Świąteczne przyjęcieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ CZWARTY

Wystarczyło kilka telefonów, by Sam Hale zdobył wszelkie potrzebne informacje dotyczące przedsiębiorstwa Cameron Leather. Rzeczywiście, firma miała kłopoty, ale sytuacja nie była jeszcze aż tak beznadziejna, jak plotkowano w środowisku. Dave Cameron inwestował, zamiast zachować większą ostrożność, ale jeszcze nie było za późno, by postawić Cameron Leather na nogi.

Zdobyte informacje potwierdzały jednak obawy Sama dotyczące Anny. Wszystko wskazywało na to, że była dokładnie taka, jak przypuszczał, wyrachowana i gotowa na wszystko, by osiągnąć cel. W końcu od dziecka przyzwyczajona była do wystawnego życia.

– Przepraszam, panie Hale.

– Tak, Jenny? – Odwrócił się w stronę gospodyni.

– Tak jak pan prosił, wykonałam telefon. Pani Cameron będzie tu o pierwszej.

Na twarzy Sama pojawił się pełen zadowolenia uśmiech.

– Doskonale. Dziękuję.

Próbował wyobrazić sobie minę Anny, kiedy dowie się, kto tak naprawdę chciał ją zatrudnić. Z pewnością nie będzie zachwycona, ale nie dbał o to. Musiał ją lepiej poznać, by się przekonać, czy jego podejrzenia są słuszne.

– Proszę za mną do salonu.

Anna podążyła za właścicielką do olbrzymiego pokoju, urządzonego gustownie, choć dość surowo, w męskim, oszczędnym stylu. Uwagę przyciągał piękny kominek wypełniający niemal w całości jedną ze ścian. Jednak największe wrażenie zrobiła na Annie olbrzymia choinka udekorowana z dbałością o najmniejszy detal.

– Pięknie tu – powiedziała. – Wydaje mi się, że ten pokój należy do pani męża, prawda?

– Mojego męża? – Kobieta, którą Anna oszacowała na pięćdziesiąt lat, parsknęła śmiechem. – Ależ nie. Mój mąż zmarł dwadzieścia lat temu. Ten dom nie należy do mnie. Jestem tu gospodynią.

Gospodynią? Anna odruchowo obejrzała się za siebie, by sprawdzić, czy gdzieś w pobliżu nie czai się tajemniczy właściciel.

– Przepraszam. Myślałam, że to pani chciała, żebym wykonała obraz na ścianie.

– Nie – usłyszała za plecami znajomy głos. – Pani Soren do ciebie dzwoniła, ale to ja chciałem cię zatrudnić.

Anna miała wrażenie, że dała się schwytać w pułapkę i to bez walki. Odwróciła się powoli i spojrzała prosto w niebieskie oczy Sama.

– Przykro mi. Zaszło nieporozumienie – rzekła ze stoickim spokojem, choć czuła się tak, jakby miała gorączkę.

– Dziękuję Jenny, to wszystko – powiedział Sam, zwracając się do gospodyni.

– Rozumiem, proszę pana – odparła i wyszła, pozostawiając swego pracodawcę i jego gościa samych.

– Kazałeś jej kłamać. To podłe – stwierdziła Anna.

– Nie kłamała.

– Czyli naprawdę chcesz mnie zatrudnić? Ciekawe.

Sam uniósł wysoko brwi.

– Zawsze jesteś taka miła dla potencjalnych klientów? – zakpił.

– Nie jesteś klientem – odparła, chowając do torby portfolio.

– Zatem interesy idą świetnie, tak? Możesz pozwolić sobie na to, by rezygnować z intratnych zleceń?

– Mogę robić, co mi się podoba.

– Owszem, ale nie uważasz, że to trochę niemądre, tracić taką okazję z powodu kilku pocałunków?

– Co takiego?

– Jesteś taka drażliwa.

– Nie jestem drażliwa, tylko wkurzona.

– Nie rozumiem dlaczego. Przyznaj, że było miło.

Prawda, do diabła, to akurat prawda.

– Posłuchaj – zaczęła spokojnie i z godnością. – Oboje marnujemy niepotrzebnie czas. Może ciebie na to stać, ale mnie nie.

– Podjęłaś się wykonania pracy. Mogłabyś przynajmniej dotrzymać słowa.

Do czego zmierzał? Czyżby chciał pokazać jej swoją przewagę, udowodnić, kto rozdaje karty? W porządku, podejmie się zlecania i zażyczy sobie takie honorarium, że Sam będzie musiał odmówić. Wtedy odejdzie i już więcej go nie zobaczy. Najważniejsze to zachować spokój i mieć sytuację pod kontrolą.

– Dobrze. Czego więc ode mnie oczekujesz? Masz jakiś konkretny pomysł?

Posłał jej długi, piękny uśmiech, który sprawił, że coś w niej drgnęło. Ten mężczyzna był chodzącym seksapilem. Powinna się trzymać od niego z daleka. Żadnego flirtu, żadnych pocałunków.

– Właściwie – odparł, wskazując ręką na przestrzeń salonu – chciałbym poznać twoje zdanie. Jakie malowidło pasowałoby tu najbardziej?

W tak pięknym i ekskluzywnie urządzonym pokoju wszystko prezentowałoby się dobrze, ale nie zamierzała mówić tego na głos. Nie przyszła tu po to, by prawić mu komplementy. Popatrzyła z uwagą na puste miejsce nad kominkiem.

– Może widok okna i ogrodu?

– Okna?

Trompe l’oeil – podpowiedziała cierpliwie.

– Rodzaj malarstwa iluzjonistycznego?

– Zgadza się. Odpowiedni artysta potrafi zupełnie zmienić wnętrze bez użycia młotka.

– Jak rozumiem, ty jesteś „odpowiednim artystą”.

– Jestem po prostu dobra w tym, co robię – stwierdziła bez fałszywej skromności.

– Nie wątpię.

Poczuła, że robi jej się gorąco i nienawidziła siebie za to. Z drugiej strony pocieszała się, że mało która kobieta pozostałaby zimna i obojętna wobec taksującego spojrzenia Sama Hale’a.

– Wyjaśnij mi dokładnie, na czym polega twój pomysł – poprosił, krzyżując ramiona na piersiach.

Anna nie mogła się oprzeć pokusie, by opowiedzieć o czymś, co było jej pasją i miłością.

– Na przykład na tamtej ścianie mogłabym namalować stylowe, francuskie okno, za którym rozpościerałby się widok angielskiego ogrodu. Myślę, że wyglądałoby to na tyle realistycznie, by przekonać cię, że wystarczy zrobić krok, aby poczuć zapach kwiatów. Albo zamiast ogrodu proponowałabym ocean z falami rozbijającymi się o brzeg i mewami ponad wodą.

– Brzmi ciekawie. A ile życzyłabyś sobie za swoje niezwykłe dzieło?

Bez zająknięcia wymieniła kwotę dwukrotnie wyższą od tej, jaką musiałby zapłacić za tego typu usługi. Była przekonana, że napotka opór, ale Sam nie wydawał się ani trochę oburzony wysokością honorarium.

– Dam ci podwójną stawkę, jeśli zdążysz z pracami do Bożego Narodzenia.

– Mówisz poważnie?

Była przekonana, że to gra z jego strony. Zwabił ją tu, zaproponował pracę marzeń, tylko po co? Jaki miał w tym interes?

– Oczywiście, jak najpoważniej – powiedział, podchodząc bliżej.

– Ale dlaczego? Dlaczego chcesz mnie zatrudnić? Dlaczego chcesz mi dać tyle pieniędzy?

– Czy to ma jakieś znaczenie?

Nie była tego pewna. Z jednej strony z dziką rozkoszą odrzuciłaby jego propozycję i wyszła, trzaskając drzwiami. Z drugiej jednak strony szaleństwem byłoby odrzucenie takiej wspaniałej oferty.

– To jak będzie? – spytał, uśmiechając się przebiegle, jakby zdawał sobie sprawę, że Anna bije się z myślami. – Zostajesz czy odchodzisz?

Powinna odejść. Byłoby cudownie, gdyby mogła spojrzeć w jego szydercze, niebieskie oczy i powiedzieć: „Nie, nie możesz mnie kupić”. Pomimo satysfakcji, jaką czuła, wyobrażając sobie tę scenę, nie mogła sobie pozwolić na luksus rezygnacji ze świetnie płatnej pracy. Nie było jej na to stać.

– W porządku. Przyjmuję zlecenie.

– Właściwa decyzja.

Wolała milczeć, by nie powiedzieć czegoś, czego musiałaby żałować. Sam Hale był równie irytujący co przystojny.

– Do twojej wiadomości – zaczęła spokojnie, dumna, że potrafi zapanować nad emocjami. – Przyjmuję to zlecenie tylko dlatego, że bardzo potrzebuję tej pracy. Ale żeby wszystko było jasne… nie lubię cię.

– A mimo to zostajesz. Pieniądze rządzą, co?

Anna nie mogła znieść jego kpiącego spojrzenia. Oskarżył ją, że spotykała się z jego bratem tylko dla pieniędzy. Teraz dawała mu do rąk mocny argument. Ta świadomość doprowadzała ją do szału.

– Łatwo mówić, że pieniądze nie są ważne, kiedy masz ich w bród. – Nie zamierzała się tłumaczyć, ale nie mogła pozostawić tych wstrętnych aluzji bez komentarza.

– Naturalnie. Dziwię się tylko, że pomimo całej nienawiści jesteś w stanie brać ode mnie pieniądze.

– Coraz mniejszą mam na to ochotę.

– Jasne – rzucił z prowokującym uśmiechem.

– Czy chcesz, żebym rzuciła tę robotę, zanim jeszcze zaczęłam?

– Ależ skąd, raczej chcę sprawdzić, jak długo jesteś w stanie zapanować nad temperamentem.

– Już niedługo. Dlatego wolę się pożegnać. Zaczynam od jutra, dobrze?

– Świetnie. Widzimy się o ósmej.

W pokoju panował przyjemny półmrok rozpraszany jedynie światłem lampek na choince. Anna upiła łyk białego wina, patrząc w ekran telewizora. Nieustannie powtarzała sobie: „Odpręż się, odpocznij, uspokój”, ale tym razem autosugestia nie przynosiła oczekiwanych rezultatów. Jej myśli wciąż krążyły wokół Sama Hale’a.

Kiedy usłyszała dzwonek do drzwi, niechętnie podniosła się z kanapy. Czuła się zmęczona i nie miała ochoty widzieć się z kimkolwiek. Kiedy zerknęła przez wizjer, poczuła się jeszcze gorzej. Z rezygnacją otworzyła drzwi.

– Cześć, Clarisso.

– Anno, kochanie. – Macocha wparowała do środka jak burza z radosnym uśmiechem na twarzy. – Chciałam ci powiedzieć, jak mi przykro, że tak głupio zachowałam się na przyjęciu. Nie miałam zamiaru cię zawstydzić.

– W porządku, nic się nie stało. Rozumiem.

– Wiem, kochanie – odparła. – Wciąż jednak martwię się o twojego ojca.

– Tata sobie poradzi. Wychodził już z większych tarapatów. – Nie zamierzała bagatelizować problemów ojca, ale nie chciała, żeby macocha znowu grała na jej emocjach.

– Ależ firma jeszcze nigdy nie była w takim dołku. Na szczęście jest nadzieja. I to dzięki tobie. Od kiedy wiem, że spotykasz się z Samem Hale’em, odetchnęłam z ulgą.

Zaczyna się, pomyślała Anna z wściekłością.

– Clarisso, między nami nic nie ma, zrozum, że…

 

– Nie, nie, nie, kochanie, nie musisz mi nic tłumaczyć. Nie chcę się mieszać do twoich prywatnych spraw. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że wszystko rozumiem. Byłaś bardzo rozsądna, przesuwając uwagę z Garreta na Sama. W końcu, jakkolwiekby było, to on ma wpływy, a nie jego młodszy brat.

Anna poczuła mocny ból w skroniach. Nie miała już ani sił, ani cierpliwości.

– Nie jestem zainteresowana Samem – syknęła, artykułując wyraźnie każde słowo z osobna.

– Och, no przecież wszyscy widzieliśmy pocałunek. Twój ojciec też się cieszy. Chce nawet porozmawiać z Samem.

– Nie – krzyknęła Anna. – Clarisso, musisz powiedzieć ojcu, że nie spotykam się z Samem.

– Ale dlaczego? Nie denerwuj się. – Posłała pasierbicy konspiracyjny uśmiech. – Przecież on pragnie tylko twojego szczęścia.

– Clarisso, ostrzegam cię…

– Och, nie wiedziałam, że już tak późno – zawołała, spoglądając na zegarek. – Muszę uciekać. Razem z twoim ojcem zaraz po kolacji idziemy do teatru na Opowieść wigilijną.

– Clarisso – Anna próbowała przedrzeć się przez potok słów. – To nie jest tak, jak myślisz. Naprawdę nic mnie nie łączy z Samem.

Macocha wybuchła śmiechem, wyrażając tym samym pobłażanie dla niemądrych żartów Anny.

– Kochanie, przecież widziałam ten pocałunek. A razem ze mną połowa miasta. Możesz się przyznać lub nie, ale z całą pewnością coś was łączy.

Cmoknęła pasierbicę w policzek i dodała radośnie:

– A tak przy okazji, śliczna choinka, pa, skarbie.

Po wyjściu Clarissy Anna została sama, z gonitwą myśli i pustą butelką po białym winie.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Anna wjechała na tyły domu Sama, gdzie na końcu drogi znajdował się parking otoczony rozległym trawnikiem. Dalej, za kamiennym murem rozciągał się przepiękny widok na ocean. Anna musiała przyznać, że miejsce jest wyjątkowo urokliwe. Gdy wysiadła, dostrzegła, że na niebie zaczęły się zbierać burzowe chmury, a wiatr zdawał się z każdą chwilą przybierać na sile. Zima w północnej, nadbrzeżnej części Kalifornii, nie objawiała się mrozem i śniegiem, a jedynie częstszymi załamaniami pogody i kolorowymi liśćmi na drzewach.

Anna poprawiła szarpane wiatrem włosy, po czym sięgnęła do bagażnika sportowego samochodu po niezbędne do pracy materiały: miarkę, farby, szablony oraz pędzle, które trzymała w starej puszce po kawie.

Nagle dostrzegła po swojej prawej stronie jakiś ruch i machinalnie odwróciła głowę. To Sam Hale zmierzał w jej kierunku, ubrany w jasne dżinsy, ciemnozielony sweter i czarne buty. Nienawidziła siebie za to, że tak mocno reagowała na jego widok. I w ogóle skąd on się tu wziął? Nie sądziła, że pracując tutaj, będzie musiała go widywać. Nie miał nic do roboty?

– Co ty tu robisz? – spytała z wyrzutem.

– Mieszkam, nie pamiętasz?

– Pamiętam – mruknęła. – Miałam na myśli…

– Wiem, co miałaś na myśli. – Wskazał ręką na zawartość bagażnika. – Potrzebujesz tego wszystkiego, by namalować obrazek na ścianie?

– To nie jest zwykły obrazek. Słyszałeś o technice faux finisz? To nie tylko malowanie, to także naśladowanie faktury drewna, marmuru, cegły – powiedziała, powstrzymując się przed wygłoszeniem referatu z historii sztuki na temat artystycznych technik malarskich. – I wracając do twojego pytania: tak. Potrzebuję wszystkich przyborów.

Kącik warg Sama uniósł się nieznacznie i Anna ze złością musiała się przyznać sama przed sobą, że jej ciało reaguje nawet na przelotny półuśmiech.

– Dobrze – powiedział, biorąc z bagażnika większość rzeczy. – Chodź za mną.

Nie pozostawił mi dużego wyboru, pomyślała Anna, próbując dotrzymać mu kroku. Ku swojemu zdumieniu spostrzegła, że Sam prowadzi ją do garażu. Wewnątrz stały dwa samochody, przykryte częściowo grubym płótnem. Szczerze mówiąc, wyglądały dość żałośnie, pozbawione opon, szyb i świateł.

– Czyżby nie było cię stać na taki samochód, który jeździ?

Sam prychnął, udając, że nie bawią go podobne żarty.

– To wspaniałe auta.

– Skoro tak mówisz.

– Myślałem, że artyści mają bogatą wyobraźnię.

– Rzeczywiście potrzeba wyjątkowo bogatej, by zachwycać się tym czymś.

– Poczekaj tylko, aż doprowadzę je do porządku, wtedy inaczej zaśpiewasz.

Nieco zbita z tropu raz jeszcze spojrzała na szkielety samochodów. Czyżby Sam Hale nie bał się pobrudzić rąk? Jedyne, co o nim wiedziała, to że jego przedsiębiorstwo zajmowało się produkcją luksusowych samochodów dla bogatych klientów.

– Samodzielnie pracujesz nad modelami?

– Owszem – potwierdził, nie bez satysfakcji. – Kiedyś pracowałem jako mechanik. Naprawdę dobry mechanik. Po śmierci rodziców harowałem dzień i noc, żeby Garret mógł pójść na studia i mieć zapewniony dobry start w życiu.

– A co z tobą?

– Skończyłem college, ale więcej dała mi praktyka. Budowałem swoją pozycję powoli, ale skutecznie. Pewnego dnia znany producent z Hollywood zamówił u mnie samochód. Moja praca spodobała mu się tak bardzo, że polecił mnie swoim znajomym i zanim się obejrzałem, powstało przedsiębiorstwo Hale Custom Autos. Mimo że zajmuję się teraz głównie dyrektorowaniem, nadal lubię tworzyć, czuć jak samochód pod moimi rękami ożywa. Nie wiem, czy jesteś w stanie to zrozumieć.

– Oczywiście, że rozumiem. – Niespodziewanie ujrzała Sama w nowym, korzystniejszym świetle. Najwidoczniej lepiej się czuł w garażu z dłońmi pobrudzonymi smarem niż za firmowym biurkiem wartym kilka tysięcy dolarów. – Malarze często korzystają teraz z programów komputerowych, by zaplanować każdy szczegół. Ja wolę własne ręce i białą ścianę.

– Czyżbyś próbowała powiedzieć, że mamy ze sobą coś wspólnego? – spytał z tym swoim półuśmiechem, który wprawiał ją w popłoch.

Patrzyła na niego z rosnącą fascynacją. Był taki wysoki, męski, pociągający. Miał w sobie charyzmy i uroku za dwóch. Wiedziała, że dla własnego dobra powinna się pożegnać, wsiąść do samochodu i zapomnieć o spodziewanych zyskach, ale nie potrafiła się na to zdobyć.

– Tak – przyznała niechętnie. – Mamy ze sobą coś wspólnego.

Na krótką chwilę ich spojrzenia się skrzyżowały, a powietrze jakby zgęstniało. Czuła, że coś się dzieje, coś ekscytującego, niebezpiecznego, wyjątkowego. Serce biło jak oszalałe, a wargi momentalnie zrobiły się suche.

Nie mogło do niczego dojść między nimi. Przecież jej nie ufał. Uważał, że zależy jej tylko na pieniądzach. Poniekąd taka była prawda. Gdyby nie możliwość świetnego zarobku, nie przyjęłaby posady.

– Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? Chcesz, żebym wymalowała twoje samochody?

– Ależ nie – zaśmiał się lekko. – Chodź ze mną.

Poprowadził ją do małego pokoju, oddzielonego od garażu cienką ścianą. W środku dostrzegła biurko, dwa krzesła, niedużą szafkę z przegródkami na dokumenty i mizerną, na wpół uschniętą paprotkę w niebieskiej doniczce. W suficie znajdował się świetlik, przez który wpadało nieco promieni słonecznych, ale brakowało okien, co Annie wydało się dość dziwne.

– Kiedy pracuję nad samochodami, staram się zachować jak największą sterylność, stąd brak okien, przez które wpada kurz i piasek. Jak pewnie zauważyłaś, trochę tu klaustrofobicznie.

– Tak – stwierdziła. – A nie mógłbyś tu wstawić okien i ich nie otwierać?

Pokręcił głową.

– Kurz i tak by się przedostawał. Świetlik jest podwójnie uszczelniony. Kiedy dopiero zaczynam pracować nad projektem, zostawiam drzwi garażu otwarte, żeby wpuścić trochę powietrza, ale kiedy dochodzę do szczegółów, wszystko musi być pozamykane. Chciałbym, żebyś ożywiła trochę to pomieszczenie, uczyniła je przestronniejszym. Myślisz, że byłabyś w stanie to zrobić?

– Oczywiście.

Podeszła do torby z przyborami i wyciągnęła dwa ołówki, miarkę i taśmę.

– Czy potrzebujesz czegoś? – spytał.

– Jedynie świętego spokoju. Wolałabym zostać sama. – Wiedziała, że nie będzie w stanie skoncentrować się na pracy w jego obecności.

– Załatwione – odparł, wycofując się z biura. – Będę w garażu. Jeżeli będziesz czegoś potrzebowała, po prostu zawołaj.

– Nie idziesz dziś do pracy? Zostajesz tutaj?

– Mogę kierować firmą, nie wychodząc z domu. Wystarczy laptop i telefon. Nie ruszę się stąd, dopóki nie skończysz.

– Znakomicie – rzekła z przekąsem.

Postanowiła, że pomimo mało komfortowych warunków postara się maksymalnie skupić na swoich obowiązkach. Wtedy być może zapomni, że Sam jest tuż obok. A przynajmniej taką miała nadzieję.

Sam, choć zawsze wkładał w swoją pracę całe serce, dziś z trudem się koncentrował. Mimo to nie żałował, że sprowadził tu Annę. Mógł ją obserwować, sprawdzić, jaka jest tak naprawdę. Zastanawiał się, czy nie powinien zadzwonić do brata, by powiedzieć mu, że Anna jednak ma swoją cenę, ale ostatecznie dał sobie spokój. Co prawda Garret już z nią skończył, ale nie chciał zaostrzać sytuacji. Jeśli młodszy brat wspomni jej imię, wtedy opowie mu o szczególnym zamiłowaniu Anny do pieniędzy. Przecież wyłącznie dlatego przyjęła zlecenie. Gdyby miała więcej dumy, odrzuciłaby propozycję. Czyż to niewystarczający dowód na to, że Anna jest równie wyrachowana co piękna? Garret nie powinien mieć najmniejszych wątpliwości, że jego brat chciał tylko jego dobra i dlatego dążył do zerwania. Nieoczekiwanie pojawił się kolejny problem. Sam, wbrew sobie, zapragnął tej kobiety. Niedobrze. Bardzo niedobrze.

Z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu.

– Słucham – rzucił ostro, niezadowolony, że ktoś przerywa mu pracę.

– Masz taki ton, jakbyś chciał komuś przyłożyć – usłyszał rozbawiony głos brata.

– A co? Zgłaszasz się na ochotnika?

– Zapomnij – roześmiał się. – Chciałem ci tylko powiedzieć, że wyjeżdżam z miasta na jakiś czas.

– Co takiego? – Sam, z irytacją pomyślał, że jego młodszy brat chyba nigdy nie wydorośleje. – Nie możesz wyjechać, przecież pracujesz.

– A, to? Już nieaktualne, nie wyszło.

– Niech cię diabli, Garret…

– Nie dzwonię do ciebie, żebyś prawił mi kazania – przerwał mu szorstko, bez śladu wcześniejszej wesołości. – Jadę na kilka dni do Aspen. Chciałem tylko, żebyś wiedział, to wszystko.

– Świetnie, wielkie dzięki – rzucił z wściekłością.

– Nie chcę się z tobą kłócić, Sam – powiedział Garret pojednawczo. – Potrzebuję trochę czasu, rozumiesz? Ta praca, którą załatwiłeś mi w agencji reklamowej, doprowadza mnie do szału.

Sam przypomniał sobie, jak niedawno dzwonił do swojego starego przyjaciela z prośbą o posadę, i uświadomił sobie, że teraz będzie musiał znów zadzwonić, by przeprosić za brata.

– Garret, przecież chciałeś tam pracować! Poręczyłem za ciebie!

– Pomyliłem się. To nie dla mnie.

– W takim razie co jest dla ciebie? – Sam doskonale znał odpowiedź. Jedyną pasją Garreta był snowboard i kobiety. – Co zamierzasz robić w życiu? Z czego się utrzymasz?

– Nie martw się – roześmiał się beztrosko jak mały, uroczy chłopiec, któremu wszelkie przewinienia zawsze uchodzą na sucho. – Coś wymyślę.

I tego właśnie się boję, pomyślał Sam.

– Posłuchaj, obiecuję, że na święta będę z powrotem – zapewnił Garret.

– W porządku – odparł, podnosząc wzrok. W drzwiach dostrzegł Annę, więc natychmiast zakończył rozmowę.

– Jakiś problem? – spytała.

– Nie – odparł beznamiętnym tonem. Nie zamierzał omawiać z Anną problemów, jakie mu sprawiał młodszy brat. – Jak ci idzie?

– Świetnie. Chcesz zobaczyć?

Oczywiście, że chciał. Do końca nie wiedział, czego powinien się spodziewać, ale wyobrażał sobie, że dostrzeże jakiś element krajobrazu, toteż w milczeniu patrzył na ścianę, która za pomocą niebieskiej taśmy upstrzona była poziomymi i poprzecznymi liniami. Nie bardzo rozumiał artystyczny zamysł Anny, ale sądząc po jej zadowolonej minie, prace zmierzały we właściwym kierunku.

– To tak ma wyglądać? – upewnił się.

– Na razie tak – odparła, wychylając się zza jego pleców. – Jestem już prawie gotowa, żeby zająć się tłem, które wyznaczają te poprzeczne linie.

– A co to będzie?

– Niespodzianka.

Była zbyt blisko i pachniała zbyt kusząco. Ciemne włosy związane w kucyk odsłaniały piękną szyję, a zielone oczy błyszczały pod wpływem emocji. Wyglądała cudownie. Tak naprawdę nigdy nie spotkał piękniejszej kobiety.

Nim zdążył pomyśleć, chwycił ją za ramiona i przyciągnął do siebie.

– Sam. – Jej głos przeszedł w urywany szept.

– Nic nie mów – zażądał miękko, po czym powoli pochylił się nad nią. Musiał się przekonać, czy poczuje to samo co wtedy, gdy całował ją po raz pierwszy.

 

– To nie jest dobry pomysł – zaprotestowała nieśmiało.

– Masz rację – potwierdził, biorąc jej twarz w obie dłonie.

Kiedy ich wargi się zetknęły, zrozumiał, że Anna Cameron będzie większym problemem, niż przypuszczał.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?