Klub. Seksskandal w komitecie noblowskimTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kiedy odbiera telefon, następuje dłuższa cisza. Dopiero po chwili się przedstawiam. Potem pytam, czy nie przeszkadzam, i mówię, że „w związku z #MeToo” zaczęłam sprawdzać dyrektora artystycznego Forum i otrzymałam informację, że ona ewentualnie doświadczyła „czegoś takiego”. Wie od przyjaciela, że mam zadzwonić. Dokładnie przemyślała swoją decyzję. Potem mówi mi, że przez wiele lat postrzegała siebie jako milczącego świadka.

„Wykonałam wielką pracę. Świadomie postanowiłam nie zapomnieć. Wiem, że nie jestem sama, chciałam być gotowa. Pisałam, poświęciłam sporo energii na to, by zrozumieć Jean-Claude’a oraz świat kultury, który żył z nim w symbiozie. Kiedy rozpętało się #MeToo, uświadomiłam sobie, że zdemaskowanie go jest możliwe”.

Chce opowiedzieć o swoich doświadczeniach, ale absolutnie nie zrobi tego pod nazwiskiem. Dla niej i wielu innych kobiet, które zdecydują się na rozmowę ze mną, anonimowość będzie sprawą kluczową – także dla tych, które są blisko Arnaulta i Akademii Szwedzkiej.

Mówi o sobie Christine, nasza pierwsza rozmowa trwa czterdzieści dwie minuty.

CHRISTINE:

Tata w nietypowy sposób namawiał mnie do awansu klasowego. Sam chciał studiować. Nie zachęcał tak, jak robi to wielu innych rodziców będących robotnikami, do nauki czegoś, co da mi konkretny zawód. Wspierał mnie w tym, żebym studiowała to, na co mam ochotę – na kierunku, który mnie fascynuje.

To było latem 2000 roku, studiowałam literaturoznawstwo, Jean-Claude’a Arnaulta spotkałam na promie do Niemiec. Miałam dwadzieścia pięć lat. Zaczęłam publikować w różnych czasopismach.

W tym czasie nie czułam się najlepiej. Dziś powiedziałabym, że miałam depresję, takie epizody zdarzyły mi się już wcześniej, gdy byłam nastolatką. Wtedy nie zdawałam sobie z tego do końca sprawy.

Pamiętam, jak stałam ubrana cała na czarno na gorącym, nasłonecznionym pokładzie promu i zauważyłam, że przygląda mi się jakiś starszy mężczyzna.

Od razu fajnie się z nim rozmawiało. Był niezwykle wiarygodny. Szybko oświadczył, że jest mężem Katariny Frostenson, dla mnie wybitnej osoby. Był w drodze do Paryża. Tam miał się spotkać z pisarzem Horace’em Engdahlem, swoim bliskim przyjacielem. Niedawno czytałam w wywiadzie w „Dagens Nyheter”, że ten traktował Arnaulta jako wzór stylu bycia.

Teraz myślę, że Jean-Claude wcześnie dostrzegł moje zagubienie, to, że byłam przygnębiona, ale też że chciałam coś osiągnąć. Jeśli byłabym wtedy tylko krucha... Nie, to by nie wystarczyło. To by było za łatwe. Miałam wrażenie, że pociągała go kombinacja mojego załamania i ambicji.

Poza tym znajdowałam się w trudnym, granicznym momencie. Nie miałam żadnego kulturowego backgroundu. Pochodziłam z zewnątrz, jeszcze nie słyszałam o Arnaulcie. Fascynowało mnie to, że osobiście znał pisarki, które wydawały mi się wszystkim. W tym czasie sama zaczęłam tworzyć jako osoba pisząca. Stałam na progu tego świata.

Przez całą podróż promem rozmawialiśmy o literaturze i pisaniu. Przysiadłam się do niego, po raz pierwszy podróżowałam pierwszą klasą.

Podświadomie to wszystko miało znaczenie. Gdy schodziłam z promu w Niemczech, zapytał, czy nie zechciałabym przyjechać do niego do Paryża. Miałam wrażenie, że to szansa, której nie wolno odrzucić. Zanim się rozstaliśmy, pocałował mnie. Byłam zaskoczona, bo nie odczułam między nami tego rodzaju napięcia – ale po tym pocałunku zorientowałam się, że ten mężczyzna mi się podoba.

Zaledwie po kilku dniach w Niemczech postanowiłam pojechać do Paryża. Zdarzało się, że gdy działałam w odpowiednio szybkim tempie, lepiej radziłam sobie z lękiem.

Sprawdziłam go przed wyjazdem do Paryża. Naprawdę był mężem Katariny Frostenson, poczułam się bezpieczna. Potem napisałam maila do najbliższej koleżanki: „Jeśli coś mi się stanie, to jest jego numer”. Ten zabezpieczający krok odzwierciedlał napięcie, które, jak mi się wydaje, dostrzegł we mnie Jean-Claude: podobał mi się, coś kusiło mnie w jego aurze światowca, choć oczywiście nie chciałam być wykorzystana. Bałam się o własne życie, a mimo to chciałam zaryzykować.

Wsiadłam do nocnego autokaru do Paryża. Nigdy wcześniej tam nie byłam i już nigdy tam nie wróciłam. Nie ze względu na rzeczy, które mnie tam spotkały, ale ponieważ to tam się wszystko zaczęło. Dni w tym mieście okazały się dopiero początkiem.

W Paryżu Jean-Claude był już inny niż na statku, stał się opryskliwy. Zaczął dawać drobne sygnały, robił uwagi na temat mojego ciała czy bluzki, którą kupiłam. Zachowywał się protekcjonalnie, ale przede wszystkim przestał ze mną rozmawiać. Pamiętam, jak pewnego wieczoru siedzieliśmy w barze, a on w widoczny dla otoczenia sposób trzymał rękę w moich majtkach. Obrzydliwy gest. Nie byłam pruderyjna. Jadąc do Paryża, chciałam uprawiać z nim seks – ale to, że nie odezwał się do mnie ani słowem... Pełniłam tylko jedną funkcję.

Stałam się nieistotna. Byłam jedynie kobietą, z którą się pieprzył. Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłam: cały czas byłam tylko ciałem i o tym wiedziałam. On nawet nie udawał, że jest inaczej.

Postanowiłam wyjechać. Po powrocie do domu opowiadałam o Paryżu jako o szalonym przeżyciu. Zamieniłam to doświadczenie w historię, z którą będę mogła żyć. Jednak Jean-Claude umocnił tę ciemną stronę, która była we mnie już wcześniej. Tej jesieni czułam się dużo gorzej. A on dzwonił i dzwonił. Nie chciałam mieć z nim do czynienia.

Namawiał mnie. Byłam słaba, w końcu nie miałam już siły się sprzeciwiać. Spotkałam się z nim w Wasahofie. Jean-Claude chciał, żebyśmy poszli do Forum. W piwnicy poprosił, żebym zrobiła mu laskę, a ja zaczęłam to robić. Robiłam to dobrowolnie. A potem zszokowała mnie gwałtowność i szybkość tego, co się stało. Byłam zupełnie nieprzygotowana. W Paryżu nie uprawialiśmy raczej „przyjemnego” seksu, ale to było coś zupełnie innego. Chwycił mnie mocno za głowę. Wprowadził swojego penisa tak głęboko, że nie mogłam oddychać. Nie puszczał. Byłam unieruchomiona jak w imadle. Całe ciało się trzęsło, pamiętam tylko jedną myśl: jesteśmy w piwnicy. Nawet jeśli się uwolnię i zacznę krzyczeć, nikt mnie nie usłyszy. Wydaje mi się, że trwało to dość długo, choć dokładnie nie wiem ile. Właśnie ta scena na zawsze pozostanie mi w pamięci.

Potem dalej wydzwaniał. Kiedyś poinformował mnie, że zaprosił do Forum moją ulubioną pisarkę. Chciał, żebym ją poznała. W końcu zdecydowałam, że pójdę tam z kolegą. Nie miałam zamiaru być ofiarą. Nie chciałam myśleć o sobie w ten sposób. W moim pamiętniku z tamtego okresu nie ma ani słowa o przemocy – chociaż pisałam inne rzeczy o Jean-Claudzie. W każdym razie zadbałam o to, żeby nie iść tam w pojedynkę.

Kiedy kolega i ja wychodziliśmy z odczytu, ktoś zaczął dotykać mojej pupy. Od razu zrozumiałam kto, ale i tak się odwróciłam. Moja reakcja była bardzo gwałtowna, bo za mną szedł nie tylko on, lecz także Katarina Frostenson. Widziała. Musiała widzieć. Stali blisko siebie.

Sytuacja była niezrozumiała, szybko stamtąd zniknęłam. Dlaczego zachował się tak przy żonie?

To, co się wydarzyło, było tym gorsze, że na własne oczy widziałam, że nie jest sam. Miał po swojej stronie cały ten nieosiągalny świat moich intelektualnych idoli.

Uwolniłam się od Arnaulta dopiero po przeprowadzce i zmianie numeru telefonu. Mieszkałam z kolegą, który dostał ode mnie instrukcje, by pod żadnym pozorem nie przekazywać mu nowego numeru. Powiedział mi, że Jean-Claude ciągle dzwonił, chociaż znajomy wyraźnie mu potwarzał, że nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Od tamtej pory trzymałam się z dala od tych kręgów. Mimo że nadal pracowałam w świecie kultury, zawsze dbałam o to, żeby zachować dystans. Przez ten czas miałam świadomość, co sprawiło, że nie chcę – czy nie mogę – stać się znaczącą postacią tego świata. Nie mogę znieść faktu, że tak wiele osób najpierw odwraca wzrok, a potem w milczeniu skupia się wokół Jean-Claude’a.

*

Opowieść Christine paraliżuje mnie. Na początku śledztwa dotyczącego Arnaulta podejrzewałam, że jego wyjątkowa pozycja umożliwiała nie tylko wykorzystywanie młodych kobiet jako nielegalnej siły roboczej, lecz także jako obiektów seksualnych. Jednak to, co teraz usłyszałam, było dużo poważniejsze.

W moim dyktafonie była opowieść Christine, poza tym Filippy, Elise Karlsson, Gabrielli Håkansson i jeszcze dwóch innych kobiet. Byłam jednak w pełni świadoma różnicy między tym, co, jak mi się wydawało, wiem o rzeczywistości, a tym, co można upublicznić w „Dagens Nyheter”. Jean-Claude Arnault nie był skazany. Nikt jeszcze na niego nawet nie doniósł. Jeśli te oskarżenia zostałyby mimo wszystko opublikowane, główny bohater najpewniej musiałby pozostać anonimowy. Jego tożsamość byłaby utajniona, stałby się „panem od kultury”, jak każdy inny. Artykuł niósłby ze sobą przede wszystkim konsekwencje dla kobiet, które przez swe historie ułatwiłyby Jean-Claude’owi Arnaultowi ich zdemaskowanie. Uświadomiłam sobie, że opowieści, które usłyszałam, prawdopodobnie nigdy nie ujrzą światła dziennego. To poczucie mnie przygniotło. Miałam wrażenie, że nie dam rady sama unieść tej wiedzy. Tej, którą te i inne kobiety miały w sobie przez tyle lat. Nie dam rady przeprowadzić kolejnych wywiadów ze słynnymi pisarzami i intelektualistami.

Nigdy przedtem nie zajmowałam się tym rodzajem dziennikarstwa śledczego. Z tego powodu nie śpię w nocy, czytam o zdemaskowaniu Harveya Weinsteina. Decydujący w jego sprawie był fakt, że istniały twarde dowody. Reporterzy odkryli, że przez lata podpisano wiele umów prawnych z klauzulą poufności. Kobiety, które oskarżały producenta, zdecydowały się na milczenie w zamian za pieniądze. Takie rzeczy dość często zdarzają się w Stanach Zjednoczonych, ale nie słyszałam o niczym podobnym w Szwecji.

W sprawie Jean-Claude’a Arnaulta nie ma żadnych dokumentów. Ale zauważam też, że reporterzy „New York Timesa” cały czas popierają swoje odkrycia mailami, notatkami oraz wywiadami z ludźmi bliskimi domniemanych ofiar.

 

Muszę zatem przyjąć rolę śledczego. Jeśli kobiety mówią, że poleciały do Paryża, poproszę je o bilety lotnicze lub wyciągi z kont wskazujące na opłacenie podróży. Jeśli molestowanie odbywało się w obecności osób trzecich, poproszę o nazwiska i przepytam wskazanych ludzi. W przypadku braku świadków spytam, kto jako pierwszy usłyszał o incydencie. Czy z kimś rozmawiały na czacie? Zapisały to w pamiętniku? Z lektury artykułów dotyczących gwałtów, gdzie nie było twardych dowodów, wiedziałam, że skazanie jest w gruncie rzeczy niemożliwe, jeśli mamy tylko słowo przeciwko słowu. Można było jednak te dowody zastąpić zeznaniami świadków oraz innych wiarygodnych osób.

5

Jesienią 2017 roku mijają niemal trzy dekady utrzymywania wysokiego poziomu artystycznego przez scenę kulturalną przy Sigtunagatan. Prestiż i sława tego adresu to także wynik bliskiej relacji z towarzystwem powołanym do życia przez Gustawa III pod koniec osiemnastego wieku, którego motto brzmi: Snille och smak [Geniusz i smak].

Król, zainteresowany oświatą i sztuką, zapisał w statucie, że w skład Akademii Szwedzkiej ma wchodzić osiemnastu członków, którzy będą spotykać się w każdy czwartek. Ich głównym zadaniem miało być troszczenie się o „czystość, siłę i wielkość” języka szwedzkiego. Wychodząc naprzeciw tej wizji, rozpoczęto prace nad stworzeniem wciąż rozszerzanego słownika Akademii Szwedzkiej, który dziś liczy ponad trzydzieści siedem tomów i niemal pięćset tysięcy słów. W podobnym duchu instytucja rozdziela około czternastu milionów koron w formie stypendiów i nagród dla szwedzkich pisarzy i intelektualistów. Nie ma instytucji, która byłaby bardziej wpływowa i miała większe znaczenie dla niszowej literatury walczącej o przetrwanie.

Dlatego wielu ludzi ze świata kultury ma niewypowiedziane pragnienie pozostania w dobrych stosunkach z Akademią Szwedzką, co sprawia, że czasem trudno znaleźć krytyków, którzy zechcieliby zrecenzować książki napisane przez członków.

Osiemnaścioro członków od zawsze zasiadało w Akademii Szwedzkiej dożywotnio. Sami wskazują nazwiska nowych kandydatów, choć członkowie muszą być zaakceptowani przez szwedzkiego króla, który jest protektorem instytucji. Od dawna ma się wrażenie, że wybranie do grona „Osiemnaściorga” jest pieczęcią najwyższej jakości. Na fotelach zasiadali najwybitniejsi pisarze oraz intelektualiści Szwecji. Zdecydowana większość ceni fakt, że Akademię Szwedzką otacza aura wzniosłości, media czuwają nad wyborami nowych członków, a komentarze w działach kultury niemal bez wyjątku są pełne zachwytów, natomiast samą wiadomość traktuje się w sposób przypominający doniesienia o triumfach na kanałach sportowych. Nowy członek lub członkini rzadko wypowiada się na temat władzy i odpowiedzialności, które są niejako naturalnie przypisane do jego lub jej roli. Zamiast tego odpowiada na pytania, jak się czuje. Czy spodziewał się decyzji? Czy się zdziwił? Co dokładnie robił, kiedy zadzwonił telefon?

Co roku w grudniu w dawnym budynku Sztokholmskiej Giełdy Papierów Wartościowych odbywa się uroczyste doroczne zgromadzenie Akademii Szwedzkiej. Wówczas szczególny status instytucji jest widoczny publicznie. Pośrodku pomieszczenia stoi podłużny stół z osiemnastoma pozłacanymi fotelami, przy każdym miejscu znajduje się świeczka. Wszystko odbywa się według scenariusza spisanego za czasów Gustawa III – to rytuały, które nie zmieniły się od osiemnastego wieku. W sali zbiera się rodzina królewska, biskup oraz szwedzka elita społeczna, a gdy członkowie parami kroczą z wolna w stronę swych foteli, goście stoją, by okazać im szacunek.

Być może nigdy wcześniej Akademia Szwedzka nie była tak silna jak jesienią 2017 roku. Wprawdzie przyznana rok wcześniej Nagroda Nobla dla Boba Dylana wzbudziła kontrowersje, ale ten niespodziewany wybór tym bardziej wzmógł zainteresowanie nagrodą.

Podczas uroczystego zgromadzenia w 2016 roku w pochodzie w Budynku Giełdy szło czternaścioro członków. Nieobecni byli: pisarz Torgny Lindgren, pisarka Lotta Lotass, sinolog i literaturoznawca Göran Malmqvist, a także pisarka Kerstin Ekman. Ta ostatnia opuściła swoje miejsce w 1989 roku w proteście wobec braku stanowiska Akademii Szwedzkiej w sprawie fatwy wydanej na Salmana Rushdiego – mimo to nadal należała do zgromadzenia. Raz wybrana do Akademii Szwedzkiej osoba nie ma możliwości rezygnacji.

Na miejscu stawili się: pisarz Per Wästberg, językoznawca Tomas Riad, poetka i dramaturżka Kristina Lugn, krytyk i pisarz Horace Engdahl, językoznawcy Sture Allén i Bo Ralph, pisarz i literaturoznawca Anders Olsson, pisarz Klas Östergren, pisarz i literaturoznawca Kjell Espmark, historyk i pisarz Peter Englund, poetka Katarina Frostenson oraz badacz antyku i poeta Jesper Svenbro. A także pisarka i profesorka literatury Sara Danius, sekretarz Akademii, idąca przodem wedle obowiązującej tradycji.

Pierwsza kobieta na stanowisku sekretarza, która co roku zaskakiwała na przyjęciach noblowskich sukniami haute couture, za każdym razem puszczając oko do historii literatury. Która w swych esejach i książkach prezentowała głębokie intelektualnie rozważania na temat konkretnych ludzkich spraw. W tym duchu zimą 2014 roku w felietonie radiowym otwarcie opowiadała o swojej egzystencji z nowotworem, tym, który w październiku 2019 roku miał odebrać jej życie.

Sara Danius szła w parze z nowo wybraną do Akademii pisarką Sarą Stridsberg, która właśnie miała zadebiutować w swej roli, odczytując laudację na cześć swej poprzedniczki, pisarki i tłumaczki Prousta Gunnel Vallquist. Po raz pierwszy w historii członkini Akademii wstępowała na miejsce innej kobiety. Tego wieczoru Sara Danius w swej mowie zwróciła uwagę na fakt, że to także pierwszy raz, kiedy kobieta sekretarz prowadzi inną kobietę na jej zaszczytne miejsce.

Pisząc statut, Gustaw III inspirował się Akademią Francuską, paryskim towarzystwem reprezentującym kraj, który w tamtym czasie bardziej niż jakikolwiek inny kojarzył się ze sztuką i nauką. Akademia Francji była znana na całym świecie i przez cały wiek dziewiętnasty jej blask był o niebo większy niż jej szwedzkiego odpowiednika. Ten działał na rzecz niewielkiego obszaru językowego i spotykał się co czwartek w odległej, piekielnie zimnej dziurze, jaką jest Sztokholm.

Na przełomie wieków dziewiętnastego i dwudziestego Akademia Szwedzka przyjęła propozycję, która miała całkowicie odmienić jej rolę. Chodziło o wręczanie tego, co niebawem stało się najbardziej prestiżową nagrodą literacką na świecie, będącą także synonimem swego rodzaju nieśmiertelności.

Otrzymanie Nagrody Nobla to nie tylko suma około ośmiu milionów koron, lecz także na pozór wieczny stempel jakości. Od ponad stulecia osiemnaściorgu członkom Akademii Szwedzkiej udało się zbudować i utrzymać wyjątkową, prestiżową pozycję tego wyróżnienia.

Gdy w październiku stały sekretarz Akademii otwiera drzwi i wchodzi do złotej sali Budynku Giełdy, by ogłosić werdykt, wszystkie flesze i spojrzenia skierowane są na Sztokholm.

W chwili gdy nazwisko laureata zostaje wypowiedziane, zaczyna się tłumaczyć i dodrukowywać książki, które będą gotowe w sam raz na przedświąteczną zakupową gorączkę. Jednocześnie pisarz zostaje wpisany do historii obok swych wielkich poprzedników, takich jak Albert Camus, Selma Lagerlöf, Ernest Hemingway, William Faulkner, Nelly Sachs, Toni Morrison i Swietłana Aleksijewicz. Ciężar tych nazwisk wyjaśnia, dlaczego tak wiele osób w szwedzkim świecie kultury pragnie zostać zauważonych przez Akademię – i dlaczego jej wpływy są większe niż tylko wkład finansowy.

Znaczenie instytucji zwiększa fakt, że wiążą ją dożywotnie klauzule poufności. Nie można wnioskować o nagrody i stypendia Akademii Szwedzkiej. One są po prostu rozdawane. Nie trzeba ich jakkolwiek publicznie uzasadniać. Podobnie pisarz, który podczas swej długiej kariery nigdy nie otrzymał dofinansowania z Akademii Szwedzkiej, nie ma możliwości dowiedzenia się, dlaczego tak się dzieje.

Poufność procedur sprawia, że niewiele osób wie o konkretnych powiązaniach między Akademią Szwedzką a Forum. Można się tylko domyślać, że takowe istnieją, wiadomo, że wielu członków regularnie występuje w piwnicy.

Ludzie i świat kultury zauważają, że nowo wybrani pisarze i literaturoznawcy w przeszłości także brali udział w wieczorach w Forum. To niepisana reguła, że dobrze jest się pokazać w piwnicy, jeśli się marzy o fotelu w Akademii Szwedzkiej, tym bardziej jeśli tworzy się niszową literaturę. Wydawnictwo Alberta Bonniera płaci dwadzieścia tysięcy koron za występ – konkurując przy tym z innymi wydawnictwami – aby tylko jego autorzy zostali uwzględnieni w programie. Chodzi przede wszystkim o możliwość dotarcia do milczącej większości, która zasiada na czarnych plastikowych krzesłach Forum – tej wyspecjalizowanej publiczności, która sama niekoniecznie zajmuje wysoką pozycję w świecie kultury.

Chodzi także o doświadczenie zażyłości z władzą i pieniędzmi.

Dopiero później, gdy zabrnęłam już dość daleko w śledztwie, dowiaduję się, że Katarina Frostenson, odpowiedzialna za literacki program Forum, od roku 2000 zasiadała jako przewodnicząca w komitecie Akademii Szwedzkiej zajmującym się debiutantami. Miała realny wpływ na to, którzy młodzi pisarze i pisarki, poeci i poetki powinni zostać uhonorowani finansowo. Pozostali członkowie mieli świadomość jej zaangażowania. Wiedzieli, że pilnie śledziła rynek książki i że była jedną z najsurowszych czytelniczek w kraju. Rzadko też przeciwstawiali się jej rekomendacjom lub jej krytyce.

W roku 2017 Akademia Szwedzka dofinansowuje działalność Forum stałym, rocznym stypendium w wysokości 126 tysięcy koron. Ponadto Jean-Claude Arnault otrzymuje od niej pewne poufne zadania.

Od 2005 roku odpowiada on za mieszkanie Akademii w Paryżu położone w szóstej dzielnicy: czteropokojowy apartament przy stylowej rue du Cherche-Midi, od którego ma klucz. Według zasad instytucji osoba z zewnątrz może przebywać w mieszkaniu wyłącznie w towarzystwie jednego z członków. Arnault zamieszkuje apartament przez długie okresy. Często wspólnie z młodymi kobietami, od czasu do czasu w roli gospodarza wytwornych przyjęć. Za rolę opiekuna nieruchomości otrzymuje sto tysięcy koron rocznie, poza tym pokrywano koszty jego podróży.

Przy okazji uroczystości noblowskich Akademia Szwedzka niejednokrotnie przydzielała mu rolę gospodarza podczas przyjęcia odbywającego się tuż przed bankietem w restauracji Stadshuskällaren. Z pieniędzy Akademii Jean-Claude Arnault funduje tartinki i szampana. Gdy goście są już na miejscu, krąży między nimi, wita ich, zdarza się, że gromadzi wokół siebie członków płci męskiej i wznosi toast, używając przy tym sformułowania „my”: „To był długi rok, zasłużyliśmy na kielicha”.

Wielu bywalców Forum nie interesuje się specjalnie Akademią Szwedzką. Angażują się natomiast w działalność klubu, co było szczególnie widoczne podczas „maratonu Marcela Prousta”. Ambicją było przeczytanie całego cyklu W poszukiwaniu straconego czasu przez znanych pisarzy. Pierwsze rozdziały przedstawiła szwedzka tłumaczka dzieła, członkini Akademii, Gunnel Vallquist. Siedziała na krześle między białymi kolumnami w piwnicznym pomieszczeniu. Z tego samego miejsca pisarka Bodil Malmsten przeczytała ostatnie wersy jedenaście lat później. W tym ponadjedenastoletnim okresie między pierwszym a ostatnim czytaniem ludzie zbierali się w piwnicy, żeby posłuchać. Czytanie odbywało się co niedziela, niczym msza, niektórzy słuchacze znali tekst na tyle dobrze, że mruczeli pod nosem zawiłe zdania.

LOVE:

W wieku piętnastu lat przeprowadziłem się z Norrköpingu do Sztokholmu, by tu rozpocząć naukę w Wyższej Szkole Muzycznej. W 1986 roku zamieszkałem z Rolandem Pöntinenem przy ulicy Banergatan. Miał dwadzieścia trzy lata, zdążył już wyrobić sobie pozycję jako pianista. Sam byłem dwudziestoletnim studentem, któremu zostały jeszcze dwa lata nauki. Pijąc piwo w restauracji Prinsen, od czasu do czasu widywaliśmy Jean-Claude’a. Miał długi, modny wówczas kucyk. Nasza przyjaciółka Cia powiedziała, że to prawdziwy Don Juan. A znajomy Olle, zorientowany w literaturze, wyjaśnił nam, że jego żona jest poetką. Jesień 1989 roku spędziłem w Paryżu, wróciłem do domu na pierwszy koncert w Forum w styczniu 1990 roku. Padał śnieg, Roland powiedział, że ma zagrać w jakiejś piwnicy w Vasastanie. Jego fortepian miał być przetransportowany z naszego mieszkania do Forum i z powrotem. Nie pamiętam, jak poznał Jean-Claude’a. Może przez Cię. Może zaczęli ze sobą rozmawiać w Prinsen. W każdym razie nie było w tym nic dziwnego. Sztokholm to małe miasto, a Roland cieszył się popularnością.

 

Koncert był fajny. Młoda, ubrana na czarno publiczność słuchała Debussy’ego, Skriabina i Chopina w obskurnej, surowej piwnicy z betonu. Jak to możliwe w Sztokholmie? Przecież takie rzeczy zdarzają się tylko w Paryżu i Berlinie. W Nowym Jorku. O Forum nie mówiło się jeszcze dużo, a to, co przyciągało mnie najbardziej, to właśnie sam lokal. Spytałem Jean-Claude’a, czy mógłbym w nim zagrać. Zdobyłem właśnie uznanie dzięki kontrowersyjnym interpretacjom, między innymi Brahmsa. Zgodził się, ale najpierw chciał porozmawiać.

Spotkaliśmy się w restauracji Vau De Ville w Kungsträdgården. Jean-Claude był pyszałkowaty, w idiotyczny sposób starał się wymusić respekt. Wyjaśniał, że wszystko w Forum musi być „surowe”, chciał, żebym zagrał Allegro Barbaro Bartóka, które jest raczej dość ostrym utworem. Odgryzłem się, mówiąc, że grałem to jako dwunastolatek i że obecnie mam zupełnie inny repertuar. Jean-Claude się uparł. W końcu jakoś to rozwiązaliśmy i wiosną 1990 roku zagrałem Bacha i Brahmsa. Dużo później żartowaliśmy na temat Allegro Barbaro, że może już czas, żebym to zagrał. To jednak nie wyszło. Aż do października 2017 roku. O ironio, był to mój ostatni występ w Forum.

Jesienią 1990 roku Roland i ja staliśmy się odpowiedzialni za koncerty w Forum. Nigdy nie mianowano nas do tej roli. Tak po prostu wyszło. Wszystko odbywało się z młodzieńczą lekkością. Spotykaliśmy się w Prinsen. Jean-Claude stawiał drinki, a Roland i ja naprędce układaliśmy program. Byliśmy w tym nieźli, Forum stało się dla nas strefą wolności – miejscem z dala od filharmonii i instytucji muzycznych. Undergroundowe miejsce, gdzie wolno nam było tworzyć. Prawie nie dostawaliśmy gaży, ale nie miało to znaczenia. W końcu mieliśmy scenę.

Jasne, oni wszyscy byli tam od początku – wszyscy ci, którzy z czasem stali się trzonem Akademii: Birgitta Trotzig, Anders Olsson, Kristina Lugn, Gunnel Vallquist, Horace Engdahl. Ale to nie był ich klub. To nie dlatego chcieliśmy tam być. Chodziliśmy do niego ze względu na sztukę i muzykę, publiczność, ludzi. Z czasem wszystko się pokomplikowało, pojawiły się plotki. A na początku wszystko było takie proste. I takie fajne.

Jean-Claude miał wiele różnych twarzy. Odnosiłem wrażenie, że z wiekiem wyostrzyły się w nim te ciemne strony. Kiedy myślę o naszych wspólnych trzech dekadach, jawi się jako wspaniała i hojna osoba. Miał łatwość zabawiania ludzi, konwersowania, a w okresach równowagi psychicznej był wspaniałym rozmówcą i przyjacielem.

Wcześnie zauważyłem w nim mitomana. Jego zdolność do konfabulacji, przesady i przechwałek, była zupełnie jak u dziecka. W kręgach literackich puszył się oczywiście jak paw – przy Katarinie, Stigu Larssonie i Horasie. Muzykom wmawiał, że to on wprowadził kompozytora Messiaena na szwedzkie salony, co było wierutnym kłamstwem. Natomiast w towarzystwie, w którym kultura nie imponowała, potrafił rzucić, że to on zaimportował do Szwecji modę na dżinsy czy pizzę.

Czasem miałem wrażenie, że potrzeba potwierdzenia własnej wartości Jean-Claude’a nie zna granic. To była jego słabość – i ten jego sposób odsłaniania kruchości, ba, afiszowania się nią, to było nieznośne i ludzkie zarazem.

Bywał cholerykiem. Miewał wybuchy. Krzyczał i pouczał – musieli to znosić także pracownicy biura. Miał ewidentną potrzebę odgrywania roli patriarchy. Często miałem wrażenie, że niektórych z nas traktuje jak własne dzieci. Oczywiście nie naprawdę, ale taka skłonność aż z niego biła. Po występie potrafił być bezgranicznie dumny. Niczym ojciec. Sypał pochwałami jak z rękawa. Jego miłość do sztuki zdawała się wówczas autentyczna, przestawała mieć cokolwiek wspólnego z jego przechwałkami w knajpach. Znów wychodziło z niego dziecko, ale nie napuszony pięciolatek, tylko takie niewinne, zachwycone dziecko. Bardzo lubiłem takiego Jean-Claude’a.

Jesienią 1991 roku przetransportowaliśmy mój fortepian z rodzinnego domu w Norrköpingu do Forum. Zawarto umowę między moim ojcem, głównym właścicielem, a Jean-Claude’em. Forum miało korzystać z instrumentu w zamian za to, że wolno mi będzie na nim ćwiczyć. Dostałem zatem własny klucz od Forum, najlepszego lokalu w Sztokholmie. Nie przeszkadzałem żadnym sąsiadom. Mogłem przychodzić i wychodzić, kiedy tylko chciałem. Miałem małego syna, więc przez pierwsze lata ćwiczyłem głównie wieczorami i w nocy. Fakt, że w każdej chwili mogłem zniknąć pod ziemią, dawał mi olbrzymie poczucie wolności. Trochę jak pod koniec podstawówki, kiedy wagarowałem, wymykałem się ze szkoły do kościoła, żeby pograć na fortepianie. Od kiedy pamiętam, wolność była dla mnie najważniejsza. Ważniejsza niż poczucie bezpieczeństwa.