SprawiedliwiTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Maryla Ścibor Marchocka
Sprawiedliwi

NOWE ORZECHOWO 2019

Projekt graficzny okładki Tomasz Wójcik

Zdjęcia: Maryla Ścibor Marchocka

fragment fasady kaplicy Boimów ze Lwowa

witraż z katedry katolickiej ze Lwowa

pozostałe fot. – freski i witraże Juliana Bucmaniuka z bazyliki grekokatolickiej w Żółkwi

Copyright by Maryla Ścibor Marchocka

WYDANO NAKŁADEM WŁASNYM

WYDANIE PIERWSZE

ISBN 978-83-935029-3-6


Konwersja do epub i mobi A3M

pamięci moich dwóch Ojców:

rodzonego – Stanisława

i chrzestnego – Mirona



Część pierwsza: Opowiadania

Maria – Raj 1939

Nie, nie buntuje się nawet: zawsze przecież wiedziała, że może nastąpić ten moment. On jest oficerem. Oficerem polskim. Tyle pokoleń wcześniej tyle pokoleń: zawsze właściwie. Wiadomo było będzie wojna, będzie potrzeba – pójdzie. Jak ojciec, jak dziad, ojciec dziada i dziad dziada. Zawsze. Więc to jest oczywiste. Tylko: czemu tak boli, czemu tak tęskni tęsknotą nieutuloną, szaloną. Gotowa by była biec nawet teraz, nocą, biec gdzieś za wojskiem, by tylko zobaczyć jeszcze raz tą ukochaną twarz, by choć z daleka usłyszeć jego głos, poczuć dotyk, ciepło, zapach. Jakże rozumiała teraz wszystkie te kobiety, które przez wszystkie wieki zostawały markietankami, emisariuszkami, łączniczkami, sanitariuszkami. Co za ulga móc biec pod kulami, na polu bitwy od rannego do rannego i wiedzieć, odkrywać, udowadniać sobie i Niebu, że żaden z tych nieszczęśników nie był Nim, że On wciąż zdrowy, cały, choć daleki, ale żywy. Niepewność. Tęsknota. Tęsknota. Niepewność. Lęk… Wszystko. Każdy trud, byleby być bliżej, choć trochę bliżej. Teraz dzielą ich dziesiątki? setki? kilometrów. On tam na froncie. Ona tu z dziećmi. Z dziećmi. Spojrzała na śpiących chłopców. Jerzyk uśmiechał się przez sen. Pewnie śni mu się przygoda. Pierwsza. Chłopięca. Prawdziwa. Pełna wiatru i przestrzeni, końskiej grzywy i pędu. Boże! Boże! Jak ich uchronić. Jak zatrzymać w bezpiecznej odległości od pikujących sztukasów, od zabłąkanej kuli! Zaledwie kilka dni wojny, a świat po za nią wydaje się odległy o stulecia. Ostatni wspólny spacer pełen śmiechu dzieci, pełen żartów, pełen tkliwości i ciepła, bo przecież wiedzieli, że niebo się już nad nimi pali, ale wciąż żyli złudzeniem, że może jeszcze nie teraz, że może ominie ich ta burza. Ostatnia wspólna kolacja… A potem: to ściśnięte gardło, suchość w ustach, brak łez – tego dnia, gdy dowiedzieli się, że to JUŻ, że wojna… i… radość i podniecenie chłopców – że zamiast do szkoły wyjadą gdzieś daleko, na Kresy, że to będzie przygoda, wielka przygoda, że to nie tylko dłuższe wakacje, ale „nareszcie coś ciekawego”…

Ewakuacja była sprawna: jako rodziny wojskowe, wojskowym transportem nie stali nawet zbyt długo na bocznicach. A mimo to tych kilka chwil w ostrzale niemieckich samolotów, ucieczka w pole, gdzie wciskali się w każdą bruzdę, próbowali ukryć pod byle badylem byle krzakiem. I ten lęk o chłopców, strach, że nie zdoła ich utrzymać, uchronić

– Ba ba ba ba bach! Bach! Pach! Pach!

Jurek wychylił się udając, że strzela. Marianek składał się do strzału „z ręki” ledwo zdążyła go złapać i przycisnąć ramieniem do ziemi. Grudki piasku posypały się na ich głowy, ramiona – tylko grudki. Jeszcze raz udało jej się uchronić syna. Słyszała jak chłopcy mówili między sobą, jak marzyli o bohaterstwie u boku ojca i jego żołnierzy. Jakże było ich karcić? Rozumiała doskonale te chłopięce, dziecięce marzenia. Jakże sama czuła się bezbronna, upokorzona swą bezbronnością, wobec tych wrażych samolotów. Jakżeż sama tęskniła za choćby pistoletem łukiem, procą! Jak w niej samej wzbierała furia i rozpacz. Przedwczoraj dojechali do Brzeżan. Wczoraj przyjechali tu: do Raju…

Raj. Stary szesnastowieczny pałac myśliwski przebudowany przez Potockich. Grube mury. Okna na piętrze dookoła umożliwiające obserwację całej okolicy. Twierdza. To już tarnopolskie. Wojna tu nie dotrze. Tam gdzieś za nimi front. Front z ukochaną głową najmilszą z sercem, duszą, kimś więcej niż kością z kości – kimś więcej niż własna skóra, oddech. Tam gdzieś za nimi front. Niemcy. Bomby. Nasze wojsko. Kurz. Piach. Spalone wargi łaknące na próżno wody. Krzyk rannych. Kwik koni. Pożary. Ból. Strach. Marsze. Oskrzydlenia. Manewry. Krew. Walka. Tu las i cisza. Chłopcy wreszcie będą się mogli bezpiecznie wyszumieć, wybiegać. Niechże bawią się – nawet w wojnę – byleby tu, bezpiecznie. Byle w tym Raju na końcu świata. Są tu inne dzieci. Kilkadziesiąt osób: matek, jak ona, starców, niedorostków i wszelkiego drobiazgu. Raj. Jutro obudzą się i wszystko będzie dobrze… jakoś przetrwają rozstanie, wojna się skończy, wrócą do domu…

Co to?!!!! Co ją właściwie obudziło? Szczekanie psa? Krótki skowyt? Cisza? Tak… pies szczekał… nie tak jak psy które gadają ze sobą po nocy przekazując sobie wieści z odległych wiosek… szczekał… jakby ktoś obcy… był blisko?… a teraz milczy? Milczy… Zerwała się, podbiegła do okna. Cisza. Cisza. Aksamitna. Czarna. Chwilę jeszcze wpatrywała się w ciemność: pustka. Czerń nieprzenikniona. Cisza. Boże, co ta wojna z niej zrobiła – budzi ją byle kundel. I ta panika… Coś we śnie? Próbowała sobie przypomnieć. Przeczucie? Sen? Pewnie sen… Ale czemu? Przecież front daleko, przecież są w Raju! Uśmiechnęła się delikatnie. Trzeba spać póki dzieci śpią. Kładąc się poprawiła koc Marianka – jak zawsze się rozkopał, pogłaskała rozczochraną czuprynę Jerzyka. Są bezpieczni. Bezpieczni. Pod Twoją obronę uciekamy się Święta Boża Rodzicielko, naszemi prośbami nie racz gardzić w potrzebach naszych… Strzeż go proszę… od wszelakich złych przygód i od kul… zasnęła.

– Drogie panie, proszę o chwilę uwagi – piękny starzec o wspaniałych, sumiastych wąsach (ślicznie byłoby mu w kontuszu z karabelą), pan Dobrzycki? A może Dobrzański (nie usłyszała wczoraj, jak się przedstawiał) stanął pośrodku jadalni, gdzie właśnie przygotowywały śniadanie dla dzieci – Drogie panie, jako znaczy się wasz komendant i znaczy się opiekun – (komendant! Opiekun! Też coś! widać ma wielką potrzebę być potrzebnym i na tej wojnie) – mam wielką prośbę… nie wypuszczajcie dziś dzieci bez opieki do parku… znaczy się niech nie oddalają się od pałacu… wy też drogie panie nie chodźcie nigdzie. Dziś w nocy mieliśmy gości… znaczy się nieproszonych gości…

– Co się stało?

– Kto to był?

– Może to tylko jacyś uciekinierzy szukający schronienia…

– Możliwe, choć nie przypuszczam. Ktoś zabił widłami stróżującego psa. Uciekinierzy wideł nie mają.

Maria czuje jakąś miękkość w nogach, suchość w gardle, osuwa się na krzesło

– Ja słyszałam w nocy skowyt – mówi nie swoim, jakimś drewnianym, sztywnym głosem

– Kiedy? O której znaczy się?

– Nie wiem dokładnie. Na pewno jeszcze przed brzaskiem, ciemno było. Najpierw ujadał, potem zaskowyczał, myślałam, że mi się przyśniło…

– Drogie panie, to pewnie jacyś amatorzy cudzego mienia, znaczy się nikt specjalnie niebezpieczny, ale wyznaczymy warty. Ja, pan pułkownik Zieliński, pan Kowalski i radca Czeczot… jest nas kilku. Nie jesteście, znaczy się drogie panie pozbawione opieki. Jesteśmy pod bronią. Będziemy stróżować w nocy. Nic złego się nie stanie. Gdyby… któraś z pań… co usłyszała nocą, to proszę się nie denerwować, nie niepokoić, tylko szybko dać znać wartownikowi.

Tej nocy już nie zasnęła. Od okna do drzwi – sześć kroków. Tam i z powrotem. Pomiędzy śpiącymi głowami dzieci, pomiędzy tobołkami. Przebierając w palcach paciorki różańca. Tam i z powrotem. Cicho, by ich nie obudzić. Czujnie, by wyłowić najmniejszy choć szmer nocy. Wpatrując się w ciemność za szybą. Nasłuchując kroków na korytarzu. Zdrowaś… Zdrowaś… Zdrowaś… Sześć kroków tam. Sześć z powrotem. Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi… Przysnęła, na podłodze pod oknem, gdy niebo szarzało.

I nagle: Huk! Gwizd! Trzask! Kula? Boże: kula! Ktoś strzela pojedynczymi krótkimi seriami! Ktoś strzela od strony parku! Tynk, odłupany tynk, spada z fasady, znad okna, z drzwi. Nie: nie jeden. Wyraźnie słychać dwa.. trzy… co najmniej sześć karabinów. Brzęk! Szyba poszła. Gdzie? Przyciska zerwanych ze snu chłopców do ziemi, stara się nie drżeć, opanować, by nie zarazić ich panicznym lękiem, który nią owładną.

Atak, odpierany rzadkimi, ale celnymi strzałami kilku dubeltówek, a nawet skałkówek, których na szczęście nie brakowało w pałacu myśliwskim, ustał po ósmej. A gdy już przywykli do ciszy, gdy cisza przestała im dzwonić w uszach, zebrali się wszyscy w jadalnym.

– Drogie panie – ten sam siwy starzec o sumiastych, sarmackich wąsach, lecz nie tak dumny i prosty jak wczoraj: przygarbiony, o czerwonych, podkrążonych oczach (widać i on nie spał tej nocy), nieco matowym, zachrypniętym głosem opowiedział o nocnej walce – znaczy się widzą drogie panie, że mamy do czynienia z dobrze dowodzonym oddziałem, nie zwykłą bandą. Przypuszczam, że to któraś z ukraińskich bojówek jakich na tych kresach nie brakuje. Nie muszę znaczy się paniom tłumaczyć, zapewne, z racji profesji szanownych mężów waszych się orientujecie, że kresy po obu stronach kordonu sokalskiego płoną. Nie jedną tu mieliśmy w ostatnich latach przygodę. Przypuszczam, że dowiedzieli się o wyjściu wojska, znaczy się o rozkazie mobilizacji wszystkich służb mundurowych, w tym policji. Przypuszczam, że zależy im na zdobyciu tego oto budynku, jako (w ich mniemaniu) rządowego. No cóż: będziemy się bronić. Wydaje się jednak, że obecność pań, a szczególnie dzieci, nie jest tu konieczna, znaczy się trzeba by znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, gdzie przetrwacie panie z dziećmi te niepokoje. Nie ma co ryzykować, że jakaś zabłąkana kula komu krzywdę zrobi… Przypuszczam, że w ciągu dnia dadzą spokój, pozwoli to na zorientowanie się w terenie, znaczy się poszukanie jakiś kwater na wsi.

 

Minęły jednak jeszcze dwa pełne napięcia dni i dwie pełne strzałów z ciemności, bardzo długie, bezsenne noce, zanim znaleźli się w chacie. Chata jest prosta, drewniana, dwuizbowa z sienią. Na poczesnym miejscu wisi ikona, na niej zawieszony haftowany ręcznik, niżej świece. Kobieta krzątająca się po kuchni (na oko w wieku Marii), o ciemnych, brązowych włosach przetykanych już nitkami siwizny, o wielkich orzechowych cudnych oczach uśmiecha się do nich serdecznie, nuci. Przy matce plącze się sześcio-siedmioletni synek, wyraźnie zawstydzony obecnością obcych. Marianek grzebie łyżką w parujących jeszcze ziemniakach, Jerzyk pije już drugi kubek zsiadłego mleka. Na grubym drewnianym pociemniałym ze starości stole bieli się kilka rozlanych kropel. Wielka mucha, tłusta, o połyskujących opalowo bokach spaceruje po stole spijając to z tej, to z tamtej mleko. Inne pewnie mniej odważne muchy latają nad nią. Maria czuje, że głowa staje się coraz cięższa, myśli coraz powolniejsze, powieki jak z ołowiu.

– Chłopci pobawlatsa bila mene, ja nachlanu (Chłopcy pobawią się tu przy mnie, przypilnuję ich) – kobieta serdecznym gestem wskazuje ławę – pani, wy powini widpoczyty (pani musi odpocząć).

Maria jeszcze się broni, jeszcze coś mówi, że musi dopilnować dzieci, że przecież nie może, że i tak dziękuję za gościnę, nie śmiałaby jeszcze kłopotu… To takie dziwne: mówią do siebie w swoich językach Maria po polsku, gospodyni po ukraińsku – i rozumieją się doskonale, ale myśli się rwą, w pół słowa, w pół gestu oparta o stół zasypia… śni jej się wielka, słoneczna łąka, na tej łące… ktoś krzyczy?… na tej łące, w kwiatach wysokich i wonnych, w słońcu… zapach dymu?… pewnie ogniska palą…

– Prokydajtesja! Pani! Prokydatesja! W seli szczos widbuwajetsja! (Niech się pani obudzi! Proszę pani! Niech się pani obudzi! Coś dzieje się we wsi!)

Maria otwiera zaspane oczy: kobieta stoi nad nią, szarpie ją za ramię… Marianek stoi przy oknie… Jerzyk bawi się z małym gospodarzy przy piecu – chyba coś strugają, coś budują z chrustu… po stole wciąż chodzą muchy, choć nie ma na nim już jedzenia… mrok w kątach izby, tylko krąg światła z lampy naftowej zawieszonej na ścianie i blask świec pod ikoną…

– U susidiw pożeża! Tych, u jakych żywe ta insza żinka z ditmi! Pokydajtesja! Jakis ludy bieżat sjudy! (Pożar u sąsiadów! Tych co u nich mieszka ta druga pani z dziećmi! Niech się pani obudzi! Jacyś ludzie biegną do nas!)

– Pożar?!!!!

Maria przytomnieje natychmiast. Zrywa się gwałtownie. Przewraca stołek. Jurek odwraca głowę, ułamek sekundy patrzy jej w oczy. Podbiega z Mariankiem. Maria ogarnia synów ramionami. Pies na podwórzu ujada. Słychać jakieś głosy. Serce. Serce wali jakby miało rozsadzić piersi.

– Tam! – Ukrainka wskazuje kąt izby, ale oni stoją tu, na środku, jak sparaliżowani, więc wciska ich niemal w ten kąt po za kręgiem światła. Tumult w sieni. Trzask otwieranych gwałtownie drzwi. Wpadają do izby mrużąc oczy. Jest ich kilku. Wielkie chłopy. Siekiery. Tasaki. Noże. Widły. I krew. Pełno krwi: na rękach! koszulach! twarzach! siekierach! tasakach! nożach! Maria odwraca się. Pociąga chłopców za sobą. Kontem oka widzi jak Ukrainka łapie swojego synka i rzuca się z nim na ręku w stronę chłopów. Zagradza im drogę do Marii i jej dzieci

– Czy je tut Lachy? (Są tu Lachy?)

– Ne maje i ne buło. (Nie ma i nie było.)

– Toczno pani matko? (Na pewno matko?)

– Wtykajteeeeeeee!!!! Wtyyyykaaaaajeeeee!!!!! Wtyyyykaaaaaajteeeeeeeee!!!!!!!!!! (Uciekajcieeeee!!!! Ucieeekaajcieeeee!!!!! Ucieeekaaaajcieeeeee!!!!!!!!) – krzyczy do nich, czy do Marii? Dźwięk straszny, wibrujący. Bożeeeee! Mara jednym skokiem jest przy oknie. Chwyta Jerzyka i wyrzuca go w ciemność ogrodu. Marianek skacze sam. Biegną we trójkę. Kwiaty. Grządki. Pokrzywy. Parzą. Pokrzywy. Łopuchy. Jakieś chaszcze. Padają na wilgotną ziemię. Dyszą. Starają się hamować oddech i szalone serca, które walą tak mocno, tak mocno, że mogą ich zdradzić. Ogłuszający huk ognia. Wrzaski. Nieludzkie wrzaski: ryk, jęki, rzężenie. Krzyki i przekleństwa oprawców. Wycie psów. Groza. Paraliżująca groza. Wielka ściana ognia, jakby cały świat płonął. Ogień sięga nieba. Czarne chmury dymu. Swąd. Palonego drewna. Palonej skóry. Palonych ciał. W tym wszystkim oni, kilkaset metrów dalej, schowani pod wielkimi liśćmi łopucha w jakże kruchym schronieniu. Bezbronni. Sami. Zupełnie sami. Dwaj mali chłopcy i kobieta. Mara czuje, że ogarnia ją panika. Chce krzyczeć. Krzyczeć z bólu, strachu, grozy. Krzyczeć z samotności i bezradności. Jednocześnie wie, że musi powstrzymać ten krzyk. Krzyk, który śmiertelnie przerazi jej dzieci. Krzyk, który zdradzi ich kryjówkę. Wciska w usta pięść. Drży bezgłośnym łkaniem. Słodko-słony smak własnej krwi sprawia, że powoli napięte mięśnie wiotczeją. Nie czuje bólu. Leży. Skulona. Obejmuje dzieci. Chłopcy wtuleni. Śpią? Czy wpatrują się w łunę? Nie chce się poruszać, by jeśli śpią, ich nie obudzić. Słyszy dwa małe, tłukące się serduszka, dwa oddechy. Bóg jeszcze raz ich ocalił. Czuje jak wzbiera w niej bezbrzeżna czułość do tych małych, kruchych ciał i bezbrzeżna wdzięczność do Boga za ten kolejny cud – bo oto drugi raz ofiarował jej dzieci. Żywe dzieci. Świerszcz. Świerszcz gra. Tuż obok. Nie zważa na ludzkie tragedie, na wojnę. W swym malutkim świecie, bezpiecznym nim przyjdą przymrozki. Tuż obok. Gra.

źródło: wspomnienia prof. Jerzego Wójcika – rozmowa przeprowadzona w lipcu 2017 r

Józef – Połapy czerwiec 1942

Deszcz. Trzeci dzień leje i leje. Pole zasnute szarą firanką kropel, zamazane kontury, rozmyty krajobraz. Drzewa tylko, pnie, gdy podejdziesz blisko nabierają barwy, wyraźnieją: to porosty namokłe w deszczu plamią się od popielatych po żółte i zielone, to kora śliska i mokra w każdym załomie, zmarszczce, pęknięciu nabiera kontrastu. W dzień namoknięte kury niczym nastroszone szczotki, stoją zrezygnowane i smutne. Krowa porykuje w oborze. Nikt nie wygna jej w taką pogodę na wygon. W taką pogodę i psa nikt nie wygoni. Tylko kaczki i gęsi zachwycone, gadatliwe. Im wszystko jedno – woda z nieba, czy woda z kałuży, byle woda, każda cieszy. Chłodno, chociaż to czerwiec. Chłodno chłodem piwnicznym przyniesionym przez ulewę. Mrok zapada wcześniej niż zwykle – po prostu szarość zmienia się w marengo, marengo w czerń nieprzeniknioną. Nawet zachód słońca nie barwi nieba. W niebieskiej chacie, jednej z najpiękniejszych chat w Połapach, małe okno świeci ciepłym światłem świec – jakby na przekór zimnej nocy. Pod piecem siedzi kobieta, na jej kolanach mały chłopiec trzy- może czteroletni. Bawi się krajką koszuli matki. Jest senny. Przy stole siedzi kilku mężczyzn. Rozmawiają o czymś półgłosem. Jeden z nich właśnie wrócił z Sokala. Suszy mokrą kapotę przy piecu, z włosów skapują krople deszczu. Przywiózł rozkaz od atamana. Jutro mają zrobić wreszcie porządek z tym polskim watażką, który jeździ po wsiach ukraińskich z ulotkami, który nawołuje do wspólnej walki z Niemcami, który rządzi się tu, jakby był u siebie. Gajówka ma zniknąć, a jej mieszkańcy, jak wszyscy Polacy, zginąć. Radzą długo. W końcu ustalają szczegóły jutrzejszej akcji. W ciągu dnia zwołają chłopów, ale nie będą im mówić gdzie mają iść. Ten Lach ma wielu przyjaciół wśród Ukraińców: trzeba uważać, by nikt go nie ostrzegł. Przydałby się ktoś z Sokala. Wieczorem otoczą gajówkę. Trzeba by nad ranem, nim gajowy wyruszy na ranny obchód. We śnie. Z zaskoczenia. Trzeba ostrożnie, by się Józef nie zorientował wiadomo: ma broń. To odważny człowiek…

Kobieta dawno już wstała, poszła spać. Ogień jasną, ruchliwą smugą światła plącze cienie na ścianie. W końcu rozchodzą się. Ogień powoli pomarańczowieje, wygasa. W izbie zapada ciemność. Mijają godziny. Wszyscy śpią głębokim snem. Tylko dziecko czasem niespokojnie zapłacze? zagada? Matka czule pogładzi, pobuja – ale nawet się nie przebudzi. Tylko kot, który siedzi na piecu mruczy głośno. A jednak ktoś się poruszył. Kościuk podnosi się z ławy. Chwilę stoi nasłuchując. Cisza. Słychać miarowe oddechy: śpią. Wymyka się z chaty. Wymyka się, siodła konia i rusza w ciemność.

Deszcz. Deszcz w lesie. Niby gałęzie chronią, ale gdzie tam! Gdy deszcz pada od trzech dni – cały las spływa, szeleści, szumi, kapie, ciurka. Nie tylko szare niewidoczne niebo, ale każda gałąź, każdy liść, zdają się być źródłem wody. A dołem namoknięte mchy. A dołem – bywa – mgła. Gdy jedziesz nocą konno przez deszczowy las, nawet jak jedziesz stępa, każdy krok konia chlupocze, co chwila jakaś gałąź uderza cię w twarz kropliście i mokro, a po plecach płyną stróżki wody, wody która przesiąkła przez kapotę. Wytężasz wzrok: nawet jak to twój las, las znany od dzieciństwa, bo w tym szumie, w tym mroku łatwo zmylić drogę i z w miarę suchej jeszcze ścieżki, wpaść po pęciny, albo i brzuch koński w leśne błota, mokradła, bagna. Kościuk jedzie ostrożnie. Żadne obce oczy nie mogą go wypatrzeć, żadna wieść o tej nocnej wyprawie nie może dotrzeć do niepowołanych, ba! nawet do rodzonych braci w niebieskiej chacie. Noc ciemna, czarna – dobrze. Nawet ten deszcz dobry, bo w ogólnym szumie trudniej usłyszeć końskie kroki. Gdy dojeżdża do leśniczówki jest całkiem przemoknięty. Okrąża dom. Pochyla się. Stuka w znajome okno leśniczego.

źródło: Relacja Heleny z Trusiuków Huk w: Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943 – Lublin 2012

Józef – Ostrówki sierpień 1943

Tego dnia była niedziela. Po sumie pojechali ze Stefanem po bimber – płynną walutę wojenną, do znajomych Ukraińców, którzy od czterech lat pędzili dla Trusiuków. W domu zastali starych rodziców i synową z malutkim dzieckiem na ręku. Ale… No właśnie: coś było nie tak. Tylko co? Na ich „Niech będzie pochwalony” stary coś mruknął, a kobiety nie odezwały się w ogóle. Stara patrzyła w okno. Nie prosiła ich do stołu. Nie pytała o rodziny, o zdrowie znajomych. Młoda wyszła z izby, niemal potrącając Józefa. Na pytanie o synów stary wskazał bez słowa nowy dom.

Petra zastali przy aparaturze. Trzeba było poczekać, aż skończy. Ale rozmowa nie kleiła się. Po chwili przyszedł Igor

– Kinec? (Koniec?) – spytał brata

– Ni. (Nie.)

Igor usiadł, zapalił. Nie poczęstował ich. Nie zagadał. Gdy Peter skończył, pośpiesznie zapakował butelki do worka z sianem. Jakby chciał się ich pozbyć. I wtedy… Przybiegł Kałen. Był zziajany. W mokrych spodniach. Przerażony?

– Stało się co? – spytał Józef

– Ni. (Nie.) – ale to nie Kałen zaprzeczył, tylko Igor…

Kałen biegnie przez las. Nie jest w stanie myśleć o niczym innym: tam, w Sokolu zebrał się tłum. Wielki tłum. Widły, siekiery, noże, tasaki. Niektórzy mają broń. Jest kilka karabinów maszynowych. Tłum faluje. Burzy się. Kałen stoi pośród nich. Słyszy głos atamana:

– Smert, smert Lacham! (Śmierć, śmierć Lachom!)

– Smert, smert Lacham! (Śmierć, śmierć Lachom!) – wrzeszczy tłum.

– Ce akcja oczyszczenia naszoj zemli wid naszich wrohiw Lachiw! (To akcja oczyszczania naszej ziemi z naszych wrogów Polaków!) – krzyczy ataman

– Smert, smert Lacham! (Śmierć, śmierć Lachom!) – wrzeszczy tłum

– Wyrwemo Lachiw z naszoj zemli! Ce buriany! Wyrwi burian z naszoj zemli! (Wyrwiemy Polaków z naszej ziemi! To chwasty! Wyrwij chwasty z naszej ziemi!)

– Smert Lacham!, Smert Lacham! (Śmierć Lachom!, Śmierć Lachom!)

Kałen widzi te oczy, te twarze. Nienawiść. Wściekłość. I sam stoi w tym tłumie. I krzyczy. Boi się nie krzyczeć. Boi się strasznie, a zarazem wie, wie dobrze, że sam nie chce zabijać Polaków, nie chce, nie potrafi. Wraca do domu przez las. Biegnie. Biegnąc zatacza się, wpada na pnie drzew, płacze. Mokry, zrozpaczony, wpada na podwórze. Nie, w tym stanie za nic nie pokaże się matce. Wypytywałaby. Tego by nie zniósł. A przecież nie wolno, nawet przed braćmi, nie wolno przyznać się do tej rozpaczy, do tych myśli strasznych, do swego przerażenia. W nowym domu Petro pędzi bimber. Tak. Upić się. Upić się do nieprzytomności, tak, by jutro nie wstać. Pijanego w sztok nikt nie weźmie na akcję. Najwyżej go oplują. Ale nie będzie musiał na TO patrzeć, nie będzie musiał mordować. Wciąż zataczając się wbiega do chaty. I… staje jak wryty: przed sobą ma braci Trusiuków! Boże, żeby tylko ich, ale Petro właśnie czyści aparaturę, a Igor przygląda mu się uważnie. Oczy Igora robią się ciemne, ciemniejsze niż zwykle, a potem mrużą się, stają się dwoma szparkami. Przez plecy Kałena przebiega dreszcz. Igor wie. Igor rozumie co się z bratem dzieje. Czy powie? Czy doniesie tym w Sokolu?

 

– Stało się co? – spytał Józef

– Ni (Nie) – odpowiedział szybko Igor – Win pjanyj On jest pijany

– Ja ne pyw. (Nie piłem) – prawie krzyczy Kałen – Ja ne pyw! (Nie piłem!)

– Wiiiiiin pjaaaaanyyyyyyj (On piiiiijaaaanyyyyy) – powtarza Igor przeciągając śpiewnie słowa.

Józef patrzy na Kałena. Patrzy uważnie. Może zrozumie. Może… Boże! Jak mu powiedzieć? Jak go uprzedzić? Jak? Igor też patrzy. Patrzy na Kałena tym kpiącym wzrokiem, patrzy mrużąc oczy, jakby chciał powiedzieć „uważaj! nie wygadaj się, bo…”

– Byłem w Sokolu… u teściów… – Kałen mówi po polsku, zacina się – Byłem w Sokolu – powtarza, głos mu się załamuje, szloch, nie do powstrzymania szloch, jakby był małym chłopcem, ale wie, wie już że MUSI, MUSI ostrzec Polaków – W Sokolu… nasi… przyszli… kazali wszystkim… co mają broń… iść… – Igor z impetem kopie ławę, niemal ją przewraca. Kałen spłoszony szybko dodaje – Na Niemców… Na Niemców będą iść. Dużo ich. Naszych. Wszystkim co mają broń kazali… – i nagle coś w nim pęka. Nie powstrzymuje już łez, siada na ławie i płacze, strasznie płacze – Byłem w wojsku… pamiętasz Stefan? Byłem w polskim wojsku… lubię wasze wojsko… lubię Polaków… za Polski nie było źle…

– Idit wże! (Idź już!) – Igor niemal wypycha Trusiuków na podwórze – Wże, wże, szwydko do domu! (Dawaj, dawaj, idź szybko do domu!) Wciska im worek z butelkami. Józef powoli bierze bimber. Flegmatycznie. Spokojnie. Odwiązuje worek, zagląda do środka. Wyjmuje jedną z butelek, niepełną.

– Chodź, musimy sprawdzić, czy dobry…

Igor szybko odbija, otwiera, pije kilka łyków. Podaje Stefanowi. Ten pije patrząc na brata, na Igora. Józef ogląda butelkę pod światło, przymyka jedno oko.

– Zagrychy nie dasz? – pyta kpiąco, potem dopija flaszkę – Może jeszcze jedną…

– Niii (Nieee) – krzyczy Igor – ne budu pyty z toboju horiłky. Czujesz? Idy do domu! (Nie będę z tobą gorzałki pić. Słyszysz? Idź do domu!)

Gdy minęli zagajnik, gdy byli już za zakrętem Józef spytał brata:

– Widziałeś?

– Widziałem

– Zawiadomię chłopców, a ty jedź do księdza. Trzeba uprzedzić ludzi. Tylko się śpiesz.

źródło: relacja Józefa Trusiuka w: Leon Popek Ostrówki. Wołyńskie ludobójstwo – Warszawa-Lublin 2011