Kochankowie z przypadku

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maureen Child
Kochankowie z przypadku

Tłumaczenie:

Elżbieta Chlebowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Jakże mi przykro – powiedział Micah Hunter. – Bardzo cię lubiłem, ale musiałem cię zabić.

Rozparł się wygodniej w fotelu i przeczytał ostatnie linijki tekstu. Sapnął z zadowoleniem, bo scena śmierci jednego z bohaterów szczególnie mu się udała, i zamknął laptop. Pracował od czterech godzin. Najwyższy czas na przerwę. Szkoda tylko, pomyślał, stając przed frontowym oknem, że tu nie ma dokąd pójść.

Wyjął komórkę i wybrał numer. Po paru sekundach usłyszał głos swego agenta.

– Jakim cudem namówiłeś mnie na pobyt w tej dziurze przez pół roku?

– Miło cię słyszeć, stary – roześmiał się Sam Hellman.

– Wzajemnie. – Micahowi nie było do śmiechu.

Przeczesał palcami włosy i rozejrzał się. Dom, który wynajmował, był wiktoriańskim pałacykiem usytuowanym z dala od szerokiej alei wysadzanej wiekowymi drzewami. Ich korony płonęły różnymi odcieniami czerwieni i złota, zanim liście zbrązowieją i opadną. Niebo było intensywnie niebieskie, jesienne słońce przezierało zza grubych białych obłoków. Panowała absolutna cisza. Wręcz upiorna.

Jako poczytny autor horrorów i kryminałów trafiających na pierwsze miejsca w „New York Timesie”, Micah był ekspertem od atmosfery przyprawiającej o gęsią skórkę.

– Nie żartuj sobie, Sam, jestem tu uwięziony przez kolejne cztery miesiące, bo namówiłeś mnie na wynajęcie domu.

– Utknąłeś, bo zawsze lubiłeś zakłady – roześmiał się Sam.

Gorzka prawda. Sam znał go najlepiej na świecie. Poznali się we wczesnej młodości, gdy obaj służyli na jednym okręcie marynarki wojennej. Sam uciekł przed swą bogatą rodziną i jej oczekiwaniami, Micah uciekał przed sierocą przeszłością, rodzinami zastępczymi, kłamstwami i niedotrzymanymi obietnicami.

Z miejsca się zaprzyjaźnili i utrzymywali kontakt po zakończeniu służby wojskowej.

Sam wrócił do Nowego Jorku i wydawnictwa, które założył jeszcze jego dziadek – i ze zdziwieniem odkrył, że podoba mu się praca w rodzinnym biznesie. Micah utrzymywał się z dorywczych prac budowlanych, a całą energię włożył w napisanie pierwszej książki.

Wiedział od zawsze, że chce zostać pisarzem. Kiedy wreszcie zaczął, słowa popłynęły szerokim strumieniem. Pisał całymi nocami, pochłonięty opowieścią, która materializowała się na ekranie komputera. Po ukończeniu pierwszej powieści czuł się jak maratończyk – wykończony, ale zwycięski i szczęśliwy.

Wysłał książkę do Sama, a ten naniósł milion poprawek. Żaden pisarz nie lubi zmieniać tekstu, który uważa za idealny, ale Micah był tak zdeterminowany, że zaakceptował większość zmian.

Książka rozeszła się w mgnieniu oka, a Micah otrzymał niewielką sumkę, z której był bardziej dumny niż z jakichkolwiek wcześniej zarobionych pieniędzy.

Ten sukces był dopiero zapowiedzią kolejnych pomyślnych wydarzeń. Przy drugiej książce wcześniejsza szeptana reklama sprawiła, że powieść stała się sensacją wydawniczą i trafiła na listy bestsellerów. Zanim Micah się obejrzał, jego marzenie stało się rzeczywistością.

Od tej pory ściśle współpracował z Samem i stworzyli niezawodny zespół. A ponieważ byli starymi przyjaciółmi, Sam znakomicie wiedział, jak podpuścić Micaha.

– Zemściłeś się, bo zeszłej zimy pokonałem cię w wyścigu na snowboardzie?

– Za kogo ty mnie masz? – zachichotał Sam.

– To do ciebie podobne – westchnął Micah.

– No dobrze… może trochę – przyznał Sam – ale przyjąłeś wyzwanie. Miałeś zamieszkać w prowincjonalnym miasteczku na pół roku.

– To prawda. – A kiedy podpisywał umowę najmu z właścicielką domu, Kelly Flynn, wydawało mu się, że to kaszka z mleczkiem. Teraz, po dwóch miesiącach, był innego zdania.

– Sam mówiłeś, że akcja twojej następnej powieści dzieje się w zapadłej dziurze. Warto poznać realia.

– Niedzisiejszy jesteś? Nie słyszałeś o Google’u? – roześmiał się Micah. – A kiedy będę pisał o Atlantydzie, jak mam zbierać materiały?

– Nie o to chodzi – upierał się Sam. – Jenny i ja zachwyciliśmy się tym domem, kiedy mieszkaliśmy w nim parę lat temu. Banner to zadupie, ale pizzę mają dobrą.

Micah musiał przyznać mu rację. Zdążył zapisać w telefonie numer do Pizza Bowl.

– Za miesiąc, dwa, zmienisz zdanie – zapewnił go Sam. – Poczujesz zbawienne skutki świeżego górskiego powietrza i przestaniesz szukać dziury w całym.

Micah skrzywił się. Skłonny był przyznać, że dom jest piękny. Rozejrzał się po pokoju na piętrze, który wybrał na swój tymczasowy gabinet. Wysoki sufit, przestronne wnętrze, bajeczne widoki na góry. Cała posiadłość miała nastrój, który przypadł mu do gustu, czasem jednak czuł się tu jak duch snujący się po nawiedzonym zamku. Nie nawykł do tylu pokoi, do ciszy i pustki, ciarki chodziły mu po plecach.

W mieście – każdym normalnym mieście – są światła. Ludzie. Hałas. Tutaj noce wydawały się ciemniejsze niż gdziekolwiek indziej. Nawet w marynarce, na pokładzie okrętu, lampy tłumiły blask odległych gwiazd.

Tymczasem Banner w Utah znajdowało się na celowniku astronomów, bo łańcuch górski skutecznie zasłaniał łunę Salt Lake City i nocami nad ludźmi otwierała się bezkresna przestrzeń kosmosu.

Wystarczyło zadrzeć głowę, aby zobaczyć Drogę Mleczną i tryliony gwiazd, widok równie piękny, co napełniający człowieka poczuciem własnej znikomości.

Micah nigdy nie widział takiego nieba, jego majestat po części rekompensował mu poczucie, że znalazł się na końcu świata.

– Jak książka? – zapytał Sam znienacka.

– Dobrze. – Zmiana tematu na chwilę zbiła go z tropu, ale był za nią wdzięczny. – Właśnie uśmierciłem piekarza.

– Szkoda. Dobry piekarz jest na wagę złota – zaśmiał się Sam. – Jak go wykończyłeś?

– Brutalnie. – Wstał i zaczął się przechadzać po gabinecie. – Morderca utopił go w garze do smażenia pączków pełnym gorącego oleju.

– Ohyda. – Sam westchnął. – Chyba w najbliższym czasie nie tknę pączków.

Dobrze wiedzieć, że jego fantazja ma taki wpływ na czytelników.

– Założę się, że nie potrwa to długo – zauważył trzeźwo Micah.

– Redaktorka się pochoruje, ale twoi fani będą cię uwielbiać – zapewnił Sam. – A skoro mowa o fanach, jacyś się w miasteczku pojawili?

– Jeszcze nie, ale to kwestia czasu. – Wzdrygnął się i wyjrzał przez okno, jakby się spodziewał zobaczyć w oddali kogoś z aparatem fotograficznym, czatującego pod domem na ulubionego pisarza.

To był jeden z powodów, dla których Micah nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej – fani potrafili go wszędzie wytropić. Pojawiali się w hotelach, w których się zatrzymywał, przekonani, że tylko na nich czeka. Większość była nieszkodliwa, jednak Micah wiedział, jak łatwo wielbiciel może się zamienić w fanatycznego prześladowcę.

Paru fanów potrafiło znaleźć sposób, żeby dostać się do jego pokoju hotelowego, inni przysiadali się do niego w restauracji, udając dobrych znajomych lub byłe kochanki. W mediach społecznościowych zawsze można było znaleźć informację, gdzie go ostatnio widziano lub gdzie się ukrył. Zmieniał hotele po promocji każdej kolejnej książki, wybierał pięciogwiazdkowe gwarantujące gościom ochronę, zatrzymywał się w wielkich miastach, gdzie łatwo było zachować anonimowość w tłumie.

Aż do teraz.

– Nikomu nie przyjdzie do głowy, że zamieszkałeś w górskim miasteczku.

– Tak samo myślałem, kiedy zameldowałem się w hotelu w Szwajcarii – przypomniał przyjacielowi. – Do momentu, kiedy w lobby napadł mnie tamten facet, który miał pretensje, że jego dziewczyna się we mnie podkochuje.

Sam roześmiał się, ale Micah się wzdrygnął. Nie chciałby powtórzyć tego doświadczenia.

– Tym razem dokonałeś dobrego wyboru – stwierdził Sam. – Nikt nie będzie cię szukał w Banner, w prywatnym domu. Skutecznie zmyliłeś fanów.

– Sam czuję się zagubiony. Tu jest piekielnie cicho.

– Przysłać ci odgłosy ruchu ulicznego na Manhattanie? Możesz je sobie puszczać w tle podczas pisania.

– Bardzo śmieszne – mruknął Micah, który nie chciał przyznać się sam przed sobą, że to dobry pomysł. – Przypomnij mi, dlaczego właściwie do tej pory cię nie zwolniłem?

– Bo zarabiam dla nas obu mnóstwo kasy, drogi przyjacielu.

– Właśnie. Zapomniałem.

– Poza tym jestem przemiłym zabawnym facetem i chyba jako jedyny na świecie dobrze znoszę twoje humory.

Micah się roześmiał. Od początku, od dnia, gdy poznali się na pokładzie lotniskowca, na którym odbywali służbę wojskową, Sam ofiarował mu bezinteresowną przyjaźń – niezwykle rzadki dar. Całe dzieciństwo i młodość Micah spędził w rodzinach zastępczych, a zmieniał je tak często, że nigdzie nie znalazł przyjaciół. Może to lepiej, bo i tak by ich stracił przy kolejnej przeprowadzce.

Sam był niezwykle ważną dla niego osobą, nawet jeśli czasem doprowadzał go do szału.

– Wszystko prawda. I dziękuję.

– Co myślisz o właścicielce domu?

Micah starał się nie myśleć o Kelly Flynn. Średnio mu to wychodziło, ale przynajmniej próbował.

Przez ostatnie dwa miesiące robił wszystko co w jego mocy, by zachować dystans, choć dziewczyna wydawała mu się fascynująca. Jednak nie w głowie mu romanse. Będzie musiał tu przeżyć jeszcze cztery miesiące, a jeśli zacznie flirtować z Kelly, sprawy mogą się skomplikować.

Każda kobieta wściekłaby się, gdyby ją potraktować jako przygodę na jedną noc. Trudno byłoby znosić gniew Kelly przez cztery miesiące. Dłuższy związek był wykluczony: przeszkadzałaby mu w pisaniu i zaczęła snuć fantazje o wspólnej przyszłości. Nie chciał komplikować sobie życia. Zależało mu tylko na świętym spokoju, by skończyć książkę i po czterech miesiącach wrócić do cywilizacji.

 

– Wymowne milczenie – skomentował Sam.

– Nie ma o czym mówić – odparł Micah. – Nic się nie dzieje.

– Jesteś chory?

– Co?

– Daj spokój – powiedział Sam.

Micah wyobraził sobie, jak przyjaciel odchyla się w fotelu i opiera stopy na biurku. Pewnie patrzy teraz przez okno na nowojorskie drapacze chmur.

– Do licha, jestem żonaty, a przecież potrafię docenić urodę kobiety. Jeśli zdradzisz mnie przed Jenny, natychmiast się wyprę.

Micah wyjrzał przez okno. Kelly pracowała w ogrodzie. Ta kobieta nigdy nie siedziała bezczynnie. Wiecznie znajdowała sobie jakieś zajęcie. Tym razem grabiła opadłe liście i pakowała je do worków. Potem ładowała je na taczki i ukladała przy krawężniku.

Miała długie złotaworude włosy związane w koński ogon, ciemnozieloną koszulkę i obcisłe sprane dżinsy, które opinały zgrabną pupę i długie nogi. Do tego czarne rękawice i znoszone czarne buty.

Chociaż stała tyłem, bez trudu wyobraził sobie jej twarz. Gładka biała skóra ze złocistymi piegami na nosie i policzkach. Zielone oczy, które mrużyła w uśmiechu, i pełne wargi, budzące ciekawość, jak smakują.

Pomachała do sąsiadki z naprzeciwka. Na pewno się uśmiechała. Wyobraził ją sobie i zaraz wrócił do biurka.

– Jest ładna – przyznał.

– Więcej entuzjazmu – zaśmiał się Sam.

– Przyjechałem tu pracować, a nie uganiać się za spódniczkami – burknął Micah.

Miał problem z nadmiarem entuzjazmu, a nie jego brakiem, ale do tego nie zamierzał się przyznać.

– Żałosne.

– Po co właściwie zadzwoniłeś?

– A niech mnie, naprawdę potrzebujesz odpoczynku. To ty zadzwoniłeś do mnie, pamiętasz?

– Racja. – Znów przeczesał palcami włosy. Może naprawdę potrzebuje przerwy. Przez ostatnie dwa miesiące pracował bez wytchnienia. Nic dziwnego, że przestronne pomieszczenia wydały mu się nagle klaustrofobiczne. – Wezmę auto i przewietrzę się. To mi dobrze zrobi.

– Zaproś swoją gospodynię – poradził Sam. – Pokaże ci okolicę, bo pewnie nosa nie wystawiłeś na dwór od przyjazdu.

– Zgadłeś. Ale przewodniczka mi niepotrzebna.

– W takim razie czego ci potrzeba?

– Dam ci znać, jak się dowiem – odparł Micah.

– Jak się miewa nasz sławny autor?

Kelly uśmiechnęła się do sąsiadki. Sally Hartsfield była najbardziej wścibską istotą na ziemi. Ona i jej siostra Margie, stare panny po dziewięćdziesiątce, całe dnie spędzały z nosami przyklejonymi do szyby, by nie stracić z oka niczego, co się działo w okolicy.

– Myślę, że jest bardzo zajęty. – Kelly zerknęła w stronę okna na pierwszym piętrze, gdzie wcześniej zauważyła sylwetkę Micaha. Nie było go, stwierdziła zawiedziona. – Uprzedził mnie, że ma mnóstwo pracy i nie wolno mu przeszkadzać.

– Hmm. – Sally powiodła wzrokiem we wskazanym kierunku. – Jego ostatnia powieść przyprawiła mnie o koszmary senne. Nie rozumiem, jak człowiek wymyślający takie chore makabryczne historie wytrzymuje w samotności…

Kelly była tego samego zdania. Przeczytała tylko jedną z siedmiu powieści Micaha, bo potem przez dwa tygodnie nie była w stanie spać przy zgaszonym świetle. W książkach szukała miłego odprężenia, a nie suspensu mrożącego krew w żyłach.

– Widać to właśnie lubi – powiedziała.

– Ludzie są różni – zgodziła się Sally. – I Bogu dzięki. Wyobrażasz sobie, jak byłoby nudno, gdyby wszyscy byli tacy sami? – Potrząsnęła głową, ale nie drgnął ani jeden włosek z ciasno skręconych loczków. – Nie byłoby o czym rozmawiać.

Największy grzech w oczach Sally. Ta kobieta potrafiłaby wycisnąć informację z nieboszczyka.

– Przystojny mężczyzna, prawda? – spytała Sally z błyskiem w oku.

Micah Hunter był znacznie więcej niż przystojny. Zdjęcie na obwolucie książki pokazywało ciemnowłosego faceta patrzącego na czytelnika spode łba, zapewne celowo ponurego, zważywszy na tematykę jego powieści. Na żywo był znacznie bardziej atrakcyjny. Rozczochrane włosy, jakby właśnie wstał z łóżka. Oczy koloru mocnej kawy, a kiedy przez dzień lub dwa zapomniał się ogolić, miał lekki zarost nadający mu wygląd pirata.

Miał szerokie ramiona i wąskie biodra, był wysoki. Kelly czuła się przy nim kruszynką, choć miała ponad metr siedemdziesiąt wzrostu. Kiedy wchodził do pokoju, wszystkie oczy zwracały się na niego, choć wcale się o to nie starał. Kelly podejrzewała, że każda kobieta, która miała z nim do czynienia, po trochu się w nim podkochiwała. Nawet Sally Hartsfield, która miała wnuka w jego wieku.

– Miło na niego popatrzeć – przyznała wreszcie, bo Sally patrzyła na nią badawczo.

– Kelly Flynn, co z tobą, dziewczyno? Twój Sean nie żyje od czterech lat. Kiedy byłam w twoim wieku…

Kelly zesztywniała na wzmiankę o zmarłym mężu. Sally dostrzegła jej reakcję, więc tylko uśmiechnęła się przepraszająco i zmieniła temat.

– Słyszałam, że pokazujesz dom Polków jakiejś parze z Kalifornii?

– Skąd wiesz? – Kelly spojrzała na starszą panią zaskoczona. Umówiła się na to spotkanie wczoraj.

– Mam swoje metody – odparła Sally tajemniczo.

Kelly od dawna podejrzewała, że staruszka zatrudnia w Banner całą armię szpiegów, a teraz miała już pewność.

– Wszystko się zgadza, czas na mnie. Muszę się jeszcze umyć i przebrać.

– Nie zatrzymuję cię, moja droga. Ja też mam wiele rzeczy do zrobienia. – Po twarzy starszej pani przemknął cień zawodu, bo po Micahu nie było ani śladu.

Podreptała z powrotem do siebie, a jej jaskraworóżowe tenisówki niemal świeciły na dywanie z opadłych liści. Konary wiekowych dębów po obu stronach ulicy splatały się, tworząc naturalne arkady ze złocistych i czerwonych liści.

Domy w sąsiedztwie bardzo się różniły. Były tam skromne kamienne budynki i dystyngowane wiktoriańskie budowle, jak rodzinna posiadłość Kelly. Wszystkie miały przynajmniej sto lat, ale były dobrze utrzymane, podobnie jak starannie pielęgnowane trawniki. Mieszkańcy Banner nigdzie się stąd nie ruszali. Tu się rodzili, dorastali, pobierali, wychowywali dzieci i w końcu umierali.

Społeczność lokalna stanowiła dla Kelly ważny punkt odniesienia. Zamieszkała tu jako ośmiolatka, gdy jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Przygarnęli ją dziadkowie i wkrótce stała się centrum ich świata. Teraz, po śmierci dziadka, babcia przeprowadziła się na Florydę, zostawiając Kelly wiktoriański pałac i znajdujący się na tyłach posiadłości domek ogrodnika. Samotne mieszkanie w ogromnym budynku byłoby głupie, więc Kelly wynajmowała go, a sama przeniosła się do domku.

W ostatnich latach posiadłość rzadko świeciła pustką. Jeśli nie wynajmowali jej turyści na wakacje, zgłaszali się do niej nowożeńcy chcący tu zorganizować wesele. Było to ulubione miejsce na wielkie przyjęcia, a w zeszłym roku odbył się tu nawet skautowski piknik.

W każde Halloween dekorowała ganek od frontu, by budynek przypominał nawiedzony dom.

– Czas się przygotować – mruknęła. Już pierwszy października. Wiedziała, że miesiąc zleci jak z bicza strzelił.

Była w połowie drogi, gdy drzwi otworzyły się i na ganek wyszedł Micah. Serce Kelly zabiło mocniej. Minęły cztery lata od śmierci Seana i szczerze mówiąc, odwykła od umawiania się na randki. Może dlatego tak przesadnie reagowała na atrakcyjnego faceta.

Miał czarną skórzaną kurtkę na czarnym T-shircie włożonym w czarne dżinsy, jego ulubione. Czarne martensy zadawały mu wygląd osobnika seksownego i niebezpiecznego. Twarz jej się zaczerwieniła.

– Potrzebna ci pomoc? – Wskazał brodą na taczki.

– Co? Och. Nie. – Gratulacje, Kelly. Trzy. Osobne. Słowa. Czas sklecić zdanie. – Jest pusta, niewiele waży. Odstawię ją na tyły domu.

– Robię sobie przerwę. – Zbiegł po szerokich schodach do ceglanej alejki, przy której rosły chryzantemy w barwnych jesiennych kolorach. – Mam ochotę przejechać się po okolicy. Rozeznać w terenie.

– Po dwóch miesiącach w Banner? – uśmiechnęła się. – Najwyższy czas.

– Jakieś sugestie co do trasy? – On też uśmiechnął się półgębkiem.

– Niezależnie od tego, jaką drogę wybierzesz, piękne widoki masz gwarantowane. – Opuściła taczkę, odrzuciła koński ogon i zastanowiła się. – Możesz pojechać wąwozem aż do drogi numer 89. Napotkasz wiele stoisk z dyniami. Byłoby miło, gdybyś mi kilka przywiózł.

– Czy mówiłem coś o zakupach? – Na jego twarzy pojawił się przekorny uśmieszek.

– Nie, ale mógłbyś połączyć przyjemne z pożytecznym.

– Albo – zaproponował – mogłabyś pojechać ze mną i wybrać sobie dynie.

– Dobrze.

Kiwnął głową.

– Czekaj. Nie. Chyba nie mogę.

Spojrzał na nią pytająco.

Zrobiło jej się głupio. Micah najwyraźniej wcale nie chciał jej towarzystwa. Tymczasem ona miała ochotę z nim pojechać, choć przecież nie powinna, bo ma mnóstwo do zrobienia. Przejażdżka z Micahem Hunterem, który działa na nią jak nikt inny, nie jest dobrym pomysłem.

A może powinna wykorzystać okazję, by pograć mu na nerwach jak on jej?

– Zgoda – zdecydowała wreszcie. – Pojadę, ale muszę wrócić za dwie godziny. Po południu mam klientów, którym pokazuję dom.

– Nie zamierzam spędzić dwóch godzin na stoisku z dyniami – zapewnił i wsunął ręce do kieszeni. – To jak?

Spotkali się wzrokiem. W jego brązowych oczach wyczytała nadzieję, że odmówi. W tej sytuacji powiedziała jedyne, co jej pozostało.

– Jasne. Z przyjemnością.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Czemu kupujesz dynie, skoro masz w ogrodzie własne?

Droga wiła się w krętym wąwozie. Po obu stronach wznosiły się góry. Potężne sosny sterczały prosto i sztywno jak żołnierze na warcie, barwne korony dębów, klonów i brzóz rosnących między nimi przypominały kleksy kolorowej farby na ciemnej zieleni.

– Naprawdę nie da się kupić dyń nigdzie bliżej? – zapytał Micah.

– Oczywiście, że się da – odparła, odwracając głowę, aby lepiej widzieć jego profil – ale tylko u farmerów znajdę odpowiednio duże.

Mógł sobie wywracać oczami, ona i tak zamierza cieszyć się przejażdżką. Był piękny jesienny dzień, jechała świetnym samochodem – choć jak na nią trochę za szybko – siedziała obok seksownego mężczyzny, przy którym czuła nerwowe podniecenie.

Zaskoczył ją. Nie czuła motylków w brzuchu od czterech lat, od śmierci Seana. Już myślała, że wszelkie ziemskie żądze stały się jej obce. Sama nie wiedziała, czy się cieszyć, czy martwić, że jednak reaguje jak normalna kobieta.

Opuściła szybę i zimny podmuch powietrza ochłodził jej twarz. Przeniosła wzrok na towarzysza.

– Zasadziłam dynie, żeby je rozdać dzieciakom w sąsiedztwie.

– Nie zatrzymasz żadnej dla siebie?

– Mogłabym, ale co to za frajda?

– Frajda? – powtórzył. – Widziałem jak się krzątasz, wyrywasz chwasty, podlewasz, przycinasz. To ma być przyjemność?

– Dla mnie tak. – Wiatr zdmuchnął jej koński ogon na twarz, odgarnęła włosy. – Nie będziesz mnie uczył, co jest przyjemne, a co nie.

– Mógłbym – mruknął. – Jest na świecie wiele milszych rzeczy niż uprawa dyń.

Wyobraźnia podszepnęła jej parę nieprzyzwoitych pomysłów, ale Kelly szybko je odgoniła. Micah najwyraźniej przywykł do składania kobietom zawoalowanych propozycji. Nie zamierzała w odpowiedzi robić do niego maślanych oczu. Jeszcze nie.

– Nie przekonałeś mnie. – Wzruszyła ramionami. – Jesteś w mieście od dwóch miesięcy i ani razu nie wystawiłeś nosa na zewnątrz.

– Pracuję. Nie mam czasu na zabawę.

– Samochwała – mruknęła pod nosem.

– Słucham?

– Nic, nic. Więc jak sobie wyobrażasz zabawę?

– Zacząłbym od wynajęcia prywatnego odrzutowca… – powiedział po zastanowieniu.

– Odrzutowca? – Tu ją zaskoczył.

– Nie lubię wycieczek zbiorowych.

Przypomniał jej się ostatni lot z lotniska w Salt Lake City. Siedziała między gadatliwą niewiastą ustawicznie narzekającą na wnuki a biznesmenem, którego twarda aktówka wbijała jej się w udo. Wyczarterowany odrzutowiec, niezła rzecz.

– Już wiemy czym. A dokąd?

Prowadził range rovera po górskiej drodze jak kierowca rajdowy. Kelly miała ochotę kurczowo trzymać się siedzenia, ale jakoś jej nie wypadało.

– Mamy październik, poleciałbym do Niemiec na Oktoberfest.

– Aha. – Było to tak odległe od jej normalnych destynacji, że zabrakło jej słów.

 

Micah nawet nie zauważył, okazało się, że na interesujący go temat potrafi gadać bez przerwy.

– Świetna okazja, żeby przyglądać się ludziom.

– Domyślam się – mruknęła.

– Pisarze już tak mają. Przyglądają się turystom. Miejscowym. Interakcjom między nimi. Kopalnia pomysłów.

– Na morderstwa?

– Również. W jednej z książek zabiłem menedżera hotelu. – Wzruszył ramionami. – Facet był durniem, więc musiałem się go pozbyć.

– Mam nadzieję, że nie knujesz, jak się pozbyć swojej aktualnej gospodyni?

– Jeszcze nie.

– Całe szczęście.

– Po przedłużonym weekendzie w Monachium – ciągnął – pojechałbym do Anglii. W Oksfordzie jest hotel, który bardzo lubię.

– Nie w Londynie?

– Oksford jest mniejszy i niewiele osób mnie rozpoznaje.

– To problem?

– Może być. – Jechał tak ostro, że Kelly zarzuciło na zakręcie. Nawet nie zauważył. – Moi fani wszędzie mnie wytropią. Ach, ten internet. Irytujące.

Rozumiała wiernych czytelników. Zdjęcia Micaha przykuwały uwagę, sama spędziła kilka chwil podziwiając pochmurne spojrzenie, bujną czuprynę, mocny zarys szczęk.

– Nie powinieneś dawać swoich fotek na okładce.

– Wiele razy kłóciłem się na ten temat z wydawcą – przyznał. – Nie chce słyszeć o alternatywach.

Kelly nie wiedziała, co powiedzieć. Nigdy jej nie śledzili nieznajomi desperaci próbujący wkraść się w jej łaski, a najdalszą podróż odbyła na Florydę, aby odwiedzić babcię. Anglia? Niemcy? To nie w jej stylu. Chciałaby kiedyś polecieć do Europy, ale z pewnością samolotem rejsowym.

Rozejrzała się po znajomej scenerii i poczuła się pewniej. Życie Micaha tak bardzo różniło się od jej własnego, że przyprawiło ją o chwilowy zawrót głowy.

– Chciałabym kiedyś zobaczyć Szkocję. Zamek w Edynburgu.

– Wspaniały – zapewnił.

Oczywiście już tam był. Pewnie był wszędzie na całej kuli ziemskiej. Nic dziwnego, że nie wystawił nosa za drzwi. Co ciekawego mógłby znaleźć w Banner w stanie Utah? Po tym wszystkim, co widział, jej rodzinne miasteczko musiało mu się wydać śmiertelnie nudne.

Cóż, nawet jeśli nie dorastało do Edynburga czy Monachium, ona je kochała.

– Dobrze wiedzieć – powiedziała, tłumiąc chwilową zazdrość. – Tymczasem ograniczę się do rozdawania dyń dzieciakom. Bardzo lubię ogrodnictwo. Nasionko kiełkuje, wyrastają pędy, a zanim się obejrzysz, na grzędzie rozkładają się pękate pomarańczowe dynie. Dzieci z sąsiedztwa przychodzą, wybierają swoje, pomagają je podlewać i pielić. Są z nich dumne.

– Dają temu wyraz – mruknął.

Nie odrywał oczu od szosy. Może był ostrożnym kierowcą, a może nie chciał na nią patrzeć? Pewnie to drugie, pomyślała. Przez dwa miesiące prawie nie widywała swego lokatora.

Był pisarzem i z góry uprzedził, że szuka spokoju do pracy. Nie zamierzał poznawać ludzi, podejmować gości i przechadzać się po miasteczku. Przyjacielski? Nie za bardzo. Intrygujący? Szalenie.

Co na to poradzić, że podobali jej się wysocy, ciemnowłosi i posępni mężczyźni? Jej mąż Sean był wyjątkiem. Niebieskooki blondyn wiecznie uśmiechnięty. Tymczasem Micah zapowiadał same problemy.

– Nie lubisz dzieci?

– Tego nie mówiłem. Mówiłem tylko, że je słychać. Hałasują.

– Hm – zauważyła z półuśmiechem. – Czy to nie ty uskarżałeś się w zeszłym tygodniu na ciszę w Banner?

– Jeden zero dla ciebie – przyznał niechętnie.

– Świetnie. Lubię wygrywać.

– Jeden punkt nie przesądza sprawy.

– Ile punktów trzeba, żeby wygrać?

– Przynajmniej jedenaście – odparł z półuśmiechem.

Twarz mu pojaśniała na chwilę, ale zaraz wrócił zwykły grymas, a jednak Kelly zaschło w gardle z wrażenia. Powinna się skoncentrować na tym, o czym mówią, a nie na swoim seksownym towarzyszu.

– Słowny ping-pong – powiedziała z wysilonym uśmiechem.

– Zgadza się.

– W porządku. Jest jeden zero na moją korzyść. – Dotknęła lekko jego ramienia, jakby chciała się przekonać, że może to zrobić i nie stanie w płomieniach.

– Będziesz liczyła? – zdziwił się.

– Sam zacząłeś.

– Racja. Zapiszę.

– Nie trzeba. Zapamiętam. – Uśmiechnęła się pod nosem i spojrzała na drogę. Potrafi konwersować ze swoim lokatorem, jeśli tylko pohamuje hormony i wyobraźnię. Poradzi sobie z Mister Universum.

Przez następnych kilka dni Kelly miała zbyt wiele zajęć, by myśleć o Micahu. I dobrze. Gdy tylko wrócili z wyprawy po dynie, jej lokator zaszył się u siebie i nie wyściubił nosa. Niepotrzebne były słowa, wszystko jasne.

Chciał jej pokazać, że krótki wypad był wyjątkiem od reguły. Tak będzie lepiej. Łatwiej skoncentrować się na własnym życiu i obowiązkach, gdy Micaha widywała jedynie w snach.

Trudno było się dobrze wyspać, ale radziła sobie ze zmęczeniem. Gorzej, że zaczęły ją prześladować sny nieprzyzwoicie erotyczne. Budziła się rozpalona i niezaspokojona. Miała ochotę przewrócić się na drugi bok i śnić dalej.

Na jawie całkiem nieźle sobie radziła z wypieraniem niepożądanych myśli, zwłaszcza że miała nadmiar pracy. Skończyła jedną, biegła do następnej. Nie miała czasu zastanawiać się, czy seks z Micahem byłby równie gorący jak w snach.

To byłoby ponad jej możliwości.

Czy można umrzeć z nadmiaru rozkoszy?

Umoczyła pędzel w pomarańczowej farbie, strząsnęła nadmiar i na wystawie Coffee Cave namalowała pierwszą dynię. Ze wszystkich zleceń, których się podejmowała, robienie świątecznych dekoracji w witrynach było jej ulubionym zajęciem.

Pracowała też jako wirtualna asystentka, prowadziła strony internetowe dla kilku lokalnych przedsiębiorców, miała jednoosobową agencję nieruchomości i właśnie udało jej się sprzedać dom rodzinie z Kalifornii. Była ogrodniczką i projektantką zieleni, a ostatnio całkiem serio rozważała, czyby nie wystartować w wyborach na burmistrza, bo nie podobały jej się plany przebudowy rynku popierane przez obecnego włodarza miasta.

Kelly skończyła marketing i zarządzanie na uniwersytecie stanowym, ale nie chciała szukać stałej posady. Lubiła różnorodność, wolała być swoim własnym szefem. Prowadziła kilka biznesów jednocześnie, jej przyjaciele z niedowierzaniem kręcili głową. Tylko Sean zawsze ją zachęcał i powtarzał, że powinna robić to, co sprawia jej przyjemność.

Przelotne wspomnienie męża było jak ciepły powiew w zimny dzień. Poczuła ukłucie w sercu. Wciąż za nim tęskniła, choć jego rysy pomału zacierały się w jej pamięci – jak akwarela pozostawiona na deszczu.

Miała wrażenie, że w ten sposób go zdradza, pozwala mu odejść. Jednak trudno jest żyć, kiedy człowiek uporczywie podsyca w sobie ból. Czas mija, życie toczy się dalej. Albo za nim biegniesz, albo znajdziesz się na marginesie.

Kelly spojrzała na Main Street i od razu poczuła się lepiej. Banner było urokliwą miejscowością i miała szczęście, że tu dorastała. Przyjechała jako ośmiolatka pogrążona w żałobie i z miejsca zakochała się w miasteczku, lasach, rzekach, wodospadach i tutejszych mieszkańcach.

To nie Edynburg ani Oksford, ale jest… przytulnie. Wiekowe budynki miały skrzypiące podłogi i ceglane ściany. Chodniki były wąskie, ale schludnie utrzymane. Na latarniach ulicznych wisiały kosze z kwiatami. Za miesiąc, dwa, wszędzie będą świąteczne dekoracje, a nad ulicami zawisną łańcuchy lampek, spadnie śnieg i miasteczko nabierze idyllicznego charakteru.

Kelly lubiła podróżować i chciałaby zobaczyć świat, ale zawsze wróci do Banner, gdzie jest jej dom.

Na witrynie wymalowała cały rząd roztańczonych dyń.

– Wygląda świetnie.

Odwróciła się do przyjaciółki. Właścicielka kawiarni, Terry Baker, piekła najlepsze bułeczki cynamonowe w całym stanie. Przypominała elfa: krótkie czarne włosy, niebieskie oczy i wzrost metr pięćdziesiąt z niewielkim hakiem.

Przyjaźniły się od trzeciej klasy szkoły podstawowej i zawsze mogły na sobie polegać. Terry pocieszała ją po śmierci Seana. Teraz, gdy jej mąż, wojskowy, został wysłany na granicę po raz trzeci w ciągu czterech lat, Kelly wspierała koleżankę.

– Dziękuję, ale jeszcze nie skończyłam. – Kelly przyjrzała się swojemu dziełu i stwierdziła, że w paru miejscach trzeba domalować uśmiechnięte szczerbate dynie.

– Azaliż nie czas na latte, którą zaparzyłam specjalnie dla ciebie? – Podała jej filiżankę.

– Azaliż? – Kelly wypiła kilka łyków ze smakiem. – Znowu czytasz angielskie kryminały?

– Nie. – Terry włożyła ręce do kieszeni. – Nie mam szans na seks, więc nocami oglądam angielskie kryminały w telewizji.