Nie chcę być tylko kochanką

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maureen Child
Nie chcę być tylko kochanką

Tłumaczenie:

Julita Mirska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Już o tym rozmawialiśmy. – Ethan Hart oparł łokcie na biurku. Może powołanie brata do zarządu nie było najlepszym pomysłem?

Gabriel wstał z fotela.

– Nie, nie rozmawialiśmy. Ty zdecydowałeś.

Unosząc brwi, Ethan napotkał jego wzrok.

– Skoro tak dobrze pamiętasz naszą ostatnią rozmowę, dlaczego znów wracasz do tematu?

– Bo mimo twojego uporu mam nadzieję cię przekonać.

– Mojego uporu? – Ethan parsknął śmiechem.

– Do diabła! Próbuję zrobić coś pożytecznego. Dla firmy, nie dla siebie!

– Posłuchaj, Gabe. – Ethan dźwignął się na nogi. – Firma prosperuje. W zeszłym roku sprzedaliśmy czternaście milionów kilogramów słodyczy. Po co mamy ryzykować?

– Bo ryzyko popłaca. Nasz pradziad zaryzykował i od tego się wszystko zaczęło.

– Tak, Joshua Hart stworzył firmę. I każde kolejne pokolenie dbało o jej renomę. Jesteśmy jedną z pięciu najlepszych wytwórni czekoladek na świecie. Co chcesz osiągnąć, wprowadzając nowości?

– To, żebyśmy byli najlepszą, a nie jedną z pięciu. Świat idzie naprzód, Ethan. Zmieniają się gusty. Powinniśmy rozszerzyć asortyment. Dzięki temu przyciągniemy młodszych klientów, którzy zostaną z nami przez dziesiątki lat.

Ethan popatrzył na brata z miłością, a zarazem irytacją. Całe życie się o niego troszczył. Gabriel był niespokojną duszą, ryzykantem, poszukiwaczem nowych wrażeń. Ethan wiele razy wyciągał go z opresji. Okej, nie miał nic przeciwko temu. Niech Gabe żyje, jak chce, ale niech nie naraża firmy na utratę dobrego imienia.

– Chcesz założyć własny biznes i sprzedawać czekoladki z oregano, proszę bardzo, ale do Heart Chocolates się nie mieszaj. Klienci wiedzą, na co mogą u nas liczyć.

– Na spokój i nudę.

– Sukces to nuda? Sprawdzone wyroby to nuda?

– Jesteśmy współwłaścicielami, Ethan. Ojciec zostawił firmę nam obu. Chcę mieć prawo głosu.

– Masz.

– Ale ostateczna decyzja należy do ciebie.

– Tak, bo ja tu rządzę.

Ethan rozumiał brata; Gabe pragnął się przysłużyć, odcisnąć swój ślad. Ale na jego zapędach mógłby ucierpieć wizerunek Heart Chocolates.

Łatwo wprowadzać nowości, lecz łatwo też zniechęcić stałych klientów o tradycyjnym guście przyzwyczajonych do konkretnych produktów.

– Nie dajesz mi o tym zapomnieć.

– Wiem, że chcesz dobrze, ale mam obowiązek chronić reputację, którą budowaliśmy latami.

– A uważasz, że ja chcę ją zniszczyć? – Gabe otworzył szeroko oczy.

– Nie, po prostu nie ogarniasz całości; widzisz jeden aspekt, a resztę pomijasz. – Ethan ledwo nad sobą panował. Postanowił zmienić taktykę. – Wprowadzenie nowej linii wymagałoby rozbudowanej, a zatem i znacznie droższej kampanii reklamowej.

– Pam mówi, że niekoniecznie.

– Pam?

– Pam Cassini. To piekielnie inteligentna osoba. Zakłada własną firmę PR i ma mnóstwo świetnych pomysłów.

– Sypiasz z nią – zauważył Ethan, ciekaw, jaki wpływ na Gabe’a ma jego nowa dziewczyna.

– A co cię to…

Rozmowę przerwało pukanie. Po chwili do gabinetu weszła Sadie Matthews, asystentka Ethana, która zmierzyła obu mężczyzn krytycznym spojrzeniem.

– Wojna skończona?

– A gdzież tam – mruknął Gabriel.

– O co chodzi, Sadie?

– Słychać was na całym piętrze – powiedziała, zamykając drzwi.

Ethan z trudem oderwał od niej wzrok. Była mądra i niezwykle kompetentna, piękna, seksowna, o krótkich blond włosach, niebieskich oczach i pełnych wargach. Ale stanowiła owoc zakazany. Pracowała w firmie od pięciu lat, a on był facetem z krwi i kości, wrażliwym na kobiece wdzięki. Nauczył się jednak nie patrzeć na nią jak na atrakcyjną kobietę; traktował ją jak każdą inną podwładną.

– Parę osób założyło się, który z was wygra tę rundę.

– Parę… Kto? – Ethan łypnął na brata.

Sadie potrząsnęła głową.

– Nie powiem. Aha, nowy dystrybutor czeka w twoim gabinecie – poinformowała Gabe’a. – Byliście chyba umówieni? Ale mogę mu powiedzieć, że toczysz zażartą walkę z bratem, więc…

Gabriel zazgrzytał zębami.

– Nie, już idę – odrzekł, znikając za drzwiami.

– Naprawdę czeka? – spytał Ethan, gdy zostali sami. – Czy wymyśliłaś to, żeby przerwać nam kłótnię?

– Czeka. – Podeszła do okna. – Ale gdyby nie czekał, to bym coś wymyśliła.

– Mój brat doprowadza mnie do szału.

Stanął obok Sadie. Za oknem rozciągał się widok na Pacyfik. Styczeń w południowej Kalifornii bywał chłodny i ponury, ocean zlewał się z niebem, fale niestrudzenie zawłaszczały brzeg. Gdzieniegdzie śmigali na deskach miłośnicy surfingu, kilka łodzi z kolorowymi żaglami sunęło w oddali. Na ogół widok ten działał na Ethana kojąco, ale dziś wojna z Gabrielem wyjątkowo go zdenerwowała.

– Wciąż upiera się przy zmianach? – spytała Sadie.

– Tak, w dodatku teraz wspiera go jakaś baba.

– Pomysł może przynieść korzyści.

– I ty, Brutusie?

Sadie wzruszyła ramionami.

– Zmiany nie zawsze są złe.

– Z mojego doświadczenia wynika, że zawsze. – Ignorując dreszcz, który przebiegł mu po plecach, obrócił ją twarzą do siebie, po czym cofnął się. – Ludzie ciągle coś zmieniają. Samochód, dom, fryzurę, poglądy. A ja uważam, że ważny jest constans. Trzeba znaleźć to, co ci odpowiada i się tego trzymać.

– Masz rację, ale niekiedy…

Okręciwszy się na pięcie, Ethan wrócił do biurka, usiadł i sięgnął po sprawozdanie finansowe.

– Jeżeli bierzesz stronę Gabe’a, w porządku, ale nie chcę o tym słyszeć. Nie mam ochoty na kolejną kłótnię.

– Czasem robi się rzeczy, na które nie ma się ochoty.

– Jakie?

Biorąc głęboki oddech, Sadie wręczyła mu pojedynczą kartkę papieru.

– Odchodzę z pracy.

– Nie możesz. Za dwadzieścia minut mamy zebranie.

– Ethan…

Utkwił w niej spojrzenie. Może się przesłyszał? Dlaczego chciała odejść? To nie miało sensu.

– Nie zgadzam się.

– Przeczytaj.

Przebiegł wzrokiem po tekście.

– To śmieszne. – Wyciągnął kartkę w jej stronę. – Nie przyjmuję twojej rezygnacji.

Kusiło ją, by zabrać wypowiedzenie i je podrzeć. Na wszelki wypadek schowała ręce za siebie. Wiedziała, że Ethan się sprzeciwi. I bała się, czy jej nie namówi, aby została. Właściwie nie chciała odchodzić.

Ale nie chciała też spędzić następnych pięciu lat beznadziejne zakochana w swoim szefie, który patrzył na nią jak na sprzęt biurowy.

– Nie możesz odejść – powtórzył. Widząc, że Sadie nie zamierza sięgnąć po kartkę, rzucił ją na biurko. – Musimy dokończyć wiosenną kampanię reklamową, poza tym…

– Dokończysz beze mnie – przerwała mu.

Miała nadzieję, że nie słyszy nuty żalu w jej głosie.

– Ale dlaczego? Chcesz podwyżkę? Okej. Dostaniesz.

– Nie chodzi o pieniądze. – Nigdzie by więcej nie zarobiła. Ethan był niezwykle hojnym pracodawcą.

Poderwał się z fotela.

– W porządku. Podwyżka i dwa dodatkowe tygodnie urlopu.

Wybuchnęła śmiechem. Jak na tak znakomitego szefa, był człowiekiem wybitnie mało spostrzegawczym.

– Ja w ogóle nie korzystam z urlopu. Na co mi dwa tygodnie więcej?

Nie chciała porzucać firmy. Nie chciała nie móc widywać Ethana. Na samą myśl o tym czuła bolesne kłucie w sercu. Ale nie miała wyboru.

– Więc czego chcesz?

– Mieć normalne życie.

Osiem lat spędziła w Heart Chocolates, z czego ostatnie pięć na stanowisku asystentki szefa. Pracowała od rana do wieczora, prawie nie widywała się z rodziną, a z roślin, które miały zdobić jej kupione rok temu mieszkanie, zostały wyschnięte badyle, bo zbyt rzadko bywała w domu, aby je podlewać.

W głębi duszy była romantyczką. Marzyła o miłości, o seksie, o założeniu rodziny, zanim będzie za późno.

– Przecież masz! I jesteś potrzebna firmie. Oraz mnie.

Ha! Gdyby to była prawda!

Problem polegał na tym, że od lat kochała Ethana. Bez wzajemności. To się mogło skończyć tylko w jeden sposób: że zostanie zgorzkniałą starą panną. Musi się ratować.

– Nie, Ethan, życie nie ogranicza się do pracy.

– Ja nie narzekam.

– No właśnie. Nie widzisz tego? Pracujemy od świtu do nocy, przychodzimy w weekendy, w zeszłym roku ściągnąłeś mnie ze ślubu kuzynki, żebym ci pomogła odkręcić błąd z wysyłką.

– To było ważne.

– Ślub Megan też. Przykro mi, klamka zapadła. Czas na zmianę.

– Zmiana, zmiana. Nienawidzę tego słowa.

– Zmiany nie zawsze są złe.

– I nie zawsze dobre!

– Wiedziałam, że moja decyzja ci się nie spodoba. Może powinnam była się wstrzymać, aż dojdziesz do siebie po sprzeczce z Gabe’em, ale… muszę odejść.

Było jej smutno, kiedy tak stała, patrząc w zielone oczy ukochanego mężczyzny. Włosy miał lekko potargane – pewnie w trakcie kłótni przeczesywał je palcami – krawat rozluźniony i wyglądał tak seksownie, że nie mogła oderwać od niego wzroku. Co ją w nim tak bardzo pociągało? Chyba wszystko: uroda, seksapil, siła, inteligencja. Dlatego rezygnacja to jedyne wyjście.

– Do diabła, Sadie! Wyjaśnij mi, proszę, co właściwie chcesz zmienić.

– Moje życie. – Ponownie spojrzała mu w oczy, bezgłośnie błagając go, by dostrzegł w niej kobietę, a nie swoją pracownicę. – Wiesz, że Mike, mój brat, i Gina, jego żona, właśnie powitali na świecie swoje trzecie dziecko?

Ethan zmarszczył czoło.

– Co to ma do rzeczy?

– Gina jest dwa lata ode mnie młodsza. – Sadie westchnęła zrezygnowana. – Ma trójkę dzieci, a ja cztery wyschnięte roślinki.

– No i?

Psiakrew! Wiedziała, że Ethan będzie próbował ją zatrzymać, że zaproponuje jej podwyżkę, awans, dłuższy urlop. Ale nie przypuszczała, że tak trudno będzie mu wytłumaczyć, co nią kieruje. Dlaczego chce odejść. Zresztą sama dopiero niedawno to odkryła.

 

– Chcę mieć rodzinę. Mężczyznę, który będzie mnie kochał. – Ciebie, usłyszała w głowie szept, ale szybko go zdusiła. – Chcę mieć dzieci. Powoli zbliżam się do trzydziestki.

– Serio? – Włożył ręce do kieszeni spodni. – O to chodzi? Że zegar biologiczny nagle zaczął tykać?

– Nie nagle. Już od jakiegoś czasu o tym myślę. Ethan, my tu harujemy po piętnaście godzin na dobę, czasem więcej. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam na randce, a seksu nie uprawiałam od trzech lat.

Zamrugał zdumiony.

Ugryzła się w język. Za późno. Nie zamierzała mu tego mówić; wystarczy, że sama o tym wie. Jest żałosna. Miała ochotę zapaść się ze wstydu pod ziemię.

– Kiedy jako siwa pani z kotem do towarzystwa, a za kotami nieszczególnie przepadam, będę wspominać swoje młode lata, nie chcę myśleć: O rany, ale byłam fantastyczną asystentką! Ale świetnie prowadziłam Ethanowi biuro!

– To raczej powód do dumy, a nie rozpaczy.

Rozdrażniona, dźgnęła go palcem w pierś.

– Mówisz tak, bo też nie masz życia! – Podobnie jak ona, nie umawiał się na randki, wieczory spędzał w firmie. – Praca jest całym twoim światem. Poza mną i Gabe’em z nikim nie rozmawiasz. Mieszkasz w Dana Point, we wspaniałym domu, właściwie pałacu, ale rzadko w nim bywasz. Posiłki zamawiasz do firmy, jesz przy biurku, cały czas ślęczysz nad papierami. To chore!

– Dzięki za troskę.

Cofnęła się, dla własnego dobra. Pachniał drogą wodą kolońską. Oczy mu błyszczały. Wyglądał… kusząco. Zastanawiała się, jak wielokrotnie dotąd, jak by się zachował, gdyby rzuciła mu się na szyję. Objąłby ją? Przytulił? Zaczął całować? Czy byłby przerażony i odepchnąłby ją od siebie?

Ponieważ złożyła wymówienie, z łatwością mogłaby to sprawdzić. Ale nie była pewna, czy chce znać odpowiedź.

– Tu jednak nie chodzi o mnie i moje życie.

– W pewnym sensie chodzi – odrzekła. – Jeśli zatrudnisz asystentkę, która punktualnie o piątej będzie wychodzić z pracy, wtedy sam też będziesz miał więcej wolnego czasu.

– Dobra. Chcesz pracować od dziewiątej do siedemnastej? Zgadzam się.

Pokręciła ze śmiechem głową.

– Pamiętasz ślub Megan? – Wymknęła się z kościoła podczas ceremonii. Kuzynka do dziś miała o to żal. – Przykro mi. Zostanę jeszcze dwa tygodnie, żeby wdrożyć w obowiązki swoją następczynię.

– Czyli kogo? – Skrzyżowawszy ręce na piersi, czekał na nazwisko.

– Myślałam o Vicki z marketingu.

– Chyba żartujesz?

– Co ci nie pasuje?

– Ona nuci. Bezustannie nuci.

Fakt. Nie tylko Ethanowi to przeszkadzało. W dodatku fałszowała.

– W takim razie Beth z księgowości.

– O nie! Jej perfumy przyprawiają o ból głowy.

Mogła się tego spodziewać. Będzie szukał dziury w całym i odrzucał każdą propozycję. Może był przystojny i seksowny, ale był też uparty jak osioł i przeciwny zmianom.

– To może Rick? Pracuje u nas dwa lata. Jest dobrze zorientowany…

Ethan zacisnął gniewnie usta.

– Rick popiera pomysł Gabriela. Nie zamierzam się codziennie użerać ze swoim asystentem.

– Więc kogo proponujesz? – spytała.

– Ciebie! – warknął. Z grymasem na twarzy wyglądał jeszcze bardziej seksownie.

Chryste, dziewczyno, weź się w garść!

– Stanowimy zespół. Doskonale zgrany. Dlaczego chcesz go niszczyć?

Chociaż cieszyło ją, że Ethan pragnie, by została, wiedziała, że nie może ulec. Gdzie miałaby szukać miłości, kiedy całe dni spędza w pracy?

– Znajdę kogoś odpowiedniego – oznajmiła.

Skinął posępnie głową.

– I obiecujesz, że nie odejdziesz, dopóki jego lub jej nie wdrożysz?

Zmrużyła oczy. Czuła, że zastawia na nią pułapkę. Jeżeli będzie odrzucał kolejne nazwiska, to nigdy się z tą sprawą nie uporają.

– A ty obiecujesz, że nie będziesz kręcił nosem?

Wzruszył ramionami.

– Jeżeli znajdziesz odpowiedniego człowieka, to nie.

Przechyliła głowę i przyjrzała mu się uważnie.

– Dlaczego ci nie wierzę?

– Bo jesteś podejrzliwa z natury?

Policzyła w duchu do pięciu. Tak, kochała tego faceta, chociaż nie wiedziała dlaczego. Daleko mu było do jej ideału.

Długo zastanawiała się nad tym, czego pragnie. Owszem, Ethan był przystojny, nawet zbyt przystojny. Kobiety bez przerwy usiłowały się do niego zbliżyć, poderwać go. Odniósł w życiu sukces, ale poza pracą nic się dla niego nie liczyło. Nie wiedziała, czy lubi dzieci, bo nigdy nie miała okazji widzieć go w ich towarzystwie. Ani czy jest wspaniałym kochankiem, mimo że kiedy jej się śnił, namiętnie się kochali. Miał poczucie humoru, ale rzadko je okazywał. Zdecydowaną wadą był jego upór, potrzeba stawiania na swoim.

Czyli Ethan Hart nie spełnia wymogów jej wymarzonego mężczyzny. Jeśli chce znaleźć kogoś, kto będzie je spełniał, musi odejść z pracy.

– Mam powody ci nie ufać.

– Po co bym cię okłamywał? – spytał z miną niewiniątka.

– Żeby osiągnąć cel.

– Tak dobrze mnie znasz, Sadie. Właśnie dlatego stanowimy znakomity zespół.

– Nie przekonasz mnie – powiedziała, patrząc mu buntowniczo w oczy. – Odchodzę.

Mierzyli się wzrokiem.

– W porządku – oznajmił w końcu lodowatym tonem.

– Zawsze to robisz, wiesz? To twój znak rozpoznawczy. Jesteś miły, serdeczny, a gdy coś idzie nie po twojej myśli, potrafisz w sekundę zamienić się w sopel lodu. Nie cierpię tego. Teraz, kiedy złożyłam rezygnację, mogę ci to wygarnąć.

– Ach tak? – Ściągnął brwi.

– Tak. – Oparła dłonie na biodrach. – To bardzo fajne uczucie nie musieć gryźć się w język.

– Nigdy się nie gryzłaś.

– Nawet nie masz pojęcia, jaką powściągliwością się wykazywałam przez te lata!

Zmrużył oczy.

– Nagle stałaś się bardzo pewna siebie.

– Zawsze byłam, tylko nie zawsze mówiłam, co myślę. – Wzięła głęboki oddech. Wreszcie czuła się wolna, prawdziwie wolna. Owszem, będzie jej brakowało Heart Chocolates i będzie tęskniła za Ethanem, ale podjęła słuszną decyzję. I przez te dwa tygodnie, zanim definitywnie zamknie za sobą drzwi, nie będzie dyplomatycznie milczeć. Okej, nie przyzna się Ethanowi, że go kocha, ale poza tym… – Aha, nienawidzę twojej kawy.

Na jego twarzy odmalował się wyraz oburzenia.

– To najlepsza mieszanka indonezyjskiej kawy na świecie. Co dwa miesiące sprowadzam nową porcję.

– Jest okropna.

– Chyba jednak nie podoba mi się twoja szczerość.

Sadie wyszczerzyła zęby. Zaskoczyła go, a była to rzecz zupełnie wyjątkowa, bo Ethan Hart niczym wytrawny szachista potrafił przewidywać ruchy przeciwnika.

– A mnie bardzo.

– Bo cię zwolnię – zagroził.

– Po pierwsze, sama się zwolniłam. A po drugie, nie zrobiłbyś tego, bo nie lubisz zmian.

Nagle ktoś zapukał do drzwi.

– Wejść!

Sadie uśmiechnęła się pod nosem. Oho, znów ten rozkazujący ton.

– Pan Hart? – Do gabinetu weszła kobieta z niemowlęciem na ręku. – Pan Ethan Hart?

Dziewczynka była śliczna. Miała wielkie brązowe oczy i kręcone czarne włosy. Usiłowała wsadzić piąstkę do buzi.

– Zgadza się, a pani to kto?

– Melissa Gable. – Kobieta zsunęła z ramienia czarną torbę i położyła ją na fotelu przed biurkiem, następnie zanurzyła w niej rękę. Po chwili wręczyła Ethanowi kopertę. – Jestem z opieki społecznej. Przyszłam przekazać panu Emmę Baker.

– A kim jest Emma Baker?

– Proszę, to ona – rzekła kobieta, podając Ethanowi dziecko.

ROZDZIAŁ DRUGI

Wyszedłszy z firmy, Gabriel pojechał do Pam Cassini; musiał dać upust złości oraz frustracji.

Kiedy po bezowocnej rozmowie z bratem wracał do swojego gabinetu, czuł się paskudnie. Wiedział, że wszyscy słyszeli ich ostrą wymianę zdań. W dodatku porobili zakłady i zwycięzcą okazał się Ethan. Dlaczego Ethan jest tak uparty, tak nierozsądny? I dlaczego on, Gabe, nie urodził się pierwszy? Gdyby jako pierworodny zarządzał firmą, wszystko wyglądałoby inaczej.

– A tak już zawsze będę młodszym bratem – mruknął. Oraz młodszym wspólnikiem, który musi walczyć o uznanie.

Ech, może jednak powinien był jechać do siebie? Wynajmował apartament zajmujący połowę ostatniego piętra w najlepszym hotelu w Huntington Beach. Człowiek w ponurym nastroju nie powinien absorbować sobą innych, z drugiej strony nie chciał być sam.

– Dobra, przyznaj się. Po prostu chcesz się z nią zobaczyć.

W ciągu sześciu miesięcy Pam stała się dla niego kimś ważnym. Kiedy się poznali, nie chciał się z nikim wiązać. Zbyt często spotykał kobiety, które na siłę pragnęły zaprzyjaźnić się z jednym z braci Hart. Pam różniła się od nich; była silna, mądra, ambitna. I podobnie jak on, kochała swoją pracę.

Jej mieszkanko na cichej uliczce w Seal Beach było ciepłe i przytulne. Do środka prowadziły jaskrawe żółte drzwi, przy których stały terakotowe donice z białymi i różowymi kwiatami.

Zastukał i czekał, przestępując z nogi na nogę.

– Mój brat jest uparty jak osioł – wyrzucił z siebie, kiedy drzwi się otworzyły.

Pam popatrzyła na niego ze współczuciem.

– Nadal się sprzeciwia?

Gabriel stanął przed białym kominkiem gazowym, w którym na sztucznych kłodach drewna buzowały płomienie.

– Zareagował jak wampir na widok czosnku.

Na nic nie zwracał uwagi, ani na wygodne meble, ani na rozchodzącą się po wnętrzu woń świeżo zaparzonej kawy, ale kiedy Pam ruszyła w jego stronę, na moment zapomniał o wściekłości na brata i skupił wzrok na dziewczynie.

Była niska, ale jej cudowne krągłości dosłownie zapierały dech. Dziś miała na sobie biały T-shirt ciasno opinający biust oraz czarne legginsy podkreślające kształtne uda i biodra. Była boso. Zauważył, że paznokcie u stóp ma pomalowane na czerwony kolor.

Uwielbiał jej długie czarne włosy, brązowe oczy o najcieplejszym spojrzeniu, jakie kiedykolwiek widział, oraz zmysłowe usta, które kusiły go od pierwszej sekundy. Poznali się pół roku temu na zjeździe producentów czekolady. On oczywiście reprezentował Heart Chocolates, ona rozdawała broszury reklamujące swoją firmę.

Wieczorem umówili się na kolację i szybko stali się nierozłączni. W ciągu tych paru miesięcy nauczył się na niej polegać, wierzyć w jej intuicję. Pam słuchała z zaciekawieniem, gdy opowiadał o swoich planach, zachęcała go, by się nie poddawał. Tyle że na razie nic z tych planów nie wychodziło.

Dziś Pam zacisnęła rękę na jego ramieniu, jakby chciała dodać mu otuchy.

– Mówiłam, że rozmowa z Ethanem niewiele da. Wystarczy nam przepis.

Powtarzała to od kilku tygodni, a on się wciąż wahał. Receptura na wyroby Heart Chocolates była tajna. Każdy producent strzegł swojej niczym oka w głowie. Wszyscy mieli się na baczności przed szpiegami przemysłowymi. Mając wykradziony przepis, konkurenci mogli użyć go do własnych wyrobów, sprzedać, zamieścić w internecie…

Podobnie jak inni wytwórcy, Hartowie od pokoleń nikomu spoza rodziny nie zdradzali swojej receptury. Gabe nie chciał być pierwszym Hartem, który łamie tę zasadę.

– Zastanów się – kontynuowała Pam. – Znam świetnego cukiernika, mistrza czekolady, któremu możemy zaufać. Facet przygotuje próbki nowych smaków, które przedstawisz Ethanowi. Kiedy Ethan je skosztuje, na pewno przyzna ci rację i da zielone światło.

Gabe pokręcił głową. To była piękna fantazja, ale bez oparcia w rzeczywistości.

– Nie znasz mojego brata.

– Ale znam ciebie – powiedziała szeptem, który zawsze przejmował go dreszczem. – Jesteś zdeterminowany, a kiedy w coś wierzysz, nie rezygnujesz. Dążysz do celu i go zdobywasz. Mnie zdobyłeś…

Uśmiechnął się. Czy mógł się dłużej złościć, gdy miał przed sobą piękną kobietę, która spoglądała na niego z pożądaniem w oczach?

– A ty mnie.

– Dobrze mówisz. – Oblizała wargi, po czym objęła Gabe’a za szyję i powoli zbliżyła usta do jego warg.

Natychmiast poczuł podniecenie. Żadna kobieta nie rozpalała go tak jak Pam. Przez moment zastanawiał się, jak długo to potrwa. Kiedy ten ogień się wypali?

Ale po chwili przestał myśleć. Kiedy koniuszkiem języka rozchyliła jego wargi, znikła frustracja, złość, wszystko. Była tylko ona i on. I kiedy ocierali się o siebie w zmysłowym tańcu, nic innego się nie liczyło. Tu było jego miejsce, u boku tej cudownej istoty.

– Chcesz mi coś powiedzieć? – spytała Sadie, spoglądając na niemowlę, które Ethan trzymał na ręku.

– To nie moje, jeśli o to pytasz. – Zawsze był ostrożny. Nie miał dzieci i nie zamierzał mieć. – Chybabym wiedział, gdybym jakieś zrobił. Zresztą przed chwilą sama mi zarzuciłaś, że nie wychylam nosa z firmy. To na pewno nie jest moje.

– „To” jest dziewczynką, a nie jakimś bezosobowym czymś.

– W porządku. Ona, ta dziewczynka, nie jest moja.

– Teraz już jest – stwierdziła Sadie, przerzucając dokumenty, które dała im kobieta. – Jej rodzicami są Bakerowie, Maggie i Bill Baker. Kojarzysz nazwisko?

 

Dziecko zaczęło kopać, potem skrzywiło się i wydarło wniebogłosy.

– Co temu jest?

– Pewnie nie lubi, jak się o niej „to” – mruknęła Sadie, zabierając mu niemowlę. Po chwili płacz ustał.

Na wszelki wypadek Ethan cofnął się o krok. Melissa Gable spełniła swój obowiązek, zostawiła dziecko, fotelik samochodowy, torbę z pieluszkami i znikła, zanim zdążył zaprotestować. Ale przecież nie zamierzał opiekować się jakimś bachorem. Pomysł był niedorzeczny. Musiała zajść pomyłka, bo kto by mu chciał powierzyć dziecko? Nie znał się na dzieciach. Nigdy nawet nie opiekował się psem.

Baker, Baker… Bill Baker… Nazwisko brzmiało znajomo, ale nie potrafił dopasować do niego twarzy.

Zerknął na Sadie i znów przeszył go dreszcz. Psiakrew! Codziennie od pięciu lat walczył z pożądaniem, które nie ustępowało. Ale żeby dziś, gdy krążyła po pokoju z dzieckiem na biodrze pałał do niej namiętnością? Tego się nie spodziewał.

Uśmiechnęła się do dziecka i pocałowała je w czoło. Ethan zamyślił się. Złożyła wymówienie. Nie musiał się dłużej kontrolować. Ale gdyby do czegokolwiek między nimi doszło i gdyby potem zdołał ją przekonać, by jednak nie odchodziła, sytuacja stałaby się niezręczna. Zatem nadal musi się pilnować. Zazgrzytał zębami. Najchętniej wlazłby pod zimny prysznic.

Odpychając od siebie nieprzystojne myśli, ponownie skupił się na nazwisku. Baker. Skąd…?

I nagle sobie przypomniał.

– Już wiem! Na studiach przyjaźniłem się z Billem Bakerem. Wynajmowaliśmy razem mieszkanie. – Przeklinając głośno, huknął pięścią w biurko. – Zawarliśmy kretyński pakt.

– Dotyczący dzieci?

Zobaczył wpatrzone w siebie duże ciemne oczy. Szybko odwrócił spojrzenie. Był odważny, ale na widok tych oczu miał ochotę zwiewać gdzie pieprz rośnie.

– Tak. – Zalała go fala wspomnień. – Rodzice Billa nie żyli. Maggie dorastała w rodzinie zastępczej, też nie miała krewnych. No i Bill poprosił mnie, abym został prawnym opiekunem jego dzieci, gdyby cokolwiek jemu i Maggie się stało.

– A ty się zgodziłeś?

Zabolała go nuta niedowierzania w głosie Sadie. Wręcz poczuł się urażony. Tak nisko go ceniła? Uważała, że odmówiłby przyjacielowi? Ale może miała rację, bo przecież dziś żałował tamtej decyzji.

– Oczywiście! Był moim przyjacielem – warknął zirytowany. – Miałem dwadzieścia lat.

Chryste, dlaczego tak nieodpowiedzialnie się zgodził? Teraz będzie musiał ponosić konsekwencje!

– W tym wieku nie myśli się o śmierci – dodał jakby na swoje usprawiedliwienie. – Człowiekowi wydaje się, że będzie żył wiecznie. Bill był moim rówieśnikiem. Kto by się spodziewał, że może tak młodo umrzeć?

– Na pewno nie on. – Sadie ponownie przebiegła wzrokiem dokumenty. – Wybrali się w podróż do Kolorado. Samochód zjechał z drogi, uderzył w drzewo. Policja podejrzewa, że Bill zasnął za kierownicą. On i Maggie zginęli na miejscu. To cud, że Emma przeżyła.

Ethan wziął głęboki oddech, po czym wypuścił z płuc powietrze. Cud? Raczej tragedia. Nie dość, że straciła rodziców, to jeszcze trafiła pod skrzydła obcego faceta, który nie wie, co z tym fantem począć.

– Szlag! Co ja mam zrobić?

Sadie przyjrzała mu się ze zdumieniem.

– Jak to co? Wychować ją.

– Mówisz, jakby to była najłatwiejsza rzecz na świecie.

– Ethan, ona cię potrzebuje. Nikogo poza tobą nie ma.

Kiepska sprawa. Nie chciał być potrzebny komukolwiek, zwłaszcza dziecku. Całe życie unikał związków, bliskości. Tylko raz spróbował: ożenił się, ale to była pomyłka. Dostał nauczkę. Przekonał się, że nie nadaje się na męża; że takie życie – żona, dom, dzieci – jest sprzeczne z jego naturą.

– Sama mówiłaś, że żyję pracą. Więc jak mam się zajmować dzieciakiem?

Jego podniesiony głos sprawił, że mała zaczęła płakać.

– Musisz coś zmienić i tyle.

Zmienić… Znów to znienawidzone słowo. Zmiany wszystko komplikują. Burzą. A jemu odpowiada życie, jakie dotąd wiódł. Pracował ciężko, osiągnął stabilizację… i teraz ma wprowadzić zmiany?

Potrząsając głową, cofnął się jeszcze dalej, jakby chciał zniknąć. Ale wiedział, że to niemożliwe: dał Billowi słowo, a z obietnic się wywiązywał. Odczekał moment, próbując się uspokoić, po czym oświadczył:

– Zatrudnię nianię.

– Oj, Ethan…

– A co proponujesz? Żebym się ożenił? Nic z tego. Niania wystarczy. Muszę tylko znaleźć kogoś wykwalifikowanego… – Nagle urwał i spojrzał na zegarek. – Mamy spotkanie w sprawie kupna Donatella.

– Trzeba je przełożyć. – Sadie wskazała Emmę, uświadamiając mu, co w tej chwili jest najważniejsze. – Zresztą Richarda Donatella nie interesuje sprzedaż firmy.

– Zmieni zdanie. Możesz popilnować małej?

– Nie. Jestem twoją asystentką, a nie opiekunką do dzieci. Poza tym złożyłam rezygnację.

– Z dwutygodniowym wypowiedzeniem. Nadal figurujesz na liście plac.

– Jako twoja asystentka.

– No to mi asystuj! – Nie cierpiał krzyku. Emma też nie, bo otworzyła buzię i znów zaczęła krzyczeć.

– Ciii – szepnęła Sadie, głaszcząc niemowlę po plecach. – Ethan, odwołaj spotkanie.

Cholera, miała rację. Praca musi poczekać.

Westchnął ciężko. Rezygnacja Sadie. Dziecko Bakerów. Zmiany są do kitu, ale czasem nie ma się wyjścia i trzeba… Nagle wpadł mu do głowy genialny pomysł. Hm…

– Dam ci sto tysięcy, jeśli zostaniesz miesiąc dłużej.

– Co? – Sadie wytrzeszczyła oczy.

Zaskoczył ją. Ba, zaskoczył siebie.

– Sto tysięcy – powtórzył. – Pod warunkiem, że pomożesz mi z tym… – Wskazał ręką na niemowlę.

– „To” ma na imię Emma.

– Z Emmą. Więc?

– Zwariowałeś. Ale tak, zostanę miesiąc dłużej i pomogę ci znaleźć nianię.

– A wcześniej pomożesz mi w opiece. – Chwycił telefon, wcisnął kilka przycisków. – Kelly, powiedz wszystkim, że przekładamy spotkanie na jutro. Coś… – spojrzał na dziecko – coś mi wypadło.

Rozłączywszy się, wsunął ręce do kieszeni, by Sadie przypadkiem nie podała mu małej.

– Zadzwoń do Alice. Niech przygotuje pokój dla dzieciaka i zamówi błyskawiczną dostawę jakichś mebli.

– Ethan…

– Bez dyskusji. Nadal jestem twoim szefem. – Wrócił do biurka, usiadł i wbił wzrok w ekran komputera.

Tak jest lepiej, uznał. Przecież mała wcale nie chciałaby być trzymana przez niego.

Kilka godzin później stali w Targecie – Sadie z niemowlęciem na ręku – przed ciągnącym się przez całą długość sklepu regałem pełnym produktów dla dzieci.

– Skąd wiadomo, co wybrać? – spytał Ethan.

– Mam pewne doświadczenie. Czasem w niedzielę, jak nie muszę być w pracy, jeżdżę z Giną na zakupy.

– W takim razie przejmujesz stery.

W zatłoczonym sklepie Ethan wyraźnie czuł się zagubiony. Ubrany w elegancki garnitur odstawał od reszty klientów; bardziej pasował do sali konferencyjnej, drogiej restauracji lub czarnej limuzyny. Natomiast w sieciowym Targecie przykuwał uwagę; każda przechodząca alejką kobieta przystawała, by na niego zerknąć.

Starał się trzymać jak najdalej wózka na zakupy, w którym było dziecko. Sadie zacisnęła gniewnie usta. O nie, nie tak się umawiali! Ona ma mu pomagać, a nie wszystko za niego robić! No ale to nie był odpowiedni moment na kłótnię. Wkrótce mała będzie głodna. Albo zmęczona zacznie marudzić. Lub znów będzie wymagała zmiany pieluszki.

– Dobra, najpierw pieluchy.

– Tak jest. – Ethan postąpił krok do przodu i nagle się zatrzymał. – Jakie? Jaki rozmiar? Tu są ich tysiące.

– Ile Emma waży?

– Bo ja wiem? – Przeczesał włosy. – Dziewięć kilo?

– Okej, tym się kieruj. A ja pójdę po… po wszystko inne.

Kiedy robiła zakupy z Giną, bratowa uzupełniała zapasy; większość rzeczy miała w lodówce. Sadie zaś zaczynała od zera. Głowa ją bolała od ilości produktów na półkach. Ethan ma rację; można dostać oczopląsu.

Emma bawiła się własnymi paluszkami, Ethan stał na końcu alejki, czytając instrukcje na opakowaniach pieluszek, a ona krążyła od regału do regału i powoli zapełniała wózek. Wrzucała wszystko, co mogło się przydać. Zabawki, pluszowego misia, którego Emma chwyciła i nie chciała puścić, butelki, smoczki, śliniaki, gryzaki, grzechotki. Wózek był prawie pełen, kiedy Ethan podszedł i umieścił w nim jedno opakowanie pieluszek.

– Jedno? Serio? Uważasz, że wystarczy?

– A skąd mam wiedzieć? Ty jesteś ekspertką.

– Dorzuć jeszcze dwa.

– Chryste, szykujemy się jak na koniec świata – mruknął. – Czy taki mały człowiek naprawdę tego wszystkiego potrzebuje?

Mały człowiek skrzywił się, jakby rozumiał, co duży człowiek powiedział. Sadie z trudem pohamowała śmiech.

– Chcesz się o tym przekonać w środku nocy, kiedy nagle okaże się, że zapomniałeś najważniejszej rzeczy?

– Dobra, bierz. I ruszamy do kasy.

– Jeszcze ubranie.

– Chryste, jakim cudem rodzice nie wariują?

– Na ogół nikt nie kupuje wszystkiego naraz.

– Fakt. – Ethan rozejrzał się. – Biznes czekoladowy przynosi milionowe zyski, ale prawdziwe pieniądze są tu, w sklepach dla dzieci. Zdumiewające, że taki pypeć, który nawet nie potrafi mówić, potrzebuje tak wielu rzeczy.

Sadie niemal zrobiło się go żal. Biedaczysko! Na spokojnych wodach, po których przez całe życie pływał, pojawiły się wielkie wzburzone fale.