SPQR. Historia starożytnego Rzymu

Tekst
Z serii: Historia
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

MITY ZAŁOŻYCIELSKIE: RELIGIA, CZAS I POLITYKA

Dla rzymskich autorów królowie panujący po Romulusie stanowili część szerzej pojętego procesu narodzin Rzymu. Tak jak jego, władców tych uważano za postacie historyczne (nawet jeśli sceptycy powątpiewali w co bardziej fantastyczne opowieści na ich temat); jasne jest jednak, że spora część tradycji, która dotarła do nas, daleka od rzeczywistości, stanowi fascynującą mityczną projekcję na odległą przeszłość późniejszych rzymskich priorytetów i obaw. Nietrudno dostrzec wiele tych samych motywów i obsesji, które widzieliśmy w legendzie o Romulusie. Owi następcy mieli, na przykład, wywodzić się jakoby z najróżniejszych środowisk: Numa, podobnie jak Tytus Tacjusz, był Sabinem; Tarkwiniusz Stary pochodził z Etrurii i był synem uchodźcy z greckiego Koryntu; Serwiusz Tulliusz był – według tych, którzy odrzucali historię o cudownym fallusie – synem niewolnika lub przynajmniej jeńca wojennego (jego rodowód był tak wątpliwy, że spośród wszystkich uhonorowanych triumfem wodzów wymienionych w wykazie na Forum Serwiusz jest jedynym, dla którego nie podano imienia ojca). Choć sporadycznie czytamy o Rzymianach – zwykle czarnych charakterach tych historii – skarżących się, że cudzoziemcy lub plebs odbierają im ich dziedzictwo, ogólne przesłanie jest jasne: nawet na samym szczycie rzymskiej hierarchii politycznej „Rzymianie” mogli być przybyszami skądinąd, a nisko urodzeni, nawet byli niewolnicy, mogli zrobić wielką karierę.

Rzymem pod władzą królów w dalszym ciągu targała zażarta wojna domowa i konflikty rodowe. Szczególnie niebezpieczne i krwawe okazywały się momenty zmiany władcy. Spośród siedmiu królów trzej zostali podobno zamordowani, inny padł rażony boskim piorunem (kara za uchybienie religijne), Tarkwiniusza Pysznego zaś wygnano. Tylko dwóch zmarło we własnym łóżku. Synowie Ankusa Marcjusza, urażeni odsunięciem ich od tronu, najęli zamachowców, z których rąk zginął Tarkwiniusz Stary. Serwiusz Tulliusz został z podobnych powodów zamordowany przez Tarkwiniusza Pysznego, który sprzymierzył się z rodzoną córką swej ofiary. W szczególnie makabrycznej scenie Tullia podobno umyślnie przejechała powozem po zwłokach i na jego kołach pozostały ślady krwi ojca. Ten motyw wyraźnie nawiązuje do myśli, że konflikt wewnętrzny jest trwale wpisany w rzymską politykę, ale wskazuje także na inną rysę tkwiącą w rzymskiej kulturze politycznej: sposób, w jaki władza przechodziła z rąk do rąk i z pokolenia na pokolenie. Warto zauważyć, że przeszło pół tysiąca lat później pierwsza dynastia nowych autokratów, cesarze od Augusta po Nerona, miała na swoim koncie podobny lub nawet gorszy katalog gwałtownych zgonów, w większości morderstw – albo domniemanych morderstw – w łonie rodziny.

Okres królewski nie sprowadzał się jednak wyłącznie do powtarzania tego, co zaczął Romulus. Zgodnie z logiką tej opowieści pod koniec jego rządów Rzym był wciąż jedynie na wpół ukształtowany. Każdy z następców wniósł własny, specyficzny wkład, dzięki czemu, gdy monarchia ostatecznie upadła, Rzym posiadał już większość charakterystycznych instytucji, które czyniły go rzymskim. Numie Pompiliuszowi i Serwiuszowi Tulliuszowi przypisywano najbardziej znaczące z tych zmian. Ten ostatni miał jakoby opracować metodę liczenia i zaszeregowywania Rzymian do klas majątkowych, zwaną cenzusem. Przez setki lat stanowiła ona trzon rzymskich procedur politycznych, uświęcając fundamentalną hierarchiczną zasadę: bogatym z prawa przysługuje większa władza niż biednym. Przed nim jednak Numa stworzył ponoć, mniej lub bardziej samodzielnie, strukturę oficjalnej religii Rzymu i instytucje religijne, których ślad oraz nazwy przetrwały dłużej, niż sięgają ramy czasowe tej książki. Nawet dziś oficjalny tytuł katolickich papieży – pontifex, czyli pontyfik – pochodzi mniej lub bardziej bezpośrednio od nazwy jednego z urzędów kapłańskich ustanowionych podobno przez Numę.

Patrząc z perspektywy czasu na awans swojego miasta do rangi dominującej potęgi w regionie śródziemnomorskim i dalej, późniejsi Rzymianie przypisywali ten niezwykły sukces nie tylko waleczności. Jak sami twierdzili, odnosili triumfy, ponieważ cieszyli się przychylnością bogów: gwarancją powodzenia była ich religijność. I, odwracając to rozumowanie, wszelkie porażki, jakie ich spotykały, dawało się przypisać jakiemuś uchybieniu w relacjach z bogami: być może zignorowali niepomyślne znaki, źle przeprowadzili jakiś ważny rytuał albo naruszyli przepisy religijne. Własna pobożność stała się ich chlubą w kontaktach ze światem zewnętrznym. I tak, na przykład, gdy na początku II w. p.n.e. pewien rzymski urzędnik pisał do greckiego miasta Teos, na zachodnim wybrzeżu dzisiejszej Turcji, gwarantując jego mieszkańcom niezależność polityczną (na krótką metę przynajmniej), wyraził to bez ogródek. Wciąż możemy przeczytać jego dość pompatyczne słowa wyryte w bloku marmuru, który wystawiono na widok publiczny w mieście: To, że my, Rzymianie, bezwarunkowo i niezmiennie uznajemy szacunek wobec bogów za sprawę najwyższej wagi, znajduje potwierdzenie w łasce, jaką nas z tego powodu darzą. Ponadto jesteśmy dość pewni z wielu innych względów, że najwyższa cześć, jaką żywimy dla bóstw, jest ewidentna dla wszystkich. Innymi słowy, religia stanowiła fundament potęgi Rzymu.

Sygnały takiego podejścia można dostrzec w historii Romulusa. Nie tylko wzniósł on świątynię Jowisza Statora, ale zasięgał też rady bogów, gdy decydował, gdzie konkretnie ma założyć nowe miasto: po części właśnie różnica zdań co do tego, jak interpretować boskie znaki odczytane z lotu ptaków, doprowadziła do fatalnej kłótni między Romulusem i Remusem. Jednak to ich następcy, pokojowemu Numie, przypadła rola twórcy rzymskiej religii.

Nie uczyniło to Numy świętą postacią na wzór Mojżesza, Buddy, Jezusa czy Mahometa. Tradycyjna religia Rzymu znacząco różniła się od religii w naszym rozumieniu. Tak wiele współczesnej terminologii dotyczącej tej sfery – włącznie z samym słowem „religia” – jest zapożyczone z łaciny, że często przesłania nam to ogromne różnice między religią starożytnego Rzymu a naszą własną. W Rzymie nie było żadnej doktryny jako takiej, żadnych świętych ksiąg i w zasadzie nawet niczego, co moglibyśmy nazwać systemem wierzeń. Rzymianie wiedzieli, że bogowie istnieją; nie wierzyli w nich w zinternalizowanym sensie znanym z większości religii współczesnego świata. Ani też starożytna religia rzymska nie była szczególnie zainteresowana osobistym zbawieniem czy moralnością. Skupiała się głównie na należytym odprawianiu rytuałów, które miały pielęgnować związek między Rzymem a bogami, i w ten sposób zapewniać miastu sukces i dobrobyt. Ofiary ze zwierząt stanowiły centralny element większości tych obrzędów, które poza tym były niezwykle zróżnicowane. Niektóre z nich były tak specyficzne, że skuteczniej niż cokolwiek innego podkopują współczesny stereotyp Rzymian jako ludzi poważnych i statecznych: podczas lutowego święta Luperkaliów, na przykład, młodzi mężczyźni biegali nago po mieście, chłoszcząc każdą napotkaną kobietę (właśnie to święto ukazuje pierwsza scena Juliusza Cezara Szekspira). Ogólnie rzecz biorąc, była to religia czynów, a nie wiary.


17. Głowa posągu westalki, z II wieku, rozpoznawalna dzięki charakterystycznemu welonowi. Westalki były jedną z nielicznych żeńskich grup kapłańskich w rzymskiej religii państwowej, a także jednymi z niewielu „pełnoetatowych” funkcjonariuszy religijnych, mieszkały w służbowych kwaterach obok świątyni Westy na Forum, czuwając, by jej święty ogień nigdy nie zgasł. Były zobowiązane do zachowania dziewictwa pod groźbą kary śmierci.

Stosownie do tego działania Numy miały dwa odmienne, ale powiązane ze sobą aspekty. Z jednej strony, ustanowił on wiele urzędów kapłańskich dla odprawiania lub nadzorowania głównych rytuałów, w tym – wśród skądinąd przeważająco męskiego grona – westalki, których obowiązkiem było podtrzymywanie płomienia w miejskim świętym ognisku na Forum. Z drugiej – wprowadził dwunastomiesięczny kalendarz, który zapewniał ramy dla rocznego harmonogramu dni świątecznych. Podstawowym aspektem jakiejkolwiek zorganizowanej społeczności jest jej zdolność do strukturalizowania czasu, a w Rzymie to właśnie Numie przypisywano stworzenie tej struktury. Co więcej, mimo wszelkiego rodzaju późniejszych innowacji i ulepszeń dzisiejszy zachodni kalendarz pozostaje bezpośrednim spadkobiercą tej wczesnej rzymskiej wersji, o czym świadczą angielskie nazwy miesięcy: każda wywodzi się z łaciny. Spośród wszystkich rzeczy, które uważamy za dziedzictwo starożytnego Rzymu, od kanalizacji po nazwy miejscowe albo urzędy Kościoła katolickiego, kalendarz jest prawdopodobnie najważniejszą i najczęściej przeoczaną. Stanowi zaskakujące ogniwo pomiędzy wczesnym okresem królewskim a naszym światem.

Czy człowiek zwany Numą Pompiliuszem kiedykolwiek istniał, nie da się stwierdzić; a tym bardziej, czy zrobił cokolwiek z tego, co mu się przypisuje. Rzymscy uczeni dogłębnie roztrząsali jego karierę, przyjmując niektóre elementy tradycyjnych podań, ale stanowczo odrzucając inne. Nie wierzyli, na przykład, by mógł być uczniem greckiego filozofa Pitagorasa, jak mówiła pewna popularna i uporczywa pogłoska, gdyż, jak argumentowali, wedle jakiejkolwiek możliwej do przyjęcia chronologii Pitagoras żył ponad sto lat po Numie (czyli, jak dziś uważamy, nie w VII, lecz w VI w. p.n.e.). Jednak bez względu na to, jak legendarny, albo, w najlepszym razie, nieuchwytny był Numa, jedno wydaje się pewne: jakaś forma przypisywanego mu kalendarza jest wytworem wczesnego etapu dziejów Rzymu.

Na to w każdym razie wskazuje najstarsza pisana wersja rzymskiego kalendarza, jaką znamy – mimo że powstała nie później niż w I w. p.n.e. Jest to niezwykły zabytek, odkryty na jednej ze ścian w Ancjum (Antium, dzisiejsze Anzio), około 35 mil na południe od Rzymu, który daje dokładne pojęcie o tym, jak wyglądał rok dla Rzymian z czasów Cycerona. We wczesnym Rzymie musiało to być znacznie prostsze. Są oznaki najróżniejszych modyfikacji wprowadzanych na przestrzeni wieków, takich jak radykalne zmiany w uszeregowaniu miesięcy bądź przesunięcie początku roku – gdyż jak inaczej mogłyby November i December, co oznacza dosłownie „dziewiąty” i „dziesiąty” miesiąc, znaleźć się w tym kalendarzu na jedenastej i dwunastej pozycji? Ale ta wersja z I w. p.n.e. zachowała też ślady swego starożytnego rodowodu.

 

18. Kwiecień w najstarszym zachowanym rzymskim kalendarzu namalowanym na ścianie w Ancjum, na południe od Rzymu. Jest to mocno zaszyfrowany dokument, przedstawiający dwadzieścia dziewięć dni w układzie z góry na dół. W lewej kolumnie litery od A do H oznaczają regularny cykl dni targowych. W drugiej kolumnie dalsze symbole literowe (C, F, N itd.) określają publiczny status danego dnia (na przykład C, od comitialis, wskazuje, że tego dnia mogły się odbywać zgromadzenia). Słowa po prawej oznaczają konkretne święta, z których większość miała jakiś związek z rolnictwem. ROBIG(ALIA), na przykład, wiązało się z ochroną rosnących plonów przed rdzą zbożową, VINAL(IA) z winobraniem. Choć ta wersja pochodzi dopiero z I w. p.n.e., jej podstawowe zasady są dużo starsze.

Jest to system zasadniczo oparty na dwunastu miesiącach księżycowych, z dodatkowym miesiącem (odległym poprzednikiem naszego dodatkowego dnia w roku przestępnym) wstawianym od czasu do czasu dla zachowania zgodności z rokiem słonecznym. Największym wyzwaniem stojącym przed wszelkimi prymitywnymi kalendarzami jest to, że dwa najbardziej oczywiste, naturalne systemy rachuby czasu są niekompatybilne: mówiąc konkretnie, dwanaście miesięcy księżycowych, od nowiu do nowiu, daje w sumie nieco ponad 354 dni, czego nie da się w żaden wygodny sposób zgrać z trwającym 365 ¼ dnia rokiem słonecznym, czyli czasem, jaki zabiera Ziemi wykonanie jednego pełnego obiegu wokół Słońca, liczonego na przykład od jednej do drugiej równonocy wiosennej. Wstawianie co kilka lat dodatkowego miesiąca jest po prostu jedną z doraźnych metod typowych dla wczesnych prób rozwiązania tego problemu.

Nie mniej wymowny jest cykl świąt religijnych, które odnotowano w kalendarzu. Jego zręby mogły się z powodzeniem uformować jeszcze w okresie królewskim. Najwyraźniej istotą wielu z nich, jak dalece możemy to zrekonstruować, było uzyskanie poparcia bogów dla sezonowych zajęć związanych z hodowlą zwierząt i rolnictwem: siewu, żniw, winobrania, magazynowania zbiorów i tak dalej – takich właśnie spraw, jakie można oczekiwać, że będą absorbowały niewielką archaiczną społeczność śródziemnomorską. Cokolwiek znaczyły te święta dla metropolii z I w. p.n.e., której mieszkańcy w większości mieli niewiele do czynienia z trzodami i uprawami, prawdopodobnie stanowią one ślad priorytetów pierwszych Rzymian.

Odmienny zestaw priorytetów znajduje odbicie w politycznych instytucjach przypisywanych Serwiuszowi Tulliuszowi – określanych jako reformy serwiańskie, po części dlatego, że były one tak istotne dla późniejszego funkcjonowania rzymskiej polityki. Podobno to właśnie on pierwszy przeprowadził spis mieszkańców Rzymu, oficjalnie wciągając ich do grona obywateli i dzieląc na klasy na podstawie majątku. Co więcej jednak, powiązał on tę klasyfikację z dwiema innymi instytucjami: rzymską armią oraz systemem głosowania. Dokładne szczegóły są niemal niewyobrażalnie zawiłe i były przedmiotem dyskusji już w starożytności. Kariery akademickie rozwijały się i upadały podczas bezowocnych prób ustalenia, na czym konkretnie polegały domniemane reformy Serwiusza Tulliusza i jakie były ich późniejsze dzieje. Ich zasadniczy kształt jest jednak dość jasny. Armia miała składać się ze stu dziewięćdziesięciu trzech centurii różniących się typem wyposażenia, jakiego używali żołnierze; wyposażenie to uzależnione było od klasyfikacji cenzusowej, w myśl zasady: im jesteś bogatszy, tym solidniejszy i bardziej kosztowny rynsztunek możesz sobie sprawić. Poczynając od góry, było osiemdziesiąt centurii złożonych z przedstawicieli najzamożniejszej, pierwszej klasy, którzy walczyli w kompletnych ciężkich zbrojach z brązu; dalej szły cztery niższe klasy, noszące stopniowo coraz lżejsze zbroje, aż do piątej, obejmującej trzydzieści centurii uzbrojonych jedynie w proce i kamienie. Dodatkowo istniało osiemnaście centurii elitarnej jazdy, a także specjalne grupy inżynierów i muzyków, na samym dole hierarchii zaś jedna centuria najuboższych, którzy byli całkowicie zwolnieni od służby wojskowej.

Serwiusz Tulliusz miał ponoć wykorzystać te same struktury jako podstawę jednego z głównych zgromadzeń rzymskiego ludu – centurialnego (nazwanego tak od centurii), które za czasów Cycerona zbierało się, by dokonać wyboru najwyższych urzędników, z konsulami włącznie, oraz zatwierdzać ustawy i decydować o wszczynaniu wojny. Każda centuria miała tylko jeden zbiorowy głos, a konsekwencją (lub celem) tego było zapewnienie centuriom bogaczy ogromnej przewagi politycznej. Jeśli działały solidarnie, osiemdziesiąt centurii najzamożniejszej klasy plus osiemnaście centurii elitarnej konnicy mogło przegłosować wszystkie pozostałe klasy razem wzięte. Ujmując rzecz w inny sposób, głos jednego bogatego obywatela ważył znacznie więcej niż głosy jego uboższych sąsiadów. Wynikało to stąd, że mimo swej nazwy – która zdaje się mówić, że składały się one ze stu (centum) ludzi każda – centurie w rzeczywistości bardzo różniły się pod względem rozmiarów. Najbogatsi obywatele byli znacznie mniej liczni niż ubodzy, ale tworzyli osiemdziesiąt centurii wobec dwudziestu lub trzydziestu, na jakie podzielono liczniejsze niższe klasy, albo jednej jedynej centurii dla biedoty. Władzę, zarówno zbiorowo, jak i indywidualnie, oddano w ręce bogaczy.


19. Rzymski cenzus. Ten detal z reliefu z końca II w. p.n.e. przedstawia spis obywateli. Po lewej siedzący urzędnik notuje informację o majątku mężczyzny, który stoi przed nim. Choć dokładna procedura nie jest do końca jasna, obecność żołnierza po prawej wskazuje na związek z organizacją sił zbrojnych.

Szczegóły tego systemu są nie tylko skomplikowane, ale także anachroniczne. O ile, jak widzieliśmy, niektóre z innowacji przypisywanych Numie nie wyglądałyby osobliwie we wczesnym Rzymie, w tym wypadku mamy do czynienia z wyraźnym antycypowaniem znacznie późniejszych rzymskich praktyk i instytucji, które połączono z postacią Serwiusza Tulliusza. Związany z cenzusem zawiły system klasyfikacji majątkowej byłby nie do pomyślenia w archaicznym mieście, a rozbudowane struktury organizacji centurialnej tak w armii, jak i w komicjach, zupełnie nie przystają do liczby obywateli w okresie królewskim i do przypuszczalnego charakteru ówczesnych wojen (nie w taki sposób przeprowadza się rajd na sąsiednią wioskę). Bez względu na to, do jakich zmian w metodach walk lub głosowania doszło za jakiegoś „Serwiusza Tulliusza”, nie mogły one wyglądać tak, jak twierdziła rzymska tradycja.

Jednak przez zepchnięcie tego wszystkiego do embrionalnej fazy istnienia ich miasta rzymscy autorzy podkreślali znaczenie niektórych najważniejszych instytucji i powiązań rzymskiej kultury politycznej, tak jak je postrzegali. W cenzusie wysuwali na pierwszy plan władzę państwa nad jednostką, a także owo charakterystyczne zamiłowanie rzymskiego aparatu urzędniczego do dokumentowania, liczenia i klasyfikowania. Wskazywali także na tradycyjny związek między polityczną i wojskową rolą obywatela, na fakt, że od stuleci rzymscy obywatele byli zarazem, z definicji, rzymskimi żołnierzami, oraz na jedno z najświętszych przekonań wielu członków rzymskich elit: a mianowicie, że majątek niesie ze sobą nie tylko przywileje polityczne, ale i polityczne obowiązki. To właśnie miał na myśli Cyceron, gdy z aprobatą podsumowywał działalność Serwiusza Tulliusza: „Podział na klasy przeprowadził w taki sposób, by zapewnić przewagę w głosowaniu nie pospólstwu, lecz bogatym, wykazując troskę o to, na co w państwie baczyć trzeba zawsze, to jest iżby największa liczba nie odgrywała najważniejszej roli”1. W rzeczywistości zasada ta zaczęła być w rzymskiej polityce zaciekle kwestionowana.

ETRUSCY KRÓLOWIE?

Serwiusz Tulliusz był jednym z ostatnich trzech królów Rzymu, wciśniętym między dwóch Tarkwiniuszy: Starego i Pysznego. Rzymscy uczeni przekonani byli, że rządzili oni miastem w VI w. p.n.e., aż do ostatecznej detronizacji tego ostatniego w roku (według większości relacji) 509 p.n.e. Jak już pisałam, fragmenty opowieści o tym okresie były nie mniej zmitologizowane niż historia Romulusa. Tradycyjne podanie zawiera też pewne chronologiczne absurdy – albo przynajmniej królowie musieliby żyć niewiarygodnie długo. Nawet niektórzy ze starożytnych autorów nie mogli się pogodzić z tym, że między narodzinami Tarkwiniusza Starego a śmiercią jego syna Tarkwiniusza Pysznego upływa najwyraźniej około stu pięćdziesięciu lat, i próbowali niekiedy rozwiązać ów problem, sugerując, że drugi Tarkwiniusz był wnukiem, a nie synem pierwszego. Trzeba jednak przyznać, że począwszy od tej daty łatwiej już uzgodnić pewne aspekty tego, co czytamy u Liwiusza oraz innych autorów, z tym, co odkrywa się podczas wykopalisk. I tak, na przykład, mniej więcej w tym miejscu, gdzie zdaniem późniejszych rzymskich uczonych Serwiusz Tulliusz wzniósł dwa główne sanktuaria, odkryto ślady świątyni (lub świątyń), które zdają się sięgać VI w. p.n.e. Wciąż daleko temu jeszcze do stwierdzenia: „Znaleźliśmy świątynie Serwiusza Tulliusza” (cokolwiek miałoby to oznaczać), ale widać przynajmniej coraz większą zbieżność rozmaitych świadectw.

Dla Rzymian jednak dwie rzeczy odróżniały tę grupę królów od ich poprzedników. Pierwszą była ich szczególnie krwawa historia: Tarkwiniusz Stary zginął zamordowany przez synów swego poprzednika, Serwiusz Tulliusz zdobył tron w wyniku zamachu pałacowego zorganizowanego przez Tanakwil, a w końcu został zgładzony przez Tarkwiniusza Pysznego. Drugą były ich etruskie koneksje. W wypadku obu Tarkwiniuszy była to sprawa ich bezpośredniego pochodzenia. Pryskus, wraz ze swoją etruską żoną Tanakwil, miał rzekomo przybyć do Rzymu z etruskiego miasta Tarkwinie, aby tu szukać szczęścia – ponieważ obawiał się, jak mówi legenda, że jego obca krew, za sprawą ojca Greka, przeszkodzi mu w zrobieniu kariery w rodzinnym mieście. Co do Serwiusza Tulliusza, tu rzecz szła raczej o to, że był protegowanym Etrusków: Tarkwiniusza Starego i Tanakwil. Cyceron, co niezwykłe, insynuuje, wśród wszystkich innych wersji pochodzenia tego króla, że był on nieślubnym synem Pryskusa.

Pytanie, które często wprawia w zakłopotanie współczesnych historyków, brzmi: jak wyjaśnić te etruskie powiązania? Dlaczego tym królom Rzymu przypisywano etruskie korzenie? Czy naprawdę w jakimś okresie miastem rządzili etruscy władcy?


20. Fragmenty terakotowych posągów naturalnej wielkości ze świątyni z VI w. p.n.e. wiązanej często z osobą Serwiusza Tulliusza, przedstawiające Minerwę i jej protegowanego Herkulesa (rozpoznawalnego po zarzuconej na ramiona skórze lwa). Etruskowie słynęli z kunsztu w wykonywaniu rzeźb z terakoty; tu widoczny jest również wpływ sztuki greckiej, co wskazuje na kontakty Rzymu z szerszym światem.

Jak dotąd skupialiśmy się na południowych sąsiadach Rzymu, tych, którzy odgrywali pewną rolę w założycielskich mitach o Romulusie i Eneaszu, jak Sabinowie albo miasteczko Alba Longa, założone przez syna Eneasza, gdzie przyszli na świat Romulus i Remus. Ale zaraz na północ od Rzymu, sięgając aż do dzisiejszej Toskanii, rozciągały się ziemie Etrusków, najbogatszego i najpotężniejszego ludu w Italii w okresie, kiedy kształtowała się pierwsza miejska społeczność Rzymu. Liczba mnoga (Etruskowie) jest tu istotna. Ludy te nie tworzyły bowiem jednego państwa, ale stanowiły grupę niezależnych miast i miasteczek, które łączył wspólny język i charakterystyczna kultura artystyczna; zasięg ich władzy zmieniał się w czasie, ale w okresie największej potęgi etruskie osady oraz rozpoznawalne wpływy etruskie można było znaleźć nawet w Pompejach i jeszcze dalej na południe Italii.

 

Ci, którzy odwiedzają dziś stanowiska archeologiczne Etrurii, bywają urzeczeni romantycznością tych miejsc. Niesamowite cmentarze etruskich miast, z ich bogato malowanymi grobami, rozpalały wyobraźnię całych pokoleń pisarzy, artystów i turystów, od D.H. Lawrence’a po rzeźbiarza Alberta Giacomettiego. Również rzymscy uczeni z późniejszych okresów – odkąd etruskie miasta jedno po drugim przeszły pod władzę Rzymu – mogli widzieć w Etrurii zarówno intrygująco egzotyczny obiekt badań, jak i źródło pewnych elementów własnego ceremoniału, ubioru i praktyk religijnych. Ale oczywiście w czasie, gdy zaczynała się historia Rzymu, owe „etruskie miejsca”, jak nazwał je Lawrence, były wpływowe, bogate i ustosunkowane dalece bardziej niż niewielka Roma. Prowadziły ożywiony handel z całym światem śródziemnomorskim i nie tylko, o czym świadczą znaleziska archeologiczne z bursztynu, kości słoniowej, a nawet, na jednym ze stanowisk, strusiego jaja, a także wszystkie wytwornie zdobione klasyczne naczynia ateńskie wydobyte z etruskich grobów – znacznie więcej ich odkryto w Etrurii niż w samej Grecji. Podstawę tej zamożności i wpływów stanowiły zasoby mineralne. W etruskich miastach było tak wiele wyrobów z brązu, że jeszcze w roku 1546 na terenie samych tylko Tarkwiniów znaleziono ich dość, by po stopieniu uzyskać niemal 3000 kilogramów na udekorowanie rzymskiej bazyliki św. Jana na Lateranie. Na mniejszą, choć nie mniej znaczącą skalę niedawne analizy wykazały, że bryłka rudy żelaza odkryta na wyspie Pithecusae (Ischia) w Zatoce Neapolitańskiej pierwotnie pochodziła z należącej do Etrusków Elby; był to prawdopodobnie ich, jak dziś byśmy powiedzieli, „towar eksportowy”.


21. Specyficzną umiejętnością Etrusków było odczytywanie znaków zsyłanych przez bogów we wnętrznościach zwierząt ofiarnych. Ta wątroba z brązu (II lub III w. p.n.e.) służyła za instrukcję do ich interpretacji. Organ jest pieczołowicie odtworzony, z podaniem imion bogów opiekujących się każdą jego częścią, by pomóc wydobyć sens z konkretnych cech lub skaz, które można było tam znaleźć.

Umiejscowienie Rzymu tuż pod bokiem Etrurii pomogło mu dojść do bogactwa i znaczenia. Ale czy ci etruscy królowie nie mieli bardziej złowrogiego oblicza? Niektórzy podejrzewają, że opowieść o etruskich powiązaniach dwóch Tarkwiniuszy i Serwiusza Tulliusza tuszuje inwazję i zajęcie Rzymu przez Etrusków, prawdopodobnie podczas ich marszu na południe, gdy rozprzestrzeniali się na tereny Kampanii. Innymi słowy, rodzinna tradycja w Rzymie przekształciła ten niechlubny okres rzymskich dziejów tak, jak gdyby jego centralnym elementem nie był podbój, ale jednostkowa emigracja Tarkwiniusza Starego i jego późniejsze wyniesienie do godności królewskiej. Kłopotliwa prawda wyglądała tak, że Rzym stał się posiadłością etruską.

Jest to pomysłowa koncepcja, a jednak bardzo mało prawdopodobna. Przede wszystkim, choć są w Rzymie wyraźne ślady etruskiej sztuki i innych wyrobów oraz garstka inskrypcji w języku etruskim, nie ma w zapisie archeologicznym nic, co świadczyłoby o pełnym przejęciu władzy: bliskie powiązania między obydwiema kulturami – tak; podbój – nie. Zresztą, co może ważniejsze, ten model „aneksji” jest nieadekwatny do rodzaju stosunków, jakie powinniśmy sobie wyobrażać między tymi sąsiadującymi ze sobą społecznościami, a w każdym razie nie jest on jedynym modelem. Jak już wskazywałam, był to świat kacyków i wodzów: potężnych jednostek, stosunkowo swobodnie przemieszczających się między rozmaitymi miastami regionu, czasami w przyjacielskich celach, czasem zapewne nie. Obok nich musieli istnieć równie mobilni członkowie ich zbrojnych drużyn, kupcy, wędrowni rzemieślnicy i wszelkiego rodzaju migranci. Kim dokładnie był Rzymianin Fabius, którego imię wyryte jest na jego grobie w etruskim mieście Caere, nie da się stwierdzić; nic pewnego nie możemy też powiedzieć na temat „Titusa Latinusa” z Wejów (Veii) czy hybrydowego „Rutilusa Hippokratesa” z Tarkwiniiów, z łacińskim pierwszym i greckim drugim imieniem. Stanowią oni jednak wyraźną wskazówkę, że miasta te były stosunkowo otwartymi społecznościami.

To jednak historia Serwiusza Tulliusza daje nam najbardziej żywy obraz wodzów, prywatnych band zbrojnych i rozmaitych form ruchów ludności, przyjaznych lub wrogich, jaki musiało przedstawiać wczesne społeczeństwo Rzymu i jego sąsiadów. Nie ma ona niemal nic wspólnego z opowieścią o Serwiuszu Tulliuszu – rzymskim reformatorze i wynalazcy cenzusu. Zdaje się natomiast przedstawiać etruski punkt widzenia – a znamy ją dzięki cesarzowi Klaudiuszowi, który przemawiając przed senatem w roku 48, nakłaniał jego członków, by dopuścili do stanu senatorskiego znamienitych mieszkańców Galii. Jednym z argumentów, jakimi się posłużył, było przypomnienie, że nawet wcześni królowie byli zdecydowanie obcymi przybyszami. Kiedy doszedł do Serwiusza Tulliusza, zrobiło się jeszcze ciekawiej.

Klaudiusz wiedział sporo na temat etruskiej historii. Wśród swych licznych uczonych zajęć napisał po grecku dwudziestotomowe studium o Etruskach, opracowywał także słownik etruski. Teraz zaś nie mógł się powstrzymać, by nie wyjaśnić zebranym senatorom, którzy zapewne poczuli się jak na wykładzie, że poza Rzymem znano odmienną wersję losów Serwiusza Tulliusza. Nie była to historia człowieka, który doszedł do tronu dzięki łasce albo intrygom swego poprzednika Tarkwiniusza Starego oraz jego żony Tanakwil. Dla Klaudiusza Serwiusz Tulliusz był zbrojnym awanturnikiem:

…według Etrusków zaś [był] dawnym wiernym towarzyszem Caeliusa Vivenny i wspólnikiem różnorakiej jego doli, który, gdy po różnych przypadkach losu został razem ze wszystkimi niedobitkami wojska Caeliusa wygnany z Etrurii, zajął wzgórze Caelius – tak nazwane od wodza Caeliusa – i zmieniając miano (nazywał się bowiem w języku Tusków Mastarna), przyjął takie imię, pod jakim go wymieniłem [Serwiusz Tulliusz], a otrzymawszy władzę królewską, przyniósł wielki pożytek państwu2.

Podane przez Klaudiusza szczegóły stwarzają mnóstwo zagadek. Jedną z nich jest imię Mastarna. Czy jest to imię własne, czy etruski odpowiednik łacińskiego magister, które w tym kontekście oznaczałoby coś w rodzaju szefa? I kim jest Celiusz Wiwenna, od którego rzekomo wzięło swoją nazwę rzymskie wzgórze Celius? On oraz jego brat Aulus Wiwenna – którym przypisywano zwykle pochodzenie z etruskiego miasta Vulci – pojawiają się kilka razy w starożytnych opisach wczesnych dziejów Rzymu, choć wzmianki te są niespójne i zazwyczaj mityczne: niekiedy Celiusz jest przyjacielem Romulusa; niekiedy obu Wiwennów umieszcza się w czasach Tarkwiniuszy; pewien późny historyk rzymski utrzymywał, że Aulus sam został królem Rzymu (czy zatem mógł być on jednym z zapomnianych władców miasta?); w wersji Klaudiusza wygląda na to, że Celiusz nigdy nie postawił nawet nogi w Rzymie. Ogólny charakter tego, o czym mówi Klaudiusz, rysuje się jednak wyraźnie: mamy tu rywalizujące ze sobą zbrojne bandy, wędrujących z miejsca na miejsce wodzów, osobistą lojalność, zmienne tożsamości – wszystko to jest skrajnie odmienne od oficjalnych konstytucyjnych układów, które przypisywała Serwiuszowi Tulliuszowi większość rzymskich autorów.

Podobne wrażenie nasuwa cykl malowideł, które zdobiły niegdyś okazały grobowiec pod Vulci. Znany dziś jako grób François (od nazwiska jego dziewiętnastowiecznego odkrywcy – zob. tab. 7), musiał być miejscem pochówku bogatej miejscowej rodziny, o czym świadczą jego rozmiary, z dziesięcioma komorami grobowymi przylegającymi do korytarza wejściowego i centralną salą, oraz pokaźna ilość znalezionego tam złota. Jednak dla zainteresowanych początkami Rzymu tym, co czyni grobowiec wyjątkowym, są malowidła w środkowym korytarzu, pochodzące prawdopodobnie z połowy IV w. p.n.e. Na pierwszy plan wybijają się sceny wojenne zaczerpnięte z mitologii greckiej, głównie z wojny trojańskiej. Przeciwwagę dla nich stanowią sceny ze znacznie bardziej lokalnych walk. Każda postać jest starannie podpisana, połowa z nich określona także nazwą swego ojczystego miasta, połowa nie, co przypuszczalnie wskazuje, że są to ludzie z Vulci, nie potrzebują więc dodatkowej identyfikacji. Widzimy wśród nich braci Wiwennów, Mastarnę (jedyny inny pewny ślad jego istnienia, jaki znamy) oraz Gnejusza Tarkwiniusza „z Rzymu”.