Rozkosz w sieci kłamstw

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maureen Child
Rozkosz w sieci kłamstw

Tłumaczenie:

Elżbieta Chlebowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Vance Waverly stał przed domem aukcyjnym, który od stu pięćdziesięciu lat nosił jego rodowe miano. Zabytkowa kamienica była w tym czasie raz czy dwa razy modernizowana, ale jej natura pozostała ta sama: wystawiano tu na sprzedaż prawdziwe skarby – rzeczy piękne, unikalne, historyczne.

Swego czasu budynek uważano za prawdziwy drapacz chmur – parter i sześć pięter, razem siedem – szczęśliwa liczba. Wejścia strzegły bliźniacze cyprysy przycinane w spiralne kolumny. Wielkie okna połyskiwały w ostrym świetle wczesnego lata. Ciężkie żelazne balustrady otaczały balkony na pierwszym piętrze. Szary piaskowiec dodawał budynkowi majestatu, a w łukowatym oknie zwieńczającym podwójne drzwi wejściowe widniało jego nazwisko – Waverly.

Vance czuł zrozumiałą dumę na widok dzieła swojego prapradziadka Windhama Waverly’ego. Powołując do życia dom aukcyjny, zbudował sobie pomnik trwalszy od spiżu i unieśmiertelnił się w ludzkiej pamięci.

Vance i jego przyrodni brat byli ostatni z rodu. Już to wystarczało, by dbać o reputację firmy jak o własne dobre imię. Jako członek zarządu Vance osobiście nadzorował najdrobniejsze szczegóły działalności domu, poczynając od szaty graficznej katalogu po pozyskiwanie najciekawszych i najbardziej wartościowych dzieł sztuki.

W siedzibie firmy czuł się jak w domu. Swój luksusowy apartament z widokiem na rzekę Hudson traktował jak sypialnię. Prawdziwe życie toczyło się w kamienicy Waverly’s.

– Ej, koleś! – rozległo się tuż za nim. – Będziesz tu sterczał przez cały dzień?

Nie wiadomo skąd wyrósł mu za plecami kurier FedEx z naręczem paczek. Vance bez słowa ustąpił mu drogi.

– Ludziom się wydaje, że chodnik należy do nich – mruknął kurier, zamiast podziękować.

– Ech, ci nowojorczycy – westchnął Vance.

– Dzień dobry.

Vance spojrzał w prawo i zobaczył przyrodniego brata. Roark rzadko bywał w Nowym Jorku, teraz przyleciał na spotkanie z którymś ze swych agentów. Był równie wysoki jak Vance, dobrze ponad metr osiemdziesiąt, z zielonymi oczami i brązowymi włosami. Nie byli do siebie podobni, wszak mieli różne matki. Do śmierci ojca, Edwarda, Vance nie miał pojęcia o istnieniu brata.

Przez ostatnich pięć lat udało im się przynajmniej w części nadrobić stracony czas i zaprzyjaźnić się, chociaż Roark się upierał, by nikogo nie wtajemniczać w kwestię ich pokrewieństwa. Nie do końca wierzył, że Edward Waverly naprawdę był jego ojcem. W końcu jedyny dowód stanowił list, który zmarły dołączył do testamentu. Vance nie kwestionował słów ojca, jednak dostosował się do życzenia brata i zachował dyskrecję, szczęśliwy, że udało mu się namówić go do pracy w rodzinnej firmie.

– Dziękuję, że znalazłeś czas na spotkanie – powitał brata Vance.

– Oby sprawa była tego warta – odparł Roark. Obaj skierowali się do małej kawiarni na rogu. – Późno się położyłem i padam na nos.

Miał okulary przeciwsłoneczne, znoszoną skórzaną kurtkę motocyklową i dżinsy. Vance zazdrościł bratu. Też wolałby wygodne dżinsy niż garnitur i krawat, ale rynek antyków i dzieł sztuki ma swoje wymagania, a Vance zawsze robił to, co do niego należało.

– To ważne – stwierdził. – W każdym razie, potencjalnie ważne.

– Zamieniam się w słuch. – Rozsiedli się przy stoliku pod parasolem, dając znak kelnerce, że może im nalać kawy.

Vance starannie ważył słowa, wpatrując się w gorący aromatyczny płyn. Zazwyczaj ignorował plotki, teraz jednak sprawa może mieć poważne reperkusje. W dodatku dotyczy domu aukcyjnego Waverly’s.

– Słyszałeś o Ann?

– Ann Richardson? Naszej dyrektor operacyjnej? – upewnił się Roark.

– Tak, tej Ann. – Doprawdy, czy znają jakieś inne kobiety o tym imieniu?

– Co miałem słyszeć? – Roark zdjął okulary i rozejrzał się wokół.

– Chodzą plotki, że ma romans z Daltonem Rothschildem, szefem domu aukcyjnego Rothschildów i naszym głównym konkurentem.

– To niemożliwe. – Brat potrząsnął głową.

– Ja też w pierwszej chwili nie uwierzyłem.

Dyrektor operacyjna Waverly’s Ann Richardson była niezastąpiona na tym stanowisku. Inteligentna, dobrze wykształcona, na swój awans zapracowała, startując z poślednich urzędniczych pozycji. W krótkim czasie stała się najmłodszą menedżerką zarządzającą domem aukcyjnym, w dodatku firmą o światowym zasięgu i o nieposzlakowanej renomie.

– Co właściwie usłyszałeś? – zapytał brat, wyraźnie nieprzekonany.

– Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie Tracy. Dała mi do zrozumienia, że powinienem sięgnąć po dzisiejszy „Post”.

– Tracy Bennett? – upewnił się Roark. – Ta dziennikarka? Twoja flama sprzed roku?

– Aha. Powiedziała, że jej gazeta dostała cynk o romansie Ann z Daltonem.

– Ann nie dałaby się nabrać na gadki tego gogusia – prychnął lekceważąco Roark.

Vance nie podzielał jego optymizmu. Inteligentni ludzie też podejmują głupie decyzje. Zazwyczaj usprawiedliwiają je „zakochaniem”, cokolwiek to słowo znaczy. Miłość można włożyć między bajki, to tylko chwyt reklamowy, dzięki któremu lepiej się sprzedają walentynkowe kartki z serduszkami i podróże poślubne.

– Jeśli coś jest między nimi… – zaczął ostrożnie.

– Co masz zamiar zrobić?

– Porozmawiam z Ann i uprzedzę ją, że może się spodziewać takiego artykułu.

– I?

– Miej oczy i uszy otwarte. Ufam Ann, ale nie dam złamanego grosza za Daltona. Zawsze chciał się pozbyć konkurencji. Skoro nas nie może wykupić, spróbuje doprowadzić do wrogiego przejęcia albo nas zrujnować. Jego niedoczekanie – zakończył Vance.

– Dzień dobry, panie Waverly. Oto kawa i plan zajęć na dzisiejszy dzień. Jest też zaproszenie na garden party do senatora Crane’a. Przyszło wczoraj już po pana wyjściu.

Nowa asystentka Vance’a, Charlotte Potter, była niewielką blondynką z długim końskim ogonem i przyjemnymi dla oka krągłościami. Miała intensywnie niebieskie oczy, pełne wargi i trudno jej było usiedzieć w miejscu.

Zatrudnił ją na prośbę innego członka zarządu, który odszedł na emeryturę, a młodą podopieczną traktował jak własne dziecko. Charlotte pracowała dla Vance’a tylko tydzień, ale on już wiedział, że z ich współpracy nic nie będzie.

Jest za młoda, za ładna i, mówiąc krótko, wszędzie jej pełno, trudno się przy niej skupić. Teraz wypięła pupę, schylając się do dolnej szuflady, a przecież żaden normalny mężczyzna nie będzie na taki widok myślał o pracy. Tak, nie nadaje się na jego sekretarkę.

Trudno zwolnić dziewczynę tylko za to, że jej widok go rozprasza, ale zawsze można ją przesunąć na inne stanowisko. Odbierając elegancką kopertę z rąk młodej kobiety, Vance był bliski podjęcia decyzji.

Może nie będzie to poprawne politycznie, ale jego asystentką powinna zostać solidna i poważna matrona albo jakiś facet. Poprzednia sekretarka, Claire, poszła na emeryturę po sześćdziesiątych piątych urodzinach. Była bardzo kompetentna, zawsze opanowana i pedantyczna aż do bólu. Na jej biurku każdy długopis miał swoje miejsce. Vance czuł, że może na niej polegać.

Tymczasem Charlotte… W kącie pokoju niespodziewanie wyrósł fikus, a na biurku fiołki afrykańskie. Pojawiły się też ramki ze zdjęciami, choć Vance nigdy nie przyjrzał się, co przedstawiały. Zauważył tylko niespodziewany kolorowy zamęt.

Nowa asystentka trzymała długopisy i ołówki w kubku, który przypominał kask nowojorskiej drużyny futbolowej Jets, a obok telefonu miała miseczkę M&M’sów. Nie powinien był posuwać się tak daleko w swojej uprzejmości dla kolegi z zarządu i jej zatrudniać. Cóż, każdy dobry uczynek będzie ukarany, jak zwykł mawiać jego ojciec. Kto by pomyślał, że miał rację!

Vance w pracy chciał mieć uwagę niepodzielnie skupioną na sprawach zawodowych, niepotrzebna mu dystrakcja, nawet w powabnym opakowaniu. Zwłaszcza teraz, gdy na horyzoncie pojawił się problem z Rothschildem. Jeśli to oznacza, że jest męską szowinistyczną świnią, trudno, niech będzie.

Jako jeden z ostatnich Waverlych, w dodatku nadal związany z domem aukcyjnym, zamierzał godnie reprezentować prapradziadka, który założył firmę. Nie była mu do tego potrzebna ładna buzia w sekretariacie.

– Dziękuję, Charlotte – powiedział, kierując się do gabinetu. – Nie łącz mnie z nikim przed zebraniem zarządu.

– Oczywiście. I proszę mówić do mnie Charlie. – Posłała mu promienny uśmiech.

Vance zmierzył wzrokiem sylwetkę dziewczyny, gdy pochyliła się nad pocztą. Koński ogon przerzuciła sobie do przodu, na piersi. Musiał przyznać sam przed sobą, że trudno mu będzie ignorować osóbkę tak atrakcyjną.

Przyglądał się swojej asystentce, w milczeniu pijąc kawę. Teraz zauważył, że nuciła coś, fałszując.

Powinien zasiąść za biurkiem i zadzwonić do londyńskiego biura w sprawie organizowanej tam aukcji. Trzeba też rozważyć, jakie mogą być reperkusje na rynku dzieł sztuki, jeśli plotki o Ann się potwierdzą. Zupełnie nie ma nastroju na dzisiejsze posiedzenie zarządu.

Charlie odwróciła się nagle i aż podskoczyła na widok szefa, nadal stojącego za jej plecami.

– Na śmierć mnie pan wystraszył. – Roześmiała się nerwowo. – Myślałam, że już dawno poszedł pan do siebie.

To właśnie powinien był zrobić. Tymczasem zagapił się jak sztubak. Niedobrze.

– Czy agenda na dzisiejsze zebranie została wydrukowana? – zapytał. – Muszę wprowadzić do niej parę zmian.

– Bardzo proszę. – Podała mu folder z odłożonej na biurku sterty. – Załączyłam też przygotowaną przez pana listę prywatnych kolekcji, na które można składać oferty w najbliższych tygodniach.

 

Otworzył folder i z uznaniem spostrzegł, że jego odręczne notatki zostały starannie przepisane pogrubioną czcionką. Na końcu znalazł wydruk, którego się nie spodziewał.

– Projekt kolejnego katalogu w paru miejscach wydał mi się nieczytelny – wyjaśniła nieśmiało. – To są propozycje zmian. Wiem, że nie powinnam…

Vance obrzucił kartkę uważnym spojrzeniem. Musiał przyznać, że wszystkie sugestie były trafne. Cenne wazy Ming zostały odpowiednio wyeksponowane, a nie upchnięte gdzieś w tle.

– Dobra robota – pochwalił szorstko.

– Dziękuję. Kamień spadł mi z serca – przyznała. – Nie chciałam się szarogęsić. Ta praca jest dla mnie bardzo ważna i staram się wykonać ją jak najlepiej.

Vance zawstydził się swoich wcześniejszych planów, gdy patrzył w szczerą, pełną zapału twarz asystentki. Miała taką uszczęśliwioną minę, jakby pana Boga za nogi złapała, a on jeszcze przed chwilą przemyśliwał, jak by tu się jej pozbyć. Może powinien dać jej szansę. Trzeba tylko patrzeć na Charlie jak na istotę bezpłciową.

Ale wystarczył kolejny rzut oka na jej piersi i biodra, by storpedować ten pomysł. Tylko ślepiec by nie zauważył, jak atrakcyjną kobietą jest jego asystentka. Na szczęście dzwonek telefonu wybawił go z opresji.

– Sekretariat Vance’a Waverly’ego – powiedziała Charlie uwodzicielskim głosem. A może tylko mu się tak wydawało. – Proszę poczekać. To Derek Stone z naszego londyńskiego biura – oznajmiła szefowi.

– Świetnie. Przełącz go do mnie, Charlotte, a potem nie łącz już z nikim. – Vance wszedł do gabinetu zadowolony, że kłopotliwa wymiana zdań została przerwana.

Zamknął drzwi i podszedł do biurka, nie patrząc na ściany, na których arcydzieła starych mistrzów sąsiadowały z obrazami nieznanych malarzy, czekających jeszcze w kolejce do sławy. Wzdłuż jednej z nich stała długa kanapa z dwoma fotelami i niskim stołem. Okno za biurkiem wychodziło na Madison Avenue i zawsze ruchliwy Manhattan.

Vance sięgnął po słuchawkę i odwrócił się plecami do tego wspaniałego widoku.

– Już jestem. Co u ciebie słychać, Derek?

Charlie odetchnęła głęboko. Z jej twarzy zniknął uśmiech, który miał maskować zdenerwowanie, jakie ją ogarniało w obecności nowego szefa.

– Nie dość, że wygląda jak młody bóg, to jeszcze świetnie pachnie – mruknęła pod nosem.

Stanowczo musi się wziąć w garść. Ale hormony się nie uspokoiły i po plecach nadal chodziły jej przyjemne dreszcze. Ile razy znalazła się w towarzystwie Vance’a, rumieniła się, zapominała języka w gębie i gapiła na niego rozanielona. Dlaczego straciła głowę dla szefa, przed którym drży pół firmy?

Nie da się zaprzeczyć, że to bardzo interesujący mężczyzna – wysoki, barczysty, ciemnowłosy. W oczach migoczą mu złote iskierki, chociaż rzadko się uśmiecha. Zawsze jest rzeczowy i trochę nieufny – miała nawet wrażenie, że pilnie ją obserwuje, jakby szukał pretekstu do zwolnienia jej z pracy.

Niedoczekanie. Na to mu nie pozwoli.

Ta posada jest najlepszą rzeczą, jaka jej się zdarzyła. Może nie najlepszą, pomyślała, rzucając czułe spojrzenie na zdjęcie dziecka na biurku, ale na pewno drugą z kolei. Zawodowo była to szansa, która zdarza się tylko raz. Pracuje teraz dla jednego z najważniejszych członków zarządu i wreszcie ma sposobność udowodnić, że ma kwalifikacje potrzebne, by awansować w strukturze firmy.

Wyprostowała się i skinęła głowa, przytakując własnym myślom. Została asystentką Vance’a, bo chciał wyświadczyć przysługę swemu staremu przyjacielowi, ale jej wiedza i umiejętności znakomicie się tu sprawdzą. Będzie stawała na rzęsach, aż wreszcie nowy szef sam to przyzna.

– Sekretariat Vance’a Waverly’ego. Jak mogę pomóc? – Odebrała kolejny telefon.

– Co u ciebie? – usłyszała w odpowiedzi znajomy głos Katie, przyjaciółki z księgowości.

– Na razie w porządku – zapewniła przyjaciółkę, upewniając się jednocześnie, czy drzwi do gabinetu są zamknięte i czy może sobie pozwolić na parę minut prywatnej rozmowy.

– Jaka była reakcja szefa na twoje propozycje poprawek do katalogu?

– Miałaś rację, Katie – odparła Charlie. Projektowała zmiany w szacie graficznej od kilku dni, traktując tę pracę jak ćwiczenie na własny użytek. Dopiero przyjaciółka przekonała ją, że jej projekty są naprawdę dobre i powinna je pokazać Vance’owi. – Pochwalił mnie.

– A nie mówiłam? – Charlie słyszała równomierne klikanie klawiatury, bo Katie ani na chwilę nie przerwała pracy. – To łebski facet. Potrafi docenić, jaki skarb ma w sekretariacie.

– W zeszłym tygodniu miałam wrażenie, że tylko czeka, aż coś schrzanię, cały czas patrzył mi na ręce – westchnęła Charlie, zerkając na uśmiechniętą buzię synka.

– Może patrzy na ciebie, bo mu się podobasz.

– Na pewno nie. – Sama myśl o tym napełniła ją miłym ciepłem, ale szybko przywołała się do porządku. Praca nie jest miejscem do nawiązywania romansów. Praca to gwarancja lepszego życia dla niej i małego Jake’a. Nowa posada wraz z podwyżką to pierwszy etap w drodze na szczyt. Wystarczy tylko udowodnić szefowi, że jest mu nieodzowna.

– Czy ty się ostatnio przeglądałaś w lustrze? – zachichotała Katie. – Gdybym była lesbijką, nawet ja zaczęłabym cię podrywać.

To rozśmieszyło Charlie. Wokół Katie zawsze kręcił się tłumek adoratorów i co miesiąc miała nowego chłopaka. Jednak koleżanka miała rację. Większość ludzi oceniała Charlie po pozorach – widzieli duże niebieskie oczy, blond włosy i biust, którego mogła jej pozazdrościć laleczka Barbie i uważali, że podobnie jak lalce brakuje jej rozumu. Wciąż na nowo musiała komuś udowadniać, że nie jest głupią blondynką.

Jeden jedyny raz kierowała się sercem, a nie rozumem – i źle na tym wyszła. To się już więcej nie powtórzy.

– On jest inny.

– Kochana, muszę cię wyprowadzić z błędu. Wszyscy faceci są tacy sami.

– Przyjął mnie tylko ze względu na Quentina.

– A kogo to obchodzi, na czyją prośbę cię przyjął. – Przyjaciółka przestała bębnić w klawiaturę, a jej głos zabrzmiał głośno i wyraźnie. – Ważne, że dostałaś tę pracę. Zaraz się okaże, że jesteś do niej stworzona.

– Dziękuję za komplement. I wracam do roboty. Później pogadamy.

Uśmiech długo gościł na jej twarzy.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dwie godziny później Vance zmiął gazetę i wrzucił ją do kosza. Gotował się ze złości. Zgodnie z tym, co mówiła Tracy, na dwudziestej szóstej stronie znalazł tekst pełen insynuacji, że Ann Richardson i Daltona Rothschilda łączy sekretny romans. Przez chwilę wmawiał sobie, że artykuł zajmujący jedną szpaltę na stronie wypełnionej reklamami przejdzie niezauważony, ale ignorowanie rewelacji prasowych jeszcze nikomu nie wyszło na dobre.

Ludzie uwielbiają skandale, a jeśli w samym romansie nie było niczego skandalicznego, to fakt, że łączył osoby związane z dwiema rywalizującymi firmami nadawał mu szczególnej pikanterii. Nie wolno bagatelizować potencjalnych reperkusji dla domu aukcyjnego. Oznaczało to konieczność przeprowadzenia wewnętrznego śledztwa, czy żadne poufne informacje nie wyciekły do konkurencji. Gdyby plotki się potwierdziły, sytuacja mogła zagrozić istnieniu Waverly’s. Niecierpliwie sięgnął po komórkę.

– Do diabła, Tracy – zaczął, gdy dziennikarka odebrała telefon.

– Nie moja wina – odrzekła obojętnie. – Naczelny dostał cynk, więc o tym napisaliśmy. Przynajmniej cię uprzedziłam.

– Bardzo dziękuję. – Pohamował sarkastyczną uwagę, która cisnęła mu się na język. Tracy zadzwoniła poprzedniego dnia wieczorem. Ta wredna małpa chciała się nacieszyć faktem, że będzie czekał na następny dzień jak na szpilkach.

Pod oknem jego gabinetu na Madison Avenue kłębił się tłum. Turyści spacerowali, pstrykając zdjęcia, a miejscowi przepychali się między nimi, bo jak zwykle spieszyli się i nie mieli ochoty prażyć się na słońcu.

– Macie jakieś dowody?

– Wiesz, że obowiązuje mnie tajemnica dziennikarska.

– Czy następnym razem mogłabyś przynajmniej dać mi znać, zanim skierujecie artykuł do druku?

– Żadnych zobowiązań – syknęła jadowicie Tracy. – Brzmi to znajomo? – I rozłączyła się.

Mógł się tego spodziewać. Rok temu przez parę miesięcy spotykali się, ale kiedy Vance się zorientował, że Tracy przywiązuje do ich związku dużo większe znaczenie niż on, zerwał z nią, przypominając, że od początku ją uprzedzał: „żadnych zobowiązań”.

Każdej kobiecie powtarzał zresztą to samo. Przelotny romans, o tak, z przyjemnością, ale stały związek nie. Widział, jak bardzo cierpiał ojciec po stracie żony i starszej córki. Jeśli miłość potrafi zadać taki cios silnemu żywotnemu mężczyźnie, lepiej trzymać się od niej z daleka. Nie miał zamiaru zakładać rodziny. A skoro nie szukał żony, czemu stwarzać takie pozory? Lepiej od początku uczciwie stawiać sprawę.

Te rozważania nie pomagały w znalezieniu wyjścia z obecnych tarapatów. Ze złością wcisnął ręce do kieszeni. Waverly’s jest jego dziedzictwem i byłby idiotą, gdyby dopuścił do zaprzepaszczenia dorobku pokoleń. Zrobi wszystko, by pokonać niewidzialnego przeciwnika.

– Charlie, mogę cię prosić? – rzucił do interkomu.

Asystentka w mgnieniu oka stanęła w drzwiach. Jej jasne włosy przerzucone były przez ramię, niebieskie oczy wpatrywały się w niego bacznie. Znowu poczuł uderzenie gorąca i świadomie je zignorował.

– Jakiś problem? – zapytała.

– Siadaj. – Wskazał jej miejsce na kanapie. – I zrelaksuj się, bo nie mam zamiaru cię zwolnić.

– Cieszę się. – Wyraźnie się odprężyła. – W czym mogę pomóc?

– Powiedz mi wszystko, co ostatnio słyszałaś o Ann Richardson.

– Słucham?

– Chcę znać biurowe plotki. Na pewno już wiesz o artykule w gazecie.

– Przez ostatnie pół godziny telefon się urywał – przyznała. – Wiele osób chciało z panem rozmawiać.

– Kto?

– Mam listę na biurku. Głównie członkowie zarządu i paru dziennikarzy. Jedna ze stacji telewizyjnych prosi o wywiad.

– To dopiero początek – jęknął i potrząsnął głową.

Stanowczo musi szczerze pogadać z Ann. Dopóki nie wie, na czym stoi, trudno przygotować skuteczną obronę. Wbił wzrok w Charlie.

– To jasne, że ludzie o tym rozmawiają. Chcę się dowiedzieć, co słyszałaś.

– Nie słucham plotek – oburzyła się.

– W innej sytuacji bym ci przyklasnął, ale teraz muszę wiedzieć, co o tym mówią pracownicy.

Dziewczyna wyraźnie biła się z myślami – wierciła się i nerwowo przygryzała wargi. Vance przez chwilę miał ochotę powtórzyć prośbę w formie rozkazu, ale zrezygnował. Jeśli zacznie naciskać, Charlie zamknie się w sobie i będzie ważyła słowa. Więcej można wskórać po dobroci.

– Wszyscy się martwią – wypaliła wreszcie. – Boją się, że dom aukcyjny zostanie zamknięty, a oni stracą pracę. Prawdę mówiąc, ja też się tego boję. W artykule mowa była o potajemnych konszachtach, spisku niemal…

– Wiem, czytałem.

– Co mówi pani Richardson?

– Jeszcze z nią nie rozmawiałem. – Vance nachmurzył się. – Zostałem uprzedzony o publikacji tekstu, ale nie na tyle wcześnie, żebym mógł coś z tym zrobić. Musimy się naradzić na posiedzeniu zarządu.

– Jak pan sądzi, co właściwie się dzieje? – zapytała wprost. To dziwne, ale w momencie, gdy Vance zaczął tę rozmowę, zniknął niewidzialny dystans, który ich dzielił.

Przed tygodniem byłaby zbyt speszona, by mu zadać takie bezpośrednie pytanie. Teraz jej niedostępny szef najwyraźniej zmienił nastawienie, bo traktował ją jak partnera do rozmowy. Charlie potrafiła słuchać, a Vance chciał pogadać z kimś, kto nie jest bezpośrednio uwikłany w całą sprawę.

– Najgorsze, że nie mam pojęcia, co się dzieje – przyznał uczciwie.

Nie znosił sytuacji, w których musiał działać po omacku. Rzadko mu się zdarzały. Zazwyczaj planował kolejne posunięcia jak mistrz szachowy, na kilka ruchów z góry, i znał odpowiedzi na niezadane pytania. Tym razem musiał bazować na podszeptach intuicji.

– Lubię Ann. Jest rozsądną uczciwą osobą. Robi dla nas świetną robotę.

– Ale?

Uśmiechnął się półgębkiem. Charlie nie tylko uważnie słucha, ale potrafi czytać między wierszami.

– Nie znam jej zbyt dobrze. Nie przyjaźni się z nikim w firmie. Jest bardzo skryta.

– Nie ona jedna – mruknęła Charlie.

– Słucham? – spytał zdziwiony.

– Przepraszam. – Dziewczyna zaczerwieniła się. – Miałam tylko na myśli, że pan także jest osobą narzucającą dystans, samotnikiem. Och, powinnam sobie uciąć ten długi jęzor. Proszę się zmiłować i zwolnić mnie bez dalszych ceregieli.

 

Ku niepomiernemu zdziwieniu dziewczyny i własnemu zaskoczeniu Vance parsknął śmiechem. Dawno nie czuł się tak swobodnie. Przez cały tydzień wyrzucał sobie, że uległ prośbie przyjaciela i zatrudnił Charlotte, choć w niczym nie przypominała jego poprzedniej sekretarki. Teraz nie mógł sobie przypomnieć, co właściwie mu się w niej nie spodobało. Dziewczyna jest bystra, kompetentna i zabawna. Może tylko zbyt seksowna, jak na jego konserwatywne upodobania.

– Już powiedziałem, że cię nie zwolnię – zapewnił.

Zawstydził się własnych myśli i niespodziewanych ciepłych emocji. Wstał i zaczął się przechadzać, po czym wrócił do wcześniejszego tonu surowego szefa.

– Daj mi znać, jeśli się czegoś dowiesz.

– Nie będę szpiegować moich przyjaciół – zaprotestowała.

Punkt dla niej. Vance cenił lojalność i prostolinijność.

– Nie o to proszę. Po prostu słuchaj, co się na ten temat mówi.

– Postaram się.

– To mi wystarczy. – Otworzył drzwi szafy ściennej i wyjął marynarkę. – Wychodzę na posiedzenie zarządu. – Zerknął na złoty zegarek na lewej ręce. Spóźni się, jeśli nie wyjdzie natychmiast, a spóźnianie się nie leżało w jego naturze. – Wrócę o czwartej. Oczekuję, że raporty od ekspertów na temat stanu waz Ming będą na biurku.

– Tak jest, proszę pana.

Na chwilę zrobiło mu się przykro, że moment niewymuszonego koleżeństwa i sympatii był ulotny. Oboje wrócili do poprzednich sztywnych form. Jednak dystans między szefem a podwładnym jest konieczny. Tak jest łatwiej i bardziej profesjonalnie. Nie oglądając się, skierował się do sali konferencyjnej. Zapowiadało się małe trzęsienie ziemi.

Charlie westchnęła. Przez parę chwil miała uczucie, że rozmawiają jak przyjaciele. Spadła niewidzialna maska i mignęła jej twarz miłego człowieka, ale szybko została zasłonięta przez znane jej lodowate oblicze.

Szkoda. Nie ma najmniejszych szans na przyjaźń z Vance’em. Jest to równie prawdopodobne jak zjedzenie dziś kolacji pod wieżą Eiffla.

Weź się w garść, Charlie, napomniała sama siebie. To twój szef. Nigdy się nie spotkacie na gruncie towarzyskim. Za wysokie progi na twoje nogi. Robienie maślanych oczu do szefa jest po prostu głupie.

Od dwóch lat z nikim się nie spotykała. Więcej, na nikogo nie zwracała uwagi. Mężczyźni przestali ją interesować. Wystarczy, że raz zakochała się w niewłaściwym facecie. Drugi raz nie popełni tego błędu. Ale teraz po raz pierwszy poczuła coś… zainteresowanie? Podekscytowanie?

– I znowu na obiekt uczuć wybrałaś absolutnie nieodpowiedniego faceta – mruknęła. Tym razem jest to ktoś nieosiągalny jak góra lodowa.

Sytuacja jest oczywista, na jednej szali głupi flirt, na drugiej praca i bezpieczeństwo finansowe. Nie ma co się zastanawiać. Rozum musi wziąć górę nad hormonami. Nie będzie siedziała przy biurku i godzinami marzyła o szefie. Weźmie się do roboty, by docenił jej potencjał i zatrzymał ją jako swoją prawą rękę.

Szczebel po szczeblu będzie się wspinać na sam szczyt. Nie zamierzała tkwić w sekretariacie do końca życia. Zrobi magisterium z historii sztuki i zostanie kuratorką wystaw albo antykwariuszką w Waverly’s. Tak jak Ann Richardson, która doszła aż do stanowiska dyrektora. Charlie miała bardzo silną motywację – im szybciej awansuje, tym lepsze życie zapewni synkowi.

Jake jest najważniejszy. Jej dziecko poza nią nie ma nikogo na świecie, a ona zrobi dla niego wszystko.

Wystarczyło spojrzenie na radosny uśmiech malca, a myśli o atrakcyjnym szefie gdzieś wyparowały. Charlie wzięła certyfikaty autentyczności i opinie rzeczoznawców, by je dostarczyć na pierwsze piętro do działu biżuterii i kamieni szlachetnych.

Na korytarzach miękkie dywany tłumiły odgłos kroków. Słychać było tylko przyciszone rozmowy telefoniczne. Tu, na szóstym piętrze, znajdowały się gabinety dyrektorów i specjalistów, którzy podejmowali strategiczne decyzje, dzięki którym Waverly’s znajdowało się w czołówce domów aukcyjnych. Kiedyś znajdzie się w ich gronie.

Te myśli towarzyszyły jej, gdy naciskała guzik windy, a gdzieś z głośnika płynęły ciche tony muzyki klasycznej. Uśmiechnęła się do swego odbicia w lustrze. Na pierwszym piętrze ruszyła przed siebie energicznie, wystukując rytm obcasikami na wyfroterowanym do połysku dębowym parkiecie.

Parter i pierwsze piętro kamienicy przeznaczono na sale wystawowe i aukcyjne. Wszystkie z nich były piękne, każda w innym stylu. Na ścianach zawieszono obrazy, wzdłuż nich stały rzeźby, a między nimi ogromne bukiety w porcelanowych wazonach. Delikatny zapach kwiatów unosił się w powietrzu.

Charlie czuła się jak w kościele. Tutaj trafiały zapomniane skarby, by odzyskać swój blask i ozdabiać później najlepsze kolekcje.

– Charlie – rozległo się za nią.

Odwróciła się, słysząc głos Justina Dawesa, kierownika działu biżuterii i kamieni szlachetnych. Nie miał jeszcze czterdziestu lat, ale zaczynał już łysieć, był chudy i wiecznie mrużył oczy. Kiedyś jej wyjaśnił, że to przekleństwo jego zawodu. Lata ślęczenia z lupą nad klejnotami dawały o sobie znać.

Dzisiaj sprawiał wrażenie zaaferowanego i nie był elegancki jak zwykle. Nie miał na sobie marynarki, rozluźnił krawat, rozpiął kołnierzyk u koszuli i podwinął rękawy. Nawet włosy, zazwyczaj przylizane, by zasłonić łysinkę, nastroszyły się wokół głowy.

– Masz certyfikaty autentyczności?

– Proszę. – Podała mu foldery z dokumentami.

– Pochodzenie potwierdzone przez ekspertów? – upewniał się, wertując opatrzone pieczęciami świadectwa.

– Tak, pięć razy. Justin, nie przejmuj się tak. Przecież sam to sprawdziłeś jeszcze przed wystawieniem certyfikatów. Wszystko jest w porządku.

– To wyjątkowa kolekcja. Chcesz zobaczyć?

– Z przyjemnością.

Wziął ją pod ramię i wprowadził do pokoju przygotowanego do aukcji, której termin wyznaczono za dwa dni. Oświetlenie na takich ekspozycjach jest sprawą pierwszorzędnej wagi, a w Waverly’s pilnowano najwyższych standardów. Pod ścianami wyłożonymi ciemną dębową boazerią stały szklane gabloty, w których na czarnym aksamicie leżały klejnoty. Mocne punktowe reflektorki wydobywały z kamieni szlachetnych refleksy świetlne i całą gamę kolorów – przypominały spadające gwiazdy albo odpryski tęczy.

Charlie westchnęła z zachwytu. Przechodzili od jednej gabloty do drugiej, podziwiając kolejne eksponaty.

– A teraz pokażę ci coś naprawdę wyjątkowego. – Justin wskazał na szybę, pod którą leżał naszyjnik, jakiego nigdy wcześniej nie widziała.

Ze złotej nitki niewiele grubszej od włosa spływały kaskadami rubinowe i brylantowe krople. Każdy kamień przymocowany był do kolii własną złotą niteczką. Rubiny lśniły jak krople krwi, a brylanty migotały niczym gwiazdy.

– Prześliczny!

– Prawda? – Justin wpatrywał się w naszyjnik rozkochanym wzrokiem. – Nosiła go królowa Cadrii ponad sto lat temu. Został zrobiony specjalnie dla niej, jak głosi legenda, przez samego Fabergé. Niestety, nie możemy tego udowodnić – westchnął. – Nawet rodzina królewska nie ma na to dowodów. A szkoda. Pochodzenie z pracowni złotniczej Fabergé wyglądałoby imponująco na certyfikacie autentyczności.

Charlie podzielała jego zachwyt. Nie miała odwagi dotknąć naszyjnika, a nawet głębiej odetchnąć.

– Zjawiskowy – szepnęła. – Dlaczego król Cadrii wystawia tyle klejnotów na sprzedaż? Pozbywa się ze skarbca koronnego prawdziwych dzieł sztuki.

– Chce uczcić pamięć swojej babki, tworząc fundację charytatywną, która będzie nosiła jej imię. Pieniądze mają zasilić konto fundacji.

– Ale biżuteria należy do całej rodziny.

– Nie martw się o dom panujący, kochana. Już oni nie dadzą sobie zrobić krzywdy. Mają więcej błyskotek, niż sobie wyobrażasz. Nawet nie zauważą ich braku.

– Byłabym smutna, gdybym straciła coś tak pięknego – wyznała. – Nie mogłabym nosić kolii ze strachu, że ją uszkodzę, ale bez wątpienia nie chciałabym się z nią rozstać.

– Masz miękkie serce, Charlie – skomentował Justin. – Na pewno spodoba ci się legenda związana z naszyjnikiem.

– Jaka legenda?

– Najpiękniejsze klejnoty zawsze mają swoją opowieść. Ten naszyjnik został zamówiony przez ówczesnego następcę tronu dla jego przyszłej żony w prezencie ślubnym. Podobno rubiny są zaczarowane i zapewniają długie i szczęśliwe małżeństwo.