SPQR. Historia starożytnego Rzymu

Tekst
Z serii: Historia
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

NASZ KATYLINA?

Starcie między Cyceronem a Katyliną stało się punktem odniesienia dla wszystkich późniejszych konfliktów politycznych. Nie jest chyba zbiegiem okoliczności, że obraz Maccariego przedstawiający wydarzenia z 8 listopada zamówiony został, wraz z innymi scenami z dziejów Rzymu, do sali w palazzo Madama, który niedużo wcześniej stał się siedzibą senatu współczesnych Włoch; przypuszczalnie miał służyć jako przestroga dla współczesnych senatorów. Na przestrzeni wieków zaś etyczne aspekty „spisku”, występki i cnoty Katyliny i Cycerona oraz konflikty między bezpieczeństwem wewnętrznym a swobodami obywatelskimi bywały przedmiotem zażartych dyskusji, i to nie tylko wśród historyków.

Niekiedy radykalnie poprawiano historię. Według pewnej średniowiecznej toskańskiej tradycji Katylina miał przeżyć bitwę z rzymskimi legionami, po czym, jako lokalny bohater, uwikłać się w skomplikowaną przygodę miłosną z kobietą imieniem Belizea. Inna wersja przypisuje mu syna Uberta, czyniąc go tym samym protoplastą florenckiego rodu Ubertich. Jeszcze bardziej puszcza wodze fantazji Prosper de Crébillon w sztuce Catilina, wystawionej po raz pierwszy w połowie XVIII wieku, wymyślając romans między Katyliną a córką Cycerona, Tullią, wypełniony namiętnymi randkami w rzymskiej świątyni.

Ilekroć spisek przywoływany był na kartach książek lub na scenie, przybierał postać zgodną z politycznymi przekonaniami autora i politycznym klimatem jego czasów. Pierwszy dramat Henryka Ibsena, powstały na fali europejskich rewolucji z lat czterdziestych XIX wieku, obiera za temat wydarzenia roku 63 p.n.e. Rewolucjonista Katylina toczy tu walkę z zepsuciem świata, w którym żyje, podczas gdy Cyceron, który nie mógłby wyobrazić sobie gorszego potraktowania, jest niemal zupełnie wyjęty poza nawias, ani razu nie pojawiając się na scenie i rzadko zaszczycany wzmianką. Natomiast dla Bena Jonsona, piszącego po spisku prochowym, Katylina był sadystycznym antybohaterem, którego ofiary były tak liczne, że – w bujnej wyobraźni autora – potrzebna była cała flota, by przewieźć je przez Styks do krainy umarłych. Jego Cyceron, ględzący nudziarz, również nie budzi szczególnej sympatii; jest nudny do tego stopnia, że podczas premiery sztuki, w roku 1611, wielu widzów wyszło w trakcie jego wlokącego się bez końca potępienia Katyliny.

Jonson był niesprawiedliwy dla siły perswazji Cycerona – przynajmniej jeśli ciągłe sięganie do jego słów, cytowanych dosłownie lub adaptowanych do własnych celów, jest tu jakimś miernikiem. Jego Pierwsza mowa przeciw Katylinie bowiem, a zwłaszcza jej słynny początek („Jak długo jeszcze nadużywać będziesz, Katylino, naszej cierpliwości?”), wciąż przewija się w politycznej retoryce XXI wieku, krzyczy ze współczesnych transparentów i bez problemu mieści się w stu czterdziestu znakach tweeta. Wystarczy jedynie wstawić tam nazwisko upatrzonej osoby. I rzeczywiście, strumień tweetów i innych komunikatów zamieszczanych w czasie, kiedy pisałam tę książkę, zastępował imię Katyliny między innymi nazwiskami prezydentów Stanów Zjednoczonych, Francji i Syrii, burmistrza Mediolanu oraz Państwem Izrael, choćby: „Quo usque tandem abutere, François Hollande, patientia nostra?”. Jak wielu z tych, którzy dziś wykorzystują to hasło, potrafiłoby wyjaśnić, jakie jest jego źródło albo o co chodziło w starciu między Cyceronem a Katyliną, trudno powiedzieć. Niektórzy mogą być zaangażowanymi politycznie latynistami, ale mało prawdopodobne jest, by dotyczyło to wszystkich tych krytyków i manifestantów. Użycie tego zwrotu wskazuje na coś innego, i prawdopodobnie ważniejszego niż głęboka znajomość antyku. Jest wyraźną oznaką, że tuż pod powierzchnią zachodniej polityki ledwo pamiętany konflikt między Cyceronem a Katyliną wciąż służy za punkt odniesienia dla naszych własnych politycznych walk i sporów. Elokwencja Cycerona, nawet jeśli tylko w połowie zrozumiana, nadal kształtuje język współczesnej polityki.


6. W roku 2012 węgierscy demonstranci protestujący przeciwko próbom wprowadzenia zmian w konstytucji przez partię Fidesz umieścili na transparentach słynne zdanie Cycerona. Było ono zresztą wykorzystywane nie tylko w politycznym kontekście. W słynnym sporze intelektualnym Camille Paglia podstawiła zamiast Katyliny nazwisko francuskiego filozofa Michela Foucaulta: „Jak długo jeszcze, Foucault…?”.

Cyceron byłby zachwycony. Gdy pisał do swego przyjaciela Lukcejusza, prosząc historyka, by upamiętnił dokonania jego konsulatu, liczył na wieczną sławę: „Wzgląd na potomnych każe mi cieszyć się nadzieją nieśmiertelności”9, przyznawał z udawaną skromnością. Lukcejusz, jak już wiemy, nie spełnił jego prośby. Być może zraziło go jawne żądanie przyjaciela, by „nie oglądając się tym razem na prawa historii”10, opisał wydarzenia raczej pochlebnie niż wiernie. Ostatecznie jednak okazało się, że wypadki z roku 63 p.n.e. przyniosły Cyceronowi większą nieśmiertelność, niż mógłby mu zapewnić Lukcejusz, skoro wciąż cytuje się go mimo upływu ponad dwóch tysięcy lat.

W następnych rozdziałach znajdziemy znacznie więcej politycznych konfliktów, spornych interpretacji i niekiedy niepokojących odzwierciedleń naszych własnych czasów. Teraz jednak musimy opuścić stosunkowo solidny grunt I w. p.n.e. i cofnąć się w najgłębszą przeszłość Rzymu. Jak Cyceron i jego współcześni rekonstruowali wczesne lata swojego miasta? Dlaczego własne początki były dla nich ważne? Jaki jest sens pytania „Gdzie zaczął się Rzym?”? Jak wiele naprawdę wiemy – lub oni wiedzieli – o najdawniejszym Rzymie?

1 Przeł. Kazimierz Kumaniecki [wróć]

2 Przeł. Gabriela Pianko [wróć]

3 Przeł. Gabriela Pianko [wróć]

4 Przeł. Gabriela Pianko [wróć]

5 Przeł. Stanisław Śnieżewski [wróć]

6 Przeł. Kazimierz Kumaniecki [wróć]

7 Przeł. Andrzej Kościółek [wróć]

8 Przeł. Tadeusz Karyłowski [wróć]

9 Przeł. Gabriela Pianko [wróć]

10 Przeł. Gabriela Pianko [wróć]

ROZDZIAŁ 2
POCZĄTKI
CYCERON I ROMULUS

Jak głosiła rzymska tradycja, świątynia Jowisza, w której Cyceron 8 listopada 63 r. p.n.e. ciskał gromy na Katylinę, została wystawiona siedem wieków wcześniej przez Romulusa, założyciela Rzymu. Romulus oraz nowi obywatele jego maleńkiej osady walczyli ze swymi sąsiadami, ludem znanym jako Sabinowie, w miejscu, na którym później powstało Forum, polityczne centrum Rzymu Cycerona. Sprawy układały się niepomyślnie dla Rzymian, którzy zostali zmuszeni do odwrotu. W ostatniej próbie wywalczenia zwycięstwa Romulus wzniósł modły do Jowisza – i to nie po prostu do Jowisza, ale do Jowisza Statora, Jowisza, który „umacnia wojska”. Zbuduje w podzięce świątynię, obiecał bogu, jeśli tylko Rzymianie oprą się pokusie ucieczki i dadzą odpór wrogowi. Tak też się stało i dokładnie w tym miejscu stanęła świątynia Jowisza Statora, pierwsza z długiego szeregu sanktuariów budowanych dla upamiętnienia boskiej pomocy, której Rzym zawdzięczał zwycięstwa militarne.

Tak przynajmniej przedstawia się historia opowiedziana przez Liwiusza i kilku innych rzymskich autorów. Archeologom dotąd nie udało się jednoznacznie zidentyfikować żadnych pozostałości tej świątyni, która tak czy inaczej w czasach Cycerona musiała być już mocno przebudowana, zwłaszcza jeśli jej początki naprawdę sięgały pierwszych lat istnienia Rzymu. Nie ulega jednak wątpliwości, że postanawiając zorganizować tam właśnie posiedzenie senatu, Cyceron dobrze wiedział, co robi. Pamiętał o precedensie Romulusa i wybrał to miejsce w konkretnym celu. Chciał uczynić Rzymian nieugiętymi („umocnić ich”) w obliczu nowego wroga, Katyliny. Powiedział to zresztą nieomal wprost pod koniec swej mowy, kiedy – zapewne wskazując gestem posąg boga – apelował do Jowisza Statora i przypominał słuchaczom o okolicznościach powstania świątyni:

Jowiszu, Ty, któremu Romulus z bożego nakazu razem z tym miastem zbudował świątynię, którego słusznie nazywamy Opiekunem tego miasta i państwa, nie pozwól temu człowiekowi i jego towarzyszom targnąć się na Twoje i innych bogów ołtarze, na domy i mury miasta, na życie i mienie żadnego z obywateli […]1.

Płynący stąd wniosek, że Cyceron kreuje się na nowego Romulusa, nie umknął jego współczesnym, a skojarzenie to mogło obrócić się przeciwko niemu: niektórzy wykorzystali je jako kolejny pretekst, by drwić z jego prowincjonalnego pochodzenia, nazywając go Romulusem z Arpinum.

Było to klasyczne rzymskie nawiązanie do ojców założycieli, do poruszających opowieści o wczesnym Rzymie i do chwili narodzin miasta. Nawet dziś obraz wilczycy karmiącej małego Romulusa i jego bliźniaka Remusa kojarzy się z początkami Rzymu. Słynna brązowa figura przedstawiająca tę scenę jest jednym z najczęściej kopiowanych i najbardziej rozpoznawalnych dzieł rzymskiej sztuki, powielanym na niezliczonych widokówkach, ścierkach kuchennych, popielniczkach oraz magnesach na lodówkę i rozplakatowanym po całym współczesnym mieście jako logo rzymskiego klubu piłkarskiego.

 

Swojskość tego obrazu sprawia, że łatwo jest zbyt poważnie potraktować opowieść o Romulusie i Remusie – albo Remusie i Romulusie, gdyż w takiej kolejności wymieniali ich zwykle Rzymianie – zapominając, że jest to jedna z najdziwniejszych „historycznych legend” o założeniu miast, jakie zna świat. A mitem czy legendą jest z całą pewnością, mimo że Rzymianie uważali ją za szeroko pojętą historię. Wilczyca opiekująca się bliźniętami jest tak niezwykłym epizodem w bardzo osobliwej opowieści, że nawet starożytni autorzy okazywali niekiedy zdrowy sceptycyzm wobec szans na pojawienie się w odpowiednim momencie mlecznej samicy, która nakarmiłaby dwójkę porzuconych niemowląt. Reszta mitu jest przedziwną mieszanką zagadkowych szczegółów: nie tylko niecodziennego pomysłu, że założycieli było dwóch (Romulus i Remus), ale także szeregu zdecydowanie nieheroicznych elementów, począwszy od morderstwa, poprzez porwanie i gwałt, aż po stwierdzenie, że większość pierwszych obywateli Rzymu była przestępcami i zbiegłymi niewolnikami.


7. Bez względu na to, kiedy dokładnie wyrzeźbiono samą wilczycę, bliźnięta są niewątpliwie późniejszym dodatkiem, wykonane w XV wieku specjalnie dla zobrazowania mitu założycielskiego. Kopie tej grupy znaleźć można na całym świecie, po części dzięki Benitowi Mussoliniemu, który rozdawał je na prawo i lewo jako symbol Romanità.

Te niechlubne aspekty wydały się niektórym dzisiejszym historykom tak zdumiewające, że wysunęli sugestię, iż cała legenda musiała zostać wymyślona jako forma antypropagandy przez wrogów i ofiary Rzymu, zagrożone agresywną rzymską ekspansją. Jest to karkołomna, by nie powiedzieć: rozpaczliwa próba wyjaśnienia osobliwości tej historii, w dodatku nie bierze ona pod uwagę bardzo ważnej kwestii. Bez względu na to, gdzie i kiedy opowieść o Romulusie i Remusie powstała, rzymscy autorzy wciąż powracali do niej, roztrząsając ją z zapałem. Chodziło nie tylko o szukanie odpowiedzi na pytanie, jak powstało ich miasto. Senatorowie, którzy tłoczyli się w starej świątyni Romulusa, by posłuchać nowego Romulusa z Arpinum, dobrze zdawali sobie sprawę, że mit założycielski nasuwa jeszcze poważniejsze pytania: co to znaczy być Rzymianinem, jakie szczególne cechy określają lud rzymski – i, co nie mniej ważne, jakie wady i słabości odziedziczyli po swych przodkach.

Aby zrozumieć starożytnych Rzymian, trzeba wiedzieć, skąd wywodzili swoje pochodzenie, i zastanowić się nad znaczeniem opowieści o Romulusie i Remusie oraz głównych motywów, subtelności i niejasności innych mitów założycielskich. Bliźniacy nie byli bowiem jedynymi kandydatami na pierwszych Rzymian. Przez znaczną część rzymskich dziejów poczesne miejsce zajmowała też postać trojańskiego bohatera Eneasza, który uciekł do Italii, by założyć tam nową Troję, czyli Rzym. I nie mniej istotna jest próba dostrzeżenia, co może kryć się za tymi legendami. Jakie były początki Rzymu? – to pytanie, które okazało się niemal tak samo nęcące i podstępne dla dzisiejszych uczonych jak dla starożytnych. Archeologia rysuje obraz najdawniejszego Rzymu bardzo odmienny od tego z rzymskich mitów. Jest on zaskakujący, często zagadkowy i kontrowersyjny. Nawet słynna wilczyca z brązu jest przedmiotem zażartych dyskusji. Czy jest ona, jak się zwykle sądzi, jednym z najwcześniejszych dzieł rzymskiej sztuki, jakie przetrwały do naszych czasów? Czy też, jak wskazują niedawne badania naukowe, jest w rzeczywistości wytworem średniowiecza? Jakkolwiek przedstawia się prawda, wykopaliska prowadzone pod współczesnym miastem na przestrzeni minionych około stu lat ujawniły kilka sięgających być może roku 1000 p.n.e. śladów maleńkiej wioski nad Tybrem, która z czasem stała się Rzymem Cycerona.

MORDERSTWO

Nie ma jednej legendy o Romulusie. Istnieją dziesiątki rozmaitych, niekiedy sprzecznych ze sobą wersji tej historii. Cyceron, dziesięć lat po starciu z Katyliną, przytoczył jedną z nich w traktacie O państwie. Jak wielu polityków po nim, kiedy jego wpływy stawały się sprawą przeszłości, szukał ucieczki w teorii politycznej (i dość pompatycznych rozprawach). Tu, w ramach znacznie dłuższej filozoficznej dyskusji na temat istoty dobrych rządów, zajął się historią rzymskiej „konstytucji” od jej narodzin. Jednak po zwięzłym przedstawieniu legendy – w którym ostrożnie pominął milczeniem kwestię, czy Romulus naprawdę był synem Marsa, podając zarazem w wątpliwość inne baśniowe elementy opowieści – przeszedł do gruntownego omówienia geograficznych walorów miejsca, które Romulus wybrał na swą nową osadę.

„Jakże mógł więc Romulus – pisze Cyceron – wynaleźć lepszy sposób zapewnienia korzyści wynikających z nadmorskiego położenia przy jednoczesnym uniknięciu jego wad, niż zakładając miasto nad brzegiem zawsze spławnej rzeki, równo toczącej swoje wody i szerokim ujściem wpadającej do morza?”2 Dzięki Tybrowi, jak wyjaśnia, łatwo było sprowadzać obce towary i wywozić lokalne nadwyżki, wzgórza zaś, na których powstało miasto, zapewniały nie tylko idealną obronę przed atakiem wroga, ale także zdrowe warunki życia w niezdrowej okolicy. Mogło się zdawać, że Romulus wiedział, iż założona przez niego osada stanie się pewnego dnia centrum wielkiego imperium. Cyceron przejawia tu dobry zmysł geograficzny i wielu innych po nim również wskazywało na strategiczne położenie tego miejsca, zapewniające mu przewagę nad okolicznymi rywalami. Ale patriotycznie spuszcza on zasłonę na fakt, że przez całą starożytność „zawsze spławna rzeka” regularnie czyniła Rzym ofiarą niszczycielskich powodzi i że, mimo wzgórz, malaria była jednym z największych zabójców mieszkańców starożytnego miasta (jak zresztą aż do końca XIX wieku).

Wersja Cycerona nie jest najlepiej znanym wariantem mitu założycielskiego. Ten, na którym opiera się większość współczesnych relacji, pochodzi w swej zasadniczej treści od Liwiusza. Jak na pisarza, którego dzieło jest wciąż tak ważne dla naszego zrozumienia wczesnego Rzymu, zaskakująco niewiele wiadomo o nim samym: pochodził z Patavium (Padwy) w północnej Italii, zaczął pisać swoje kompendium rzymskiej historii w latach dwudziestych I w. p.n.e. i był w wystarczająco bliskich stosunkach z rodziną cesarską, by zachęcić przyszłego cesarza Klaudiusza do zajęcia się dziejopisarstwem. Co naturalne, opowieść o Romulusie i Remusie zajmuje pokaźną część pierwszej księgi jego dzieła, z mniejszym naciskiem na geografię i większą liczbą szczegółów niż u Cycerona. Liwiusz zaczyna od bliźniaków, po czym szybko przechodzi do późniejszych dokonań samego Romulusa jako założyciela i pierwszego króla Rzymu.

Chłopców, wyjaśnia Liwiusz, urodziła westalka Rea Sylwia w italskim mieście Alba Longa, w Górach Albańskich, nieco na południe od miejsca, gdzie później stanął Rzym. Nie objęła ona tego dziewiczego urzędu z własnej woli, ale została do tego zmuszona po bratobójczej walce o władzę, w której jej stryj Amuliusz przejął władzę królewską w Alba Longa, wygnawszy swego brata, a jej ojca, Numitora. Amuliusz posłużył się następnie kapłaństwem – rzekomym zaszczytem – by zapobiec niepożądanemu pojawieniu się ewentualnych spadkobierców i rywali z rodu brata. Ów środek ostrożności okazał się jednak nieskuteczny, gdyż Rea Sylwia wkrótce zaszła w ciążę. Według Liwiusza twierdziła, że została zgwałcona przez boga Marsa. Liwiusz zdaje się powątpiewać w to nie mniej niż Cyceron; Mars, uważa, mógł być wygodną przykrywką dla najzupełniej ludzkiego romansu. Inni jednak śmiało pisali o oderwanym od ciała fallusie wynurzającym się z płomieni świętego ognia, którego doglądała Rea Sylwia.

Gdy tylko bliźnięta przyszły na świat, Amuliusz rozkazał swoim sługom utopić je w pobliskim Tybrze. Chłopcy przeżyli jednak. Jak bowiem często zdarza się w tego rodzaju opowieściach w wielu kulturach, ludzie, którym powierzono to niewdzięczne zadanie, z takich czy innych powodów nie wypełnili polecenia co do joty. Zamiast wrzucić koszyk z niemowlętami wprost do wody, zostawili go – ponieważ akurat była powódź – na skraju wezbranej rzeki. Zanim fale porwały dzieci na pewną śmierć, na ratunek przybyła im słynna opiekuńcza wilczyca. Liwiusz był jednym z tych rzymskich sceptyków, którzy próbowali zracjonalizować ów szczególnie niewiarygodny aspekt opowieści. Łacińskie słowo oznaczające wilczycę (lupa) było zarazem potocznym określeniem prostytutki (słowem lupanar nazywano burdel). Czy nie mogło być tak, że to nie dzikie zwierzę, ale miejscowa prostytutka znalazła bliźnięta i wzięła je pod opiekę?

Bez względu na to, kim lub czym była lupa, wkrótce na chłopców natrafił życzliwy pasterz i zabrał ich do siebie. Czy prostytutka była jego żoną? – zastanawiał się Liwiusz. Romulus i Remus dorastali jako członkowie jego wiejskiej rodziny, nierozpoznani, dopóki wiele lat później – już jako młodzi mężczyźni – nie spotkali się przypadkowo ze swym dziadkiem, obalonym królem Numitorem. Pomogli mu odzyskać tron Alba Longa, a następnie postanowili założyć własne miasto. Wkrótce jednak pokłócili się, z katastrofalnym skutkiem. Liwiusz sugeruje, że rywalizacja i ambicja, które skaziły stosunki między Numitorem i Amuliuszem, przeszły dwa pokolenia później na Romulusa i Remusa.

Bliźniacy nie zgadzali się co do tego, gdzie dokładnie ulokować nową osadę – a konkretnie: które z kilku wzgórz, gdzie rozłożyło się późniejsze miasto (jest ich w rzeczywistości więcej niż sławetna siódemka), ma stanowić centrum pierwszego osiedla. Romulus wybrał wzgórze znane jako Palatyn, gdzie później stanęła okazała rezydencja cesarzy i od którego nazwy pochodzi nasze słowo „pałac”. W wynikłej stąd kłótni Remus, który opowiadał się za Awentynem, lekceważąco przeskoczył wał, którym Romulus otaczał wybrane przez siebie miejsce. Są różne wersje tego, co zdarzyło się później. Najpowszechniejsza jednak (według Liwiusza) mówi, że Romulus zareagował, zabijając brata, i tak stał się jedynym władcą osady, która wzięła nazwę od jego imienia. Gdy zadawał straszliwy bratobójczy cios, wykrzyknął (wedle słów Liwiusza): „To samo spotka każdego po kolei, kto mury moje przekroczy”3. Była to stosowna dewiza dla miasta, które w przyszłości miało przedstawiać się jako państwo wojownicze, którego wojny są jednak zawsze odpowiedziami na czyjąś agresję, zawsze „sprawiedliwe”.

GWAŁT

Remus nie żył. A miasto, które pomógł założyć, składało się jedynie z garstki przyjaciół i towarzyszy Romulusa. Potrzebowało więcej obywateli. W związku z tym Romulus ogłosił Rzym azylem i zachęcił szumowiny i biedotę z całej Italii: zbiegłych niewolników, ludzi skazanych za zbrodnie, wygnańców i uchodźców, by przyłączyli się do niego. Ściągnęło to do miasta mnóstwo mężczyzn. Ale by zdobyć kobiety, jak mówi Liwiusz, Romulus musiał uciec się do podstępu – i gwałtu. Zaprosił sąsiednie ludy, Sabinów i Latynów, z okolicznego regionu zwanego Lacjum, by przybyli całymi rodzinami na święto oraz igrzyska. W trakcie obchodów dał swoim ludziom sygnał, żeby porwali młode kobiety spośród gości i wzięli je sobie za żony.

W XVII wieku scenę tę namalował Nicolas Poussin, słynny ze swych przedstawień antycznego Rzymu: Romulus stoi na podwyższeniu, spokojnie nadzorując szamotaninę, która rozgrywa się w dole, na tle nieukończonych jeszcze monumentalnych gmachów. Jest to obraz wczesnego miasta, który byłby rozpoznawalny dla Rzymian z I w. p.n.e. Choć czasem opisywali oni Rzym Romulusa jako mieścinę owiec, lepianek i bagien, często idealizowali go też, ukazując jako olśniewające, od razu gotowe klasyczne miasto. Jest to również scena, którą przez wieki przerabiano na wszelkie możliwe sposoby i we wszelkich mediach. Parodiuje ją musical z 1954 roku Siedem narzeczonych dla siedmiu braci (tu żony zostają uprowadzone podczas budowy stodoły w Ameryce). W roku 1962, w bezpośredniej reakcji na grozę kubańskiego kryzysu rakietowego, Pablo Picasso przetworzył wersję Poussina w cyklu poświęconych temu tematowi obrazów o jeszcze brutalniejszym charakterze (zob. tab. 3).

Rzymscy autorzy bez końca dyskutowali nad tą częścią legendy. Pewien dramaturg napisał na ten temat całą tragedię, z której niestety zachował się tylko jeden fragment. Roztrząsali jej szczegóły, zastanawiając się na przykład, jaka była liczba porwanych kobiet. Liwiusz nie zajmuje w tej kwestii jednoznacznego stanowiska, ale oszacowania sięgały od zaledwie trzydziestu do pozornie dokładnej i niemożliwie wysokiej liczby 683 – za taką właśnie opowiadał się podobno afrykański książę Juba, który został sprowadzony do Rzymu przez Juliusza Cezara i spędził tam znaczną część młodości, zgłębiając wszelkiego rodzaju wiedzę, od rzymskiej historii po łacińską gramatykę. Najbardziej jednak absorbował ich jawnie przestępczy charakter i brutalność tego incydentu. Był to przecież pierwszy rzymski ślub, i to tu rzymscy uczeni szukali wyjaśnień zagadkowych elementów lub sformułowań tradycyjnych obrzędów weselnych; radosny okrzyk „O Talassio”, na przykład, miał pochodzić od imienia jednego z młodych Rzymian uczestniczących w tym wydarzeniu. Czy nieuchronnie płynął stąd wniosek, że ich instytucja małżeńska wzięła początek z gwałtu? Gdzie leżała granica między porwaniem a gwałtem? Co, bardziej ogólnie, mówił ten epizod na temat wojowniczości Rzymu?

 

8. Ta srebrna moneta rzymska, z roku 89 p.n.e., przedstawia dwóch pierwszych obywateli Rzymu uprowadzających dwie Sabinki. Nazwisko człowieka odpowiedzialnego za jej wybicie, niemal możliwe do odczytania u dołu, brzmiało Lucjusz Tyturiusz Sabinus – co przypuszczalnie tłumaczy wybór wzoru. Po drugiej stronie widnieje profil sabińskiego króla, Tytusa Tacjusza.

Liwiusz broni wczesnych Rzymian. Utrzymuje, że uprowadzili tylko niezamężne kobiety; był to pierwowzór małżeństwa, nie cudzołóstwa. A podkreślając, że Rzymianie nie wybierali kobiet, ale porywali je na ślepo, dowodzi, że uciekli się do środka koniecznego dla zapewnienia przyszłości miastu, po którym nastąpiły tkliwe rozmowy i obietnice uczucia wobec oblubienic. Przedstawia on także czyn Rzymian jako reakcję na niedorzeczne postępowanie ich sąsiadów. Rzymianie, jak wyjaśnia, zrobili najpierw to, co należy, prosząc okoliczne ludy o układ, który dałby im prawo poślubiania nawzajem swoich córek. Liwiusz wyraźnie – i absurdalnie anachronicznie – nawiązuje tutaj do prawa conubium, czyli „mieszanych małżeństw”, które w znacznie późniejszych czasach stanowiło typowy element sojuszów Rzymu z innymi państwami. Rzymianie sięgnęli po przemoc, dopiero gdy owa prośba została bezzasadnie odrzucona. Innymi słowy, był to kolejny przykład sprawiedliwej wojny.

Inni przedstawiali to odmiennie. Niektórzy dostrzegali u samego zarania miasta zapowiedź późniejszej rzymskiej wojowniczości. Konflikt, argumentowali, był niesprowokowany, a fakt, że Rzymianie uprowadzili tylko trzydzieści kobiet (jeśli istotnie było ich właśnie tyle), świadczy o tym, że wojna, a nie małżeństwo, była ich głównym celem. Z takimi poglądami zdradza się Salustiusz. W pewnym miejscu swych Historiae (opracowania bardziej ogólnego niż Sprzysiężenie Katyliny, które zachowało się jedynie we fragmentach rozsianych w dziełach innych autorów) fantazjuje on – i jest to czysta fantazja – na temat listu napisanego jakoby przez jednego z najzagorzalszych wrogów Rzymu. List jest skargą na grabieżcze postępowanie Rzymian przez całe ich dzieje: „Od samego początku nie posiadali oni niczego poza tym, co ukradli: swój dom, swoje żony, swoje ziemie, swoje imperium”. Być może jedynym rozwiązaniem było zrzucenie całej winy na bogów. Czegóż innego można by oczekiwać, dowodził inny rzymski pisarz, skoro ojcem Romulusa był Mars, bóg wojny?

Poeta Owidiusz (Publius Ovidius Naso) przyjął jeszcze inne podejście. Mniej więcej współczesny Liwiuszowi, był tak buntowniczy, jak historyk konwencjonalny – co w 8 roku skończyło się dlań wygnaniem z Rzymu, po części z powodu zgorszenia, jakie wywołał jego żartobliwy poemat Sztuka kochania o metodach miłosnych podbojów. Przewraca on w nim opowieść Liwiusza o porwaniu do góry nogami i przedstawia ten incydent jako prymitywny flirt: sprawę erotyki, a nie wyższej konieczności. Rzymianie Owidiusza zaczynają od upatrzenia sobie dziewcząt, które podobają się im najbardziej, i na dany sygnał wyciągają po nie „spragnione ręce”. Wkrótce szepczą czułe słówka do uszu swych ofiar, których jawne przerażenie jedynie wzmaga ich atrakcyjność. Uroczystości i igrzyska, jak po szelmowsku zauważa poeta, zawsze były dobrymi okazjami do podrywu, już od najwcześniejszych dni Rzymu. Albo, ujmując to w inny sposób, jakąż wspaniałą nagrodę znalazł Romulus dla swych lojalnych żołnierzy. „Jeśli i mnie dasz taką, i ja nim zostanę!”4 – żartuje Owidiusz.

Rodzice dziewcząt, jak mówi tradycyjna wersja legendy, oczywiście nie uznali porwania ani za zabawne, ani za romantyczne. Aby odzyskać córki, wydali Rzymianom wojnę. Ci z łatwością pokonali Latynów, Sabinowie jednak okazali się trudniejszym przeciwnikiem i konflikt się przedłużał. To właśnie w tym czasie ludzie Romulusa zostali ostro zaatakowani w swoim nowym mieście, a on sam zmuszony był wezwać na pomoc Jowisza Statora, by powstrzymał pierzchających Rzymian, o czym przypomniał swym słuchaczom Cyceron, nie wspominając jednak, że cała wojna toczyła się o skradzione kobiety. Działania wojenne zakończyły się ostatecznie dopiero dzięki samym kobietom, które zdążyły się już pogodzić ze swym losem rzymskich żon i matek. Odważnie wkroczyły na pole bitwy i błagały swoich mężów po jednej stronie i ojców po drugiej, by zaprzestali walk. „Wolimy same zginąć – wyjaśniły – niż żyć bez jednych z was, jako wdowy lub jako sieroty”.

Ich interwencja odniosła skutek. Nie tylko zawarto pokój, ale też Rzym stał się odtąd miastem rzymsko-sabińskim, pod wspólnymi rządami Romulusa i króla Sabinów, Tytusa Tacjusza. Wspólnymi, znaczy się, dopóki kilka lat później Tacjusz nie zginął gwałtowną śmiercią, która stała się jednym z charakterystycznych elementów rzymskiej polityki siły, zamordowany w sąsiednim mieście podczas zamieszek, do których po części sam doprowadził. Romulus znów został jedynym władcą, pierwszym królem Rzymu, którego panowanie trwało przeszło trzydzieści lat.