważała czerń, szkło i chrom, tu było jasno i kolorowo. Niebieska sofa, dwa żółte fotele, stół z jasnego drewna. Na podłodze dywany. Wzdłuż ściany taras, na nim beżowe leżaki. Z tarasu widok na pole golfowe, czerwone dachy okolicznych domów i połyskujący w słońcu ocean. Sypialnie urządzone w odcieniach zieleni i beżu, łazienki ogromne, luksusowe, wyposażone jak najlepsze spa.

W Utah Lilah też miała wspaniałe widoki. Wprawdzie jej domek był znacznie mniejszy od apartamentu Reeda, ale uwielbiała patrzeć przez okna na jezioro, na góry, na pełną kwiatów polanę, którą często odwiedzały sarny.

– Gdzie dziecko? – Reed rozejrzał się wokół.

– Rose – odparła Lilah z naciskiem. Czy naprawdę nie mógł zapamiętać imienia siostrzenicy? – Śpi w kołysce, którą dostarczono.

– To dobrze. – Rzucił marynarkę na fotel, rozluźnił krawat i podszedłszy do barku przy gazowym kominku, nalał sobie whisky. – Uprzedziłem Andre, że się zjawisz. I prosiłem, żeby wszystko przygotował.

– Andre był fantastyczny. – Czekał na nią przed hotelem. Mówił z brytyjskim akcentem, ale miał tak sympatyczny uśmiech, że natychmiast wybaczyła mu tę drobną niedoskonałość. – Niezwykle pomocny. Rose z miejsca go pokochała. Niesamowite, że można wynająć apartament z lokajem.

– To istny cudotwórca.

– Wierzę. Przyniósł kołyskę, zapełnił spiżarkę jedzeniem dla dzieci i dał Rose niebieskiego misia.

Reed uśmiechnął się, a jej po plecach przebiegł dreszcz.

– Napijesz się?

Zamierzała odmówić, bała się wyluzować przy Reedzie, ale…

– Chętnie. Białego wina.

Z kieliszkiem wina i szklanką whisky podszedł do kanapy. Kiedy Lilah usiadła, podał jej kieliszek. Wypiła łyk. Dziwnie się czuła w obecności Reeda. Wciąż była na niego zła, ale oprócz złości czuła coś innego. Wypiła kolejny łyk. Skup się na tym, co ważne, przykazała sobie.

– Dlaczego zgodziłeś się zaopiekować Rose? – spytała, przerywając ciszę.

Przez chwilę patrzył na złocisty płyn w szklance.

– Ze względu na Spring.

– Tak po prostu?

– Dziecko… Rose – poprawił się – należy do rodziny, a ja troszczę się o rodzinę.

– Apartament hotelowy nie jest odpowiednim miejscem…

– Wiem. Wyprowadzę się.

– Naprawdę?

– Tak. Hotel idealnie spełniał swoją rolę, kiedy byłem sam, ale teraz muszę poszukać normalnego domu.

Nagle poderwał się na nogi i wyciągnął rękę.

– Co?

– Nie bądź taka podejrzliwa. Chcę ci coś pokazać.

Podała mu rękę, odnosząc wrażenie, jakby po jej ciele przebiegł prąd. Nie wiedziała, czy Reed też coś poczuł; lepiej potrafił ukrywać emocje.

Okrążywszy kanapę, wyszedł na taras. Tam puścił jej dłoń i oparł łokcie o kamienną balustradę. W położonych niżej domach powoli zapalały się światła, a na ciemniejącym niebie migotało coraz więcej gwiazd.

Przez chwilę Lilah spoglądała w dół, potem jednak zaczęła obserwować Reeda. Oczy miał zmrużone, włosy lekko potargane. Wydawał się bardziej… przystępny.