Klub. Seksskandal w komitecie noblowskimTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Osoby

JEAN-CLAUDE ARNAULT (ur. 1946) – Francuz, mieszkający od końca lat sześćdziesiątych w Szwecji mąż Katariny Frostenson, od początku lat dziewięćdziesiątych dyrektor artystyczny kulturalnego klubu Forum w Sztokholmie. W artykule opublikowanym w „Dagens Nyheter” 21 listopada 2017 roku autorstwa Matildy Gustavsson nazwany „Kulturprofilen” (osobistością ze świata kultury). W grudniu 2018 roku skazany przez sąd apelacyjny na dwa i pół roku więzienia za dwa gwałty.

Członkowie i członkinie Akademii Szwedzkiej

STURE ALLÉN (ur. 1928) – językoznawca, w Akademii od 1980 roku, w latach 1986–1999 stały sekretarz.

SARA DANIUS (1962–2019) – literaturoznawczyni, w Akademii od grudnia 2013 do lutego 2019 roku, w latach 2015–2018 stała sekretarz Akademii.

HORACE ENGDAHL (ur. 1948) – pisarz i literaturoznawca, w Akademii od 1997 roku, w latach 1999–2009 stały sekretarz. Członek redakcji pisma „Kris”. Prywatnie bliski przyjaciel Jean-Claude’a Arnaulta.

PETER ENGLUND (ur. 1957) – historyk i pisarz, w Akademii od 2002 roku, w latach 2009–2015 stały sekretarz.

KJELL ESPMARK (ur. 1930) – pisarz, poeta i literaturoznawca, w Akademii od 1981 roku.

KATARINA FROSTENSON (ur. 1953) – poetka, dramatopisarka, tłumaczka, w Akademii od 1992 do stycznia 2019 roku, żona Jean-Claude’a Arnaulta, współwłaścicielka klubu Forum.

KRISTINA LUGN (1948–2020) – poetka i dramatopisarka, w Akademii od 2006 roku.

GÖRAN MALMQVIST (1924–2019) – pisarz, językoznawca, sinolog, tłumacz, w Akademii od 1985 roku do śmierci.

ANDERS OLSSON (ur. 1949) – pisarz i literaturoznawca, w Akademii od 2008 roku, członek redakcji pisma „Kris”.

KLAS ÖSTERGREN (ur. 1955) – pisarz, scenarzysta, tłumacz, w Akademii w latach 2014–2018.

BO RALPH (ur. 1945) – językoznawca, w Akademii od 1999 roku.

TOMAS RIAD (ur. 1950) – językoznawca, w Akademii od 2011 roku.

SARA STRIDSBERG (ur. 1972) – pisarka, dramatopisarka, w Akademii od grudnia 2016 do maja 2018 roku.

JESPER SVENBRO (ur. 1944) – badacz starożytności i poeta, w Akademii od 2006 roku.

JAYNE SVENUNGSSON (ur. 1973) – profesorka teologii, w Akademii od 2017 roku.

PER WÄSTBERG (ur. 1933) – pisarz, w Akademii od 1997 roku.

Świadkinie

GABRIELLA HÅKANSSON (ur. 1968) – pisarka, eseistka i krytyczka literacka.

ELISE KARLSSON (ur. 1981) – pisarka i redaktorka.

Anonimowe świadkinie

CHRISTINE

EMMA

EVA

JOHANNA

LINNEA

LYDIA

MIRA

MONA

SANNA

Inni

BIANCA MARIA BARMEN (ur. 1960) – malarka, rzeźbiarka i rysowniczka, absolwentka Królewskiej Duńskiej Akademii Sztuk Pięknych.

ANNA-KARIN BYLUND (ur. 1965) – artystka, absolwentka Konstfacku (Akademii Sztuki, Rzemiosła i Wzornictwa). Jej pierwsza indywidualna wystawa pt. Moja najdroższa miała miejsce w 1994 roku w klubie Forum. W liście do stałego sekretarza Akademii Sturego Alléna z 1996 roku opisała molestowanie seksualne, jakiego doświadczyła ze strony Jean-Claude’a Arnaulta.

LOVE DERWINGER (ur. 1966) – pianista, związany z klubem od początku istnienia Forum i odpowiedzialny za jego program muzyczny.

KATARINA NORLING (1963–2019) – artystka, jej pierwsza indywidualna wystawa pt. Ariel odbyła się w 1991 roku w klubie Forum.

STIG LARSSON (ur. 1955) – poeta, dramatopisarz, reżyser i krytyk, członek redakcji pisma „Kris”, prywatnie przyjaciel Jean-Claude’a Arnaulta i Horace’a Engdahla.

Czerwone drzwi prowadzące do Forum ktoś zastawił kamieniem tak, żeby były uchylone. Za nimi są niezwykle strome schody do piwnicy. Witają nas dwie kobiety. Namawiają do pozostawienia kurtek w szatni, ale odmawiamy. Korytarz na wprost jest zamknięty. To on prowadzi do pomieszczenia ze sceną i czterema kwadratowymi kolumnami.

Skręcamy w lewo, w stronę przestrzeni galeryjnej, która jest pomalowaną na biało salą bez okien. Wchodzimy do środka, do buzującej ciszy, która powstaje jedynie w katedrach i podczas wernisaży. Od razu dostrzegam Jean-Claude’a Arnaulta. Ma na sobie czarny płaszcz. W dłoni trzyma kieliszek wina. Lekko rozchyla ramiona, otacza go grupka mężczyzn.

Gdy wchodzimy, Jean-Claude Arnault przygląda się nam i nagle zaczyna mówić głośniej. Z czasem orientuję się, że jego okrzyk i sytuacja, która wówczas się tworzy, zawierają w sobie więcej, niż potrafiłam pojąć w tamtym momencie: „Spójrzcie, są i dziewczynki!”.

1

Pokonuję przestrzeń redakcji „Dagens Nyheter”, idę po kawę z automatu, kiedy mój telefon wibruje od powiadomienia z aplikacji „New York Timesa”. Głosi ono, że pewien amerykański producent filmowy jest oskarżony o wielokrotne molestowanie seksualne i napaści.

Czytam tylko tytuł. Nie kojarzę nazwiska mężczyzny. Jest 5 października 2017 roku.

Zanim po raz pierwszy dostałam zastępstwo w gazecie, sądziłam, jak wiele innych osób, że redakcja znajduje się w stalowoniebieskim wieżowcu, który świeci nocami i na którym wielkie neonowe litery migają, zmieniając się z „Dagens Nyheter” na „Expressen”. Sztokholm jest miastem zdominowanym przez wodę, wieżowiec widać z odległości kilkudziesięciu kilometrów, z każdego mostu łączącego wyspy stolicy. Fakt, że nazywają go Drapaczem, mówi coś o charakterze centrum miasta, gdzie poza wieżami kościołów wystaje z nad dachów jedynie kilka budynków – Stadshuset z trzema złoconymi koronami, wieża Kaknäs i Rådhuset z osmoloną turkusową kopułą.

Kiedy rano jadę metrem przez most Traneberg, jednym spojrzeniem obejmuję niemal wszystkie najważniejsze budynki Sztokholmu. Ten widok uświadamia mi, jak małe jest to miasto, innym razem wydaje mi się, że jest olbrzymie i niedostępne.

„Dagens Nyheter” nie mieści się już we wspomnianym wieżowcu, ale w płaskim budynku obok. Aby dotrzeć do redakcji, należy przejść kilka kontroli bezpieczeństwa. Po ostatniej z nich przed człowiekiem otwiera się wielki labirynt biura. Na ekranach wyświetlane są wiadomości, a na rozstawionych tu i ówdzie kanapach siedzą ludzie zanurzeni w dyskusjach na najróżniejsze tematy: od kroju pisma po naprawdę wielkie sprawy.

Jesienią 2017 roku pracuję jako reporterka działu kultury i dodatków weekendowych.

Kilka lat wcześniej przeprowadziłam głośny wywiad z poetką i członkinią Akademii Szwedzkiej Kristiną Lugn. Od tamtej pory tworzę głównie portrety różnych osób publicznych – zwykle próbuję się do nich zbliżyć wraz z którymś z fotografów „DN”. Wpraszamy się do ich domków letniskowych, a potem dyskretnie czekamy, aż uda nam się uchwycić jakiś niespodziewany kadr albo psychologicznie demaskujący cytat.

Nieustannie powątpiewam w ten gatunek dziennikarstwa, ale uwielbiam uczucie, gdy niczym cień drugiego człowieka wkraczam do pomieszczeń, o których istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. Do światów, które raczej nigdy by się przede mną nie otworzyły, gdyby nie moja rola, a w niektórych sytuacjach to magiczne hasło: „dziennikarka”.

Nigdy wcześniej nie słyszałam o Harveyu Weinsteinie, ale już wkrótce publikacji „New York Timesa” nie daje się ignorować. W moich bańkach społecznościowych zaczynają krążyć zdjęcia z przyjęć, na których uśmiechnięty producent filmowy przez dziesięciolecia pojawiał się w towarzystwie najsłynniejszych młodych aktorek tamtych czasów.

Jest to niemal komicznie przerysowany obraz męskiej władzy. To jego ramię na talii wielu uzdolnionych i niezwykle pięknych kobiet, które obracają twarze pod idealnym kątem w stronę aparatów, kobiet, które niczym migoczące ważki wymieniają się wokół niego, wokół tego stałego punktu: mężczyzny niewzruszonego własnym procesem starzenia. On tam po prostu jest, dekada za dekadą, w tej swojej pomiętej koszuli.

To doniesienie pojawia się w niemal wszystkich wiadomościach. Z wyjątkiem niezapomnianej okładki „New York Magazine” z 2015 roku, przedstawiającej trzydzieści pięć kobiet w różnym wieku, które zeznały, że zostały odurzone narkotykami i wykorzystane przez komika Billa Cosby’ego, i które teraz łączyły się w „niechcianym siostrzeństwie”. Nigdy wcześniej nie widziałam, by tego rodzaju temat ustawiał agendę. Od kiedy pamiętam, sprawy zebrane pod nazwą „molestowanie i przemoc seksualna” traktowano jako sprawę kobiet. Albo jako kłopotliwą kwestię branży. Albo jako coś, co tak naprawdę dotyczy sfery prywatnej. Oskarżenia wobec sławnych mężczyzn pojawiały się w krótkich notatkach na stronach rozrywkowych lub plotkarskich uzupełnianych niewyraźnymi zdjęciami, na których domniemana ofiara z kieliszkiem w dłoni być może tańczy na jakiejś imprezie.

Przez najbliższy tydzień śledzę raporty dotyczące Harveya Weinsteina – nie mogę się od nich oderwać. Z zeznań świadków wyłaniają się fragmenty prawdy zawartej na osławionych fotografiach z przyjęć. Głosy znanych aktorek mieszają się z wypowiedziami anonimowych kobiet, które chciały dostać się do branży. Opowiadają, jak napastowanie wpłynęło na ich emocjonalną blokadę, jak spowodowało problemy w kwestii stosunku do własnego ciała. A przecież dla aktorki ciało jest ważnym narzędziem pracy.

Czytając relacje kobiet z ich najbardziej intymnych doświadczeń, niczym w świetle lampy błyskowej dostrzegam ukryte wcześniej strony filmowego świata. Aktorki opowiadają o agentach aranżujących spotkania w hotelowych pokojach, asystentach, którzy ugładzili oskarżenia, i prawnikach, którzy sformułowali klauzule poufności. Te historie chyba po raz pierwszy dają mi szczegółowy wgląd w to, jak działa władza w największej światowej fabryce rozrywki.

 

Coraz bardziej fascynuje mnie paradoks śledztwa. Reporterzy miesiącami pracowali nad ujawnieniem czegoś, o czym cały filmowy świat doskonale wiedział od dłuższego czasu. A mimo to Hollywood jest w szoku.

W nagraniu wideo z 2005 roku Courtney Love udziela wywiadu na czerwonym dywanie. Kiedy reporter pyta, czy ma jakieś rady dla młodych kobiet z branży, najpierw mruczy pod nosem, że jeśli odpowie na to pytanie, to ją zamkną. Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby Courtney Love zniżała głos i szczególnie się krygowała. Potem dodaje szybko: „Jeśli Harvey Weinstein zaprosi cię na prywatną imprezę do Four Seasons – nie idź tam”.

Widzę też, jak prowadzący galę Oscarów w 2013 roku zwraca się do nominowanych w kategorii najlepsza kobieca rola drugoplanowa słowami: „Gratulacje! Już nie musicie udawać, że podoba się wam Harvey Weinstein”.

Żart jest prostacki, ale publiczność reaguje nagłymi, odruchowymi salwami śmiechu, jakby ktoś dotarł do prawdy zakazanej, a jednocześnie oczywistej. Właśnie dlatego błędem jest twierdzić, że „wreszcie przerwano milczenie”. Harvey Weinstein od dawna był najczęściej omawianą postacią w świecie filmu. Opowieści o nierządnych czynach tego potężnego producenta krążyły od dziesięcioleci, a szepty i plotki stworzyły wokół jego osoby szczególne napięcie. Istotą tego, co się w tym momencie wydarza, jest przypisanie niewyraźnym sylwetkom jego ofiar prawdziwych twarzy i ciał. Przede wszystkim jednak to, że ludzie zaczynają reagować. O dziwo – ten news nie znika.

Prowadzę na czacie konwersację z dwiema koleżankami o tym, że powinnyśmy zrobić duży reportaż, który pokaże sytuację w szwedzkim świecie kultury. Dyskutujemy o kilku osobach publicznych, o których poczynaniach krążą plotki. Mam jednak wątpliwości co do rozpoczęcia śledztwa. To przede wszystkim kwestia władzy: te osoby nie są wystarczająco wpływowe. Piszę na czacie, że śledztwo podobne do tego wokół Weinsteina nie jest możliwe w Szwecji. Nie ma tu wielkich pieniędzy, a różne branże są na tyle małe, że wszyscy się znają. Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś mógłby dopuszczać się przestępstw w systematyczny sposób. Nikt w szwedzkim świecie kultury nie ma listy kontaktów równej listom nazwisk w Hollywood. U nas nikt nie mógłby być kryty przez tak niewiarygodnie gigantyczną strukturę.

*

Trzy dni później – dokładnie dobę, zanim Jean-Claude Arnault pojawia się w mojej głowie – grupa zajmująca się wiadomościami kulturalnymi odbywa poranne zebranie na redakcyjnych kanapach. Jakie jeszcze aspekty można by pokazać, jeśli chodzi o zdemaskowanie Weinsteina? Zaczynamy rozmawiać o szwedzkiej sferze publicznej, wszyscy są zgodni, że takie wykroczenia mają miejsce także u nas. Żaden z pięciu mężczyzn reporterów nie słyszał o konkretnych przykładach. Nie potrafiliby wskazać ani jednego sprawcy. Przysłuchuję się z rosnącym zdumieniem. Nigdy nie sądziłam, że mężczyznom, teoretycznie rozumiejącym problem, brakuje zwyczajnej wiedzy. Że nie noszą w sobie konkretnych opowieści. Że poruszają się po tych samych ulicach i po tym samym biurowym krajobrazie, ale z innym, ograniczonym w stosunku do mojego spojrzeniem. Jak gdyby doświadczenia, o których opowiadałam ja i moje koleżanki, należały do równoległego, ale niższego świata. W końcu ja i dwie inne kobiety zaczynamy wyliczać nazwiska. Nie od razu. Kiedy jednak wszyscy powoli się rozchodzą po zakończonym zebraniu, wymieniamy imiona i nazwiska paru mężczyzn, o których słyszałyśmy. Jeszcze nie wylansowano hashtagu #MeToo, wypowiadamy je bardziej jako domysły. A jednak coś się we mnie dzieje, kiedy słyszę, jak padają ich nazwiska. Czuję się brudna. Całkowicie wybudzam się z letargu.

2

W czerwcu 2009 roku po raz pierwszy usłyszałam o Jean-Claudzie Arnaulcie i Forum. Było to w upalne popołudnie przy placu Möllevångstorget w Malmö. W słonecznym ogródku restauracji Nyhavn naprzeciwko mnie siedział Rasmus, z którym przyjaźniłam się, od kiedy razem pisaliśmy do gazetki studenckiej.

Rasmus poświęcił swoją wczesną młodość na czytanie wielkich klasyków, czym budził moją zazdrość. Mniej więcej wtedy, gdy przerwałam naukę na uczelni, on przeniósł się do Sztokholmu, by tam podjąć studia magisterskie z literaturoznawstwa. Teraz wpadł na chwilę do Malmö.

W ostrym świetle popołudniowego słońca w ogródku Nyhavn opowiadał o uniwersytecie, o podmiejskim Vårberg i o Forum.

Czy o nim słyszałam? Pokręciłam głową. Mówił, że najlepsza kulturalna scena Sztokholmu znajduje się w piwnicy, a prowadzą ją sławna poetka Katarina Frostenson i jej francuski mąż Jean-Claude Arnault. Rasmus pracuje u nich od pół roku.

Z niezwykłym przejęciem opowiadał o tym, jak źle było mu na początku w Sztokholmie. Jeździł bez celu metrem, żeby jakoś zabić czas. Pewnego razu wysiadł na stacji o nazwie Odenplan. Na ruchomych schodach rozpoznał swojego profesora. Przywitał się z nim i podczas ich krótkiej rozmowy wspomniał, że jest w mieście od niedawna. Wówczas profesor zaproponował, że chętnie przedstawi go swemu przyjacielowi Jean-Claude’owi Arnaultowi. Profesor twierdził, że Forum to bardzo dobre miejsce dla młodych ludzi. Niebawem Rasmus zaczął tam pracować, za darmo. Sprzątał piwnicę po przedstawieniach.

Gdy niemal dziesięć lat później – wiosną 2018 roku – myślę o Nyhavn, brakuje mi wielu części tej historii.

Pamiętam, że nie miałam okularów przeciwsłonecznych i mrużyłam oczy w słońcu. Wyszłam właśnie z depresji, przez którą nie opuszczałam mieszkania, i na nowo przyzwyczajałam się do rzeczywistości, dlatego zaskoczyła mnie moja gwałtowna reakcja. Wciąż pamiętam emocje, które obudziła we mnie tamta rozmowa – ale co dokładnie opowiedział mi Rasmus? Co sam teraz pamięta? Pytam go o to na Skypie. Wciąż się przyjaźnimy, choć nie widzieliśmy się od paru lat. Pisze doktorat z literaturoznawstwa w Stanach Zjednoczonych.

RASMUS:

Pamiętam, że Forum spełniło moje marzenia. W tej piwnicy bywali najważniejsi pisarze i intelektualiści. Wszyscy, których podziwiałem od końca podstawówki. Samo zejście po schodkach i widok tłumu sławnych osobistości ze świata kultury były „wielkim przeżyciem”. Obraz wyjęty z książek. Powieści z przełomu wieków, gdzie ktoś przeprowadza się do stolicy i nagle zostaje wpuszczony do całkiem nowego świata, który się tylko rozszerza. Nieustający szok. Podobnie do sytuacji, gdy Emma z Madame Bovary po raz pierwszy idzie na bal: jest niezwykle wyczulona na to, jak bogaci się poruszają i jakich używają słów. Oraz na ich piękno, które nie ma nic wspólnego z wiekiem. Sytuacja wyostrza jej zmysły. Wciąż pamiętam te pięć sekund z piwnicy, kiedy minister kultury kończy rozmowę z Sarą Danius i odwraca się do Horace’a Engdahla. Forum było miejscem, w którym każde doświadczenie było literackie. Liczyłem na to, że kiedyś będzie mi dane o nich napisać.

Po sprzątaniu wolno mi było zajrzeć do restauracji Wasahof, gdzie gwiazdy wieczoru i najbardziej wtajemniczony krąg ludzi kończył noc. Najczęściej był to Jean-Claude, Horace Engdahl albo ktoś inny z Akademii Szwedzkiej. Jakiś muzyk, jeden z aktorów Teatru Dramatycznego. Czasem także Katarina Frostenson. Siedziałem z boku, wspólnie z młodymi asystentkami Jean-Claude’a, nazywanymi „dziewczynkami”. Miałem wrażenie, że otwarcie i bez oporu mógłby je obmacywać, ale nie pamiętam już żadnych konkretnych sytuacji. Czy nigdy tego nie widziałem? Czy w moim odczuciu chodziło tylko o to, że Jean-Claude odgrywa rolę markiza de Sade? Czy może o mój rosnący dyskomfort, którego nie potrafiłem nazwać? Nie wiem. Byłem jedynym chłopakiem, który dla niego pracował. Dopuszczono mnie, ponieważ postrzegano mnie jako homoseksualistę, chłopczyka. Arnault często mówił o mojej pasywności. Jeśli kiedykolwiek mi się uda, powiedział, to dzięki niemu i „kręgowi”. Mówił o Forum jak o swego rodzaju rodzinie – a rodziny się nie porzuca.

Z wieczorów w Wasahofie pamiętam uczucie uwięzienia. Gdy później wracałem metrem na przedmieścia, wypełniała mnie nagła ochota, by do kogoś zadzwonić i zwierzyć się z tego. Powiedzieć, że właśnie piłem wino przy jednym stole z Katariną Frostenson.

Po jakimś czasie na koncertach muzyki klasycznej w Forum zaczęła pojawiać się młoda dziewczyna. Zawsze przychodziła sama. Była piękna. I nieśmiała, jak ja. Natychmiast zacząłem się o nią bać.

Jakby przez to, że już od jakiegoś czasu pozostawałem w kręgu Jean-Claude’a, przejąłem jego optykę. Kiedy więc pojawiła się za którymś razem, wiedziałem już, zanim to jeszcze nastąpiło, że on podejdzie do niej w przerwie. Podszedł i szepnął jej coś do ucha. Wyglądała na zaskoczoną. Znów coś szepnął, a ona wstała i poszła za nim do biura. Wrócił po przerwie, gdy zaczęto grać kolejny utwór. Jej już nigdy więcej nie widziałem.

Być może mówiłem ci o tym zdarzeniu wtedy w Malmö. A może nie. Może powiedziałem tylko, że Jean-Claude’a otaczały „dziewczynki”. Zacząłem jednak odczuwać niepokój, który z pewnością wpływał na mój sposób opowiadania o Forum. Jednocześnie chciałem dać ci do zrozumienia, że byłem częścią kręgu.

Kiedy tamego wieczoru rozstałam się z Rasmusem, zrobiło się zimno. Śmiałam się czasem z jego opowieści, mówiąc, że to już nawet parodia banału, że wszyscy ludzie sukcesu się znają. Piwnica, którą opisał, rzeczywiście istniała, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że świat kultury to miejsce dla zwykłych obywateli nieosiągalne: sfera ludzi mieszkających w wielkich apartamentach w centrum Sztokholmu, gdzie klatki schodowe są chłodne i przestronne jak kościoły.

Przypomniało mi się, że jako nastolatka bardzo chciałam się tam dostać.

W parafii, w której dorastałam, wiele mówiono o największych pytaniach i największych odpowiedziach. Wierzono w życie wieczne i z tej perspektywy czułam się wybrana – to pocieszające i wyzwalające poczucie, że nie jest się pozostawionym nijakiej teraźniejszości. Gdy zaczęłam wątpić, kultura wydała mi się innym, równie dobrym sposobem na życie – jako jedyna mogła zastąpić religię, z której właśnie rezygnowałam.

Odkryłam, że powieści i muzyka są wyjątkiem od reguł społecznej rzeczywistości: przestrzenią, w której mogły egzystować wszelkie ciemne i zakazane myśli. Wyobrażałam sobie, że także ci, którzy potrafią zamienić swoje doświadczenia w sztukę, mają poczucie schronienia oraz przynależności do czegoś istotniejszego niż oni sami. Przede wszystkim jednak zaczęłam postrzegać piszących ludzi i sam świat kultury jako coś romantycznego. Wyobrażałam sobie, że jeśli już zostanie się do tego świata wpuszczonym, może on być sferą wolności.

W jednym z pierwszych opublikowanych tekstów pisałam o tym, jak bardzo nudzi mnie debata na temat alkoholizmu i przemocy seksualnej w szwedzkich teatrach. Nie mogłam znieść tego, jak wielcy aktorzy ze Sztokholmu zaprzeczali tym skandalom i zapewniali, że wychodzą do domów o piątej po południu i są „całkiem zwyczajnymi rodzicami z fotelikami dziecięcymi na bagażnikach rowerów”.

Latem 2009 roku wiedziałam już, że lęk jest największym wrogiem pisania.

Opowieść Rasmusa przywołała we mnie te wczesne obrazy i naładowała mnie silnymi emocjami.

Przecinając Möllevångstorget, poczułam, że chcę napisać reportaż o piwnicy w Sztokholmie.

Zlecenia tego rodzaju otwierały mi drzwi do środowisk, do których w przeciwnym razie nie miałam szansy się zbliżyć. Pomyślałam, że mogłabym opublikować artykuł w studenckiej gazecie albo spróbować sprzedać go do wydawanej w Malmö „Sydsvenskan”.

Nie sądziłam, że to, o czym rozmawialiśmy, mogło być molestowaniem seksualnym. Nie używałam takich pojęć. Opowieść budziła we mnie bezsilność, ale fakt, że odczułam ją wręcz fizycznie, był dowodem, że dekadencka piwnica niezwykle mnie pociągała.

Pomysł, który zapisałam w notatniku na komórce, był jednak równie ważny co niejasny, dlatego nic więcej z nim nie zrobiłam. Nie dawał mi jednak spokoju.